poniedziałek, 16 października 2017

szukam



czasem trudno nazwać
gdzie się właściwie jest i w którym momencie
dzień za dniem raz przechadza się z nami leniwie, nogami powłócząc
rozciąga od świtu do późnego wieczora
przysiadając na ławce spraw nieulubionych na zbyt długo


a raz goni bez tchu i opamiętania, oszukując wskazówki zegara i mnie






czasem po ziemi niewiele się chodzi
bez ruchu za mało siedzi
w ogóle się właściwie nie siedzi


i na zamyślenie nie ma czasu ani okoliczności
a tym bardziej na własne przemyślenia go brak
a szkoda
bo co z tego, że się myśli
skoro one żadnego składnego kierunku nie mają ani nie nadają
rozbiegane i na stojąco ciągle
wszystkie, a po co? po co one wszystkie?
wystarczy jedna na raz
taka od początku do uśmiechu, do decyzji lub choć ulgi





a jakby tak w końcu
dla siebie znaleźć ciepłe czułe miejsce
choćby w kącie serca albo w głowie
choćby na ławce w parku, który mijamy codziennie
albo przy ekspresie do kawy w pracy
zawiesić się
odnaleźć


dla siebie miejsce i swój moment


raz
dwa
trzy
cztery
pięć
sześć
siedem
osiem


dziewięć


dziesięć...









środa, 4 października 2017

kulinarnie










Każda pora roku niesie ze sobą wyjątkowy dla siebie aromat.
Zima to pomarańcze, goździki i cynamon. Szczęściem pachnie.
Wiosna pachnie świeżością.
Lato wolnością.
A jesień... ma rozgrzać, przyciągnąć do domu ciastem marchewkowym, zupą dyniową i prażonymi orzechami.
Jesienią myślę o jedzeniu. Oj wiem, ja sporo o jedzeniu myślę, ale to przecież nie jest wada:)
Stąd mój dzisiejszy post, kulinarny, aromatyczny, kuszący.
Pisany co prawda od czerwca czy lipca, ale dzięki temu uzbierało mi się tych pysznych doświadczeń naprawdę dużo.






Palce lizać.
Oko nacieszyć.
Delektować się.
Celebrować.


Lubię jeść. Lubię, gdy mój talerz jest piękny, kolorowy, aromatyczny.
Bardzo często udaje mi się, spontanicznie i bez wielkich szykowań, zaserwować smakowite śniadanko, przed wyjściem do szkoły, przedszkola i pracy. Wiosna i lato to doskonały czas na barwne dania, można zaszaleć z dodatkami, przemycać zdrowie obok czekolady i zwyczajnych kanapek.
Przez ostatnie kilka miesięcy miałam też mnóstwo okazji, żeby zjeść poza domem. Jak ja to lubię! Wybieram z namysłem miejsca, by móc zaspokoić nie tylko podniebienie. Dla mnie ważny jest za równo smak, jak i klimat restauracji, knajpki kawiarni, czy bistro. Wystrój, nazwa, sposób podania.
A Towarzystwo? To, z kim siedzę przy tym samym stole?
No ba! W dobrym Towarzystwie wszystko smakuje lepiej.
Na przykład śniadanie z Córeczką w Dniu Matki - bajka:)


Figa z Makiem Coffee & Lunch, Leszno





Potem Poznań i Blog Conference 2017 - mały przegląd kulinarnych możliwości w towarzystwie Doroty. Miasto ledwo podołało naszym podniebieniom! Długo szukałyśmy idealnego miejsca na sobotnie śniadanie RANO. Okazało się, że Poznaniacy, to śpiochy, jedynym otwartym o świcie, czyt. o 8:00, barem śniadaniowym w centrum było Bistro Le Targ w Starym Browarze.
Poranek był wyjątkowo słoneczny, kawa pyszna. A to, że przygotowane do sprzedaży świeże bochenki degustowały śmiało okoliczne gołębie... no... swojsko, swojsko...:)


Na szczęście lunch w Parma & Rukola Caffe and Ristorante okazał się strzałem w dziesiątkę. Jest to miejsce, do którego na pewno powrócę, a może i specjalnie wybiorę się do Poznania, żeby zjeść smacznie i w pięknych okolicznościach. Sama knajpka jest dość mała, ale nic nie jest tam przypadkowe. Polecam..





