poniedziałek, 28 września 2015

nacieszam



pachnie mi jesienią
jak można jej nie lubić?
szumi wesoło, gdy jadę do pracy lipową aleją
promienie słońca grają w ciuciubabkę, chowając się co chwilę między liśćmi drzew
nucę obowiązkową o tej porze roku ścieżkę dźwiękową z serialu Providence
moja jesień od lat brzmi kolorami Providence

na blogach ulubionych niemal odświętne dekoracje, aromatyczne posty, kuszące zdjęcia
mam swoje ukochane, znajome zakątki, do których zaglądam często i nacieszam wzrok obrazami, a myśli słowami Waszymi
wiem, że nie jestem sama -
pomimo przepastnych odległości we wszystkich możliwych wymiarach
wiem, że jesteście, niesamowite
bo i ja z ciekawością czekam, otwieram, czytam i tam jestem
w Waszych światach przez chwilę
co prawda wolałabym mieć Was bliżej
Niektóre:)
bo Niektórą mam nawet całkiem blisko:)
przysiąść przy stole z mchem i białymi mini dyniami
i nie przejmować się, że znowu na nie moda
są śliczne i wszędzie
co z tego?
czy nie jest lżej nie przejmować się i nie brać aż tak bardzo na serio?
wypić kawę z cynamonem
porozmawiać
i wyjąć baterie z zegara




dziś nad ranem w piżamach patrzyliśmy na księżyc czerwony
szorstki zaspany policzek
ukochany taki
całowałam niemal już przez sen
i przez sen się uśmiechałam
mówiłam, że będzie dobrze:)








niedziela, 27 września 2015

słoneczny dzień - odpowiedź na "obcy"

Dzień pogrzebu Babci drugiej i niemal spotkania z tatą okazał się tak naprawdę bardzo ciepłym i radosnym dniem.
Dlaczego?
Przez całą Mszę żałobną, gdy miałam wrażenie, że serce mi pęknie, ono tak naprawdę rosło.
Co nas nie zabije, to nas wzmocni.
Obok mnie stała moja mama, a za nią mój brat. Patrzyliśmy na siebie raz po raz i z każdą minutą, każdym spojrzeniem, czułam, że żal i smutek oddaje miejsce dziwnej uldze i...wręcz radości.
Byłam dumna i niezmiernie wdzięczna naszej mamie za to, jak nas wychowała i jakie życie nam dała.
Bo tak, jak bardzo mogę być przeciwna pochopnym rozwodom, tak bardzo dziękuję jej za podjęcie tej trudnej, ale jedynej decyzji trzydzieści lat temu.

Jestem silna dzięki niej i - co odkryłam wczoraj - dzięki słabości własnego ojca.

Ulżyło mi, po napięciu, które rosło we mnie w ciągu ostatnich dwóch dni, na nowo. Ulżyło.
Udało mi się zamknąć pewną część, pożegnać się z tą małą nadzieją na happy end. Zamknęłam drzwi i oddałam klucz.

I zaświeciło słońce! Ciepłe i jasne. Żałobę zastąpił spokój. Łzy - pewnie jeszcze się pojawią - ale nas wypełniała szczera radość z tego, że jesteśmy razem, że możemy spędzić ze sobą dzień, wspominając dzieciństwo z mamą, przypominając sobie zabawne historie, tylko nam znane. Wspólna podróż, i ciche westchnienie ulgi, że nic nie musi się zmieniać. Nic a nic.

