poniedziałek, 19 czerwca 2017

zobacz... zobacz...

z każdej książki, którą kiedyś przeczytałam, coś zostało
albo z filmu, pięknej sceny
lub z życia mojego własnego siedzi we mnie coś
co wraca, przypomina się lub przysiądzie gdzieś z tyłu
i ciepło przynosi
wrażenie spełnienia
poczucie szczęścia
dokładnie wtedy, gdy mi dobrze
splot tego, co doświadczyłam i co doświadczam tu i teraz
te momenty, kiedy dosłownie się jest
i chce się te chwile zostawić jak najdłużej przy sobie
choć tak naprawdę nie ma wtedy czasu na decydowanie
wtedy wszystkie zmysły oddają mi swoje emocje
a same zapisują skrzętnie nowe przyszłe dobre wspomnienie
i to jest chyba ta sławna uważność
i chwytanie dnia
w jednym


kiedy widzę ich biegających boso po trawie zroszonej wieczornym zmęczeniem
nielegalnie, bo chwilę temu całowałam grzeczne czółka wtulone w poduszki
ale słyszę tą radość z niedowierzania, bo pozwoliłam, bo nie wyganiam
to ten moment, który pamięta się dłużej, niż najlepszą zabawkę
szybkie spontaniczne zdjęcia, bo taka chwila się nie powtórzy
taka
zatrzymać się ją chce na dłużej
żeby móc wpatrywać się w te buzie beztroskie
moje twoje nasze


a ty posta chciałaś pisać o tym, że nie słuchają, że krnąbrne
a zobacz, zobacz
widzisz?
:)











kocham




niedziela, 18 czerwca 2017

mniej istnieć, żeby bardziej być





Każdy z nas ma swoje lepsze i gorsze dni.
Każdemu zdarzają się sukcesy, którymi nie sposób się nie chwalić. Ale zdarzają się też i momenty, których zwyczajnie się wstydzimy.
Każdy ma prawo do błędu, może się pomylić, zapędzić. Ale zaraz obok ma i prawo do poprawy, do nowej szansy. I tej kolejnej.
Każdemu może się nie udać. Ale może się też udać, dzięki wielkiej pracy i poświęceniu.

Smutne to czasem, że niby wiedząc to wszystko - nadal - często czujemy się lepsi, mądrzejsi i ważniejsi.
Nieomylni.
I pragniemy poinformować o tym cały świat. Czy tego chce, czy nie.
Tłumy specjalistów wyrażają publicznie swoje opinie, krytykę, pogardę, opierając się na zdaniu bez kontekstu, zdjęciu bez opisu, wyglądzie bez historii.
Odruch? Emocje? Nuda?
Możliwość komentowania bez ograniczeń, cenzury, skrupułów. Wręcz walka na komentarze i argumenty.
Żeby poczuć się... lepszym, mądrzejszym, ważniejszym?
W ocenie własnej, czy innych?
Jak dobrze byłoby, gdyby tak choć część z nas zamilkła, wybrała backspace,  a nie enter...

Media. Portale. Internet.
Mówią, że żeby istnieć, trzeba mieć konto tu i tam. Sama takie posiadam, bo jedno sprzyja komunikacji, drugie wywołuje uśmiech, trzecie mobilizuje. Wszystkie z pewnością kuszą. Polubieniem mojego istnienia.
Ale coraz częściej mam ochotę zniknąć, nie istnieć, nie wiedzieć.
Coraz częściej mam wielką ochotę po prostu być, zwyczajnie, jak dawniej, jak w czasach budek telefonicznych i papierowych listów. Czuć, że oddycham, gapić się na wszystko to, co dzieje się blisko i wokół mnie. Odgrodzić się od wyrażanych opinii i samej się tego oceniania wyzbyć.
Kolejny raz zamykam konto na IG, ale na czas sukcesów ponownie je aktualizuję, bo polubienia tak cieszą! Bo lubię się chwalić, bo wtedy czuję się lepiej? I smagam tymi palcami po ekranie... Dodaję, lajkuję, i wkurzam się znowu. Mimowolnie czytam kolejny milion komentarzy do tekstów, które zupełnie mnie nie interesują, komentarze obcych mi osób, nie zawsze... uprzejmych. Ale z pewnością specjalistów. Bo te akurat przewijam pod palcami, niby chcąc nie chcąc, ale jednak przewijając.
Próbuję jeszcze raz. Zamknąć, odinstalować, zablokować. Jak odwyk.
Bo wiem, że warto, że gdy nie istnieję - bardziej jestem.
Mam czas na książkę i więcej snu.
Na siedzenie na ławce przed domem, gdy Janek popisuje się jazdą na rowerku a Marysia sadzi mentosa, żeby sprawdzić, czy wyrośnie z niego mentosowe drzewo.
Na spędzenie Dnia Matki tylko z dziećmi a bez wyrzutów sumienia.
Na bycie. Tak na sto procent.
W moim przypadku to się sprawdza. Wystarczy mniej istnieć, żeby móc bardziej być.








