wtorek, 22 sierpnia 2017

włoskie wakacje. cz. 4. Passo Stelvio - triumf konsekwencji




Na początku zaznaczę, że poniższa relacja jest zbiorem moich własnych emocji, przeplecionych nader istotnymi liczbami i faktami. Moich, czyli żony głównego bohatera, kolarza. Ja obserwowałam i dopingowałam - razem z całym rodzinnym team'em.

 On jechał. Wjechał na rowerze na Przełęcz Stelvio, z jednym krótkim postojem. Rozpoczął z wysokości 900 mnpm.
Skończył na wysokości ponad 2700 mnpm.

Przełęcz Stelvio - Passo Stelvio - Stilsfer Joch

Poznałam mojego Bartka ponad dziesięć lat temu i szybko przekonałam się, że jest osobą, której pomysłów, planów się nie lekceważy. Raz wypowiedziane mają ogromne szanse realizacji (dzięki wielu z nich błyszczą mi się oczy). Głównie dzięki konsekwencji. Zwłaszcza, jeśli dotyczą pasji podróży, a od kilku lat również pasji kolarskiej.




Drobiazgowe zdobywanie informacji, przeszukiwanie internetu i fachowych czasopism. I trening. Kilka tysięcy przejechanych kilometrów, nie wspomnę o spalonych kaloriach. Pomału, krok za krokiem budowana forma.
A ja i tak, po raz pierwszy (!), gdy w domu padało hasło Stelvio , długo nie dowierzałam.
Pozwolę sobie przytoczyć opis z Wikipedii, sporo wyjaśnia:
Przełęcz Stelvio - szczegóły podjazdu
Na podjazd od strony północnej prowadzi droga o długości 24,3 kilometra przy średnim nachyleniu 7,4 procent, zawierająca 48 ponumerowanych zakrętów. Daje to rzadko spotykane na innych alpejskich drogach przewyższenie trasy wynoszące ponad 1800 metrów.






Dla laików to tylko liczby.
Rowerowym amatorom, którzy zaznali już zadyszki wjeżdżając sto metrów pod górkę o nachyleniu jakimkolwiek nizinnym (czytaj amatorom takim, jak ja) - wyobrażenie o dwudziestu czterech kilometrach ciągłego i konkretnego up up up wywołuje gęsią skórkę.
Dla prawdziwych kolarzy Przełęcz Stelvio nazywana jest mekką.


Zdjęcia mówią bardzo dużo.
Ja, kilka tygodni przed wakacjami wypytywałam mojego Męża o wysokość dodatkowego ubezpieczenia na życie i badania lekarskie...







Camping w Tisens, jedno z dwóch miejsc, gdzie spędzaliśmy tegoroczne włoskie wakacje, znajdował się przypadkiem zaledwie godzinę drogi od punktu, z którego rozpoczyna się podjazd na Przełęcz Stelvio. Co za zbieg okoliczności! Nie do przegapienia:)
Po dwóch dniach deszczu i burz nadszedł ten idealny, dzień pod tytułem Stelvio. Zrobimy to!
Oczywiście jako team, bo nader nieskromnie powiem, że beze mnie i dzieci to by się nie udało:)
Według planu Bartek miał wyruszyć z Prato, a my mieliśmy czekać na niego na najbliższej łące, polanie, na kocyku, jakieś 3 godziny. Wjechanie na samą przełęcz samochodem ze mną za kółkiem nie wchodziło w grę. Tym bardziej że wiozłam z tyłu Dwa Największe Skarby Świata. A wszystkie poprzednie - głównie szwajcarskie - przełęcze zdobywałam jako pasażerka i to z zamkniętymi oczami...




Pierwsze, bardzo malownicze 5 km i dotarliśmy do Gomagoi. Było odrobinę pod górę (oczywiście z punktu widzenia siedzenia w samochodzie), ale ani razu nie zamknęłam oczu! Jest dobrze, pomyślałam.
Dopiero po tych pięciu kilometrach udało nam się znaleźć zatoczkę, miejsce do zaparkowania. Nie łąkę, ani polanę, ale takim kibicom, jak nasze dzieci, wystarczył kawałek ziemi przy drodze. Wypatrywaniom pomarańczowej koszulki nie było końca. Pełna ekscytacja. A ja ściskałam mocno kciuki, czekaliśmy na nasz jednoosobowy peleton z ogromną niecierpliwością.




Tłumaczyłam dzieciom, że Stelvio to marzenie, cel, na którym ich tacie tak bardzo zależy. Że będzie szczęśliwy, gdy tam dotrze i że mam nadzieję, że mu się uda. Od tamtej chwili Janek ściskał obie piąstki, trząsł się cały z emocji i wykrzykiwał: nich mu się uda! żeby tylko się udałoooo!


