niedziela, 26 lipca 2020

appasionato




Przez dwanaście lat, równolegle ze szkołą podstawową i liceum, chodziłam do szkoły muzycznej, głównie na lekcje fortepianu. Grałam z nut i na pamięć. Najpierw gamy i pasaże, potem etiudy, sonaty, preludia. Bacha, Chopina, Rachmaninowa, Clementiego, Debussy'ego. Przy tej samej Pani Gniazdowskiej.
Miałam też lekcje umuzykalnienia, harmonii, historii muzyki, kształcenia słuchu. Akompaniament i chór. Rozmów tysiące na każdy temat i wsłuchiwanie się w czarowną grę kolegów podczas przerw między zajęciami. Siedzenie na podłodze, wyłożonej wykładziną na szkolnym korytarzu, dużo śmiechu i fantastyczni ludzie. Nie zdążyłam zbyt długo posiedzieć na placu zabaw, bo z jednej szkoły szłam do drugiej. Popołudniami zachwycałam, bardziej lub mniej, moich blokowych Sąsiadów, grą na pianinie. A oni, ani razu przez te dwanaście lat, nie mieli mi za złe całej gamy prób i błędów, fałszów i brzdękolenia, za co jestem im niezmiernie wdzięczna.





Czerń i biel klawiszy śniły mi się przez długi czas po skończeniu szkoły, ale nigdy (do niedawna) na poważnie nie wróciłam do samego grania. Jeszcze przez kilka lat po dyplomie zdarzało mi się, odruchowo, ustalać w myślach który to interwał wygrywa, gwiżdżąc, przejeżdżający pociąg. Widziałam zarys melodii na pięciolinii każdej piosenki. Łapałam się na tym, że czegoś mi brakuje, że przecież pani czeka w pustej sali z czarnym fortepianem, a ja nie przycięłam paznokci i nie poszłam na lekcję...


Nigdy jednak nie byłam wirtuozem. Raczej odtwórcą. Czerwieniłam się już podczas otwierania klapy klawiatury. Moje stare pianino, z pękniętą płytą, z nigdy nie dostrojonymi klawiszami F i h2.  Miało niemal sto lat, gdy trafiło do naszej rodziny i czekało, aż ktoś na nowo wydobędzie z niego coś więcej, niż W las kotek na płotek, czy Dla Elizy. Okazało się, że tym kimś będę ja. 
Jednak po po dwunastu latach ponownego życia, znowu stało się meblem. Nie grałam ani podczas studiów, ani w Stanach. Nie zabrałam go ze sobą z mieszkania mamy. Po wybudowaniu naszego domu, nie potrafiłam znaleźć miejsca na to pianino. Teraz wiem, że nie była to kwestia fizycznej przestrzeni. Musiałam je znaleźć w sobie.

Pewnego dnia, zupełnie przypadkiem, spotkałam dawnego Sąsiada z piętra wyżej, kolegę z dzieciństwa, który mieszkał nad nami w bloku. Po wstępnych uprzejmościach zapytał wprost, jak potoczyła się moja kariera związana z graniem na pianinie? Na szczęście nie czekał długo na moją przykrą odpowiedź, bo sam roztoczył przede mną wspomnienia dźwięków pięknych utworów, które słyszał przez całe dzieciństwo, zupełnie pomijając początkowe lata etiud i pasaży, które po prostu MUSIAŁY go wkurzać. Nie, nie wkurzały. A kumple, którzy go odwiedzali, z którymi grał na komputerze, dopytywali go o tą laskę od Szopena... Mówił do mnie z podziwem i szczerym westchnieniem, jakie robi się wspominając coś naprawdę miłego... 
Po tej krótkiej, zaskakującej rozmowie, wracało do mnie pytanie: co ja zrobiłam z moim talentem? z umiejętnością? z muzyką?
??