sobota, 17 czerwca 2017

Blog Conference Poznań 2017 i parę poznańskich dygresji





Z naturalnym dla mnie ociąganiem i opóźnieniem - parę słów o... wielkim świecie:)
W sumie... doskonale opisała to Dorota z bloga Dorota na Przedmieściach. Zrobiła to tak pięknie i w punkt, że w sumie nie muszę nic dodawać:)
Na Blog Conference Poznań zapisałam się na czas, wydrukowałam moje własne wizytówki, którymi miałam uszczęśliwić przyszłych czytelników i pojechałam, właśnie z Dorotą, spędzić dobrze czas i wykorzystać współbliskość wielce ciekawego świata blogów i blogerów.





Szczerze mówiąc, przed Konferencją myślałam, że większość osób, które prowadzą blogi, robi to z pasji, dla radochy i przyjemności, raczej w skąpym czasie wolnym. Super znane i popularne wielkie blogi, które zarabiają z siebie i na siebie, a tworzy je wręcz zespół, miały być w mniejszości. W Poznaniu odniosłam jednak zupełnie odwrotne wrażenie. Czułam się nie jak uczestnik, ale bardziej jak obserwator. Taki stojący z boku. Jak mniejszość, maleńka rybka w morzu fachowców, niemal celebrytów, a z pewnością gwiazd. No i influencerów. Z moim małym, skromniuteńtkim blogiem, bez UU, webinarów, marki i YouTube. Tak więc obserwowałam i poznawałam. Siedziałam obok Dziewczyn, które mają bardzo określony i kompletny pomysł na siebie, mają pasje, tworzą, piszą i dzielą się swoim światem online. Już po powrocie z przyjemnością zajrzałam na ich strony, bardzo miła kolejność - najpierw poznałam twarze (i upodobania kulinarne, haha), a dopiero potem blogi:)
Te mieszane odczucia co do BCP wynikają chyba jednak bardziej z mojego nastawienia do całej imprezy. Spodziewałam się nieco lepszej integracji, a przynajmniej sprzyjających ku temu okoliczności. Miałam nadzieję, że uda się poznać i spotkać osoby, które... piszą podobnie, jak ja, z którymi mogę choć w pewnym stopniu utożsamić.








Ale nawet jeśli to jedno się nie udało, spędziłam w Poznaniu naprawdę wartościowy czas. Idealny na podsumowania i wnioski. Na podglądnięcie, jak to się robi w wielkim mieście i świecie. I jak ja odnajduję w nim miejsce i sposób na siebie. Z całych sił starałam się nie porównywać, bo to pierwszy krok do zguby, nie tylko dla blogera.
Doba w Poznaniu była zresztą ucztą nie tylko dla ducha:)
Kolację, śniadanie i lunch jadałam na mieście. I to w świetnym Towarzystwie - dziękuję Dorotko:)








