czwartek, 22 sierpnia 2013

Uwielbiam poranki w naszym domu. Zwłaszcza gdy wszyscy jeszcze śpią. Wychodzę na taras i napawam się widokiem i zapachem. I ta cisza snu... mimo, że słychać odgłosy samochodów z pobliskiej drogi ekspresowej.
Dziś miejscami nad polem unosiła się delikatna mgła. Prawie jak pajęczyna. Tak płasko, poziomo. Słoneczko barwiło na pomarańczowo. Cudnie...




A ja nadal szukam. Wczoraj Dzieci doprowadziły nas do ostateczności. Doszłam do wniosku, że niczego się nie boją. Nie chodzi o to, żeby czuły strach, ale choć odrobinę respektu. Wiem,że to nie ich wina, bo są przecież małe. Może gdzieś popełniamy błąd. A może tak to po prostu jest. I akurat wczoraj był ten gorszy dzień? Spojrzę w prawo, to na lewo już gotowa katastrofa. Biegnę na ratunek, a po prawej już nowa, nie nadążam. I naprawdę nie mamy wiele wymagań co do realizowania własnych potrzeb. Zajmujemy się tym, co konieczne, i to i tak często z mizernym skutkiem. Dzieci pragną naszej obecności i uczestniczenia w ich zabawach i pomysłach. Staramy się to robić, ale trzeba też przygotować kolację, zadbać o ogród, pozamiatać to, co świeżo rozsypane (np. kasza gryczana albo nawóz do kwiatów!).



Ale damy radę. Są zdrowe. Nie mam powodów do narzekania. Tylko nadal szukam siebie. Czasu na chudnięcie, bieganie ("wkoło zagrody", bo na wycieczki do miasta na siłownię nawet nie liczę), malowanie paznokci, przemyślane zakupy wszelkie i przegląd garderoby na bieżąco. Bo przecież ciągle jestem kobietą! Żoną, koleżanką, sąsiadką.
...

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Babcia jest nadal w szpitalu, ale po kilku fałszywych alarmach i smutnych minach lekarzy...nie poddaje się, co napełnia nas ogromną nadzieją.
A życie biegnie nieubłaganie. Jakkolwiek chciałabym się zatrzymać i zadumać, Dzieci - swoimi chichotem i piskiem - skutecznie rozgrabiają chmury znad mojego czoła i moich myśli.
Są CUDOWNE! Kochanie, wiemy oboje ile energii z nas wyciskają, ile czasu i czasu na własne rozmyślania pochłaniają, ale przynajmniej mam poczucie, że nie jest to czas stracony. Widzę po Nich, że są szczęśliwe:) Serce mi rośnie, gdy słyszę od Małej:
- mamusiu kocham cię jak...wszystko!

I spontaniczność tych słów dodaje im jeszcze mocy i szczerości.
A potem rączki Janka, które wpijają mi się w policzki, jakby chciał mnie zjeść, bo - że kocha - nie potrafi jeszcze powiedzieć:) Całe to zmęczenie i frustracja odlatują gdzieś wysoko i już ich nie czuć:)



środa, 7 sierpnia 2013

Moja Babcia jest umierająca. Moja Babcia Marysia. Leży w szpitalu po udarze. Byłam u Niej, trzymałam Ją za rękę i wiedziałam, że Ona WIE, że to ja, że jestem i mówię do Niej. Gładziłam Jej włosy i czoło. Delikatną i cienką jak papirus bladą skórę. Jej palce, te sprawne, były zadziwiająco silne i zdecydowane. Chwytały i puszczały moje, jakby chciały mi coś przekazać swoim tajemniczym językiem uścisku. Wiedziała, że jestem, że to ja i wzruszyło mnie to ogromnie. Ucieszyłam się i od razu odrzuciłam ten strach, że odchodzi, że odejdzie. Zastąpiła je rosnąca nadzieja. Babcia przecież żyje! Przecież będzie dobrze, wyjdzie ze szpitala, będzie ciężko, ale uda się, nauczymy Ją jeść, mówić, siedzieć. Moja Babcia! Babcia kochana. Jej siwe, właściwie białe włosy, takie delikatne, unosiły się ze swoją lekkością nad poduszką. Odsłaniały twarz z zamkniętymi mocno oczami. Ale ustom udało się wydobyć moje imię! Tak! To ja, Ania! Ania! Jestem Babciu, spokojnie. Jestem. Wszystko będzie dobrze. Spokojnie.
Po jakimś czasie dopiero doszłam do wniosku, że świadomość tego, że byłam musiała wywołać u Niej mnóstwo emocji. I potrzebę mówienia, przekazania, może pytań? Przekazania.
Ale jest umierająca. Mamy się przygotować na to, że może nie przeżyć. Jej stan jest bardzo ciężki, a życie zagrożone.
Jak się przygotować???