Przez całą żałobną Mszę widziałam za oknem gałęzie jarzębiny. Kiwały się rytmicznie, ciężkie od czerwonych owoców, w promieniach słońca. Jak obietnica, że wszystko będzie dobrze. Że mam się starać, bo życie nie jest tak długie. Że słońce nadal świeci. Mam cudowną rodzinkę, którą mogę kochać jeszcze mocniej. I że jest dobrze. Wszystko będzie dobrze.

obcy

siedziałam w trzecim rzędzie
cztery krzesła, jedno puste

długie minuty czułam na sobie jego wzrok
poprawiałam włosy tak, żeby zauważył moją dorosłość
żeby mógł być dumny
że jestem, zdrowa, szczęśliwa
żeby coś choć lekko zakłuło go w sercu
tak ciepło
z ulgą

ale moje serce pomału zalewał niepokój
wśród smutku żałobnych pieśni
umierały resztki mojej wątłej nadziei
to nie jego wzrok czuję

siedziałam w trzecim rzędzie
ty w pierwszym
obcy, nie drgnąłeś nawet na dźwięk naszych głosów
nie mrugnąłeś, nie spojrzałeś
nic cię nie zakłuło
tylko strach obleciał
że będę chciała spojrzeć ci w oczy
i znaleźć odpowiedź
dlaczego?
za co?
przecież trochę mnie chciałeś?
przez siedem pierwszych lat
tato

czwartek, 24 września 2015

rozstania i spotkania

 


usiadłabym tak sobie na najwyższym stopniu
schodów, takich z zapomnianej klatki schodowej
której nikt nie używa
z odgłosami życia z ulicy, gdzieś tam poza mną
bo ja w ciszy



pamiętam Jej ciepłe duże ręce
serdeczne przytulenie
to moja druga była
babcia z dzieciństwa, bo potem tata rozwiódł się z nami
ale ona i tak czekała
w kuchni z wyjściem na ogród

z gołąbkami najlepszymi na świecie czekała

i odeszła wczoraj

przez drzwi z jedną klamką
otwierają się te drzwi i zamykają w tym roku
za często
najchętniej na klucz bym je zamknęła i już nikogo nie wypuściła

smutno
a jutro jeszcze z Nim się spotkam
nie wiem po ilu latach nawet
dwudziestu pięciu?
trzydziestu?
syn tej babci mojej drugiej
mój tata
tak mówią

co ja Jemu powiem?
że urosłam?

niedziela, 20 września 2015

poczułam miętę....i przepadłam!



to mi po głowie chodzi od wczoraj - miętowo, minty... błogi smak zwycięstwa....

na szybko
muszę!!!
napisać choć parę słów
bo dzieje się tak dużo, że jak odłożę, to się zakurzy
a wiadomo jak szybko kurz... tu i tam przysiądzie i przykrywa, co piękne...

kupiliśmy mi rower!
lekki, miętowy, zgraliśmy się od drugiego zakrętu
pierwszy należał do "speca" (amerykańska marka Specialized)
ale ostatecznie wybrałam Unibike'a z damską ramą... od razu zrobiliśmy 12km, ja i MÓJ rower, tak po prostu, wyjechałam nim ze sklepu bo nie zmieściłby się do bagażnika..
dziś kolejne 22km...pisałam już na fb - kto z kim przestaje...:) mój B. jeździ od dawna, w seksownych obcisłych rowerowych strojach, tu siedemdziesiąt, tam osiemdziesiąt, a jak trzeba (czyt. zawody), to i sto dwadzieścia kilometrów...
normalnie już czuję smukłość moją przyszłą:)
a dziś - wygraną nad własnym lenistwem, odkładaniem w czasie momentu, po którym nie ma już odwrotu...w końcu coś robię! dla siebie i w oczywistym kierunku:) działam i cieszę się, jak dziecko
a jeszcze kilka dni temu zaczęłam szkic postu pt. "co musiałoby się stać, żeby...."
no i stało się
kupiliśmy mi rower!




