środa, 19 września 2012

Od miesiąca poradzić sobie nie mogę od nadmiaru myśli, wrażeń, przemyśleń i wniosków! Pod powiekami widzę je ubrane w słowa. Szepczę tekst kolejnych postów.
Pisać nie nadążam!
grrrr....
Mogę narzekać, popłakiwać ze zmęczenia i poczucia braku czasu własnego. Braku czasu na realizację siebie. Ale to tylko chwile.
Jestem bezgranicznie SZCZĘŚLIWA! Wzruszam się przy pięknej muzyce, bo właśnie wtedy najgłębiej uświadamiam sobie, jak mi dobrze:) Spotkałam cudownego Człowieka, który nie dość, że jest moim Mężem ukochanym, jest w dodatku prawdziwym Przyjacielem i Wsparciem. Jest przy mnie. Mimo ogromnych emocjonalnych, hormonalnych i nastrojowych huśtawek, które w ciągu ostatniego roku, ciąży i po ciąży funduję sobie, Jemu i Dzieciom, z Jego strony nic się nie zmieniło.
Jest przy mnie:)
Dzieci... Słoneczko kochane trzy i pół letnie najwspanialsze, mimo fochów od rana, ubóstwiam i natulić się nie mogę. Patrzę na Nią sercem. Jak Mały Książę. Johnny -  śmieszek łakomczuszek. Jeszcze przy piersi, odmówić nie mogę wieczorami, macha rączkami, cieszy się, słowami nie oddałby lepiej emocji, które wymachuje i wyśmiechuje:)

Czego więcej chcieć? Zdrowia. Zdrowia...










Wzruszam się przy pięknej muzyce.
Przytulam się do niej. Uzmysławia mi jaka jestem szczęśliwa.
Jak małe są moje codzienne problemy, moje zniecierpliwienie.
Jadąc do pracy rano, zawsze za późno i za szybko, włączam ścieżkę z "Jeszcze raz" albo odgrzebane niedawno płyty jeszcze ze Stanów. Odpływam. Przymykam oczy, kąciki ust unoszą się. Muszę uważać, żeby nie zamykać oczu na zbyt długo. W końcu przecież prowadzę!:)

Poza tym chudnę! Chudniemy. B. szybciej, jestem najnormalniej zazdrosna o Jego efekty. Bo oprócz diety kopie, kosi, przerzuca kamienie (polne, robimy z nich ogrodzenie), czyli się rusza. No, ja też się ruszam, ale smukleją dzięki temu głównie moje nogi (zawsze miałam zgrabne:) ), brzusio niestety mniej:) Biegam za dziećmi, obiadem wg rozpiski dietetyczki, za praniem do powieszenia, czapeczką na dwór, piciem i smoczkiem. Biegam ze śniadaniówką do przedszkola, biegam w pracy. Biegnę pod prysznic. Biegnę nawet, gdy siedzę i śpię. Pędzę.
Ale tak być musi. Minie. Mówią tak Ci, co to już za sobą mają.
Frustracja jest, raz większa, raz mniejsza. Zwłaszcza z tym odchudzaniem. Jem dużo mniej, niż kiedyś. Nie jem po 19tej. Piję hektolitry wody. Wchodzę w spodnie sprzed drugiej ciąży i mogę w nich oddychać:) Waga spadła o 2 kg. Tylko! No wiem, wiem. To trzeci tydzień diety, no i z tą aktywnością fizyczną, tą właściwą, nie bardzo mi wychodzi. Codziennie muszę - musimy - przygotować danie na dzień kolejny. Wieczory umykają jak szalone. A ze mnie właśnie ok. 22 schodzi powietrze i - wystarczy, że na chwilkę usiądę lub John obudzi się na karmienie - zasypiam na godzinę.


Oj tam. Dość już o tym.

W ogrodzie jest pięknie! W domku jest pięknie!
Zobaczcie:)







 

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Piszę tego posta troszeczkę nielegalnie, bo właśnie przechodzi nad nami piękna burza. Powinnam wyłączyć laptopa. Ale tak jest zawsze! Jak już udaje mi się dopaść mojego własnego bloga, najczęściej nie jest mi dane się rozpisać. Ktoś, coś przeszkodzi, przerwie, nie dopuści.
A co do burzy, to jest naprawdę piękna, pomrukująca, przemoknięta i deszczem, letnia... i baaaardzo wyczekiwana. W dzień padł u nas rekord, busola (czyt. termometr) na pompie ciepła pokazała +36,6 st. C.
W cieniu.