Wracałam do domu z wypiekami i... ulgą. Z prędkością pociągu relacji Poznań - dom, odbyłam małą podróż w czasie. Poznań to przecież moje miasto z czasów studenckich! Na Taczaka miałam lekcje hiszpańskiego, a przez cały jeden semestr przesiadywałam z koleżanką wieczorami w pubie, flirtując z barmanem. Paderewskiego przechodziłam rzadko, ale za każdym razem wzdychałam do witryn ekskluzywnych wtedy butików. Na Ratajczaka wpadałam na boloński z groszkiem, między wykładami. A okolice AE (dla mnie zawsze będzie Akademią Ekonomiczną) znam jak własną kieszeń.
Od czasów studiów zmieniło się bardzo dużo. Przede wszystkim zmieniłam się JA. Podczas BCP 2017 nie zaglądałam do mlecznych barów, nie spieszyłam się na kolejne ćwiczenia, wykład, tramwaj. Tym razem delektowałam się wolnym wieczorem, delektowałam się czasem, wspominkami, świetnym Towarzystwem i pysznym jedzeniem w polecanych miejscach. Moje kryteria się zmieniły. To, na co pracowałam od czasów studiów - owocuje. Plany, które snułam jeszcze po omacku piętnaście lat temu - zrealizowałam z nawiązką. Miłości, które pożegnałam na czas - zapomniane. Bilans wyszedł zdecydowanie na plus:) Nie muszę sobie, ani innym niczego udowadniać. Nie muszę być super blogerką, wystarczy, że mam (póki co) wpływ na własne dzieci, dla nich jestem prawdziwą influencerką:) Pisanie, blog, to dla mnie nadal miło spędzony czas, relaks, potrzeba chwili. Nawet, gdy Czytelników jest mało, a każdy komentarz to święto.


Jeśli nie czuję, że coś musi się zmienić... niech nic się nie zmienia...
:)

piątek, 9 czerwca 2017

Festiwal Na Wzgórzu '17





Lato, nawet to wiosną, lubi muzykę, sprzyja radości i szalonym pomysłom.
Zwłaszcza, gdy ma się lat osiem, sześć lub ciągle siedem.
Zwłaszcza, gdy nie ma granicy między działkami, a dzieci biegają grupami, są trochę tu i trochę tam, przez co wydaje się, że są wszędzie.
Zwłaszcza, gdy do lata zostało kilka tygodni, co sprzyja zorganizowaniu festiwalu.


Nasze dzieci - a liczę te z najbliższych "zagród", czyli trzy pary - to naprawdę wyjątkowe Osóbki.
Są bardzo kreatywne, na świeżym powietrzu spędzają pół roku w roku. Pomału dorastają do wieku tabletów i komórek, ale na szczęście rower, ogród i sporo przestrzeni wokół trzech domów, bez płotów i domofonów, sprzyjają nam, rodzicom:) Smartfonów rozdawać im póki co nie zamierzamy, choć smykałka do mini biznesów i bez nich kiełkuje.
Nie chce mi się wierzyć, ale lawendowy kram, o którym pisałam tutaj to historia sprzed niemal dwóch już lat!
W tym roku, tydzień temu, my, rodzice oraz dwie Babcie i jeden Dziadek, zostaliśmy zaproszeni na koncert. Nazwałam go koncertem Na Wzgórzu '17, bo scena znajdowała się na niewielkim pagórku, akustyka zadowalająca, miejsca nienumerowane, lemoniada, stolik z palety (dziecięce DIY!), girlandy, plakaty, a wstęp tylko 10 groszy!
Prawdziwy festiwal radości - zapraszam na fotorelację z Na Wzgórzu '17:)

















Dwie Wokalistki, Dwóch Konferansjerów, Pan Foch i Panna Maskotka Zespołu.
Oprawa artystyczna, muzyczna i kulinarna, aranżacje, marketing i dekoracje - dzieci przygotowały same. Zadbały o każdy szczegół, reżyserów było wielu, trema ogromna, a emocji aż za dużo - stąd Pan Foch:) Publiczność zachwycona. Mamy nadzieję na ciąg dalszy:)



niedziela, 4 czerwca 2017

Saksoński Szlak Winny








Życie jest piękne.
Jest po to, żeby je czuć, nim oddychać, czerpać radości, przyjemności, wszystkie kolory, smaki i towarzyszący im przy tym czasem ból.
Życie jest dniem powszednim i przeplecionym przez nie raz po raz świętem.
My życie nasze posypujemy garściami najwyśmienitszych przypraw, gdy pozwalamy sobie na podróże. Zwiedzamy, poznajemy, odkrywamy. Jesteśmy wtedy bardzo razem, krzyżujemy własne i wspólne marzenia i zachcianki. Odpoczywamy i męczymy jednocześnie. Ale tak właśnie bardziej czujemy, że życie jest cudowne, dla tych chwil, dni, nocy i widoków.


