wtorek, 25 kwietnia 2017

za sobą

Czasem tak przysiądę na chwilę i po głębszym oddechu, wolniejszym, samo się pisze...
Wierszyczek taki...
Stare, stare dzieje moje.




na głos nawet nie pomyślę
o tym co mogło być
bo to niemożliwe, że by mogło
cała moja podarta historia
choć może bardziej z niej scenki
jak z przeczytanej dawno książki
podsłuchanej rozmowy


dziwnie
bo powinno boleć
gdy próbuję przypomnieć sobie
emocję z tamtego miejsca
gdy z boku patrzę na siebie samą
wtedy
ale nie boli, nie ma
a jednak ciągnie mnie czasem w tę stronę
jakbym musiała wrócić, żeby drzwi zamknąć
za sobą





piątek, 21 kwietnia 2017

najpyszniejsze okruszki po babeczkach czekoladowych


Dzień dobry:)
Dzisiaj krótko, ale przepysznie.
Rzadko podaję u siebie przepisy, co nie znaczy, że rzadko gotuję i piekę.
Dwa dni temu, bardzo spontanicznie, właściwie pod wpływem wszechobecnej aktualnie fazy naszych dzieci na gotowanie i bycie master szefem juniorem, wyszperałam w telefonie szybki przepis na babeczki czekoladowe
Piec miałam ja, a dzieci dekorować. Przepis niby pierwszy lepszy, z brzegu, a okazał się cudem!
Ogromnym błędem było jedynie upieczenie babeczek z jednej porcji.
Zapach przyciągnął na nasz taras wszystkie możliwe dzieci, czyli sześć umorusanych buziek plus sześć par koszmarnie brudnych rąk, gotowych chwycić po dwa... cokolwiek by to nie było. Do tego dwie Mamy, zziębnięte na kość. Babeczki piekły się dokładnie 21 minut. Stygły już niemal w ustach...









Nie było szansy na zrobienie pięknych zdjęć ani na dekorowanie babeczek. Rozpływały się w ustach.


Dzielę się z Wami przepisem i ochotą na najpyszniejsze czekoladowe babeczki, po których szybko zostają najpyszniejsze okruszki:) Nie mogłam się z Wami nie podzielić tym przepisem.
Wczoraj piekłam je znowu i do kilku wcisnęłam po plasterku banana. Pychota i dobra zabawa w poszukiwanie:)


Przepis jeszcze raz tutaj
Smacznego!






wtorek, 18 kwietnia 2017

let your spring wings spread out





Chodzę już po tym świecie 39 lat plus jeszcze trochę. To dobry moment. To dobry moment na wszystko. Na to, na co wcześniej może było za wcześnie. Albo myślałam, że przecież jeszcze z tym zdążę. I na to, na co zwykle nie mam czasu. Bo kiedy, jak nie teraz? Kiedy, jeśli nie już?
To dobry moment i na to, o czym mogło mi się zdarzyć pomyśleć, ze to nie dla mnie... lub - czy powinnam...?


Tak więc odrzucam rozterki pod tytułem powinnam...lub nie... Wybieram moje ulubione - mogłabym...



Mogłabym tańczyć z Tobą, w kowbojkach, na przykurzonych deskach dzikiego zachodu.

Mogłabym rzucić pracę i wyjechać w roczną podróż dookoła świata. Spotykać ludzi, o których nic nie wiem, ale wiem, że w niczym by mi to nie przeszkadzało.

Mogłabym rzucić pracę i nie wyjechać w roczną podróż dookoła świata, tylko zająć się... naszym domem, dziećmi, życiem. Wyżyłabym się w końcu kulinarnie, odbierałabym dzieci ze szkoły, czytałabym im do snu. Mówiłabym do nich po angielsku, ten jeden dzień w tygodniu, co ot tak dawna już planowałam robić, ale dotąd mi się nie udało. Nie musiałabym krzyczeć i się denerwować, że znowu nie mam czasu. Nie musiałabym nigdzie i nigdy się spieszyć.

Mogłabym przesiedzieć cały dzień na naszej drewnianej ławce na ganku, czytać książkę, gapić się na sąsiadów i wystawiać twarz do słońca.

Mogłabym wynająć na cały tydzień pokój z wielkim łóżkiem i białą pościelą. I spać.

Mogłabym kupić dom gdzieś w Prowansji, z zapachem lawendy pod oknami, czosnku z kuchni na dole, ale przede wszystkim z wielkim oknem w sypialni. Postawiłabym przy nim biurko i pisałabym. Jak w filmach, jak w snach moich. Mogłabym napisać tam książkę, którą w sobie noszę.

Mogłabym wyrzucić z szafy całą garderobę (!) i iść na wielkie zakupy. Wymieniłabym ciemne na jasne i kwieciste, stare na nowe, maxi na mini. Wszystko.

Mogłabym odwiedzić Nazhę w Montanie. Dzieli nas osiem stref czasowych i dwanaście godzin lotu. Ale łączy taka przyjaźń, która słów nie potrzebuje. A w kilku całą oczywistość zawiera. Oczywistość tęsknienia, zrozumienia, ukochania. Razem z Tobą tam pojedziemy, bo musisz Nazhę poznać. I Montanę zobaczyć.

Mogłabym chodzić w szpilkach, zwariowanych i pięknych butach. Nawet już takie mam i potrafię w nich stać. Jestem wtedy wyższa i szczuplejsza. I o to chodzi.

Mogłabym tak marzyć i tymi marzeniami się karmić. Bo mają dobrą energię, pomagają oderwać na chwilę stopy od ziemi i poczuć się lekko.
Powinnam... nie powinnam.. marzę po prostu i myślę sobie, kiedy, jak nie teraz? Młodsza nie będę. Inna też nie. Czas powalczyć i uwierzyć, że się uda, zamiast smęcić wieczorami pod nosem, że znowu z czymś nie zdążyłam.
Wyciągam więc skrzypiące z zaspania skrzydła, rozpościeram. Prasować nie będę, bo przecież ja nic nie prasuję.
Czy mnie od ziemi oderwą?


