piątek, 31 marca 2017

niech razi

Niech mnie razi to słońce prosto w oczy, gdy z zakrętu wychodzę przed Mórkowem.
Niech mi tory zamkną przed nosem za każdym razem, a jest tych razów sześć dziennie albo i dziesięć.
Niech mi się papier w drukarce kończy znowu za szybko.
I ziarna kawy w ekspresie. I sól w zmywarce. I makaron ulubiony na carbonarę.
Choć tej soli to najbardziej nie lubię wsypywać.
Niech mi się rajstopy podrą za piętnaście ósma rano, bo za szybko je znowu podciągam.
No przecież nie przez paznokcie.
A to ostatnia para była.
Niech mi się woda przeleje na parapet i nawet trochę na ścianę pod nim, gdy za dużo podleję roślinkę, której nazwy nie znam oczywiście.
Niech mnie wkurza niski kurs funta. I zawyżona wycena za ogrodzenie, które prawie robimy już szósty rok.
Niech mi się nie chce obiadu szykować na następny dzień, więc tradycyjnie w piątek będą ruskie pierogi z geesowskiego.
Niech mnie znowu opuszczą resztki silnej woli i obliżę łyżeczkę całą brudną od nutelli. Przed snem.
Bo przecież sama tam nie wpadła do tego słoika. A z pewnością aż tak się przy tym pobrudzić sama nie mogła.
Niech się nie mieszczę potem w rozmiar 42. Znowu.
Niech mi przyślą dwadzieścia pięć maili z pytaniami o największe pierdoły, które muszę im już, na już sprawdzić, potwierdzić. A po drugiej kawie jeszcze drugie tyle.
Niech nie zdążę ze wszystkim przez ten weekend i kolejnych takich milion.
Niech mnie razi to słońce prosto w oczy, gdy z zakrętu wychodzę za ostatnim rondem.
Niech mnie to wszystko drażni, niech mi się to przydarza. Ile razy będzie trzeba.


Tylko bądź Mamuś zdrowa...

sobota, 25 marca 2017

think Italian!


#thinkitalian

Pod jednym z instagramowych zdjęć trafiłam na takie hasło. Idealne - pomyślałam. Idealne!

Nic aż tak nie pomaga mi przetrwać zimowo wiosenno każdego przesilenia, jak wizja letniego urlopu. Człowiek pracuje cały rok, przerywając biurkową udrękę (o sobie myślę) kilka razy, co kilka miesięcy, na zbyt krótką chwilę. Co najwyżej przedłużony weekend. A te parę dni oderwania się od domu i pracy tylko zaostrza apetyt na więcej, bo pewnie większość z was też doszła już do tego samego wniosku, co ja, że prawdziwie odpoczywa się mając do dyspozycji co najmniej trzy tygodnie. To znaczy... odpoczywałoby się. Pierwsze kilka dni na otrząśnięcie się i zapomnienie o pracy, kolejnych kilka na uświadomienie sobie, że to naprawdę już urlop, a dalej dopiero relaks.
W moim przypadku wolne zawsze wiąże się z innymi trzema etapami: pierwszy to syndrom napięcia przedurlopowego, drugi: nerwowe sprawdzanie maili i połączeń podczas wolnych dni oraz trzeci: nieogarnianie i góra zaległości po. Plus mały upominek dla zastępującej mnie koleżanki, która po moim wolnym najchętniej sama urwałaby się na trochę, żeby odetchnąć po łączeniu dwóch etatów w jeden.
Ale latem, w wakacje, firma, w której pracuję, ma przywilej dwutygodniowej przerwy w produkcji, we wszystkim, przestoju. Time off, closure, holiday break. My favourite time of a year. Ostatnie dni przed to oczywiście wyjście z amnezji u każdego z naszych klientów. Do ostatniej chwili przypominają sobie o arcyważnych zamówieniach i tematach, które nie przeżyją dwutygodniowej rozłąki. Ale potem następuje cudowny czas zero. Reset. Out of the office reply.

Ale miało być po włosku...

Ci, którzy mnie znają, wiedzą, jak lubimy Szwajcarię, że nigdy się na niej nie zawiedliśmy i że nawet jutro mogłabym spakować się i tam wyemigrować. Szwajcarię kochają nasze dzieci. A w niej najbardziej plac zabaw na Camping Aaregg:) Ale w tym roku pomyśleliśmy... a może coś innego? Jest przecież tyle pięknych miejsc, w których nas jeszcze nie było!


