wtorek, 19 czerwca 2018

tata

właściwie zupełnie nie zdążyłam cię poznać
nie zdążyłam cię poznać zupełnie
nie wiem, które gesty mam po tobie
które miny i czy profil twarzy mam bardziej twój czy mamy
przyjęłam, że to, co mogę mieć po rodzicach - mam po mamie
a dziś pomyślałam... zaciekawiło mnie...
co mi dałeś?
bo co zabrałeś, czego nie mam - pielęgnuję od lat
od ponad trzydziestu już
ale tego, co mi dałeś, choćby bezwiednie nawet i niechcący
to nie wiem
słodycze - po tobie?
powroty inną drogą - ? ...ale ja wracam
pisanie -? ...ale u ciebie gorzkie zakończenia
wolałeś piłkę nożną czy siatkówkę?
obgryzałeś paznokcie?
a może zawsze się spóźniałeś? mama tego nie cierpi
o, spóźnialstwo z pewnością mam po tobie
i piwne oczy

niewiele tego

szkoda, że to nie działa w drugą stronę
bo wiem, co chciałabym ci dać, czego mógłbyś się ode mnie
nauczyć
co mógłbyś po mnie mieć ...
wzrok pełen dumy i miłości, kiedy mówi się dwa słowa:
córka i syn

sobota, 16 czerwca 2018

wiatr we włosach



Jadąc na rowerze, zawsze można na niego liczyć.
Zdarzają się, oczywiście, spokojniejsze dni, gdy wydaje się, że powietrze stoi.
Ale gdy jedzie się na rowerze, i tak zawsze go czuć, na każdym kilometrze.
Z wiatrem, czy pod wiatr, wieje. Gdy trafię na naprawdę wietrzny dzień, nie mam siły zjechać z górki. Wtedy nawet z górki, jest pod wiatr.
Ale najważniejsze, że go czuję, nawet pod kaskiem.
Wiatr we włosach.




Kto raz wsiadł na porządny rower, tak, jak ja, prawie trzy lata temu, o czym pisałam w tym miętowym poście, ten wie i odróżnia. Wsiadasz - i jest moc. Jedziesz  - i nagle słyszysz. Siebie i swoje myśli. Naprawdę. Ja tak mam.




Dzięki rowerowi poznaję nasze okolice. Najczęściej pokonuję 20-30km. Jeśli mam więcej czasu, pozwalam sobie na 30-40km. Zataczam pętle, w różnych kierunkach, a wiatr skręca ze mną, żebym nie miała zbyt łatwo:)
A nasze okolice to naprawdę cudowne zakątki. W czerwcu - dodatkowo pachnące. Pachnące! Akacja, yyy ...(tutaj powinnam wymienić kilka nazw drzew, krzewów itp., dzięki którym moje przejażdżki są tak aromatyczne, ale zwyczajnie się nie znam, bardzo się nie znam...). Wystarczy pięć kilometrów, droga pędzi mocno w dół, a przede mną odsłania się zieleń, pola i niebo, jak z włoskiej Toskanii...









Oj, wiem, na zdjęciach nie wieje Wam Toskanią, ale wierzcie mi... gdy słońce gra z drzewami w chowanego, gdy wiatr owiewa moją twarz i ramiona, usta same układają się do zadowolenia. Do szczęścia się układają. To właśnie wtedy chwytam chwile.


Kolejne kilometry prowadzą prosto nad jezioro. Mamy szczęście mieszkać w pobliżu wielu jezior. Woda zawsze kojarzy mi się z latem, wakacjami, rozmarzeniem. A wieczorami - tajemnicą. Niestety, czasy przesiadywania na pomoście ze szkolną miłością i rozmów o wszystkim już dawno za mną. Ale to jezioro, parę kilometrów od naszego domu, to miejsce pierwszych spacerów z moim Mężem. A w alejce poniżej, mieliśmy naszą poślubną sesję fotograficzną. I to z rowerem!:)