No pewnie:-)
Pracy póki co nie rzucę, ale szaloną podróż we dwoje, z Mężem moim równie szalonym, już mamy zaplanowaną - tylko my, rowery i Saksoński Szlak Winny...:)







poniedziałek, 17 kwietnia 2017

wiosna i radość



Ostatnio było dużo pisania, dużo gadania.
A czasem wystarczy trochę się zamknąć. Więcej robić, niż mówić. Popatrzeć. Słońce wypatrzeć:)






Mamy drugi dzień Wielkanocnych Świąt. Spędzamy go w naszym domku - jak ja to mówię - stacjonarnie. Ja bardzo, bo siedzę, już całe pół godziny! Rozglądam się i nacieszam. Jutro do pracy, ale mamy jeszcze dziś. Lenimy się. Odpoczywamy. Raz po raz tylko zerkając na serniki, domowy pasztet i krokiety mamy B.
Wiosna. Nareszcie! Nadal z przewagą zimna i deszczu, ale ogród się nie poddaje i budzi do życia. Magnolia gubi ostatnie płatki, nieśmiało pokazują się tulipany, trawa jest gęsta i soczyście zielona. A nasz dom? Tadaaam! Nasz dom zmienił kolor. Dawno temu planowaliśmy zieloną elewację, ale po niemal siedmiu latach dojrzeliśmy do kompletnej zmiany:) Pomalutku, powolutku i jest - magiczny numer farby S 1505-Y40R - zrobiło się subtelnie, spójnie, jasno. Tak idealnie:)













Marysia skończyła osiem lat, a z tej okazji wyprawiliśmy małe dziecięce przyjęcie. Koleżanki, zabawy, śmiechy, chichy. I ten czarowny dziewczęcy świat...











No, może tego czasu ciągle za mało. Tylu rzeczy nie robię... tych małych i tych dużo większych...
Ale tak widocznie musi być. Jest pięknie tak, jak jest:)


Z uśmiechami...
Ania:)

piątek, 14 kwietnia 2017

zanim Wielka...

...to zadumać się trzeba
naprawdę zatrzymać, przystanąć, pomyśleć
iść do kościoła, posiedzieć, pomilczeć
bo w tym milczeniu tak wiele można usłyszeć
a potem przyznać do wszystkich tych słabości, choćby za każdym razem te same były


lubię chodzić do kościoła
lubię w nim być, nawet, gdy jest niby pusty
gdy przekraczam próg i czuję chłód kamiennych posadzek
to i tak mi cieplej
bo wiem, że On jest
bo w kościele bardziej i spokojniej mogę sobie przypomnieć
że nie jesteśmy sami i bać się nie musimy
że mamy próbować, ciągle od nowa
i wcale od razu nie będziemy dużo lepsi, nie od razu to się uda
potkniemy się znowu, i znowu zapomnimy, rozpędzeni dniem, pracą, byciem człowiekiem
ale to nic, najważniejsze, żeby nie być obojętnym, nie odpuszczać i nie zagłuszać
tylko próbować, choćby ciągle od nowa
od nowego tygodnia, po kolejnej spowiedzi


gdy siedzę w tej drewnianej kościelnej ławce, w ciszy, która tylko szeptami jest przerywana
to taki spokój mnie ogarnia
a w ciszy słyszę o wiele więcej, słyszę w niej siebie
a to On mówi
i wśród żalu i Nadzieja się pojawia
ramieniem otacza, taka oczywista, bo przecież zawsze tu była
i jest
i będzie
nawet, gdy ją zagłuszę, gdy się poddam
to Ona czeka


wychodzę a oczy mam mokre od łez
z radości, ulgi, że Wiara wystarczająca we mnie nadal jest
i Miłość, i Nadzieja


próbować nie przestanę







poniedziałek, 10 kwietnia 2017

tata to połowa świata



Właściwie tego nie znam. Nie wiem do końca, jak to jest. Jak by było. Gdybym miała tatę.
Zakładam oczywiście tylko dobry scenariusz.
Gdy się kogoś - lub coś - traci... gdy coś się kończy niespodziewanie, niechcący, kończy się zanim w ogóle porządnie się zaczęło... pozostaje żal i tęsknota. Żal nam tego, co w naszych wyobrażeniach mogłoby by się wydarzyć, i z góry myślimy, że to niewydarzone byłoby... piękne.
Piękne, dobre, warte tych niedoszłych wspomnień. Ten dalszy ciąg miałby być tylko pozytywny, no, może z drobinkami jedynie słabości i potencjalnych konfliktów.
Miałam siedem lat. Mój brat pięć. I wtedy definitywnie zostaliśmy bez taty. Nie wiem, jak dokładnie zrobiła to nasza Mama, że nie odczuliśmy wtedy nagłego pęknięcia, jakiejś ogromnej zmiany. Być może dlatego, że tata znikał już wcześniej, że czasem więcej go nie było, niż był, może dlatego, że byliśmy naprawdę mali, a ja z pewnością dryfowałam już wtedy gdzieś w swoim małym wewnętrznym dziewczęcym świecie. A był ten mój świat baaardzo bogaty.
W każdym razie Mama zadbała o to, żeby rozwód i ostateczny brak taty roztarły się między naszymi dniami, miesiącami i latami. Nie wiem, jakim cudem Jej się to udało, bo z pewnością ten czas nie zostawił za sobą traumy. Raczej dojrzewał razem z nami, żeby - jak to było w moim przypadku - najmocniej zaboleć, gdy miałam jakieś osiemnaście lat.


Ale gdy patrzę dziś na swoje dzieci - nie mam wątpliwości. Tata, to połowa świata. Właśnie dla nich. Mama i Tata są jak dzień i noc, księżyc i słońce. Oczywistość. Wszystkość.
Nasze dzieci mają dziś osiem i pięć lat. Ich Tata czyta im książki przed snem. Gra z Jankiem w nogę, a z Marysią odrabia większość lekcji. Zawozi je do szkoły i przedszkola, a po pracy stamtąd odbiera. Każda przeciągająca się nieobecność B. wywołuje lawinę dopytywań kiedy tata wróci? Mimo, że to przeciągnięcie trwa dziesięć minut. Wzrusza mnie, gdy dzieci oczekują zapewnienia, że Tata jest tu lub tam, że robi to i tamto i niedługo będzie z powrotem. Wzruszają mnie rysunki, na których jesteśmy wszyscy czworo, i ta oczywistość w ich oczach i przekonaniu, że jedyna pełność to cztery. Cztery widelce i krzesła. Cztery miejsca w aucie i cztery szczoteczki do zębów.
To niesamowite, że dla małych dzieci, osoby i wydarzenia z ich bezpośredniego otoczenia, z ich codzienności, składają się na jedyny prawdziwy świat. Znają tylko to, co my, rodzice, im pokażemy i czego nauczymy. Jacy jesteśmy i ...że jesteśmy.
Patrzę dziś na naszą rodzinę i widzę już, jak to jest. A czego mi zabrakło. Serce mi niemal ze szczęścia pęka, bo dzieci mają Tatę. Ze wszystkim, co Tata ze sobą niesie. Takie to niby oczywiste, a tak niezwykłe.
Teraz widzę, z czym się do Taty biegnie, gdy jest się ośmioletnią dziewczynką, jak nasza Marysia. Bo ja ze wszystkim biegłam tylko do Mamy. Choć podobno wiele pragnęłam Jej zaoszczędzić, więc dość wcześnie sama szukałam rozwiązań dla moich małych rozterek.
Teraz widzę, jak stopniowo zacieśnia się więź ojca z synem, jak ważny jest ten ojcowski autorytet i jak niełatwo go sobą budować.