Któregoś kolejnego dnia, tak zwyczajnie niezwykłego, jakie uwielbiam sobie uświadamiać od parunastu lat życia z moim Bartkiem, oglądając razem film, usłyszałam Światło księżyca Claude'a Debussy. Przepiękny, bardzo znany utwór, często wykorzystywany, grałam go na dyplomie, znałam na pamięć tonację, pierwsze dźwięki, przypomniałam sobie emocje, w które wchodziłam podczas gry, konieczne do wiarygodnej interpretacji. Muzyka zawsze przecież o czymś mówi, nie jest wystukaną palcami melodią, a raczej opowieścią, pełną piano i mezzoforte, largo lub vivace (tak, tak, wszystkie one zapisane są zawsze po włosku!). Siedząc tak na kanapie, wzruszyłam się, jak zawsze, gdy uświadamiam sobie te dwanaście lat i gdy pod palcami czuję niewidzialne białe i czarne klawisze, a z nich melodię każdą, moją. Palce same układają się do gry.
Szepnęłam, że to umiem, że grałam, że to mój utwór... a Bartek jakby na to czekał. Z ulgą niemal wskazał miejsce w naszym salonie, gdzie już widzi moje stare pianino, cierpliwie czekające na ten moment w mieszkaniu mamy. Miesiąc później stanęło w idealnym kącie przy wyjściu na taras. Idealne. Doczekane.




Do dziś zagram to, co zobaczę w nutach. Wystarczy rozgrzać palce, ustawić kartki z pięcioliniami zapisanymi muzyką. I grać. Bartek poprosił mnie o swoje ulubione utwory, które dotąd słyszał na youtube. Fortepianowe. Wyszukuję zapisanych nut ukochanych fragmentów soundtracków. Wracam do mnóstwa własnych starych nut, pożółkłych, podartych, ale bezcennych, bo z ręcznie zapisanymi uwagami mojej Pani Gniazdowskiej. 

Udało się nastroić F i h2. Udało się zaprosić na właściwe miejsce większość dźwięków. Z radością odkrywam, że moja gra nikomu nie przeszkadza, a po podniesieniu rąk znad klawiatury, słyszę oklaski:)
Gram. Gram na moim starym pianinie. W naszym domu słychać muzykę na żywo. Uwielbiam...









czwartek, 16 lipca 2020

szuflady



Pośród domowych planów na uporządkowania i odkurzania, zaglądam do dawno nie otwieranych szuflad.
W jednej z nich znajduję nie odkładane na później wspomnienia. Dzieje się tak za każdym razem, gdy, niby niechcący, ją otwieram. Nie odkładane, bo nie miałam o nich zapomnieć. Gdy były całkiem świeże, wystarczały mi do oddychania. Tak naprawdę wspomnieniami nie miały nigdy się stać. Ziszczone do połowy marzenia o życiu w Ameryce, pośród koni, kowbojów i Gór Skalistych. I stare uczucie, które miałam nazywać miłością. Z biegiem lat nabrało jednak konturów niespełnionego, młodzieńczego zauroczenia, a wspomnienia wyblakły i ucichły. Ale szuflada pełna jest starych listów, które słałam do domu, map, biletów i zapachu orzechowej kawy. Otwieram to stare, puste już opakowanie, zaciągam się resztą aromatu i widzę siebie tam. Tak dawno. Zamykam jednak tą szufladę, jakbym miała nie unieść ogromu tych nie zapisanych wspomnień, jakby nie dość jeszcze czekały lub miały na zawsze pozostać tymi, z poprzedniego, niepowracalnego życia.