Wiatr we włosach. Dosłownie i w każdej możliwej przenośni. Jakbym włączała magiczny przycisk pod tytułem reset. Działa fenomenalnie. Do tych chwil na rowerze, bardzo pasuje też słowo radocha.
Bo wtedy nic nie muszę. Oprócz wysiłku fizycznego. Zapominam o pracy, obowiązkach, a przynajmniej nabierają one lekkości, nieważności. No i te spalone kalorie!
Wielu z nas ma szansę znaleźć dla siebie idealną formę aktywności, ruchu i sportu. Dla mnie najlepszym sposobem na relaks, pomimo zmęczenia (!), jest właśnie rower.
I ten wiatr we włosach...








czwartek, 14 czerwca 2018

niebieskie parasole



Przeglądam kartki małego kalendarza. Cienkie i delikatne.
Każda waha się chwilę, zanim zakryje poprzedni dzień, a odsłoni nowy.
Z łatwością i lekkością.
Wystarczy dmuchnąć. Wystarczy puścić.


A przecież każdego dnia tak wiele się dzieje. Dużo więcej, niż zmieściłoby się na jednej kartce.
Każda minuta wypełniona zadaniem. Zaplanowana bardziej lub mniej, ale na tyle szczelnie, że nie ma w międzyczasie miejsca na nudę, czy zbędności. Rytm dnia narzucony przez pracę, szkołę, poczucie głodu. Żywy. Intensywny. Molto vivace.



 Z taką sama lekkością, jak kartki z kalendarza, mijają mi te nasze dni. A nawet całe tygodnie.
Mijają szybko. Takie niby do siebie podobne. Jeden za drugim.
Choć niektóre zupełnie trudne się wydają, już od rana.

Jakbym ciągle pod górkę miała. Codzienne dejavu i egzekwowanie tych samych dobrych nawyków.
Bez efektów, niestety. Mówię to samo, o tych samych porach i na tych samych zakrętach, między kuchnią a łazienką. Tą samą ilość okruszków i słabości zgarniam po każdym posiłku. Z gasnącą nadzieją na pełen słońca i uśmiechu dom. Bo założyłam, że będzie łatwiej, ale łatwiej nie jest. Nie jest łatwo być teraz dzieckiem. Tym trudniej być rodzicem.


Więc sama sobie to słońce odsłaniam. Staram się nie poddać, nie ulec znowu zniechęceniu.
Nie odpuszczać, gdy trzeba być surowym.
Ale odpuścić sobie.






Ponoć w mój znak zodiaku wpisane jest nieustanne poszukiwanie przyjemności.
Myślę, że to dobra pora, dobry kortezowy moment:)
Wcześniej... dzieci były małe, więc starałam się ze wszystkich sił, całym sercem, głową i czasem, jaki miałam. Dawałam z siebie wszystko. Niewiele mogę sobie zarzucić. Nie zaniedbywałam. Może.. jedynie trochę siebie. Nie mogę też powiedzieć, że przyjemności mi brakowało! Wręcz przeciwnie.
Dziecięce rączki, buźki, podskoki i opowieści... Sukcesy, świadectwa i pochwały w oczach innych. Duma i szczęście.
Ale coraz częściej odczuwam, że beze mnie dają radę. Chwilami nawet lepiej im beze mnie. Po swojemu rozstrzygają dziecięce spory o piłkę. Uczą się w mig, przynajmniej tych szkolnych i przedszkolnych tematów. Wiem, że potrafią więcej, niż mi się wydaje.
Dzisiaj, najlepsze, co mogę dla nas zrobić, to... nie patrzeć na każdy ich ruch, pozwolić na samodzielność. Przynajmniej do obiadu i przed kolacją. I nareszcie zasmakować sporej porcji zdrowego egoizmu. Zacząć patrzeć na siebie w lustrze. Patrzeć sobie w oczy i znaleźć w nich radość.
Jak to zrobić? Jak zatrzymać się na tym zakręcie między kuchnią a łazienką na tyle długo, żeby zdążyć na siebie spojrzeć i to z uśmiechem? Jak przestać słyszeć dziecięce kłótnie, dwudziestą piątą zwrotkę tej samej piosenki? Jak zacząć ją z dziećmi nucić?
Wiem. Wiem od dawna. Ale trudniej mądrości w życie wprowadzić, niż je na głos wypowiadać.
Bo wystarczy oddać sporą część swoich życiowych obowiązków, nauczyć się nimi dzielić i pokazać, że mama też lubi spać, siedzieć i oglądać czasem telewizję. Że ma pasje, że coś kocha, że jest niesamowitą osobą. Bo my, mamy, jesteśmy naprawdę niesamowite.