Jak niełatwo jest być swoją połową świata, a co dopiero, gdy trzeba być nim całym.
Najlepiej, jak się potrafi...


Szkoda, że tak wielu rodziców odpuszcza, lekceważy, tchórzy. Szkoda, że tak wielu rodziców bierze rozwód ze swoimi dziećmi. A one zostają z żalem, który prędzej czy później się pojawi, nie do końca zrozumiany. Ale zawsze niechciany.


Dziękuję Ci Mamuś. I Tobie Kochanie, Tatusiu naszych dzieci.
Ściskam Cię, Braciszku...



niedziela, 2 kwietnia 2017

think Italian! nie mogę się doczekać...

#thinkitalian - ciąg dalszy:)


Z góry uprzedzam, że zdjęcia pochodzą ze stron internetowych wspominanych campingów, nie są nasze, co wydaje się oczywiste:) Naszymi zdjęciami mam nadzieję zachwycić Was po powrocie.
O tym, jak długą drogę musieliśmy pokonać, zanim wybraliśmy sam tylko cel naszych tegorocznych wakacji, pisałam w jednym z poprzednich postów. O tutaj.
Na radosnym końcu naszych zmagań zdecydowaliśmy, że wyjedziemy na dłużej, niż dotąd. A co.
A dokąd? Na dwa włoskie campingi - w południowym Tyrolu i u wybrzeża Adriatyku.


Południowy Tyrol, z cudownie brzmiącymi nazwami miejscowości... Bolzano, Merano, a pomiędzy nimi Tesimo/Tisens - jako, że w tym rejonie nazwy miast podawane są w dwóch językach - po włosku i austriacku. Właśnie tam znajduje się wybrany przez nas Nature Caravan Park Tisens.
Nie ma to jak zachwycać się własnym urlopem, zanim się w ogóle na niego pojechało, prawda?:)
Zanim będę mogła pokazać nasze zdjęcia - udostępniam kilka ze strony Campingu.





Południowy Tyrol obiecuje 300 słonecznych dni w roku. Ma być rajem dla dzieci, dzięki atrakcjom typu eko farmy ze zwierzętami i place zabaw. Przepiękne widoki. Błogość łąk otoczona zapierającymi dech w piersiach szczytami gór. Wyśmienite jabłka. Szlaki winne. Kuchnia alpejska i śródziemnomorska w jednym. Bo to dwa w jednym - trochę Austrii, trochę Włoch. Południowy Tyrol.





Mój mąż już dziś prosi o pół dnia wychodnego, co oznacza oczywiście wyjazdowe. Zabieramy ze sobą rowery, a w pobliżu naszego pierwszego campingu znajduje się - jak on to mówi - mekka kolarzy - przełęcz Stelvio. Jak wiecie, sama trochę jeżdżę na rowerze, ale to, jak Wikipedia opisuje tą najwyższą przejezdną we Włoskich Alpach przełęcz... jakiś odlot! A mój mąż się tam wybiera. Rowerem.

Cytuję za Wikipedią: "Na podjazd od strony północnej prowadzi droga o długości 24,3 kilometra przy średnim nachyleniu 7,4 procent, zawierająca 48 ponumerowanych zakrętów. Daje to rzadko spotykane na innych alpejskich drogach przewyższenie trasy wynoszące ponad 1800 metrów. Podjazd od strony południowo-wschodniej liczy 21,5 kilometra przy średnim nachyleniu 7,1 procent (różnica wysokości to 1533 metry)."
Dla porównania - moje ostatnie nie byle co - różnica wysokości 60m, z których jakieś 150m długości pokonałam pieszo, opierając swoje słodkie ciało o miętowy rower...
To on na Stelvio. A ja się w tym czasie poopalam. Siedząc.


A drugi camping?
Zobaczcie sami... Wybrzeże Adriatyku, godzinka drogi do Wenecji, piaszczyste plaże, błękit nieba, ciepło, gorąco - to Camping Mediterraneo.





Sama Wenecja nie korci mnie tak, jak - słuchajcie - Burano, Merano i Torcello...
Nie, nie, to nie imiona przystojnych Włochów, tylko nazwy wysp, znajdujących się w pobliżu Wenecji. Czy nie brzmią pięknie? :)
Zajrzymy tam, zwłaszcza na Burano. Bo tak się tam żyje...




hmm...
Jest jeszcze coś. Ta plaża, słońce, baseny... wiecie, o co chodzi?
No właśnie. Mam trzy miesiące. Jeden już zmarnowałam. Ale nie poddaję się.
Przede mną co najmniej 5 kg wyrzeczeń i silnej woli. 5kg! Szkoda, że nie ubywa tak szybko, jak przybywa...:)
Dlatego od już, od zaraz - think Italian!