Jest też szuflada z odręcznie wykaligrafowanym napisem tata. Miał takie piękne pismo, jedno z bardzo niewielu moich z nim skojarzeń. Pisał listy. Tylko z czasem było u niego gorzej.
I ta szuflada, która potencjalnie miała szansę pozostać pusta, po czym wypełnić się traumą, uprzedzeniami, oziębłością, pełna jest matczynej miłości, która zajęła się nami tak mocno, że aż trudno tu mówić o "zastąpieniu". Życie z odrobiną taty płynnie przeszło w życie bez niego. Brak odczuliśmy kilka dobrych lat później, gdy, jako młodzi już ludzie uświadomiliśmy sobie potęgę decyzji, którą niegdyś podjął nasz ojciec. Trudno mi powiedzieć, czy i jaki faktycznie miało to na mnie wpływ. Nie zauważyłam traumy, jednoznacznych zachowań, typu odrzucam facetów, przyciągam tych złych. Nigdy tego nie analizowałam, ani nie próbowałam wpasować się w którąś ze standardowych ramek, serwowanych w internecie. Uznaję, że jestem sobą, indywidualnym przypadkiem, albo i nie przypadkiem, lecz jedną z milionów osób, które nie czepiają się swojego wychowania bez ojca, jako wymówki, usprawiedliwienia, czy powodu do czegokolwiek.
Choć... jest jedno małe coś - wzruszenie moje, gdy widzę, jak oczywista jest obecność taty w życiu naszych dzieci, jak wielkie mają szczęście. Wzruszenie, gdy odkrywam, z czym zwraca się do swojego taty kilkuletni chłopiec i wchodząca w nastoletniość dziewczynka. Ciekawa jestem i tych przyszłych odkryć, zachowań i relacji między nimi, bo my nie mieliśmy szansy ich poznać.

Jest jeszcze i ta jedna szuflada, pusta, bo jej zawartość noszę pod pachą przez cały dzień:)
Moje myśli i historie, które potrafią zaplątać się wokół najzwyklejszych sytuacji lub momentów. W sumie, ciężko się otwiera, więc nigdy nie domykam jej z powrotem. Dziwne to, bo jest pusta, bo nie zapełniam jej zapisanymi historiami, one ciągle ze mną chodzą, takie fruwające, choć nie mniej piękne... choćby to życie przy naszej ulicy, pełnej niezwykłych ludzi, tworzących fascynujący organizm, dzieci i ich przygody, których nazbierałoby się nie mniej, niż w Bullerbyn. Mały, biały domek, tajemniczy ogród, parę konfliktów, wspólni wrogowie, a na końcu nienazwane, ciche przyjaźnie, relacje splecione ze sobą przez lata, życie, pełniejsze, niż można by sobie wymarzyć.
Lawendowy kram, spanie pod namiotem we własnym ogrodzie, spotkania przy płotach, szczekanie psów i szum przejeżdżających przez naszą wieś pociągów. Szeleszczące na drodze kamienie, ciepły wiatr w koronach coraz to wyższych drzew,
Wieczorami wkładam te historie do niedomkniętej do końca szuflady, siadam na schodkach na ganku, żeby za chwilę zabrać się za przycinanie lawendy, przed kolejnym deszczem. Usiedzieć nie mogę, nie potrafię. Obiecuję sobie zająć się i wspomnieniami i historiami, zapisywać choć skrawki, choć parę okruchów każdego dnia zapisać, bo pod tą pachą w końcu się nie zmieszczą. Tym bardziej, że jutro nowa myśl się pojawi, nowy widok lub rozmowa. Jutro! O tak, to plan na jutro. Szuflady uporządkować, wspomnień nie odkładać na później. Historie zapisać. Jutro. Jak tylko się z tą lawendą uporam...







czwartek, 2 lipca 2020

lato



Czasami zdarzają się dni pełne euforii. Takie, gdy wydaje się, że wszystko jest możliwe, że wiele jeszcze przed nami i w ogóle, że życie jest piękne!
Zmęczenie wydaje się całkiem do zniesienia. Rodzicielskie obowiązki nie tak istotne, jak dzień wcześniej. Dzieciom chce się dać tyle samo wolności, co sobie, a przynajmniej więcej jej, niż zwykle, bo przecież dzieci, to dzieci, mogą iść ścieżką własną, która rzadko jest i naszą. A może i naszą jest, tylko pokonują ją sobie znanymi krokami i sobie znanym tempem. 