Kilkanaście lat temu nie przyszłoby  mi do głowy, że Niemcy mogą być atrakcyjnym celem podróży. Właściwie w ogóle nie brałam tego kraju pod uwagę, błądząc palcem po mapie. Ale - co powtarzam już w kółko - ja i Szczęście mamy ten sam adres;) Mój Mąż uwielbia podróże, mapy, nieznane, uwielbia to, co ja. Wystarczy kilka wieczorów w internecie i wizja udanego weekendu zamienia się w szczegółowy plan, podparty opiniami, zdjęciami, noclegami i siatką najciekawszych, wartych zobaczenia miejsc.
Niemcy zaskoczyły nas już 3 lata temu, o cudownym wypadzie we dwoje na camping w Wasserburgu nad Jeziorem Bodeńskim pisałam tutaj. W tym roku mamy za sobą kolejne niemieckie wspomnienia. Długi weekend majowy, dwa rowery i Saksoński Szlak Winny. Było bardzo rowerowo, o czym pisałam już zaraz po powrocie, tutaj.
Dziś chciałam zamknąć te trzy dni i dwie noce w smakowitą opowieść, ubarwioną zdjęciami i śmiesznostkami, bo to one najbardziej zapisują się w pamięci, zwanej wspomnieniami.


Saksoński Szlak Winny wyszukał Bartek, bo tym razem chcieliśmy połączyć wspólny czas we dwoje z naszą ostatnio pasją (u mnie kiełkującą) - rowerami. Strzał w dziesiątkę. Nawet, jeśli okupiony bólem tu i tam:) Szlak ciągnie się wzdłuż rzeki Łaby, rozciąga się od granicy z Czechami, gdzie czuliśmy się trochę, jak w Szwajcarii, rejon ten zresztą nosi nazwę Szwajcarii Saksońskiej, do Mińska, stolicy porcelany. Idealnym miejscem na nocleg okazało się Drezno, a właściwie jego okolice. A na rowerach zrobiliśmy dwie pętle, pierwszego dnia kierując się na południe, 27km do Rathen, drugiego krążąc wśród winnic, pół drogi z wiatrem, pół pod wiatr, do Mińska i z powrotem.


Dzień pierwszy, ciekawość i sprawdzian własnych możliwości (czytaj moich). Zaparkowaliśmy na obrzeżach Drezna, po wschodniej stronie Łaby. Bez trudu trafiliśmy na ścieżkę rowerową. Przejechaliśmy przez Pirnę, aż do Rathen. Tam promem przepłynęliśmy na drugi brzeg rzeki i ruszyliśmy z powrotem. Zaskakująca liczba turystów, głównie rowerzystów. Skały i wilgoć zieleni. Zapach kwitnącego bzu. Wolność. Radocha:)













Było pięknie i zimno. Przeziębiłam sobie kolana! :) Pokonaliśmy 57 km, co było moim dziennym rekordem, i co "wyszło" wieczorem. Nie pomógł gorący prysznic, ani poszukiwanie otwartej restauracji w pobliskim miasteczku. Jakiejkolwiek! A miasteczko to nosiło wdzięczną nazwę Dippoldiswalde (haha!). Puste ulice, zadbane kamieniczki, bogato wyposażony posterunek policji i straży pożarnej i żywej duszy. A my głodni! Trafił się nam w końcu bar na zakręcie, gorące chrupiące frytki i niemieckie wydanie cordon bleu.
Szczęśliwie kolejny dzień okazał się ciepły i słoneczny. Raj na ziemi. Obawiałam się swojej kondycji, czy dam radę przejechać kolejne dzieścia kilometrów. Ale z rowerem jest tak, jak pewnie z każdą aktywnością fizyczną, wystarczyło kilka pierwszych kilometrów rozgrzewki, a ból i dyskomfort minął. Ale nie piszę o najważniejszym - okolice Drezna, cały ten szlak rowerowy wśród budynków z cegły, a dalej przez mosty, łąki, wtopione w krajobraz, w najbardziej odpowiednim miejscu i czasie dla każdego cyklisty zajazdy, kafejki i toalety, to był prawdziwy rowerowy raj. Drogowskazy, gładziutki asfalt, przerywany na rowerowych skrzyżowaniach i ostrych zakrętach kostką brukową (odruchowo na takiej zwalniasz, czyli cel osiągnięty), zapach akacji, słońca i czego tam jeszcze, cud miód:)