Wakacje pod namiotem to wręcz kulinarne wyzwanie.
Jednak dzięki przeróżnym udogodnieniom, o które potrafimy już zadbać na czas campingowego relaksu, do przygotowania pełnego pysznego posiłku z winem i świecami niczego nam nie brakuje. Śniadania, obiady i kolacje to połączenie zabawy z gimnastyką, co mamy opanowane niemal do perfekcji. Jakby nie liczyć, wyszło nam, że w tym roku we Włoszech był to nasz dziewiąty i dziesiąty camping.



 

Zdarzyło nam się i owszem zamówić frytki za 5EUR za porcję, o czym pisałam już tutaj, ale były to specyficzne warunki. Tam wszystko było wysokie, góry, nasze tętna, więc ceny nie dziwiły.

Z Marysią moją udaje nam się raz po raz wyskoczyć na babskie małe co nieco. Początek roku szkolnego był doskonałą okazją do spędzenia razem czasu. Zupełnie spontanicznie odkryłyśmy uroczą kafejkę w Lesznie. Serwują tam przepyszny, zaskakujący smakiem i składem koktajl, polecam: banany, kawa, zmielone płatki owsiane i cynamon. Kawę można zastąpić na przykład inką i mamy wtedy wersję dla dzieci. Tak też zaproponowała nam Pani w Caffe Lissa. Podobało nam się:)





A ostatnio okazało się, że mój grzechu warty Szwagier wyczarował - z pomocą naszą, czyli całego zastępu Szwagierek i Mamy - grzechu warty kociołek pyszności. Z należytą starannością i ściśle określonym planem, warstwy warzyw i mięs zostały ułożone w żeliwnym kotle na trzech nóżkach. Posypane ziołami, przykryte i zamknięte na cztery spusty, gotowało się to wszystko nad żarem, pod gołym niebem i przy zdecydowanie nie pustym szkle. Smakowało wytrawnie, z pajdą prawdziwego chleba, wśród najbliższych Łakomczuchów... cud, miód, pycha!





:)
W związku z powyższym moja waga drgnęła, choć nie w oczekiwaną przez mnie stronę.
Ćwiczyłam raz cały jeden z Chodakowską dokładnie 39 minut, z maleńkimi naprawdę przerwami i zamierzam ćwiczyć nadal, czyli znowu. Gotować, piec, jeść i grzeszyć kulinarnie nie przestanę, bo życie za krótkie jest, żeby ciągle wszystkiego sobie odmawiać.
Zgodzicie się ze mną, prawda?:)

Smaczne to życie wolę i już.
I właściwie przyprawione:)










niedziela, 1 października 2017

zapadam w jesień...





z zamkniętymi oczami
zmarszczkami w rozmiarze czterdzieści
i gaciami w czterdzieści dwa


liście z dnia na dzień wpadają ze mną razem w barwy niezdecydowane
pół drzewa nadal posmarowane słońcem
ze wspomnieniem lipcowego upału i sorbetu z mango
beztrosko udaje
drugie pół odważnie ubrane już w rudość i czerwień
wypatruje października pogodzone


a ja?


gdzieś pomiędzy
jakby nigdzie więc
trochę wczoraj
a niemal już jutro
zaczepiam się między rosołem a
tym blaskiem, który musi przyjść
między składaniem suchego prania a
tą chwilą złapaną, gdy tyko po sztućce wróciłam...
kątem oka uchwycona
drewniana furtka do głębi ogrodu
z tajemnicą
końcem, za którym początek musi przyjść
czarownym momentem, który przypomina
o sobie






wyrwać się z siebie
bo dość już
chciałoby się zamknąć, pożegnać
westchnąć, uśmiechnąć i od nowa zacząć
otrząsnąć, obudzić
w czoło puknąć
kobieto!
no kto, jak nie ty???


