wtorek, 1 kwietnia 2014

przepraszam bardzo...

"O! Wypraszam to sobie!
Jak to? Ja nic nie robię??"

I tak to właśnie wygląda.
Rano budzę się pierwsza i wstaję pierwsza. O 6:00, czasem - jak dziś - ociągam się lub zasypiam ponownie do 6:20, ale nigdy, jeśli chcę wziąć prysznic lub umyć głowę! Wtedy pobudka obowiązkowo o 6...
Jeśli Janko pozwoli, ze spokojem myję głowę/wcieram krem/ubieram się częściowo/maluję się częściowo/wstawiam wodę/włączam ekspres do kawy/wyjmuję to, co będzie na śniadanie/podnoszę rolety/zbieram z ziemi to, co leży od wczoraj...
Jak nie pozwoli, to idę do niego, tulę, całuję, sadzam na nocnik, ubieram, bo w domu po nocy chłód...(tak mi się wydaje...).
B. śpi/drzemie/wstaje/bierze prysznic/ubiera się/lub Janka/budzi Marysię, ale nieskutecznie, bo tylko wyciągnięcie Jej siłą lub Jej własna ciekawość sprawia, że pojawia się w salonie gotowa na nowy dzień.
Robię częściowo śniadanie, wymyślam co tu smacznego i zachęcającego przygotować Małej do śniadaniówki.
Robi się 7...potem nagle 7:15...i zaczynam nerwowo biegać po domu. Pozostali jakby w zwolnionym tempie, B. siedzi przy Janku, coś je, ja zalewam termos z kawą, pakuję kanapki, myję jabłko, biegnę pomalować policzki, brwi, ubieram się niemal do końca, lub przebieram, bo z rozpędu zdążę się spocić albo co najmniej zgrzać.
Rzęsy od dawna maluję podczas jazdy samochodem, tusz na stałe wożę w torebce.
"Maria buty!" - wołamy na przemian.
Wchodzi Niania - czyli jest 7:30, czyli jest panika.
Naraz ubieramy Małą w kurtkę. Jaśko chce się przytulić. Ciągnie mnie lub nas za nogi, nogawki, ręce.
"No dalej!" - krzyczymy na przemian.
"Masz już 5 lat, możesz przecież sama się ubrać!" Siusiu robiłaś? 
Nie.

Gdzie czapka? Śniadaniówka ląduje w plecaku. Ja zapomniałam o kanapkach dla siebie, wrzucam do torebki płatki, mleko znajdzie się w stołówkowej lodówce. 
"Gotowa?"
Jeszcze smaruję Małej rączki kremem na AZS, bo znowu szorstkie i czerwone.
B. jedzie dziś rowerem, więc ja zabieram Marysię. Na szczęście nie zapominam dzisiaj służbowego laptopa, więc nie będę musiała po niego wracać, przejeżdżając ponownie przez 3 przejazdy kolejowe.
Wciskam na siłę rowerek Małej do bagażnika, żeby mogła na nim wracać z przedszkola.
Ale zapominam go z tego bagażnika wyjąć i zostawić w przedszkolu.
Do pracy dojeżdżam - równo z dyrektorem - jak zwykle o 8:05.

Zapomniałam dodać, że dziś właśnie wyrzuciłam z siebie codzienną poranną frustrację, krzycząc całkiem głośno, że w końcu wyrzucą mnie z pracy za to spóźnianie, że już nie mam siły, itp. itd., co zadziwiło zarówno B., jak i Nianię ("normalnie Cię dzisiaj rano nie poznałam!"), a mnie wpędziło w smutek i żal.

Czy ja naprawdę tak głośno krzyczałam? Czy to ja jestem taka nerwowa, niepotrzebnie?
Czy ja się frustruję na własne życzenie?
Czy też mam do tego prawo? 
Jak odpuścić? Mam ochotę wstać któregoś dnia o 7:00, usiąść przy stole i czekać, aż ktoś poda mi śniadanie...


5 komentarzy:

  1. Może trochę jesteś zfrustrowana, ale to raczej normalne wsród mam z malymi dziecmi. Mąż Ci pomaga? Potrafi Cię wyręczyć w niektórych sprawach? Podział ról na dwoje jest bardzo ważny, byś nie miała wszystkiego na głowie tylko Ty jedna. Tak myślę, choć doświadczenia nie mam, a patrząc na swojego męża śmiem twierdzić że będzie u mnie jak w 90% polskich małżeństw, czyli mąż -kolejne dziecko do ogarnięcia. A nóż mnie mile zaskoczy?

    OdpowiedzUsuń
  2. No wiadomo, że pomaga, ale proporcje - jeśli chodzi o myślenie, przewidywanie, pamięć - są jak 80/20:)
    Nie będę narzekać na mojego Ukochanego:) Bo nie lubię tego publicznie robić, poza tym i tak nie mam wielu powodów:) Ale faceci są po prostu inaczej skonstruowani. Podział zadań jest, ale i tak ja muszę przypominać, że to i tamto trzeba zrobić już, teraz, dzisiaj, w ten weekend.
    I kto ma to egzekwować? Okropne jest bycie przypominaczem, kontrolerem, upominaczem. Przecież ja mam swój zakres spraw do zrobienia. A mężczyźnie trzeba o wszystkim jak dziecku...tak jak piszesz...

    OdpowiedzUsuń
  3. Ania - jeśli Cię to pocieszy - u nas codziennie jest prawie tak samo :) Widzę to wyraźnie ten sam poziom porannej bonanzy, ale żeby się frustrować z tego powodu? Nerwy są - a i owszem - bywa, że od rana drę się jak stare prześcieradło (ileż razy można powtarzać załóż buty, weź śniadanie, umyj ręce, sprzątnij talerz, nie gadaj tyle, skup się, pospiesz się iiiiiiiiii tak dalej!) , z tym, że nikogo to nie dziwi bo ja nie potrafię tłumić emocji w sobie, choć staram się pracować nad ich ujarzmianiem ;)
    No i wiecznie też mi brakuje tych 5 minut!
    A..i u nas z rolą przypominacza i kontrolera jest różnie - zależy od tematu - mąż się śmieje, że ma w domu trzy śpiące królewny ;)
    Pozdrawiam !

    OdpowiedzUsuń
  4. Dziewczyny, u mnie jest tak samo. Przyjęłam stanowisko, że nie narzekam - bo... to i tak nic nie zmieni. Cieszmy się życiem i już.

    OdpowiedzUsuń
  5. Dokładnie wczoraj zdałam sobie sprawę - patrząc wieczorem na lekki bałagan w salonie, lekki bałagan w kuchni, itp., że kocham ten nasz dom z tym lekkim i większym bałaganem. W końcu to nasz świat:) Nasze życie. Chciałam mieć męża, dzieci, dom, to mam! Z całym dobrodziejstwem inwentarza. Mogłam wyszaleć się wcześniej? Mogłam i szalałam. I tęskniłam do takiego właśnie rodzinnego i domowego rozgardiaszu...Masz rację Beata - cieszmy się życiem i już:)

    OdpowiedzUsuń

"wyjdź ze mną na deszcz"

"wyjdź ze mną na deszcz" z płyty "Mój dom", Kortez Od kilku dni chodzę, jak zaczarowana. Zresztą, nie tylko ja.....