 

jesień do mnie puka...właściwie szeleści
pojedynczymi listkami, których lot zdążę kątem oka uchwycić
nieśmiałe to, ale nieuniknione
w powietrzu czuć dym
z dna szuflady wyciągam kolorowe apaszki
taszczę do domu koniecznie wrzosowy wrzos
zbieramy z dziećmi pierwsze mokre jeszcze kasztany
w obuwniczym obmacuję skórzane botki
uwielbiam zapach skóry
a potem włączam Gabrielle Applin i samą siebie pytam how do you feel today?
spróbujcie, zapytajcie siebie, wystarczy kliknąć na dole strony


a jak ja się czuję?
świetnie!
odganiam słabość i senność
ustawiam wieszam zmieniam
dorwałam grafitową wełnianą tkaninę
która do czekolady w naszym salonie wydawała się zdecydowanie nie pasować
trudno, muszą się dogadać, bo grafit wisi już w oknach i próbuję dzięki niemu "zobaczyć" i wyczuć powodzenie przyszłych zmian we wnętrzach, już bez czekolady:)



i czuję tą miętę
dlatego zaplanowałam już
dlatego też cieszę się bardzo!
październik, weekend, ja i On
buty trekkingowe, góry, a potem wieczory przy kominku w pensjonacie
już nie mogę się doczekać:)


czasem wystarczy parę małych decyzji, a życie nabiera barw jak jesienne liście
nie te szare, smutne, smagane zimnym podmuchem
ale te kolorowe, czerwień i purpura, zieleń i pomarańcz
tańczące ze sobą i podskakujące na wietrze zanim zaszeleszczą pod stopami
słońce jeszcze grzeje
dlatego - jak pisałam w zeszłym roku - z przyjemnością siadam na ganku i narzucam na siebie ciepły sweter
choć stopy wciąż mam bose

wtorek, 15 września 2015

radosny pokoik - część druga - mamy łóżko!

Wczoraj do późna pisałam o tym, że nie sprzątają, marudzą, hałasują.
A dziś od rana spotykają mnie same niespodzianki, bardzo miłe niespodzianki!
 
Wstałam wcześnie i od razu zauważyłam różowe niebo wpadające do domu przez niedomknięte rolety. Bladoróżowe, zachęcające, zapowiadające ciepły, słoneczny dzień.
 
Ale od zachodu...tęcza!
Czyli gdzieś pada!
Jedno z najpiękniejszych połączeń ciemnej naturalnej zieleni z głębią udającego-że-groźne nieba.
 
 
Za moimi plecami usłyszałam ciche kroki, i zaniemówiłam, gdy poznałam ich Właścicielkę:)
Córcia moja, mistrzyni focha przez 364 dni w roku, stała przede mną - co już było niesamowite, bo zawsze trzeba ją wyciągać z łóżka siłą - ubrana i w papciach.
Dziś jest ten milionowy pierwszy raz!
Kilka milionowych pierwszych razów.
Marysia ubrana, łóżko pościelone, piżamka złożona.
Uśmiech nieśmiały na buzi. Szczęście i duma w oczkach zaspanych.
A ja myślałam, że z moich papci wyskoczę, również ze szczęścia!
 
To chyba sprawka jej nowego magicznego łóżka:)
Nowego pięknego pokoju, z którego cieszę się bardzo, bo po trosze zmieniałam go i dla siebie.
Mamy już łóżko, ogromne, leżankowe, drewniane, z dwiema solidnymi szufladami.
Jedna na pościel, druga będzie domkiem dla pluszaków.
Zamawiam zaraz narzutkę u Iwony i razem z Marysią chcemy stworzyć kolekcję co najmniej sześciu pasujących poduszek dekoracyjnych na jej leżankę. Pastelowe szarości, delikatny róż, faktura sweterkowa, milusia, dziewczęca.
 
Jeszcze trochę przed nami, ale najważniejsze, że Właścicielce już się podoba.
I przespała w nowym łóżku całą noc. Sama:)
 

 
 
 
 
 
 


 


poniedziałek, 14 września 2015

gniew i sukces

W miniony piątek zafundowałam sobie wieczór rozpusty, coś dla ciała, a tym bardziej dla ducha - pokaz naczyń u Sąsiadki, z degustacją, dużą ilością wina i nie-przymusem wydania jeszcze większej ilości pieniędzy, a zaraz potem godzinka u drugiej Sąsiadki, która potrafi zrobić z moimi paznokciami cuda, biorąc pod uwagę ich długość i codzienną eksploatację.
 