Bolzano - expedia

I zaczęło się. Morze? Góry? Jezioro? Północ czy południe? Namiot czy - i taka słabość pojawiła się na małą chwilę, haha - all inclusive??
Zaczęliśmy od badania Francji przez Niemcy, Austrię aż do Włoch. Gdzie my nie byliśmy...
Intensywne poszukiwania nałożyły się na moje ogromne zmęczenie i sporo służbowych obowiązków.
Za oknem kiepsko, któreś z dzieci chore, choroba mamy. Wizja najelegantszego campingu u podnóża ośnieżonych szczytów Alp w środku lata - przygnębiała mnie. Jedyne na co miałam ochotę, to sen. Zresztą pisałam już o tym w poprzednich postach.
Mój ukochany dwoił się i troił. Rozpisywał atrakcje, sprawdzał komfort, opinie, zdjęcia toalet:) Bez wyraźnych zdjęć sanitariatów camping dla mnie nie istnieje:)
A ja ciągle nie i nie. Bałam się kapryśnej pogody, Alpy zaskoczyły nas już i gorącem i zimnem.
Mały przełom nastąpił pewnego kolejnego wieczoru, który spędzaliśmy razem, nad ofertami, czytając opinie o campingach na zoover.com. Polecam każdej zasępionej istocie, na każdy deszczowy i smutaśny dzień. Opinie holenderskich turystów na zoover.com tłumaczone na polski przez translatora gogle.
Doskonały relaks:) Śmiałam się do łez. Napięcie opadło i na drugi dzień wizja wakacji zaczęła się w końcu klarować...
Bartka wyraźnie ciągnęło w góry. Mi marzyło się płasko, leniwie, na leżaczku! haha:) Jak chyba nigdy wcześniej. Miałam po prostu wrażenie, że nawet włoskie, czy francuskie campingi, które pokazywał mi mąż, to nadal... Szwajcaria:) Basen z widokiem na śnieg gdzieś na wierzchołkach...
o tak na przykład...


Caravan Park Sexten, zdjęcie ze strony campingu

Ale ponieważ przez ostatnie dziesięć lat nadal nie nabraliśmy wprawy w kłóceniu się, w sporach i fochach, doszliśmy do wniosku, że możemy przecież jechać na... dwa campingi!
Postanowiliśmy połączyć góry z morzem, zasmakować i Alp i Adriatyku, kamieni i piasku. Idealnie.

No dobra, dobra, a dokąd ostatecznie jedziemy? Dokąd dokładnie?

#thinkitalian

Ciąg dalszy po przerwie. Bądźcie Państwo z nami!:)



czwartek, 23 marca 2017

jakie ja mam szczęście





Czasami zdarza się taki słoneczny dzień, słoneczny nawet mimo chmur za oknem, kiedy nie zwraca się uwagi na to, co nieudane, niezałatwione, ale za to wyraźniej widzi się uśmiechy losu.
Dziś mam taki dzień.
Co prawda ukochany mąż wyjechał z młodzieżą na wycieczkę, nie  ma go dziś i jutro, więc ja już tęsknię, tęskni cały dom. Ciekawe, że zawsze, gdy jest daleko, widzę go bardziej. Świadomość, że dzieli nas więcej, niż codziennych osiem kilometrów, i że nie musnę jego policzka po powrocie z pracy, wywołuje jakiś dziwny ścisk gdzieś tam w środku, małą tęsknotę. Jasiu już wczoraj popłakiwał na myśl, że dziś będzie przecież tęsknił na tatusiem. Przeżywamy te nawet krótkie rozłąki bardzo. Dzielimy myśli i serduszka na dwa miejsca, tam i tu.
Zawsze w taki czas piszę post, bo czuję mocniej, bo brak się czuje. I zawsze wtedy przychodzi ta świadomość, jak wielkie mam szczęście. Niedoceniane nadal, na co dzień. A tak blisko. Los uśmiechnął się do mnie naprawdę szeroko:) Doczekać się już nie mogę powrotu najbliższej mi Osoby, i cieszyć się będę, jakby wracał z końca świata, po latach:)
A te uśmiechy z każdej strony dzisiaj.
Udało mi się dodzwonić do przychodni i zapisać się na wizytę u obleganego lekarza, uprzejmość ze strony pań z rejestracji nadal zadziwia, a tym bardziej cieszy. Ale udało się, po dwóch tygodniach wydzwaniania.
Załatwiłam... karton dla Marysi (lat 8, przypomnę...) - bo chce się do niego wpakować i bawić w.. pewnie jeszcze nie wie dokładnie w co...:) Prosiła mnie o to od kilku dni. Karton, mała rzecz, śmieszna rzecz, znalazłabym w każdym większym sklepie. Tylko kiedy po tych sklepach biegać? Więc spróbowałam w pracy, mamy takie wielkie, gładkie, bez naklejek, idealne do zabawy, a zawsze znajdzie się jakiś uszkodzony, do wyrzucenia. Pomógł kolega, który też ma córeczkę i równie chętnie sam by taki karton złożył... byleby móc i swoją i moją w kosmos kurierem wysłać...:)
I niby nie ma w tym nic niezwykłego, ale ta odruchowa koleżeńska pomoc, porozumienie niemal bez słów, efekt kilkuletniej udanej współpracy, z którą spotkałam się tego dnia, a która zdarza się u mnie w pracy naprawdę często, dodaje skrzydeł, podnosi kąciki ust do góry, no chce się żyć!
I w tamtej chwili pomyślałam sobie, jakie ja mam szczęście! Jak to cudownie poczuć, że po latach ciężkiej pracy, przy której mi samej nie zabrakło zwykłej dobrej woli, uśmiechu i pomocnej dłoni, ta życzliwość powraca. Zawsze cieszy. Jakie ja mam szczęście pracować wśród bezinteresownych, pozornie zwykłych ludzi. Och, no nie ma ich znowu aż tak dużo, większość ukrywa tą swoją bezinteresowność baaaardzo głęboko.... ale te perełki niespodziewanych uprzejmości trafiają się, trafiły mi się dzisiaj. To lepsze, niż premia:)
Słońca nadal nie ma, ale ono przecież zawsze gdzieś świeci:)