A kartki z kalendarza... nadal, tak samo krótko wahają się, zanim kolejna przykryje wczorajszą.
Nie wyrywam ich. Nie wyrzucam. Do niektórych z pewnością wrócę, nawet tych pozornie pustych.
Choć dzisiaj wypatruję już tych, co przede mną. Już niedługo.
Niemal czuję już zimny piasek pod stopami. Tak, zimny. Bardziej na niego czekam nawet, niż na żar i wygrzewanie się na pełnym słońcu.
I tych niebieskich parasoli wypatruję, co pod wieczór w chaber wpadają.


Gdyby tak mocniej przytrzymać się niektórych ze swoich myśli, to życie mogłoby potoczyć się zupełnie inaczej. Obawiam się, że przy niektórych wcale nie lepiej. Strzepnę więc z siebie nadmiar matczynych trosk, jakbym zdmuchiwała kurz z kartek kalendarza. Może uda mi się zwolnić na zakręcie w okolicach lustra i spojrzeć na siebie łagodnie. Na siebie spojrzeć. Łagodnie.








czwartek, 7 czerwca 2018

lawenda


Na specjalne życzenie. Dla Sławki @slawamz

Wiem, powtarzam się, ale nic na to nie poradzę.

Pachnie.
Pachnie nią powietrze.
Moje dłonie nią pachną.
Wystarczy dotknąć gałązek.
Jest wdzięczna, beztroska i cierpliwie przyjmuje wszystkie moje westchnienia i wzruszenia.
Spojrzenia moje przyjmuje. I uśmiech. Ten sam, który zaczął się 10 lat temu podczas podróży poślubnej po Prowansji.
Choć tylko mała część tych uśmiechów zarezerwowana  była dla niej...
Lawenda.
Nasz najlepszy czas.


















wtorek, 5 czerwca 2018

sezon na domarzenia, otwieram





Oficjalnie, wszem i wobec ogłaszam początek sezonu urlopowego. Głównie sobie.
Choć przede nami jeszcze kilka długich tygodni oczekiwania na faktyczne wolne od pracy, postanowiłam cieszyć się od... już. Na te dwa tygodnie urlopu czeka się przez cały rok. A potem mijają błyskawicznie, nie dając się chwycić, zatrzymać, ani naciągnąć.
Dlatego celebrować ten czas, planować i cieszyć się wakacjami chcę od zaraz, w sercu, w głowie, na kartce i notesie, w którym już dzisiaj zapisałam kilka pierwszych punktów.
Wolne. Mapa. Słońce i obietnica domarzeń. Jestem gotowa.


Za nami już kilka, jak nie kilkanaście sezonów na campingach. Co roku obiecuję sobie, że to już ostatni raz, że czas zakosztować all included, hotelu, wyżywienia na wyciągnięcie ręki i klimatyzacji w pokoju (haha).
A potem odruchowo rozmyślam, co by tu do naszego campingowego ekwipunku dokupić, jak go udoskonalić. I dokąd tym razem...