Weekend w większości spędziłam z dziećmi sama. Tata zajęty i/lub nieobecny (naprawa auta, zawody rowerowe, malowanie). Byłam naprawdę pozytywnie, a więc dobrze nastawiona. Wspólne zakupy, spacer, specjalnie wybraliśmy się do miasta na jeden z ulubionych placów zabaw, czysty, duży i bezpieczny. Dzieci mało, nie było kolejek na zjeżdżalnię, rura niby strażacka cała dla Marysi i Janka, akcja za akcją, "pali się pożar!" dało się słyszeć kilkanaście razy.
W niedzielę byliśmy już zupełnie sami i doszłam do wniosku, że jak B. oddala się ode mnie dalej, niż dwadzieścia kilometrów, czuję niepokój:) Tym razem odjechał osiemdziesiąt, żeby wsiąść na rower i pokonać kolejne sto dwadzieścia!
Tymczasem dzieci dały czadu. W południe we mnie wrzało, choć na zewnątrz udało się jeszcze zachować zimną krew i spokój. Popołudniu całą trójką przebraliśmy miarę. Najpierw krzyczały one. Z radości lub złośliwości. Z nerwów lub tak po prostu. Potem krzyczałam ja.
Dzieci - ADHD. Mix głupawki, przekory i potrójnie przekroczony akceptowalny poziom decybeli.
Ja - mix gniewu, furii, żalu, poziom decybeli nie odbiegający od "normy" dzieci.
 
Wieczorem pogłaskałam ich śpiące główki, wyszeptałam czule swoją miłość do ich małych uszek i mokrym od łez policzkiem przytulałam i całowałam. Jak ja je kocham, i jak mogłam tak głośno krzyczeć i swoje własne żale przekładać na gniew skierowany na nich? Owszem, należało się, ale niekoniecznie w ten sposób...
 
Popłakałam sobie i postanowiłam coś z tym zrobić. Z tym gniewem i złością, która tak, jak szybko się pojawia, tak samo szybko znika, pozostawiając dzieci zaciekawione (co mnie jeszcze bardziej wkurza!), ale ostatecznie zaniepokojone.

 
W sieci znalazłam kilka pytań, na które warto sobie odpowiedzieć oraz wskazówek na drodze do okiełznania wściekłości:
1. Poznać i zrozumieć swoją złość, czyli jakie są jej powody.
No tak, to wcale nie takie trudne. Powodów jest całe mnóstwo. Pomijając ich zasadność - one są w mojej głowie i sercu. I już. Oto one:
A. Cwaniactwo Marysi. Ma sześć i pół lat, a w ogóle nie reaguje na moje wołania, prośby i nakazy. Pierwszych dwóch prób nie słyszy, przy trzeciej już jestem zirytowana, a dalej to już wióry lecą.
B. Ciągły hałas w domu, nasze dzieci non stop wydają odgłosy swoimi buźkami: mówią, śpiewają, nucą, mruczą, krzyczą, powtarzają, przedrzeźniają się albo mówią sami do siebie. A do tego zadają milion pytań na godzinę.
Z tym mówieniem do siebie, to rozumiem, bo sama robiłam dokładnie to samo, gdy byłam w wieku Marysi. hmmm.....generalnie każde z powyższych mamrotań pod nosem jest cudowne, ludzie w sklepie zachwycają się radosnym szczebiotaniem Janka...ale gdy mam to wszystko naraz, i od rana do nocy...niemal....bo Marysia potrafi zagadywać mnie nawet podczas mycia zębów...jej zębów....to naprawdę - nie da się...
C. Poczucie, że kręcę się wkoło, przekładam te same ciuchy, zabawki, ręczniki, talerzyki na ich miejsce, a gdy odwracam się, wszystko wędruje z powrotem. Nasze dzieci są jakieś za szybkie! Ja po prostu nie nadążam! Same sprzątają, ale dużo wolniej i rzadziej, niż by należało. I zazwyczaj jest to wielka akcja pt. teraz sprzątamy pokój Jasia, ale przed i po i w trakcie takiej akcji inne mini-bałagany zdążą już rozpanoszyć się po reszcie domu.
Ilość prania do porozkładania mnie przerasta. Pocieszam się myślą, że to niedługo minie, bo część obowiązków przejmą dzieci. Już teraz sporadycznie wyjmują naczynia ze zmywarki, odstawiają brudne naczynia do zlewu i wieszają pranie. Myją (po swojemu) szybę z tarasowych drzwi i wycierają kurze. Lubią brać się za odkurzanie, ale nasza rura od centralnego ciągle jeszcze jest dla nich za ciężka.
D. Co by tu jeszcze....może brak czasu na pisanie, czytanie, siedzenie i lenistwo? Powód pośredni, ale wraca jak bumerang.
E. Za mało snu!