A jak wyglądają Wasze plany urlopowe?

piątek, 31 marca 2017

niech razi

Niech mnie razi to słońce prosto w oczy, gdy z zakrętu wychodzę przed Mórkowem.
Niech mi tory zamkną przed nosem za każdym razem, a jest tych razów sześć dziennie albo i dziesięć.
Niech mi się papier w drukarce kończy znowu za szybko.
I ziarna kawy w ekspresie. I sól w zmywarce. I makaron ulubiony na carbonarę.
Choć tej soli to najbardziej nie lubię wsypywać.
Niech mi się rajstopy podrą za piętnaście ósma rano, bo za szybko je znowu podciągam.
No przecież nie przez paznokcie.
A to ostatnia para była.
Niech mi się woda przeleje na parapet i nawet trochę na ścianę pod nim, gdy za dużo podleję roślinkę, której nazwy nie znam oczywiście.
Niech mnie wkurza niski kurs funta. I zawyżona wycena za ogrodzenie, które prawie robimy już szósty rok.
Niech mi się nie chce obiadu szykować na następny dzień, więc tradycyjnie w piątek będą ruskie pierogi z geesowskiego.
Niech mnie znowu opuszczą resztki silnej woli i obliżę łyżeczkę całą brudną od nutelli. Przed snem.
Bo przecież sama tam nie wpadła do tego słoika. A z pewnością aż tak się przy tym pobrudzić sama nie mogła.
Niech się nie mieszczę potem w rozmiar 42. Znowu.
Niech mi przyślą dwadzieścia pięć maili z pytaniami o największe pierdoły, które muszę im już, na już sprawdzić, potwierdzić. A po drugiej kawie jeszcze drugie tyle.
Niech nie zdążę ze wszystkim przez ten weekend i kolejnych takich milion.
Niech mnie razi to słońce prosto w oczy, gdy z zakrętu wychodzę za ostatnim rondem.
Niech mnie to wszystko drażni, niech mi się to przydarza. Ile razy będzie trzeba.


Tylko bądź Mamuś zdrowa...

sobota, 25 marca 2017

think Italian!


#thinkitalian

Pod jednym z instagramowych zdjęć trafiłam na takie hasło. Idealne - pomyślałam. Idealne!

Nic aż tak nie pomaga mi przetrwać zimowo wiosenno każdego przesilenia, jak wizja letniego urlopu. Człowiek pracuje cały rok, przerywając biurkową udrękę (o sobie myślę) kilka razy, co kilka miesięcy, na zbyt krótką chwilę. Co najwyżej przedłużony weekend. A te parę dni oderwania się od domu i pracy tylko zaostrza apetyt na więcej, bo pewnie większość z was też doszła już do tego samego wniosku, co ja, że prawdziwie odpoczywa się mając do dyspozycji co najmniej trzy tygodnie. To znaczy... odpoczywałoby się. Pierwsze kilka dni na otrząśnięcie się i zapomnienie o pracy, kolejnych kilka na uświadomienie sobie, że to naprawdę już urlop, a dalej dopiero relaks.
W moim przypadku wolne zawsze wiąże się z innymi trzema etapami: pierwszy to syndrom napięcia przedurlopowego, drugi: nerwowe sprawdzanie maili i połączeń podczas wolnych dni oraz trzeci: nieogarnianie i góra zaległości po. Plus mały upominek dla zastępującej mnie koleżanki, która po moim wolnym najchętniej sama urwałaby się na trochę, żeby odetchnąć po łączeniu dwóch etatów w jeden.
Ale latem, w wakacje, firma, w której pracuję, ma przywilej dwutygodniowej przerwy w produkcji, we wszystkim, przestoju. Time off, closure, holiday break. My favourite time of a year. Ostatnie dni przed to oczywiście wyjście z amnezji u każdego z naszych klientów. Do ostatniej chwili przypominają sobie o arcyważnych zamówieniach i tematach, które nie przeżyją dwutygodniowej rozłąki. Ale potem następuje cudowny czas zero. Reset. Out of the office reply.

Ale miało być po włosku...

Ci, którzy mnie znają, wiedzą, jak lubimy Szwajcarię, że nigdy się na niej nie zawiedliśmy i że nawet jutro mogłabym spakować się i tam wyemigrować. Szwajcarię kochają nasze dzieci. A w niej najbardziej plac zabaw na Camping Aaregg:) Ale w tym roku pomyśleliśmy... a może coś innego? Jest przecież tyle pięknych miejsc, w których nas jeszcze nie było!


Bolzano - expedia

I zaczęło się. Morze? Góry? Jezioro? Północ czy południe? Namiot czy - i taka słabość pojawiła się na małą chwilę, haha - all inclusive??
Zaczęliśmy od badania Francji przez Niemcy, Austrię aż do Włoch. Gdzie my nie byliśmy...
Intensywne poszukiwania nałożyły się na moje ogromne zmęczenie i sporo służbowych obowiązków.
Za oknem kiepsko, któreś z dzieci chore, choroba mamy. Wizja najelegantszego campingu u podnóża ośnieżonych szczytów Alp w środku lata - przygnębiała mnie. Jedyne na co miałam ochotę, to sen. Zresztą pisałam już o tym w poprzednich postach.
Mój ukochany dwoił się i troił. Rozpisywał atrakcje, sprawdzał komfort, opinie, zdjęcia toalet:) Bez wyraźnych zdjęć sanitariatów camping dla mnie nie istnieje:)
A ja ciągle nie i nie. Bałam się kapryśnej pogody, Alpy zaskoczyły nas już i gorącem i zimnem.
Mały przełom nastąpił pewnego kolejnego wieczoru, który spędzaliśmy razem, nad ofertami, czytając opinie o campingach na zoover.com. Polecam każdej zasępionej istocie, na każdy deszczowy i smutaśny dzień. Opinie holenderskich turystów na zoover.com tłumaczone na polski przez translatora gogle.
Doskonały relaks:) Śmiałam się do łez. Napięcie opadło i na drugi dzień wizja wakacji zaczęła się w końcu klarować...
Bartka wyraźnie ciągnęło w góry. Mi marzyło się płasko, leniwie, na leżaczku! haha:) Jak chyba nigdy wcześniej. Miałam po prostu wrażenie, że nawet włoskie, czy francuskie campingi, które pokazywał mi mąż, to nadal... Szwajcaria:) Basen z widokiem na śnieg gdzieś na wierzchołkach...
o tak na przykład...


Caravan Park Sexten, zdjęcie ze strony campingu

Ale ponieważ przez ostatnie dziesięć lat nadal nie nabraliśmy wprawy w kłóceniu się, w sporach i fochach, doszliśmy do wniosku, że możemy przecież jechać na... dwa campingi!
Postanowiliśmy połączyć góry z morzem, zasmakować i Alp i Adriatyku, kamieni i piasku. Idealnie.

No dobra, dobra, a dokąd ostatecznie jedziemy? Dokąd dokładnie?