Zanim wyłączą nam prąd, szybciutko - ale wyjątkowo szczerze i ciepło - witam Anię, która dopisała mobilizujący komentarz pod jednym z ostatnich postów. Dziękuję Ci bardzo za miłe słowa:)

Ok, to przerywam na czas burzy. A znając życie, na czas bliżej nieokreślony:)

Muszę wrzucić zdjęcia znad morza:)

niedziela, 29 lipca 2012

Muszę jeszcze o robakach.
Nie lubię robaków! Nie cierpię i już! Tych wszystkich szczypawic, chrabąszczy, bzyczących much i komarzyc. Wychowałam się w bloku, w mieście. Teraz mieszkam na wsi, w domku. Przyzwyczajam się. Ale cierpię przy tym katusze. Moja buzia wykrzywia się na widok szczypawicy uciekającej wzdłuż ściany, zaraz wyobrażam sobie, że łazi po kołdrze w nocy, albo co gorsza po mnie lub dzieciach.
Brrr.....! Nie cierpię robali!

sobota, 28 lipca 2012

Nasze Słoneczko ma już 3 latka i 5 miesięcy. Nie mogę się na Nią napatrzeć. Zachwyca mnie swą ciekawością świata, otwartością i niewinną szczerością. Owszem, już kilka razy próbowała nas bujać. Ale da się wtedy wyczuć nadzieję, że próba się uda, a nie upór i złośliwość.
Oczywista jest cisza, która "dobiega" z miejsca, w którym akurat jest. W 90% oznacza nieciekawy eksperyment:) Nieciekawy dla nas. Za to ogromnie emocjonujący dla Niej samej:) Wówczas na nasze pytanie: "Kruszynko co robisz?" odpowiada: "Nic!" albo wręcz zaklina "Mamusiu nie przychodź tu teraz!":)
Niespodzianka gwarantowana....





Jeszcze niedawno pisałam, że mi ciężko, szukałam ukojenia i pocieszenia. Życzliwi mówili wtedy, że to minie.
I minęło!:) Wróciłam do pracy, mam więc mniej czasu. Ale chwile spędzane z B. i dziećmi przeżywam mocniej i intensywniej. Psychicznie wypoczywam w pracy od zupek, kupek, pędzę, ale z dorosłym stresem na karku. W domu rzucam dosłownie torebkę w kąt, tulę, karmię, słucham i po cichu piszczę ze szczęścia:)
Jak to się zmienia... Liczyłam godziny i minuty do powrotu B. z pracy.
Teraz liczę i chłonę każdą chwilkę spędzoną z Moją Rodzinką.
Bączki są niesamowite. Mała dziś zapytała, czy ona też będzie kiedyś mamą:) Ucieszyła się, gdy odpowiedziałam, że tak. Powiedziałam też, najpierw będzie mąż, a potem dzidziuś. I - tak - być może będzie miał na imię B. (jak Jej Tata):)
"Jak będę już duża, to będę miała piersi i dzidziusia i będę tak przytulała i karmiła i tak, jak Ty..."

Uwielbiam Cię Kruszynko...

A Mały? Siedzenie lub leżenie zaczyna Go nudzić. Ubóstwia Siostrzyczkę. Jest w Nią do tego stopnia wpatrzony, że nie przeszkadza Mu tarmoszenie, przesuwanie za ciuszki, cmokanie i zawsze nieumyślne popychanie. Jest przeszczęśliwy. I kochany najbardziej na świecie, zarówno przez nas, jak i przez Małą. Podoba mi się, że Kruszynka potrafi mówić i nazywać swoje uczucia na głos. Spontanicznie, bez zawahania rzuca nam "kocham Cię Mamusiu/Tatusiu!". Nawet, gdy 5 min. wcześniej usłyszę "jesteś niedobra!" albo  o sobie "jestem obrażona...".

The bottom line... Bycie rodzicem jest niesamowitą pracą, ale i niewymiernym szczęściem. I niby wiem, znam etapy rozwoju dzieci, ale zdobywanie kolejnych umiejętności, nawet najmniejsze nowinki w ich ruchach, słówkach, gestach i minkach odkrywam z prawdziwym zachwytem, świeżym i wzruszającym. Zresztą nie tylko ja. B. jest równie poruszony i zaangażowany. Spędza teraz więcej czasu z Maluszkami, niż ja, bo sam ma wakacje. Stąd Ich przywiązanie do Niego i potrzeba akceptacji i uwagi.
Jestem szczęśliwa. Naprawdę, naprawdę szczęśliwa:)