2. Nie oceniać samej złości. Ona po prostu jest i trudno określić ją jako właściwą, czy niewłaściwą. Jest emocją i sama w sobie nie powinna wywoływać poczucia winy. Najważniejsze jest to, co z nią zrobimy, reakcja na nią. Nie mogę założyć, że od teraz będę opanowana, a złość uda się poskromić i zdusić w sobie.
(notbene, zanim skończyłam pisać tego posta, kilka razy miałam zdecydowanie podniesione ciśnienie i..głos)
Ale - skoro już wiem, że się pojawi, mogę przygotować się na ten moment, a z czasem spróbować jemu zapobiec.

3. Być świadomym konsekwencji swojego gniewu i krzyku. Przecież zaraz po wybuchu, w tej samej sekundzie, żałuję. Bo wiem, że moja złość jest okropna i źle wpływa na dzieci. A z pewnością niewiele daje, co widać na załączonym obrazku... Sama nieraz mądruję się podczas rozmów z koleżankami - krzyk i złość do niczego nie prowadzi. Najważniejsze to nie dać się sprowokować i wytrącić z równowagi. To daje przewagę. No.

4. Nauczyć się liczyć i odpuszczać. Dodałabym jeszcze: oddychać. Zazwyczaj pierwsze niepowodzenie (Mała udaje, że nie słyszy, nie reaguje, nie poruszy się nawet) - powoduje u mnie natychmiastowy skok ciśnienia. I lawinę całkiem świadomych pretensji do świata. Tak. Właśnie pretensji do świata. O to, że Ona znowu nie słucha, że robi sobie, co chce, że celowo doprowadza mnie do szału! A przecież tak się staram być wymagająca i nie odpuszczać! Tak mnie uczono! Tak trzeba. Jedno słowo i ma być reakcja. A nie ma! A ja na tym właśnie opieram sens macierzyństwa. Oczekiwanie na- i wymaganie posłuszeństwa. Na moich zasadach.
I zonk! Lawina moich słów pędzi na oślep. Nawet nie potykając się o zatkane uszy i upór dzieci.
Więc może by tak...nie dać się jej rozpędzić? zrobić krok w tył. Wziąć głęboki oddech. I  jeszcze takich dwadzieścia. Albo nosić przy sobie papierową torebkę. Poczekać.
Odpuścić. I zaskoczyć dzieci, bo one spodziewają się kolejnej mojej "akcji". Przeczekać. Ochłonąć. Oddychać.