#thinkitalian

Ciąg dalszy po przerwie. Bądźcie Państwo z nami!:)



czwartek, 23 marca 2017

jakie ja mam szczęście





Czasami zdarza się taki słoneczny dzień, słoneczny nawet mimo chmur za oknem, kiedy nie zwraca się uwagi na to, co nieudane, niezałatwione, ale za to wyraźniej widzi się uśmiechy losu.
Dziś mam taki dzień.
Co prawda ukochany mąż wyjechał z młodzieżą na wycieczkę, nie  ma go dziś i jutro, więc ja już tęsknię, tęskni cały dom. Ciekawe, że zawsze, gdy jest daleko, widzę go bardziej. Świadomość, że dzieli nas więcej, niż codziennych osiem kilometrów, i że nie musnę jego policzka po powrocie z pracy, wywołuje jakiś dziwny ścisk gdzieś tam w środku, małą tęsknotę. Jasiu już wczoraj popłakiwał na myśl, że dziś będzie przecież tęsknił na tatusiem. Przeżywamy te nawet krótkie rozłąki bardzo. Dzielimy myśli i serduszka na dwa miejsca, tam i tu.
Zawsze w taki czas piszę post, bo czuję mocniej, bo brak się czuje. I zawsze wtedy przychodzi ta świadomość, jak wielkie mam szczęście. Niedoceniane nadal, na co dzień. A tak blisko. Los uśmiechnął się do mnie naprawdę szeroko:) Doczekać się już nie mogę powrotu najbliższej mi Osoby, i cieszyć się będę, jakby wracał z końca świata, po latach:)
A te uśmiechy z każdej strony dzisiaj.
Udało mi się dodzwonić do przychodni i zapisać się na wizytę u obleganego lekarza, uprzejmość ze strony pań z rejestracji nadal zadziwia, a tym bardziej cieszy. Ale udało się, po dwóch tygodniach wydzwaniania.
Załatwiłam... karton dla Marysi (lat 8, przypomnę...) - bo chce się do niego wpakować i bawić w.. pewnie jeszcze nie wie dokładnie w co...:) Prosiła mnie o to od kilku dni. Karton, mała rzecz, śmieszna rzecz, znalazłabym w każdym większym sklepie. Tylko kiedy po tych sklepach biegać? Więc spróbowałam w pracy, mamy takie wielkie, gładkie, bez naklejek, idealne do zabawy, a zawsze znajdzie się jakiś uszkodzony, do wyrzucenia. Pomógł kolega, który też ma córeczkę i równie chętnie sam by taki karton złożył... byleby móc i swoją i moją w kosmos kurierem wysłać...:)
I niby nie ma w tym nic niezwykłego, ale ta odruchowa koleżeńska pomoc, porozumienie niemal bez słów, efekt kilkuletniej udanej współpracy, z którą spotkałam się tego dnia, a która zdarza się u mnie w pracy naprawdę często, dodaje skrzydeł, podnosi kąciki ust do góry, no chce się żyć!
I w tamtej chwili pomyślałam sobie, jakie ja mam szczęście! Jak to cudownie poczuć, że po latach ciężkiej pracy, przy której mi samej nie zabrakło zwykłej dobrej woli, uśmiechu i pomocnej dłoni, ta życzliwość powraca. Zawsze cieszy. Jakie ja mam szczęście pracować wśród bezinteresownych, pozornie zwykłych ludzi. Och, no nie ma ich znowu aż tak dużo, większość ukrywa tą swoją bezinteresowność baaaardzo głęboko.... ale te perełki niespodziewanych uprzejmości trafiają się, trafiły mi się dzisiaj. To lepsze, niż premia:)
Słońca nadal nie ma, ale ono przecież zawsze gdzieś świeci:)

poniedziałek, 20 marca 2017

zaspane serce

Zapisałam te słowa w zeszłym tygodniu, a może i jeszcze w poprzednim?
Ciągle aktualne, ze wszystkimi szczegółami...



Jeszcze godzinę temu miałam na końcu języka kilka akapitów tekstu. Wróciłam z pracy, ogarnęłam to, co niezbędne pod nogami i wokół mnie. Przypomniałam sobie, żeby na głos chwalić dzieci i podkreślać ich wyjątkowość. Żebym i ja i my i one... żebyśmy mogli częściej słyszeć dobre o nich słowa, nie tylko o tym, co zawsze... że taka młodzież teraz, że za żywi, za głośni, zbyt znudzeni.
Że pewnie i my w końcu ulegniemy komórkom, tabletom i innym smart coś tam...
I tę godzinę temu - z małą minutą później - do drzwi zapukała dwójka dzieci, Sąsiedzi, lat...w sumie 11. Dzieci rozkosznych... do czasu:)
Sumienia nie mam nie wpuścić, nie pozwolić, choć dopiero z pracy wróciłam, marzę o ciszy, fotelu, łagodnym popołudniu. A one u drzwi moich...
Choć ich samych zazwyczaj nie słychać, za to dwa razy głośniejsze są z nimi nasze rozkoszne dwa dziecia.

Ach tak, miało być pozytywnie...

Jest pozytywnie!
Każdego dnia i w każdym momencie. Zwłaszcza, gdy czytam o chorobach innych.
A o tym, jak my jesteśmy szczęśliwi - bo... normalni - uzmysławiam sobie w kółko i wciąż.
Serduszkiem moim są, wszyscy troje, mimo, że to serce ciągle mam zaspane. Oddycham nimi nawet, gdy staram się zaciągnąć wyłącznie własną dorosłością. Przecież od kilku lat, ośmiu dosłownie, nie mam już wyłącznie.
Wzruszam się przy reklamach (znowu!), na filmach i bez powodu. Radością się wzruszam.
Jestem w pełni mamą, najbardziej, jak się da. Jestem ukochaną, zakochaną, żoną.
Z miłością odwzajemnianą zanim pojawi się potrzeba. Bez wyjątku i powodu.

A pomyśleć, że tak mi jakoś ostatnio źle bywa, że radości chce mi się szukać, że kiedyś nawet przestałam w taką wierzyć, a ona mi się tu spełnia namacalnie każdego dnia.
Tak dużo mam, tak zwyczajnego, spokojnego, niezmąconego ekstremalnością szczęść i nieszczęść.
I takie to jest zwyczajne właśnie, i oczywiste, że dopiero, gdy zaczynam porównywać i zdawać sobie z tej zwyczajności sprawę - czuję falę gorąca na myśl o tym, że mogłoby być jakkolwiek inaczej.