czwartek, 19 lipca 2012

Uwielbiam nasz domek. Codziennie rano, kiedy słońce jeszcze świeże i chowa się za nim, wyjeżdżam z garażu i cofam powoli długaśnym podjazdem, rozkoszując się widokiem domku. Dzięki przeszkleniom, widzę jak promienie zaglądają przez drzwi na taras, wielkie okno w salonie i przenikają przez kuchnię. Całe wnętrze wypełnia się światłem.
A ja..ruszam do pracy:)
Mijają już 3 tygodnie odkąd wróciłam do pracy. Psychicznie czuję się świetnie. Robię swoje, poziom stresu na razie niewielki, bo to sezon urlopowy, a potem w domu dostaję powera. Chce mi się iść z dziećmi i B. na spacer, do sklepu, pobawić się, pobyć z nimi. Albo odruchowo sprzątam z niezłym efektem. Popołudnia są naprawdę wyjątkowe.
Ale wieczorem, już podczas kąpieli, czytania bajek, układania dzieci do Ich snu, momentalnie i ze mnie schodzi powietrze i mogłabym spać do rana. Walczę z tym snem aż do...1-2 w nocy! Po drodze szykuję obiad, kompot na drugi dzień. Wieszam pranie, które cierpliwie czeka w bębnie od 16tej. Przygotowuję ciuszki dla Maluszków, a przynajmniej sprawdzam, czy będą miały się w co ubrać. Wiem, że B. doskonale sobie poradzi i bez tego, ale ja czerpię z tego przygotowywania maleńką przyjemność, nie mówiąc już o spokoju.Do tego ostatnio jakieś zaprawy, słoiczki, konfitury. Ogarniam kuchnię. Karmienie. Gotuję coś tam, bo o 23 tańszy prąd. Czasem jeszcze jedno karmienie i jak jakimś cudem nie zasnę na amen, to idę pod prysznic. Potem wykonuję parę(milion) niezbędnych - moim spiącym zdaniem - czynności i tak oto nastaje 1:30.
A miałam przecież zacząć kłaść się spać wcześniej, niż dotąd, a nie o godzinę później!
Teraz też czuję się jak zombie. Powinnam jeszcze zająć się workiem zerwanej świeżo fasolki szparagowej. Powinnam iść biegać, przeczytać książkę, powiesić pranie, uszykować ciuchy dla siebie na jutro, wykąpać się, odpocząć i wyspać. I nakarmić Małego Johna. A jest 22:00.
Teraz skreślę to "powinnam" i powiem, na co mam ochotę: zakluczyć drzwi, zgasić światła, zamknąć rolety i położyć się spać. Tak jak siedzę, nie myjąc zębów, nie zmywając makijażu, bo te czynności ciągną za sobą mnóstwo nowych przemyśleń rozbudzając mnie skutecznie.
A ja chcę tylko spać.
Spać...

wtorek, 17 lipca 2012

Gdzie to słońce?
Już połowa lipca, środek sezonu urlopowego, ale pogoda ciepłem nie rozpieszcza. 


Wielkim plusem takiej aury jest przepiękna zieleń, no... nie ma szans na to, że trawa nam wyschnie... :)








Nasza Kruszynka już 2 tygodnie temu witała lato kankanem...po raz pierwszy matczyna duma rozpierała mnie tak bardzo, że nie mogłam pohamować łez:)  
 

wtorek, 12 czerwca 2012






"Mam chusteczkę haftowaną co ma cztery rogi
Kogo kocham, kogo lubię rzucę mu pod nogi
Tej nie kocham, tej nie lubię...

- ale trzeba kochać! dlaczego mamusiu śpiewacie nie kocham?"

Naszej Kruszynce buzia się nie zamyka....
Zaczęła mówić bardzo szybko, i to bardzo wyraźnie i chętnie. I dużo! Ciągle coś śpiewa, blebla. I mruczy, zwłaszcza, gdy coś Jej wyjątkowo smakuje:) Znaczy, że nawet jedzenie nie oznacza ciszy. W dodatku odkryła, że Johnny uwielbia wszystko, co zrobi Jego starsza Siostrzyczka:) Whatever! Więc nie stara się nawet przy Nim wypowiadać słów. Po co? Może wydawać najbardziej nieartykułowane dźwięki, a Mały jest wniebowzięty...


A B. właśnie wydaje inne nieprzytaczalne słowa podczas drugiej połowy meczu z Rosją. Ja nie wytrzymałam napięcia. Tak bym chciała, żeby Nasi wygrali właśnie dla Niego! Tak to mój ukochany przeżywa... zawsze chcę, żeby wygrali dla Niego...