 

Po drodze widziałam rowerzystów każdej maści, od dzieci, dzielnie podążających przed lub za własnymi rodzicami, po - przepraszam, ale w moim mniemaniu - kwintesencja Niemek na emeryturze, czyli coztegożemamsiedemdziesiątlatlubięjeździćnarowerzezmojąkumą. Cudowna infrastruktura, oczywiste znaki drogowe, bezpiecznie, równo, pięknie. Pod Miśnią ogromny parking, pełen aut z bagażnikami na rowery. W mieście równorzędne drogi dla samochodów rowerów i pieszych. I wszyscy mają się dobrze. Nikt nie wymusza, nie czuje się ważniejszy, polecam, polecam:)







Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy wracali tą samą drogą. Oboje po prostu uwielbiamy skoki w bok:) Czytamy w swoich myślach (szkoda, że nie przekłada się to tak idealnie na obowiązki domowe, no ale czymś trzeba się różnić:) ). Postanowiliśmy odnaleźć słynne Wackerbarth oraz zajrzeć do choć jednej prawdziwej winnicy. Byliśmy przecież na Saksońskim Szlaku Winnym!







Urocze uliczki małych miasteczek, wyraźna radość mieszkańców z pierwszego ciepłego dnia. Wybraliśmy winnicę Weinhaus Shuh, szeroko otwarta brama, a za nią cichy dziedziniec, kilka stolików, idealnie. Zamówiliśmy dwa rodzaje wina, do skromnej degustacji, jak na rowerzystów przystało. Oślepieni słońcem i miłością, wybraliśmy niemiecko brzmiące przystawki do win, pierwsze dwie z karty menu, ciekawi, co dokładnie zostanie nam za chwilę podane....





Schmalztöpfchen mit frische Brot und Gewurzgurke 5,20 EUR
Käsewürfel vom Gouda mit hausmarinierten Oliven 4,80 EUR
czyli chleb ze smalcem i koreczki z żółtego sera za 40zł


No wiem, wiem, wystarczyło przeczytać ze zrozumieniem:) haha:)
Widok rozbawił nas baaardzo:) Ale wierzcie mi, w towarzystwie Miłości mojego życia, był to jeden z najcudowniejszych wspólnych posiłków:) No i jak podany!


Nabyliśmy butelkę jednego z win pochodzących właśnie z tej winnicy i ruszyliśmy dalej. A dalej było tylko lepiej. Odnaleźliśmy to niesamowite miejsce, które widziałam wcześniej na jednym z rowerowych blogów, zamek w Radebeul, czyli Schloss Wackerbarth.










Muzyka na żywo, idealnie przycięta zieleń, zrelaksowani turyści przy stolikach z winoroślami w tle.
Wein, bier und bratwurst. Żyć nie umierać. Tak właśnie widzę siebie na emeryturze!:)


Tamtego wieczora już nic mnie nie bolało. Degustowaliśmy dalej, tym razem lokalne piwo. Degustowaliśmy życie, ze wszystkim, co nam daje. Z każdym dniem, trudem i radością.
Wiemy, że dzięki podróżom odrywamy się od ziemi, ale tak samo, jak kochamy to odrywanie się, tak samo bardzo kochamy na tą ziemię wracać. Zwłaszcza do Nich. Do naszych Skarbów dwóch największych. Bo dzięki Nim to życie nasze jest piękne.

Kolejna podróż rowerowa już razem, z bagażnikiem na cztery rowery:)