wyrzuć wszystkie granatowe ciuchy
w rozmiarze z wtedy
kup czerwony sweter w łódkę
i ten drugi, musztardowy
spojrzyj sobie prosto w oczy
widzisz?
tam wszystko jest
tam to wszystko jest


wiedziałam, że się uśmiechniesz
uśmiechnę




otwórz tą furkę
zaproś lub wproś się
w tą jesień tego roku
otul szalem i rękawiczki załóż
możesz


proszę





środa, 27 września 2017

wrzesień



Za oknem i wewnątrz zrobiło się chłodniej.
Wrzesień przywitał nas zmianą wszystkiego.
Nowy rok szkolny, zreformowany wzdłuż i wszerz, wpływa dość bezpośrednio na nasz codzienny harmonogram. Ze względu na pracę Bartka.
Zmienia się również zawodowo i u mnie.
Każda nowość przynosi odrobinę niepewności, czasem odruchowego sprzeciwu, ale z czasem trzeba jej się poddać i znaleźć plusy. Będzie, jak będzie. Pomalutku przyzwyczajamy się i oswajamy.




Staram się nie zwariować. Nie popaść w jesienne przesilenie ani wszelaki odcień depresji.
Nawet tej kilkugodzinnej.
Jak co roku, okazuje się, że właśnie we wrześniu jest to dość trudne. A nawet niemożliwe.
I mimo, że kocham jesień, jej przytulność, taniec liści na drodze, jej pierwsze płomienie w kominku i kasztany błyszczące, jak oczy naszych dzieci, gdy je znajdują na Dworcowej... mimo to wygrywa we mnie zmęczenie i zniechęcenie.
Wszystko jest beznadziejne, tak, tak! Mam takie dni. Wpadam w nie, jak w otchłań i ... dobrze mi z tym nawet. Wyciskam z siebie tyle beznadziejności, ile tylko udaje mi się jej w sobie znaleźć.
Nie ma mowy o napisaniu pięknego, pozytywnego postu. Ani jednego porządnego słowa...
Czasem tylko ciepły komentarz zostawię u Znajomych.
A potem wracam do gapienia się przez okno, do nostalgii, marudzenia w myślach.
Aż mi nie ulży.
I gdy już wyrzucę z siebie wszystkie te myśli ciężkie od użalania... wychodzę przed dom pooddychać.
I wyrywać chwasty.
Lubię wyrywać chwasty, oczyszczać krzaczki lawendy, odsłaniać jasność kamyszków.
Ile ja wtedy myśli zdążę złapać! Najróżniejszych. Jak ja je przetrawiam i układam! Z jednymi się udaje, sama sobie je tłumaczę, dyskutuję, znajduję wspólny mianownik.
Ale z niektórymi mi nie po drodze. Nie ma szans na kompromis.
Na przykład to: boję się, o dzieci, nas, siebie, o zdrowie, bo wokół ....
Albo, że wszystko już było, że to wszystko bez sensu...
Że co dzień to samo. Przyglądam się sobie z boku, każdy dzień według tego samego schematu, a jednak wymykający się spod kontroli i ładu. Moje ciało robi za dwóch, za trzy, za dużo, za szybko.
A myśli jakieś poddane, zmęczone, szaro nijakie.
Wiem, że to minie. Całe szczęście!
Wiem, że znajdę punkt zaczepienia, oddech, promień, kolor.
Na czymś w końcu się skupię, z czegoś zaczerpnę energię, chwycę się tego i dam porwać.
Ale póki co... nic na siłę...










I tak mija mi ostatnio ten wrzesień, a za nim przyjdzie pomarańczowy październik.
Dziś kupiłam pierwsze dynie. Dużo wcześniej, niż zwykle. Ale takich barw teraz mi trzeba.
Zapalam w oknie kule, mrugają mi na gałęzi, zmuszając do uśmiechu i ciepłych westchnień.
W październiku właśnie powstało najwięcej moich ulubionych postów. Same się pisały. Jak będzie w tym roku?
Jeszcze parę dni użalania się, nostalgii, zamyślenia.
A potem...
No przecież musi być dobrze:)






czwartek, 14 września 2017

wspomnienie lata





Cisza w domu.
A to przecież sierpień, lata środek, i nie minęła jeszcze dwudziesta!
Na nogach czuję kurz ostatnich kilku godzin. Zegar tyka niewzruszony. A poza nim cisza dziwna.
Taka, o której się marzy w środku dnia i tęskni w weekend. Taka, która zdarza się... niemal wcale.