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Małe rączki...
...Wasze są niemożliwie rozkoszne...
Twoje - Johnny - tańczą, próbują, troszkę jeszcze nieposłuszne, choć chętne i ciekawe. Są jak słowa, opowiadają Twoje myśli i odruchy.
Teraz siedzisz na kocyku, na środku salonu i opowiadasz - już nie tylko rączkami! - niesamowite historie:) Spodobało Ci się, wiem:) W końcu się udało, bo przecież od tak dawna masz tyle do przekazania! Będę słuchała, będę przytakiwała i przytulała. Mała buźka, bezzębne jeszcze uśmiechy i sylaby. Nieraz złości:) Miłości...


Małe rączki Kruszynki otulają sprawnie, ale i delikatnie listki krzaczków lawendy. Wiesz dobrze, że nie można ich przygnieść, ale to właśnie one zawierają cały ten magiczny aromat fioletowej Prowansji. Może pamiętasz?...:)
Przytulasz paluszki do noska, a na Twojej buzi pojawia się wyczekiwany uśmiech. Tak, jak Ci pokazałam - ucz się tego zapachu, ucz nie chcieć żyć bez niego...

niedziela, 3 czerwca 2012

"To dla was drogie mamy...
Słońce wstaje co dzień rano
To dla was wstaje zorza
To dla was szumią morza
To dla was tańczy świerszcz
To dla was jest ten dzień!"

Pierwszy wierszyk naszej Marysi na Święto Mamy:) Mówiła sama, do mikrofonu, przed mnóstwem innych Mam, przede mną, bo ja oczywiście niemal klęczałam na trawie zupełnie niedaleko Jej dodając odwagi. Jest najmłodsza, a tylko Ona i Mikołaj (ten, co pluje...) zostali wybrani do recytowania, ponieważ najładniej i najwyraźniej mówią. Czy muszę wspominać, jaka byłam dumna! B. robił zdjęcia, John obgryzał moją torebkę w wózku, a ja byłam najszczęśliwsza, bo Słoneczko opanował tremę i powiedziała wierszyk!:)
Chwile bezcenne...




Jesteś jeszcze troszkę nieśmiała, choć potrafisz podnieść wysoko paluszek i prezesować, przyjmujesz wtedy rozkoszną wpół nachyloną pozycję rozkazująco-strofującą. Ale w przedszkolu jest głośno, zbyt wielu strofowanych naraz, więc odpuszczasz i zadowalasz się własnym ścieżkami i huśtawką.
Nie martw się Słoneczko, od września będziesz rządzić:)

piątek, 25 maja 2012

Zazdroszczę...
...ludziom, którzy mają w sobie spokój. Wolno chodzą, mówią wolno, i mam wrażenie, że mój słowotok to dla nich taśma magnetofonowa puszczona na Grundigu w przyspieszeniu. Pamiętam moją pierwszą rozmowę telefoniczną z naszym zaufanym Pediatrą. Po moim wstępie facet stwierdził, że nic nie zrozumiał i że mam jeszcze raz od początku, z tym, że wolniej:) Odtąd przed każdym telefonem do Niego siadam, biorę głęboki oddech i robię "próbę mikrofonu", zwalniam własne myśli:)
Zazdroszczę im, że nie potrafią przyśpieszyć kroku, wygląda to tak, jakby nie potrafili gnać, nie musieli nigdy podbiec do uciekającego tramwaju, przebierać nerwowo palcami o kierownicę, stojąc w korku. Nawet z krzesła wstają powoli. I zdążą! Powiedzą, nie, przekażą dokładnie tyle samo, co ja, używając wyważoną ilość słów i emocji.
Czasem widzę po Marysi, że się wyłącza. Ja zaczynam, tłumaczę, oburzam się, nawet czasem hamuję na moment, a potem nie mogę się i tak zatrzymać. A Ona tak naprawdę już kilkadziesiąt słów wcześniej myśli o czymś innym.
Robię dokładnie to samo, co moja Mama. A miałam być taka inna!

sobota, 19 maja 2012

Godzina piąta, minut trzydzieści...
....a ja od pół godziny nie śpię.
Nie, nie, nie z własnej nieprzymuszonej woli. Nieopatrznie nie zasłoniliśmy wczoraj okna w jednym z pokoi i słoneczko wlało się do domu z taką mocą, jakby połowa lamp się paliła.Więc nasze trzyletnie Słoneczko przybiegło do mnie i Johna podekscytowane "mamusiu już jest dzień! wstajemy! już jest dzień!" z nadzieją, że braciszek nie śpi. Długo nie trzeba było czekać. Johnny wyczuwa Małą na odległość, nawet przez sen wydłuża lekko szyjkę, przechyla główkę, żeby uszka nie musiały dłużej zgadywać, że to na pewno ONA! Rozkoszny bezzębny uśmiech, szczęście w oczach i niewypowiedziana gotowość na figle. Marysia niewiele musi, żeby wzbudzić w Nim niesamowitą radość i śmieszek:) Obudził się od razu i tak sobie do 6 walczyliśmy - ja z ogromną potrzebą snu, Mała z rączkami Janka. A Janek z kupą. A co.