Czasem tylko mi się w nocy budzicie, przez sen swój i mój, ze strachem, bo koszmar, bo coś złego w tym śnie się wydarzyło albo noga ścierpła. Bo kaszel, sucho, pić się chce.
Głowa woła wstawaj, serce woła wstawaj, ciało wstaje i samo nie wie, że robi to, co robi.
Daje pić, masuje, przytula, całuje bezwiednie.

Ale kocha to serce, kocha niezmiernie, nieprzerwanie, nie słabiej, nie letniej.
Choćby najbardziej zaspane było, oderwane od poduszki, odpoczynku, snu.
Kocham bezwarunkowo o każdej porze dnia i każdej w nocy.



niedziela, 19 marca 2017

sprawy nieporankowe





Czuję, że muszę zmienić kilka rzeczy w moim życiu.
NAPRAWDĘ chodzić wcześniej spać i regularnie łykać witaminy i magnez. Wrzucać na luz, nie denerwować się tym, co dotąd doprowadzało mnie do szału. One i tak nie słuchają tego, co mówię po minucie mojego słowotoku. Znaleźć więc muszę sposób na to, jak ich zaskoczyć, jak łagodną stanowczością złamać naturalny opór:)
Każdego rana, od samego rana jestem rozpędzona. Niedawno Agnieszka z bloga Różana Ławeczka zadała u siebie pytanie: "jaki kolor mają twoje poranki?". Chodziło o kolor optymizmu, o to, skąd bierzemy siłę na działanie, na nowy dzień. Sama do siebie się uśmiechnęłam, moja odpowiedź była oczywiście szybka...


Moje poranki są bardziej dźwiękami, niż kolorem. O ile pośpiech może mieć dźwięk...:)
Śmieją się i wołają. Opowiadają o sprawach niezwiązanych, abstrakcyjnych, nieporankowych. Dzwonią łyżeczkami o miseczki i seplenią przez szczoteczkę z pastą... nadal o tych sprawach niezbędnych...


Dopiero, gdy jadę do pracy kolory zaczynają zabawę w uspokajanie mnie. I rozmarzenie mnie... Błękit nieba, zieloność i beżowość ziemi, biel śniegu zimą... Te barwy i kolory, do tego kawałek dobrej muzyki w aucie, sprawiają, że znowu wierzę w ten czas na pasje... że te codzienne pośpieszne dźwięki się w kolor pasji zamienią i otulą mnie z każdej strony...


Choć ostatnio jednak wyłączam nawet i radio. Przeszkadza mi hałas. Mam wrażenie, że codzienność, pośpiech, wszystkość, zagłuszają mi to, co ważne, czego teraz potrzebuję. Zagłuszają ciszę, dzięki której odpoczywam, która mnie uspokaja, dzięki której znajduję równowagę...
Więc wyłączam. Wyciszam. Czekam, aż cisza nada rytm całemu porankowi, początkowi dnia, od niej muszę zacząć, w niej mogę usłyszeć podpowiedź, jej się trzymać...


Ach, gdzie jest ta wiosna...??
Tak bardzo chce mi się już radości! Optymizmu, słońca i pozytywnych wiadomości.
Chce mi się już - i znów - żyć w podskokach, z uśmiechem, z dobrem.
Dość mam już zmarszczonego czoła i złowrogich spojrzeń, okropnych słów, jakie jeden człowiek drugiemu przypisuje, czarnowidztwa i polityki. Dość mam złych wiadomości i bezsilności.


Radości mi się chce, ciepła i kolorów, światełka w tunelu...



środa, 1 marca 2017

nawet wszystko




chciałabym móc częściej rozmawiać z tobą
tylko tobie mogę więcej powiedzieć
nawet wszystko
nie bojąc się nazwać każdej małej myśli, wypowiedzieć na głos tego, co we mnie jest
a jest we mnie cała symfonia emocji, uczuć jak dźwięków ze sobą poukładanych
nut cichych i głośnych, szeptem muśniętych i tych zdecydowanych
różniących się barwą, intensywnością, miejscem w rzędzie
jedne odważne, bezkompromisowe, niecierpliwie odmierzają rytm, żeby zaistnieć wyraźnie w idealnym dla siebie momencie
drugie w tle z dbałością ukryte, nie mniej niezbędne, wyczuwalne ósmym zmysłem i najdoskonalszym słuchem
żadnej z tych nut emocji uronić nie można, ani pominąć, bo w pojedynkę nie istnieją
osobno nic nie znaczą
tylko razem, przy sobie i obok, dopełniają się i uzupełniają
dając wrażenie zupełności
tylko gdy razem wystąpią można zrozumieć każdą z nich osobna


tylko tobie mogę więcej powiedzieć
o tym, jak lubię zamknąć za sobą drzwi codzienności, czynności odruchowych
i wsłuchać się w te najcichsze, najgłębiej siedzące marzenia
małe wizje słonecznego domu na skraju lawendowego pola
z ciepłym kamieniem pod stopami i niespiesznością poranków
z ciszą lekkiego wiatru, aromatem Prowansji i ostatnią pyszną kroplą wina do obiadu
tak mi się marzy być tam z wami
być - nie biec, nie liczyć nie czekać
być po prostu

tak chcę, to się może udać,  czemu nie?
ja i ty... wszystko jest możliwe
nasze wszystko
już się cieszę