Szwajcaria, Manor Farm, 2012




Niemcy, Jezioro Bodeńskie, 2014


Włochy, Cavallino, 2017


Szwajcaria, Brienz, 2015


Francja, Lazurowe Wybrzeże, 2013


Włochy, Południowy Tyrol, 2017



W tym roku ruszamy znów do Włoch, co rozbawi moich kolegów z pracy, zapewne:)
Nad Adriatyk, na camping, pod namioty. Tak. Jedziemy wielką ekipą, cztery rodziny.
Plany są ambitne, czyli pakujemy duuużo mniej rzeczy, niż zwykle, ja wrzucam na spory luz, chudnę do urlopu pięć kilogramów, żeby tam jeść codziennie włoską pizzę i makarony:) Nie gotować, co tym razem rozbawi naszego Sąsiada:)


Nie ma na co czekać. Już dzisiaj cieszę się na to uczucie beztroski, na moment, kiedy wysyłam ostatniego maila w pracy i ustawiam automatyczne odpowiedzi. Rozkładam przez sobą mapę, bo mapy uwielbiam od zawsze, właśnie te papierowe. I ruszamy, z domkniętym bagażnikiem, w kolejną podróż, po kolejne wspomnienia. Już się widzę, rankiem na plaży, boso, na zimnym jeszcze piasku. Z kawą w kubku w dłoni i szumem fal. Z Asią, bo obie lubimy wcześnie zacząć dzień, choć Jej dużo lepiej to wychodzi:) Kasiu - dołączysz?:)
Nie mogę się doczekać!
Odliczanie czas zacząć. Dieta rozpoczęta. Pierwsza integracja części urlopowej ekipy też już za nami.


A Wy dokąd w tym roku?








poniedziałek, 4 czerwca 2018

nasz ogród


Uwielbiam maj w naszym ogrodzie. Uwielbiam i czerwiec. Zamknięte w nim słońce i marzenia. A może to we mnie są? Najbardziej w te dwa miesiące właśnie?
Nasz ogród pachnie i zachwyca. Mnie. Każdego ranka, popołudnia i przy zachodzie słońca. W deszczu i w upale.
Nasz ogród nie jest efektem projektu specjalistów, nie było na niego projektu innego, niż nasz instynkt, nasze błędy i nasze zachwyty, zakończone zakupami. Klony - każdy inny - zaczęły się od palmowego, purpurowego Acer palmatum Atropurpureum. Przez ostatnich parę lat przyjęło się już, że z okazji kolejnej rocznicy ślubu, dostaję od Męża - drzewko właśnie. Klon, wierzbę, metasekwoję. Co dostanę w tym roku? Okaże się już za trzy tygodnie:)
Lawenda - na początku ponad sto sadzonek, dziś rozsiewają się niemal pod stopami, otoczyły dom, witają przy bramie. Dbam o nie i z lubością oczyszczam z chwastów i zagrożeń. Dziś, przypadkowo, wyrwałam samosiejkę, maleńką, pojedyncza, potencjalny przyszły krzaczek. Rozpacz! Uratuję ją oczywiście. Z uśmiechem pod nosem, bo przez jedną krótką chwilę poczułam się, jak właścicielka. Właścicielka lawendowego raju. Wyprzedziłam własne marzenia...













Prowansję przywieźliśmy ze sobą z podróży poślubnej. Rok po roku, rozgaszcza się wokół domu, chrzęści kamyszkami, pachnie lawendą, podnosi kąciki moich ust, znajomo, do góry. Z lawendy robię miód, a kwiaty rozdaję tym, którzy nie mogą się oprzeć aromatowi. Uwielbiam.
Wystarczy ten lekki powiew wiatru, chwilę przed zachodem słońca, przymykam oczy... zatrzymuję się, zatrzymuję czas, mam wszystko.






Śmiałam się dziś sama do siebie i znajomych z Instagrama, że jak się człowiek urodzi Anią, nawet bez zielonego wzgórza, ale z pewnością z ogromem wyobraźni i garściami emocji, czuje i cierpi bardziej. Choćby z powodu tej wyrwanej samosiejki. I dumna jestem, z Mężem mym, z naszego ogrodu bardzo. Bo nasz jest. Wymarzony i spokojny.




Jeśli ktoś po drodze, zabłądzi lub nie - kawa w czerwcu, miód w lipcu, a bukieciki w sierpniu. Jak na plantację przystało. Zapraszam:)







tata

właściwie zupełnie nie zdążyłam cię poznać nie zdążyłam cię poznać zupełnie nie wiem, które gesty mam po tobie które miny i czy profil tw...