A. Teraz słyszę...
Jej oczywiste podśpiewywanie pod nosem, już ją oczami wyobraźni widzę, jak na ganku na schodach z kostki siedzi i przebiera pluszowego renifera w nowe śpioszki. Dwa dni temu zastanawiała się, jak to z tym porodem będzie, czy to faktycznie boli trochę, średnio czy bardzo?
- Ale to za dwadzieścia lat będzie twoje zmartwienie, Skarbie, nie teraz - mówię.
Nie całkiem przejmuje się moim zapewnieniem, bo szczęśliwie wie, na której sali wesele Jej wyprawimy. W Kontrabasie, tam, gdzie ciocia Ania i wujek Piotr mieli w lipcu. To nic, że ma osiem lat dopiero. Ja w jej wieku Anię z Zielonego Wzgórza już czytałam i Gilbert też tam był kochany potencjalny z włosami czarnymi i szelmowskim uśmiechem podszytym prawdziwą miłością.




Cisza w domu.
Wyraźnie... dwoje tylko dzieci słyszę! Cieszy mnie to ogromnie, choć wiem, że nie potrwa zbyt długo. Jan na klawiaturze stuka, parkując graficzne autobusy, pełen szczęścia i niedowierzania, że mu pozwoliłam "grać" na komputerze, bo zwykle głośno protestuję.
Zbieram sześć błękitnych kubków ze stołu i dosuwam puste już krzesła. Plastelinowe lody zostawiam na pamiątkę.
Nadmiar dzieci odebrany lub odprawiony. Dość zgromadzeń na dziś. To wersja oficjalna. Zazwyczaj jedne drzwi się zamykają, a już u drugich słychać pukanie....






Słońce zaczyna codzienny rytuał skupiania na sobie uwagi. Koloruje niebo od strony kuchni i domy za polem od strony tarasu. Delikatnie różowe, potem żółte, kończą gasnącą czerwienią i znowu różem. Wyciąga najgłębsze odcienie barw elewacji, żeby ostatecznie przykryć je granatem wieczoru...


*****




Rozpieściło mnie to lato w tym roku. Ciepłem, słońcem i beztroską.
Dobrą energią. Tym, co zwykle, czyli wrażeniem prawdziwych dwóch miesięcy wakacji. Bartek jest nauczycielem, dzięki czemu latem mogę wstawać wcześniej i wcześniej zaczynać i kończyć pracę, bez konieczności wyprawiania dzieci do babć, opiekunek, na kolonie i temu podobne. Dzięki temu moje popołudnia są dłuższe.
Tak było i w tym roku. Odpoczęłam. Mimo wszystko:)
Gorące dni, przepełnione dziećmi, śmiechem i totalnym luzem.
Tegoroczne lato, to przede wszystkim taras, zabawy na dworze, od rana do nocy. Wygłupy, śmiech, granie w piłkę, rowery. Spotkania z przyjaciółmi, wycieczka pociągiem na lody, a nawet wesele!


 


Z okazji kolejnego ślubu w rodzinie, pokusiłam się o makijaż u Basi. Kobieta naprawdę potrzebuje od czasu do czasu TAK się poczuć:)
Na weselu bawiliśmy się w Restauracji Kontrabas. Młoda Para przygotowała dla nas dwa autorskie tańce - ten pierwszy oraz tango. A wszystkie zaproszone dziewczynki przez całe wesele opracowywały szereg układów z pomponami. Spontanicznie, radośnie, buzie same się śmiały:)

 








Ostatnie letnie dekoracje znikają pomału z tarasu. Uwielbiałam zapalać świece na cały wieczór, nawet, gdy ostatecznie nie zdążyłam na tym tarasie przy nich posiedzieć. Te świece o zmierzchu, lampka wina lub ulubiony drink i rozłożona, czekająca na mnie książka - to był mój ukochany widok. Widok idealny. Tak właśnie chcę to lato zapamiętać...






 








szukam

czasem trudno nazwać gdzie się właściwie jest i w którym momencie dzień za dniem raz przechadza się z nami leniwie, nogami powłócząc ...