wtorek, 21 lutego 2017

blog, słowa niepozbierane i niezwykłości

Tak, tak. To miały być trzy posty. Z rozmysłem napisane, dopracowane, wymuskane.
Ale z tym moim blogiem... nie mogę się ostatnio dogadać.
Zaglądam. Zaczynam. I porzucam przed końcem pierwszego wiersza.
Przez cały dzień krążą wokół mnie słowa, czasem w pojedynkę, częściej parami.
zaspane serce
niezwykłości
sprawy nieporankowe
słowa niepozbierane
Przepiękne, obudzone myśli, już... już widzę je jako nagłówki obiecujących historii.
Już mam wpaść w ten niegdyś ulubiony nieczas pisania - zwany po ludzku zapomnieniem się - taki, który tłumaczy nieugotowane, niewyprasowane i niewyspane - koniecznością tu i teraz zanotowania najgorętszych i najaktualniejszych przemyśleń. Tych, co nie mogą poczekać już ani chwili dłużej.
Już mam niemal tę moją niecierpliwość otuloną kocem, nastrojoną zapachem gorącej herbaty i muzyką w słuchawkach...
Tylko usiąść. I pisać.
Ale... nowe tematy, natchnienia, umykają przed zachodem słońca.
Nie rozwijam, nie opowiadam, palce zawieszam nad migającym kursorem i nie zatrzymuję się na dłużej.
A może to one nie zatrzymują mnie?
Wiercą się te moje myśli jeszcze przez chwilę.. o tak! zagadują, intrygują, żeby w końcu przegrać ze snem, zimą lub zwyczajną niechęcią. I wrażeniem, ze to wszystko bez sensu.
I tak mijały ostatnie tygodnie. Próby i zniechęcenia.
Przy kolejnym falstarcie doszłam do wniosku, że... nie mam o czym pisać.
Bo albo już o tym czymś pisałam, już się do tego przyzwyczaiłam, przeżyłam...
...albo ta nowa myśl okazywała się błaha, nieważna, przeterminowana.
Być może za bardzo chciałam napisać coś popularnego, co porwie i mnie i Was. Coś, co poruszy, zostanie na dłużej, niż kilka dni życia blogowego posta.
Takie właśnie błahe mi się to wszystko wydało, sam blog i pisanie o sobie i dla mnie.
Wirtualne i na chwilę. Szukałam myśli pozytywnych, optymistycznych, wręcz radosnych.


A tu życie biegło obok, pełne spraw naprawdę ważnych i dotykalnych. Biegły dzieci i Męża świat.
Zwolniłam. Częściowo uwolniłam się od mediów i portali.
Ale niepokój jakiś dziwny pozostał.
To nie z blogiem nie mogłam się dogadać.
Tylko ze sobą.


Być może zmęczenie, nastrój w pracy, brak promieni słonecznych, zimno i bezśnieżny mróz.
Być może straszne wiadomości ze świata, przepychanki polityków i nasza wobec tego bezsilność.
Całe garście braków i nadmiarów.
Szukałam, chciałam, ale nie wiedziałam czego i co.
Nie mogłam się zdecydować nawet na miejsce tegorocznych wakacji.
Nie cieszyło mnie to, co powinno cieszyć. Aż rozpłakałam się w drodze do pracy.
Pewnego ranka.
Bez powodu.
Depresja?
Pomyślałam - pójdę do specjalisty. Pójdę po diagnozę, którą sama sobie ustaliłam.
Niech mi powie, że wymyślam, że się nad sobą użalam, że mam za dobrze i z nudów wyszukuję. Niech mi - nie dosłownie - da kopa w d...
Podziałało. Nie musiałam nigdzie iść.
Otworzyłam szerzej oczy. Powtarzam sobie, że nie muszę na siłę ulegać własnym zachciankom - bo tak sugerują w kobiecych magazynach - żeby walczyć o swoje, o lepszą pozycję kobiety, wszędzie. Wystarczy umiar. I świadomość. Wolę być sobą tu i teraz, z tym, co teraz. Pasje pasjami, nie wygasną. A nasze dzieci rosną. Drugi raz nie będą miały po 5 i 8 lat. Niedługo skończy się wskakiwanie do łóżka nad ranem i opowieści o marzeniach bycia gwiazdą Mam Talent i Voice of Poland. Za chwilę mi tego zabraknie.
Nie muszę poszukiwać niezwykłości, tylko je dostrzec. Są wszędzie!
W słowach... już nie moich, ale naszych dzieci. W ich główkach, przemyśleniach, uporze i w tym, jak bardzo podobne są do nas. Jak bardzo dosłownie nas naśladują, chłoną. Jak bardzo my jesteśmy ich światem.
Całe moje życie jest niezwykłe - Ukochany obok, z zaletami, które ciągle zachwycają i słabościami, które stają się niemal wspólnymi. Marysia i Janek - zdrowe, mądre, energiczne skarby. Mam pracę, mam dom, mam i kredyt, mam i marzenia, jak to będzie, gdy go spłacimy:)
Tyle planów na tą wiosnę i najbliższe lata. Wspólne, ze wszystkim, co nam przyniosą.
A co mogę? Mogę pozwolić sobie na łzy w drodze do pracy. Ten jeden raz.
Na sen, kiedy przyjdzie mi na to ochota.
Na niegotowanie i niepozbieranie. Na pisanie i niepisanie.
Na dzień dobry.

zaspane serce
niezwykłości
sprawy nieporankowe
słowa już pozbierane:)
i kolejne
północ - południe
mama swojej córeczki

czekają na opowiedzenie
pozytywne i z rozmysłem
nawet, jeśli błahe
zajrzycie?:)






poniedziałek, 13 lutego 2017

"to się chwalę":)

takim Znajomymi trzeba się chwalić!


nasza Dorota - prowadząca blog www.dorotanaprzedmiesciach.blogspot.com - bierzmy przykład:)
bo teraz to już nie tylko "Dorota - prowadząca blog" - przeczytajcie, bo to prawdziwa inspiracja


kto zna, ten wie:)


o Jej najpierw małych krokach, ale potem liczonych w tysiącach...
Małe zmiany prowadzą do wielkich rezultatów - poznajcie Dorotę!


Dorotka - gratuluję!
- odkąd pamiętam - podziwiam i staram się wzorować
póki co, udaje mi się w jakichś 5%, ale od czegoś trzeba zacząć:)
:)





niedziela, 29 stycznia 2017

mój poranek z George'em


przez cały ranek...
siedziałam znowu na dywanie
po turecku, przed telewizorem
a właściwie przed włączonym magnetofonem marki grundig
i słuchałam careless whisper, jesus to a child, freedom, kissing a fool...
brązowy dywan w beżowe wzory
brązowa meblościanka z połyskiem
mama w wełnianym swetrze, który sama zrobiła na drutach
a na szyi miała zawieszkę z mini perfumikiem w sprayu
z lokami jasnymi bujnymi, które zawsze były żółte na moich przedszkolnych rysunkach
i bladoniebieskim cieniem na powiekach
braciszek bawił się autami, "pierdział" buzią udając dwustukonne silniki swoich dwóch resoraków
tych, które dostał od chrzestnego z jego podróży do Hiszpanii
spodenki z łatkami na kolanach i słodki uśmiech, którego nie sposób było nie kochać
i tata wtedy był
jak George Michael
miał czarne włosy, czarne wąsy, duże dłonie, był wysoki
miałam tatę
włączał telewizor i nagrywał prosto z niego na poczciwego grundiga