A o 8 deja vu.
Przypominam, że dziś jest sobota...

piątek, 18 maja 2012

"Mamusiu, to chodźmy na dwór, bo  

moje stópki już chcą iść na dwór...

I moje kolanka też!"

Bezcenny moment, złapany jak motyl:) Krótki mój bezdech, od razu uśmiech, szczęście, że go złapałam!
Maleńka moja. Choć spadek formy dziś mamy jakiś smutny. Temperatura, wypieki. I nie miała ochoty na wafelka. Jawny spadek.
I mój. Ostatnie wieczory spędzam z Kruszynką. Zasypiam jak dziecko i budzę się po porze biegania! Miałyśmy biegać wczoraj, zgodnie z harmonogramem, ale obie z K. przyznałyśmy się lenistwa. Zdarza się i najlepszym, ha ha. Ale dziś, to już porażka!
Przesilenie wiosenne w połowie maja?!

A dzień i tak udany. Odwiedziłyśmy ogrodnika, jakie oni tam cuda mają! Bajecznie kolorowy świat. Wydałam majątek na wiklinowe wielkie kosze, fioletowe kwiatki (nie mogę pochwalić się znajomością nazw ani łacińskich, ani polskich, ani tym bardziej popularnych...), kwiatki białe i tony ziemi. Sadziłam w rękawiczkach, zachwycona tymi kilkunastoma minutami bycia sama ze sobą. Ja, ogrodniczka, w dżinsach za trzy stówy, się wystroiłam przypadkiem (miały szczęście leżeć w szafie najbliżej brzegu), nawet nie sprawdzałam nerwowo, czy Oni już idą. Słońce mnie raziło, dżinsy podciągałam co chwilę na plecy, bo biodrówki, a zapach z naszej POŚ drażnił niekoniecznie kwiatowo. Nachylałam się nad "włazami", bo kosze mają je zasłonić.
Ale...było mi bezcennie:)

czwartek, 17 maja 2012

"Oj chce mi się, chce...":)

Wiosna tupta, jest zielono, pachnąco, i śpiewająco - z pobliskiego lasku brzozowego.
Chyba mam coś z Ani z Zielonego Wzgórza:)
Na pewno mam Gilberta:) Nie było Cię 3 dni, 2 noce, a ja tęskniłam jak...zakochana! Jeśli można czuć BRAK, to ja właśnie to miałam, czułam BRAK Ciebie.
Na szczęście już jesteś:)

No i chudnę, waga spada! Pomału widać zarys mnie dawnej, mnie samej:) Jeszcze 2kg, potem jeszcze 5, a jeśli się uda, to kolejne 2 i byłoby idealnie. W sumie to trochę dużo, ale po podzieleniu "brzmią" bardziej realnie. Biegam co drugi dzień, wkoło zagrody. Wyjazdy do Miasta, fitness cluby, factory, zumba, basen, okazały się krótkotrwałą euforią. To znaczy, euforia osiągała maksimum po podjęciu wspólnej decyzji z K. Gasła podczas nerwowego poszukiwania obuwia sportowego, wciskania się w aerobikowy top, zresztą bez sukcesu, no i na każdym zamkniętym przejeździe kolejowym. Biegać jest prościej, choć nigdy w życiu nie podejrzewałabym siebie o to, że biegać umiem i chcę!
Jest dobrze:)

piątek, 11 maja 2012

Schludna, przemyślana, spokojna. 
Zielone łąki z krowami w kolorze krówkowym, cudownie kwitnące drzewa, intensywne barwy rabat. a w tle po cichutku szmerają górskie potoki i wodospady, otulone miękkimi górami. Nad nimi tylko te zaśnieżone, zaspane szczyty Berneńskich Alp. Młoda Panna oczywiście w bieli:)

Szwajcaria naszymi oczami...











wspomnienie lata

Cisza w domu. A to przecież sierpień, lata środek, i nie minęła jeszcze dwudziesta! Na nogach czuję kurz ostatnich kilku godzin. Zeg...