5. Ułożyć hierarchię oczekiwań, czytaj - ustalić zasady nie do złamania. Czy One we wszystkim muszą być idealne? Czy mają zamilknąć zupełnie? Czy mają być dziećmi, które nie mają dziecięcych odruchów? Nie. No właśnie. A tego oczekuję. Na każdym kroku znajdę powód do strofowania, do poprawiania, do krytyki. Taka właśnie ostatnio jestem. Czepialska! Nic mi się nie podoba. Drażni mnie co drugi ruch Marysi, a co trzeci Janka. Z rozpędu zgubiłam zasadność moich uwag. Może nie wszystkie zachowania dzieci są złe? Może - gdy zatrzymam na czas lawinę - zdążę zauważyć, że pisk Janka nie oznacza, że Maria go dręczy. To tylko puzzle, które nie chcą się dopasować, a ja z góry zakładam, że Mały piszczy przez siostrę. Albo - mam wrażenie, że jestem w ciągłym biegu, że muszę to wszystko robić szybko i tych samych godzinach, bo inaczej nie zdążę przed północą, znowu się nie wyśpię, czyli będę zła. Zakłócenia w codziennym maratonie niemile widziane. A gdyby tak - wyłączyć na chwilę gotującą się zupę. Wyjść z dziećmi na dwór. Pośmiać się z nimi i zapytać, w co chcą się pobawić? Przecież walka z ich piętnasty raz zadanym pytaniem: możemy wyjść na dwór???? albo wręcz samodzielnym i bez pytania trzaśnięciem drzwiami wyjściowymi, złość i zniecierpliwienie z tym związane - zajmą tyle samo czasu, co faktycznie trzaśnięcie drzwiami, ale razem z nimi.
Może warto przykucnąć i ustalić: teraz szybciutko sprzątamy wasz pokój, a potem razem wychodzimy na rowerki. Wiem, że to działa. A tak rzadko to stosuję! Wolę odgonić, jak muchę, a jęczenie albo głupawka wraca i tak.
I tu problem sprowadza się właśnie do zasad. Tych najważniejszych, głównych, podstawowych. Tych, dzięki którym świat dzieci jest ułożony i prosty. Ustalić zasady i trzymać się ich. Nie jemy w salonie. Sprzątamy pokój i zabawki przed końcem dnia. Odstawiamy naczynia po posiłku. Od czegoś trzeba zacząć.

W artykule Agaty Wilskiej, na którym opieram cały mój wywód, znalazł się jeszcze fragment Modlitwy o pogodę ducha:

"Boże,
użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić.
Odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić.
I mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego."
Jeśli się złościsz – albo coś zrób z sytuacją, z powodu której się złościsz albo popracuj nad akceptacją.

Idealne.

Nasze dzieci są dobre. Wyjątkowe, jedyne, wspaniałe. Są moim życiowym sukcesem. Warto dla nich nauczyć się zapanować nad złością. Dla dobra swojego i ich. Nie mieszać im w głowie własną frustracją i słabością. Ale uprościć ich świat zasadami i właściwym przykładem. Siłą spokoju i konsekwencji. Siłą miłości świadomej.
No. To do dzieła:)

 

W powyższym poście opierałam się na artykule Agaty Wilskiej Jak pordzić sobie ze złością.

środa, 2 września 2015

moja

poszłaś
z uśmiechem
z podskokiem
w warkoczyku z czerwoną kokardą
 
a ja zalałam się łzami
kiedy nikt nie patrzył
moja
 
dopiero co byłaś taka krótka
mieściłaś się cała między ramionami
moimi
mogłam schować cię przy sobie
mieć tulić całować w czółko
gładzić po włoskach miękkich

szkoda, że nie widzisz jej mamo moja i babciu kochana
jak w białej bluzce i galowej żorżetowej sukience
puszcza moją dłoń i z każdym krokiem dalej
zamienia się w uczennicę
ile w niej widzę siebie
ale ile Wy byście zobaczyły!

moja mała
córeńka
kruszynka
uczennica

jest czadowo przed snem mi mówi
a ja zawijam owijki za duże z klejem
na te książki za cienkie
zieloną kredkę temperuję na nowo

moja mała
moja

będę przy Tobie i w pierwszej klasie
i w drugiej ławce
bo oddycham Twoim śmiechem i troskami
zawsze będę
zawsze Twoja
mama
 
 


wspomnienie lata

Cisza w domu. A to przecież sierpień, lata środek, i nie minęła jeszcze dwudziesta! Na nogach czuję kurz ostatnich kilku godzin. Zeg...