Dzisiaj trafił mi się właśnie taki dzień. Niby nic szczególnego się nie wydarzyło, tym bardziej, że ten poprzedni był okropny. Ale moje dzisiaj zaczęło się od słońca, które - dopiero przed ósmą! na obwodnicy przy Antoninach - postanowiło otulić mój lewy policzek swoimi wszystkimi promieniami. Jak ciepły pocałunek, nie do przeoczenia. Zielone światła, żarciki w pracy, zapowiedź spokojnego lata. 




Ach i te nowe kolory w mieszkaniu mojej Mamy! Odcienie miętowych landrynek, jeziora o zimowym poranku, nieba przed wschodem słońca. Uzupełnione porcelaną i bielą i niemal odczuwalnym ciepłem drewnianych stołów, krzeseł i drzwi. Radość mojej Mamy ze zmian ucieszyła mnie ogromnie i przywołała wspomnienia z dzieciństwa. Już wtedy uwielbialiśmy przemeblowania, choćby te najmniejsze, w pokoikach w bloku z wielkiej płyty, choć zawsze z trudem wpasowywałam nasz dom w to określenie. Ani z płytą, ani z szablonem nie miał nic wspólnego. W naszym domu zawsze było ciepło, od drewna i bliskości. Nie była to jednak bliskość nadzwyczaj romantyczna, raczej zdyscyplinowana i przejrzysta, oczywista,
 w zasięgu matczynego wzroku, prostych i nieuznających sprzeciwu zasad, i wplecionej w to wszystko ogromnej miłości, troski i odpowiedzialności.




Wdzięczna jestem naszej Mamie za ten dom, za to ciepło, które zabieraliśmy ze sobą w każdą z samodzielnych już podróży i które nosimy w sobie do dziś. 






Lato wokół naszego domu zazwyczaj przepływało lekko i słonecznie. Mam nadzieję, że tak będzie i w tym roku. Nie przeszkadzają mi zbytnio nawet te deszczowe i chłodniejsze dni, burze i błyskawice, one przynoszą wręcz ulgę i pozwalają ścianom ochłonąć po minionych upałach. Silny wiatr rozwiewa włosy, miesza  i obiecuje, uwielbiam wsłuchiwać się w jego szum i obserwować, jak targa zielenią w naszym ogrodzie, jak przewiewa trudne myśli i pomaga się od nich uwolnić...

Ogród budzi się już w maju, lawenda wypuszcza zielone gałązki, klony z tygodnia na tydzień wypełniają swoje korony liśćmi. Najpierw ten jasnozielony i flamingo, potem ciemny i bordowy. W zeszłym miesiącu przybyło nam kolejnych kilkanaście małych, nowych klonów plus miłorząb i cudowny krzak rozmarynu! Przytulam się do niego, oplatam twarz gałązkami i już jestem w swoim czarownym świecie. Rozmaryn... rozmaryn... trafił w moje ręce zupełnie przypadkowo, w jednej z leszczyńskich uliczek, bocznych, w kwiaciarni w bramie, pełnej ciemnej, ale świeżej zieleni i donic, stał przy schodkach i wrócił z nami do domu. Ze wszystkich kwiatów, których mi mąż na co dzień nie kupuje, najbardziej wzruszają mnie kolejne drzewa z okazji rocznicy ślubu i teraz ten rozmaryn...


Każdy z nas dostaje czas. Od świtu do zmierzchu. Od dnia narodzin do ostatniego oddechu.
Czas. Nie do zatrzymania, może za wyjątkiem tych paru miękkich miejsc w sercu, które odzywają się na widok lub dźwięk, na zapach lub tak po prostu, na wspomnienie emocji, które z czasem wygrywają... Cieszę się na to lato bez dłuższych wyjazdów, być może bez podróży w ogóle, ale nie szkodzi. Prowansję, Włochy, Szwajcarię mamy na wyciągnięcie ręki. Wystarczy chcieć, wystarczy bardzo chcieć, odetchnąć głębiej, zaparzyć dobrą kawę i przejść się wśród krzaczków lawendy, spotkać się z przyjaciółmi, powspominać wspólny czas i to, co nam dał. Usiąść na ławce drewnianej pod własną kuchnią i oddychać. Nie czekać. Nie żałować. Oddychać.