poniedziałek, 20 marca 2017

zaspane serce

Zapisałam te słowa w zeszłym tygodniu, a może i jeszcze w poprzednim?
Ciągle aktualne, ze wszystkimi szczegółami...



Jeszcze godzinę temu miałam na końcu języka kilka akapitów tekstu. Wróciłam z pracy, ogarnęłam to, co niezbędne pod nogami i wokół mnie. Przypomniałam sobie, żeby na głos chwalić dzieci i podkreślać ich wyjątkowość. Żebym i ja i my i one... żebyśmy mogli częściej słyszeć dobre o nich słowa, nie tylko o tym, co zawsze... że taka młodzież teraz, że za żywi, za głośni, zbyt znudzeni.
Że pewnie i my w końcu ulegniemy komórkom, tabletom i innym smart coś tam...
I tę godzinę temu - z małą minutą później - do drzwi zapukała dwójka dzieci, Sąsiedzi, lat...w sumie 11. Dzieci rozkosznych... do czasu:)
Sumienia nie mam nie wpuścić, nie pozwolić, choć dopiero z pracy wróciłam, marzę o ciszy, fotelu, łagodnym popołudniu. A one u drzwi moich...
Choć ich samych zazwyczaj nie słychać, za to dwa razy głośniejsze są z nimi nasze rozkoszne dwa dziecia.

Ach tak, miało być pozytywnie...

Jest pozytywnie!
Każdego dnia i w każdym momencie. Zwłaszcza, gdy czytam o chorobach innych.
A o tym, jak my jesteśmy szczęśliwi - bo... normalni - uzmysławiam sobie w kółko i wciąż.
Serduszkiem moim są, wszyscy troje, mimo, że to serce ciągle mam zaspane. Oddycham nimi nawet, gdy staram się zaciągnąć wyłącznie własną dorosłością. Przecież od kilku lat, ośmiu dosłownie, nie mam już wyłącznie.
Wzruszam się przy reklamach (znowu!), na filmach i bez powodu. Radością się wzruszam.
Jestem w pełni mamą, najbardziej, jak się da. Jestem ukochaną, zakochaną, żoną.
Z miłością odwzajemnianą zanim pojawi się potrzeba. Bez wyjątku i powodu.

A pomyśleć, że tak mi jakoś ostatnio źle bywa, że radości chce mi się szukać, że kiedyś nawet przestałam w taką wierzyć, a ona mi się tu spełnia namacalnie każdego dnia.
Tak dużo mam, tak zwyczajnego, spokojnego, niezmąconego ekstremalnością szczęść i nieszczęść.
I takie to jest zwyczajne właśnie, i oczywiste, że dopiero, gdy zaczynam porównywać i zdawać sobie z tej zwyczajności sprawę - czuję falę gorąca na myśl o tym, że mogłoby być jakkolwiek inaczej.

Czasem tylko mi się w nocy budzicie, przez sen swój i mój, ze strachem, bo koszmar, bo coś złego w tym śnie się wydarzyło albo noga ścierpła. Bo kaszel, sucho, pić się chce.
Głowa woła wstawaj, serce woła wstawaj, ciało wstaje i samo nie wie, że robi to, co robi.
Daje pić, masuje, przytula, całuje bezwiednie.