taki to był mój świat
mama tata i brat
i George z Whitney


cały ranek dziś słuchałam tych starych pięknych piosenek
może się starzeję, dojrzewam, zaczynam częściej patrzeć wstecz
bardzo wstecz!
urodziłam się w 1977
a ten rocznik obchodzi w tym roku cudowne krągłe urodziny
to nasz rok! to jest i będzie dobry rok
dopiero się rozkręca, nabiera rumieńców, tym bardziej, że 39te urodziny miałam w grudniu
może nie kupię czerwonego porsche
ale buty w szalonych kolorach już mam:)





czad, prawda?:)


będzie dobrze
podobno w tym roku mam "zacząć działać w bardziej przemyślany sposób, choć to może się wydawać nie w moim stylu"... haha:)
póki co słucham George'a
aktualna wtedy i tak bardzo teraz...
"Praying for Time..."






sobota, 28 stycznia 2017

jeden





Jakoś tak ostatnio zimno mi ciągle...
Zimny dreszcz to jest właściwie...
Kilka razy dziennie dowiaduję się o czyimś dramacie. Jednego dziecka, żony Sąsiada, całego autobusu, nieznanej rodziny. Niby bliskie, niby dalekie to dramaty, ale wyobraźnia działa i... strach mnie oblatuje.
Mam wrażenie, że tak niesamowicie dużo dzieje się ostatnio właśnie tych strasznych rzeczy...
Samobójstwa, zabójstwa, nowotwory, odejścia i zdrady.
Może to tylko media pastwią się nad nami? A może nie do końca...?
Znajoma znajomej. Tragedia w mieście niedaleko. Tak naprawdę, na żywo, tu i teraz.
Strach mnie oblatuje. I nic na to nie poradzę.
Nie takiego świata pragnę dla siebie, a tym bardziej dla naszej rodziny.
Nie, nie wpadam w panikę, czarnowidztwo.
Raczej... zdaję sobie sprawę, że wszystko jest możliwe. Nie tylko to dobre, cudowne, wymarzone.
Wszystko.
Jednego dnia jesteś, masz, a następnego... tak bardzo może się to zmienić.
Więc...?


Każdego niemal dnia martwię się, że nie dość dobrze wychowujemy dzieci, za mało konsekwencji, za mało lepszego przykładu... Co z nich wyrośnie? Jak to będzie za parę lat, gdy pójdą do średniej szkoły, na studia lub nie, do pracy? Czy trafią na życzliwych, przyjaznych ludzi? Czy będę z nimi cierpieć, gdy nieszczęśliwie się zakochają?
Martwię się o pracę, o zmarszczki, o plany niezaplanowane, rzeczy niezrobione.
Już dziś martwię się tym, co ma być za kilka, kilkanaście lat, co za rok, za miesiąc...
Po co?
Skąd pewność, po co założenia, po co wizja dalekiej przyszłości, skoro jutro może przynieść zmianę, nowe, odwrót, koniec lub początek?
Jutro. O jeden dzień od dzisiaj. Już zakładam, że w ogóle będzie, że jest mi dany, że już go mam i mogę nim dysponować.
A guzik!
To, co mam, to dzisiejszy dzień. Jeden dzień naraz. Jeden dzień zmartwień (choć, jak mówił ks. Jan Kaczkowski - lepiej wyznaczyć sobie godzinę na troski, a resztę dnia cieszyć się życiem). Jeden dzień pewności. Za ten jeden jestem odpowiedzialna, z nim mogę zrobić wszystko.
Ode mnie zależy, jak ten dzień spędzę, czy minie niepostrzeżenie, w biegu, zamazany...
A może uda się złapać w ciągu tego dnia chwilę dobrą, ważną, ciekawą...
Świadomą...
Tyle myśli przebiega przez moją głowę w ciągu każdej godziny, w ciągu dnia, tyle wypowiadam słów, bardzo różnych, często gorzkich i niepotrzebnych, jakieś gesty, trudności, które wydają się... za trudne, konflikty, które wydają się nie do rozstrzygnięcia. Czarne chmury i wizja, że tak już będzie zawsze, albo że to się nigdy nie skończy!
Co prawda, już paręnaście lat temu nauczyłam się ogarniać własny lęk przed tym, czego się boję. W konkretnej sytuacji. Gdy dopadał mnie stres, gdy myśli krążyły wokół jednego i nie dawały spokoju. Zawsze wtedy... wyobrażałam sobie najgorsze, porażkę, układałam w głowie - co właściwie takiego strasznego może się wydarzyć? Jak nie zdam egzaminu? Jak wyjdzie na jaw mój błąd w pracy? Jeśli nie zdążę z czymś na czas? Na chłodno ustalałam wersję najgorszą i często okazywało się, że strach i stres miały mnie w garści, dzięki swoim wielkim oczom:) A wypowiedziana, czy pomyślana na głos potencjalna katastrofa okazała się zupełnie do przełknięcia. Zapoznawałam się z nią i niemal pogodziłam, a przez to wydawała się mniej przerażająca. Najczęściej oczywiście do tego najgorszego nie dochodziło, a co ważniejsze - stres był dużo mniejszy.


A teraz?
Teraz świat to już nie tylko egzaminy i praca. Trudniej go ogarnąć, trudno przewidzieć, co będzie.
Teraz mój świat to już nie tylko ja. To mąż, dzieci, rodzina, my. Dużo. Tych myśli.
Muszę wierzyć i ufać, że będzie dobrze, bo będzie, co ma być.
Nie na wszystko mam wpływ. Ale nie jest tak, że nie mam wpływu na nic.
To, co mam, to dzisiejszy dzień. Jeden dzień naraz. Za ten jeden jestem odpowiedzialna.
Z nim mogę zrobić wszystko.
Niech będzie piękny. Przez jeden dzień mogę się przecież postarać.
Bardziej doceniać i dziękować.
Ważne, żeby go dobrze skończyć, z ulgą wieczorem wspominać.
Zdążyć przytulić i wyszeptać na dobranoc parę ciepłych słów.


I już mi cieplej...
A jeśli dostanę jutro - to zacznę od nowa...