Przekąski zjedzone, płyny uzupełnione, czekamy...
Jest!


A nawet dwóch ich:)





Do Bartka przyłączył się Florian z Niemiec. I tak uciekali do samego końca. Cel był jeden.


A my? Jeszcze mogliśmy zawrócić, ale adrenalina udzieliła się i mi, ruszyliśmy dalej.







Co było dalej?
Nie pamiętam:)





Zatrzymaliśmy się dopiero na 31 zakręcie, czyli za nami było ich już 17. Numeracja malała. Kolana i ręce mi się trzęsły. Ze strachu o wszystko.
O Bartka, bo on został dużo niżej, więc ja już wiedziałam, co go czeka, bo go wyprzedziliśmy. Moje oczy robiły się większe z każdym zakrętem i redukcją do jedynki. Zakręt, ostro w górę, wąsko, stromo, najgorzej skręcało się w prawo, bo widoczność była żadna, miejsca na manewr za mało, nawet, jeśli z góry nikt nie zjeżdżał... A gdy zjeżdżał... tych zakrętów nie pamiętam...
A jakim cudem można do tego miejsca - i jeszcze wyżej - wjechać na rowerze???
I przeżyć...
Można było, bo ruch na tej wąskiej Via Strada Statale było dość spory...
Bałam się o samochód, wąchałam go z każdej strony, podejrzewając same najgorsze rzeczy. Nie miałam pojęcia, na jakiej jesteśmy wysokości, nadal było ciepło, motylki siadały nam na ramionach, ale widok mówił jednoznacznie - zdecydowanie jesteśmy w górach...
Bałam się o nas - jechać dalej w górę? zjeżdżać??









Nie wiem dokładnie, ile czekaliśmy, czas się dłużył, sprawdzałam, czy Bartek nie dzwoni, czy telefon ma zasięg, czy moje serce jest na miejscu...


Jadą!!!







U mnie migotanie przedsionków, ze szczęścia i ulgi.
U Bartka - normalne barwy na twarzy, miarowy oddech, brak oznak wycieńczenia, zawału i temu podobnych.
On sobie po prostu jechał... Bez zatrzymywania, równo, pod górkę.
- Jeszcze tylko trzydzieści zakrętów! Dasz radę! - to było do mnie... - na dwudziestym drugim zrobimy postój, czekajcie na mnie... pa!


Trochę niedowierzania, wzruszenia, strachu, ekscytacji i ta nieznośna adrenalina, która nie pozwalała się rozkleić i poddać. Ze zdjęć wnioskuję, że ruszyliśmy za nim, za nimi, mijając po drodze kilkunastu innych, znanych nam już z widzenia kolarzy. Podsumowałam swoje umiejętności zmiany biegów z jedynki na dwójkę i z powrotem, uznałam też, że zobaczyć jego twarz na szczycie przełęczy będzie widokiem bezcennym, niepowtarzalnym.
Ruszyliśmy dalej.
Gotowi?:)










 









2188 mnpm
Jedyny postój na uzupełnienie bidonów i porzucenie sakwy. Cel już widać. Zostało ponad 6 km i ostatnie 600m przewyższenia...

Chłopaki ruszyli od razu, a nasz team zgłodniał:) Zamówiliśmy frytki, najdroższe na świecie, no ale ile razy w życiu będziemy jedli na takiej wysokości?:)






Wzrokiem odprowadzaliśmy Bartka, ale szybko zniknął nam z oczu. Dogoniliśmy go i wyprzedziliśmy i zatrzymaliśmy się jeszcze jeden raz, 400 m przed szczytem. Temperatura zaczęła mocno spadać. Widoki zapierały dech w piersiach. Zakręty pokonywałam coraz odważniej. Emocje były w nas niesamowite...
A Bartek jechał. Jechali we dwóch do samego końca.
Widziałam na własne oczy, i niby wiem, skąd oni wzięli na to siły, ale... no jak???:)
...tym większy mój podziw i szacunek...


I tak, jak mówiłam, Alpy, góry... wiele wynagradzają...


Już prawie jesteśmy, wytrzymajcie...
Pomarańczowy i czarny punkcik na większości zdjęć, to nasi kolarze:)



















12.07.2017
 Przełęcz Stelvio - Passo Stelvio - Stilsfer Joch
2758 mnpm
 zdobył mój mąż, na rowerze

Brawo Kochanie! Brawo my!:)









No, to teraz tylko zjechać... luzik...



piątek, 18 sierpnia 2017

włoskie wakacje. cz. 3. breathtaking









Wracam do opowieści o naszych wakacjach we Włoszech.
Część 1 tutaj
Część 2 tutaj


*******
Włochy. Nadal Włochy. Miasteczko Tisens/Tesamo (podwójna pisownia, co jest normą w Południowym Tyrolu). Nature Caravan Camping.