Ale kocha to serce, kocha niezmiernie, nieprzerwanie, nie słabiej, nie letniej.
Choćby najbardziej zaspane było, oderwane od poduszki, odpoczynku, snu.
Kocham bezwarunkowo o każdej porze dnia i każdej w nocy.



niedziela, 19 marca 2017

sprawy nieporankowe





Czuję, że muszę zmienić kilka rzeczy w moim życiu.
NAPRAWDĘ chodzić wcześniej spać i regularnie łykać witaminy i magnez. Wrzucać na luz, nie denerwować się tym, co dotąd doprowadzało mnie do szału. One i tak nie słuchają tego, co mówię po minucie mojego słowotoku. Znaleźć więc muszę sposób na to, jak ich zaskoczyć, jak łagodną stanowczością złamać naturalny opór:)
Każdego rana, od samego rana jestem rozpędzona. Niedawno Agnieszka z bloga Różana Ławeczka zadała u siebie pytanie: "jaki kolor mają twoje poranki?". Chodziło o kolor optymizmu, o to, skąd bierzemy siłę na działanie, na nowy dzień. Sama do siebie się uśmiechnęłam, moja odpowiedź była oczywiście szybka...


Moje poranki są bardziej dźwiękami, niż kolorem. O ile pośpiech może mieć dźwięk...:)
Śmieją się i wołają. Opowiadają o sprawach niezwiązanych, abstrakcyjnych, nieporankowych. Dzwonią łyżeczkami o miseczki i seplenią przez szczoteczkę z pastą... nadal o tych sprawach niezbędnych...


Dopiero, gdy jadę do pracy kolory zaczynają zabawę w uspokajanie mnie. I rozmarzenie mnie... Błękit nieba, zieloność i beżowość ziemi, biel śniegu zimą... Te barwy i kolory, do tego kawałek dobrej muzyki w aucie, sprawiają, że znowu wierzę w ten czas na pasje... że te codzienne pośpieszne dźwięki się w kolor pasji zamienią i otulą mnie z każdej strony...


Choć ostatnio jednak wyłączam nawet i radio. Przeszkadza mi hałas. Mam wrażenie, że codzienność, pośpiech, wszystkość, zagłuszają mi to, co ważne, czego teraz potrzebuję. Zagłuszają ciszę, dzięki której odpoczywam, która mnie uspokaja, dzięki której znajduję równowagę...
Więc wyłączam. Wyciszam. Czekam, aż cisza nada rytm całemu porankowi, początkowi dnia, od niej muszę zacząć, w niej mogę usłyszeć podpowiedź, jej się trzymać...


Ach, gdzie jest ta wiosna...??
Tak bardzo chce mi się już radości! Optymizmu, słońca i pozytywnych wiadomości.
Chce mi się już - i znów - żyć w podskokach, z uśmiechem, z dobrem.
Dość mam już zmarszczonego czoła i złowrogich spojrzeń, okropnych słów, jakie jeden człowiek drugiemu przypisuje, czarnowidztwa i polityki. Dość mam złych wiadomości i bezsilności.


Radości mi się chce, ciepła i kolorów, światełka w tunelu...



środa, 1 marca 2017

nawet wszystko




chciałabym móc częściej rozmawiać z tobą
tylko tobie mogę więcej powiedzieć
nawet wszystko
nie bojąc się nazwać każdej małej myśli, wypowiedzieć na głos tego, co we mnie jest
a jest we mnie cała symfonia emocji, uczuć jak dźwięków ze sobą poukładanych
nut cichych i głośnych, szeptem muśniętych i tych zdecydowanych
różniących się barwą, intensywnością, miejscem w rzędzie
jedne odważne, bezkompromisowe, niecierpliwie odmierzają rytm, żeby zaistnieć wyraźnie w idealnym dla siebie momencie
drugie w tle z dbałością ukryte, nie mniej niezbędne, wyczuwalne ósmym zmysłem i najdoskonalszym słuchem
żadnej z tych nut emocji uronić nie można, ani pominąć, bo w pojedynkę nie istnieją
osobno nic nie znaczą
tylko razem, przy sobie i obok, dopełniają się i uzupełniają
dając wrażenie zupełności
tylko gdy razem wystąpią można zrozumieć każdą z nich osobna


tylko tobie mogę więcej powiedzieć
o tym, jak lubię zamknąć za sobą drzwi codzienności, czynności odruchowych
i wsłuchać się w te najcichsze, najgłębiej siedzące marzenia
małe wizje słonecznego domu na skraju lawendowego pola
z ciepłym kamieniem pod stopami i niespiesznością poranków
z ciszą lekkiego wiatru, aromatem Prowansji i ostatnią pyszną kroplą wina do obiadu
tak mi się marzy być tam z wami
być - nie biec, nie liczyć nie czekać
być po prostu

tak chcę, to się może udać,  czemu nie?
ja i ty... wszystko jest możliwe
nasze wszystko
już się cieszę





wspomnienie lata

Cisza w domu. A to przecież sierpień, lata środek, i nie minęła jeszcze dwudziesta! Na nogach czuję kurz ostatnich kilku godzin. Zeg...