Każdego ranka budzę się pierwsza.
Ja każdego ranka budzę się pierwsza. Nie jestem typem śpiocha, sen znajduje się u mnie na pierwszym miejscu w kategorii deficyty, bo zwyczajnie szkoda mi na niego... życia.
Czasu mi szkoda.
Tego czasu wieczorami, gdy dzieci zasną, a w domu zalega cisza.
I tego zaraz po przebudzeniu, kiedy buzia sama mi się śmieje ze szczęścia, bo mam wrażenie, że tego danego poranka, skoro Wszyscy jeszcze śpią, ja mogę tak wiele! Zdążę poczytać, wypić tą słynną kawę na słynnym tarasie (nie to, że na jakimś konkretnym... po prostu na własnym... i ta kawa... i śpiew ptaków...i że tak wcześnie....i ten spokój....), zrobić sobie maseczkę, a może
 i przejadę się na rowerze albo pobiegam...?
Cóż... zanim zdążę te plany zwizualizować i zanim na ten taras w ogóle wyjdę.. słyszę "mamoooo"....




Ale nie na campingu! Podczas wakacji, moja Rodzinka śpi snem niewzruszonym, w swoich namiotowych pokojach. Poranne podekscytowanie nowym miejscem udziela się tylko mi. Reszta chrapie. Co czyni mnie bardzo szczęśliwą:)
Cała parcela jest moim tarasem. Ze spokojem korzystam z campingowego prysznica, choć, jeśli jest przed siódmą, chodzę niemal  na palcach. Do siódmej obowiązuje cisza nocna. Śpiew ptaków, rosa na trawie, spokój i cisza, przeplatana jedynie dyskretnym "morgen", wyszeptanym z przyjaznym uśmiechem... I chrzęszczenie wilgotnych kamyszków pod stopami pozostałych, campingowych rannych ptaszków.
Na kawę jest trochę za wcześnie. Nigdy nie piję kawy na czczo. Jak się okazuje, jest jeszcze parę rzeczy, których na czczo nie dam rady...


niedziela, 13 sierpnia 2017

włoskie wakacje. cz.2, Ogrody zamku Trauttmansdorff




Włochy. Południowy Tyrol. Leżące w dolinie miasteczko Merano, prowincja Bolzano.
Specjalnie wynieniam te nazwy, ze względu na ich piękne brzmienie, takie włoskie...
A jednak dla połowy mieszkańców Merano i dla 98,5 procent mieszkańców Tisens, gdzie znajduje się nasz camping, językiem ojczystym jest język niemiecki. Tyrol to Tyrol... Jodłowanie po włosku...?:)

Dzisiaj wracam do Merano i z wielką przyjemnością Was tam zapraszam, a dokładnie na spacer po ogrodach zamku Trauttmansdorff - zaczarowane kilka godzin, siedem (!) kilometrów ścieżek, cudownych zakątków, możliwość poznania czterech różnych typów ogrodów, piszą, że z całego świata. Nie powinna Was więc zdziwić ilość zdjęć, które dziś zamieszczam...

Zamek Trauttmansdorff był ulubionym miejscem zimowego wypoczynku samej cesarzowej Sissi, choć ogrody nie mają aż tak długiej historii, zostały założone w 2001 roku.
Nas zachwyciły, różnorodnością gatunków, labiryntem ścieżek i tajemniczych przejść, ułożonych z rozmysłem na całkiem stromym wzniesieniu. Znaleźliśmy tam zakątek miłości, plażę z widokiem na góry, prawdziwy ul i przede wszystkim tysiące niesamowitych roślin.

Parne i duszne powietrze zapowiadało deszcz i burzę, i takiej się doczekaliśmy pod koniec zwiedzania ogrodów. Schroniliśmy się pod niewielkimi zadaszeniami, czując słynne czereśniowe krople deszczu od stóp do kolan. Nie był to ciepły letni deszcz, raczej porządna ulewa, ale - w końcu byliśmy w górach, pogoda zmienia się tu co pięć minut:)

Zapraszam na spacer, ogrody zamku Trauttmansdorff.



włoskie wakacje. cz. 4. Passo Stelvio - triumf konsekwencji

Na początku zaznaczę, że poniższa relacja jest zbiorem moich własnych emocji, przeplecionych nader istotnymi liczbami i faktami. Moich...