środa, 30 kwietnia 2014

ciemne chmury...ale tylko na niebie

Na szczęście kolejne szpitalne doświadczenia już za nami.
Janko i ja spędziliśmy w szpitalu ponad dobę, Synuś miał podłączonego Holtera, był naprawdę dzielny i kochany. Pomimo okoliczności nacieszyłam się tym czasem z Jankiem, napatrzyłam, natuliłam i dałam wycałować. Mamy cudownego Synka:) 
Serduszko wymaga obserwacji, bo raz po raz lubi się zawahać i spóźnić. Jest jednak na tyle maleńkie, że jakiekolwiek leki przyniosłyby więcej szkody, niż pożytku.

Ostatnie wydarzenia i troska o zdrowie naszej Rodzinki wbrew pozorom nie wywołały u mnie paniki, czy nadmiernego lęku. Raczej wzmacniają, nie czuję strachu, bo wiem, że musi być dobrze.
Spełniły się moje najważniejsze marzenia sprzed kilkunastu lat, dotyczące SPOKOJU z Ukochanym i Dziećmi. Chodzi o ten rodzaj spokoju, przy którym mogę się "wyżyć" na pozostałych obszarach życia - pasji, pracy. SPOKÓJ serca.
Wierzę, że uda nam się być razem bardzo długo, zawsze, w chwilach szczęścia, i niepokoju, i nudy:)

A na nudę póki co narzekać nie mamy szans:) Właściwie nuda kojarzy mi się teraz bardziej z luksusem...
Wszelkie ciemne chmury rozganiają dziecięce piski i śmiech:)
Nawet takie burzowe w środku kwietnia...










czwartek, 17 kwietnia 2014

idealna miłość

post z poprzedniego czwartku- znowu pisany przez tydzień!

Wczoraj odetchnęłam z ulgą.
Wynik biopsji ujemny, to znaczy, że nie mam komórek nowotworowych.
ufff....

Potem byłam u spowiedzi. W małym wiejskim kościele. 
Ksiądz uspokajał, nie ganił, a właśnie uspokajał.
Dwójka małych dzieci to jest powołanie, przyprowadzanie ich na Mszę Świętą i ogarnięcie ich podczas tej Mszy - to jest powołanie. I wyzwanie - dodałam:)
Radosna pofrunęłam do domu. Naprawdę muszę popracować nad moimi wybuchami złości i gniewu, bo przecież tyle SZCZĘŚCIA z nami mieszka!:)

Wieczorem pozwoliłam Dzieciom posiedzieć dłużej, sama próbowałam oglądać serial (jedna z dwóch pozycji, na które pozwalam sobie w ciągu tygodnia). Marysia wtulona pyta mnie w pewnej chwili:
"Mamusiu, na dobre i na złe...to taka idealna miłość, tak?"

...



A do snu nucimy razem kołysankę, którą sama ułożyłam, kiedy Marysia miała kilka miesięcy...

maleńkie oczka zmruż
i zaśnij sobie już
słoneczny dzień przywita cię
gdy rano zbudzisz się

tak bardzo kocha cię
mamusia, tatuś też
maleńkie oczka zamknij już
a ja przytulę cię...

czwartek, 10 kwietnia 2014

Poznań

Byłam wczoraj w Poznaniu.
Jechałam pociągiem.
Było fantastycznie!:)
Już dawno nie miałam tylu chwil dla siebie, bez koniecznego i możliwego pośpiechu.
Podróż, książka Jedz, módl się i kochaj i ja.

Już stojąc na dworcu, uświadomiłam sobie, że - mam czas, że słyszę swoje myśli, mimo, że jeszcze rozpędzone. I - jak zwykle - zaczęłam robić porządek w torebce!:) No tak, JESZCZE rozpędzona nie "marnowałam" ani chwili.
W pociągu - takim poczciwym przedziale rodzimego osobowego, na szczęście pustki.
Siadam przy oknie i czuję, że czas biegnie ze mną równolegle. Łaknę te minuty dla siebie jak powietrze, napawam się ciszą, a dzięki niej słyszę i widzę więcej.
Ze szczęścia nie mogę skupić się na książce. Jestem rozdarta  między tym, co za oknem, a nią.

Widzę domy, pola, drogi, z każdym wiążąc opinie, osądy i przemyślenia.
Dlaczego niemal za każdym domem, w pasie między nim a nasypem kolejowym, jest taki potworny bałagan?
Z okna pociągu wygląda to strasznie. Czy nikt tego nie widzi? Czy dlatego, że niby nikt tego nie widzi?
I nikomu to nie przeszkadza? Mi bardzo. Nie pasuje do mojej aktualnej potrzeby pięknych widoków.
Na szczęście docieramy do lasów i gęstych parków.
Widzę dom ukryty w drzewach, kilka iglastych (niestety nie potrafię określić gatunku, nigdy nie zwracałam na to uwagi, choć teraz żałuję niewiedzy i obecnego nieczasu na jej przyswojenie).
I nagle..olśnienie! Już wiem, gdzie chcę mieć przesadzony świerk z donicy w ogrodzie! Ma rosnąć przy oknie z salonu, osłaniając nas przed przyszłymi sąsiadami, którzy wybudowali się tak nachalnie blisko, że sami nie będą musieli kupować telewizora. Chcę, żeby to iglak do nas zaglądał, zamiast sąsiadów:)
Zawsze marzyłam o bliskości iglastych drzew, a zwłaszcza o ich widoku z kuchennego okna.
Kojarzą mi się z...Dźwirzynem:) Z morzem i tym pasmem drzew - właśnie iglastych oddzielających miasto i domki wczasowe od jedności wydm, plaży i morza.
Nawet teraz, jadąc pociągiem, mijając las, patrzę na jednostajność brązowych pni, co mnie uspokaja, ale wystarczy, że spojrzę w górę, na ciemną zieleń wierzchołków i...niemal słyszę szum fal, a  na twarzy powiew słonego morskiego powietrza. I jest mi dobrze.
 I tak się zastanawiam, czując, że od ponad godziny moje myśli niewymówione rozgadały się na dobre, skąd u mnie taka niesamowita potrzeba nazywania? Skąd bierze się potrzeba pisania, ubierania w słowa, zostawiania śladu? Moja ostatnia frustracja (w sumie...nie lubiłam tego słowa, ale przyczepiłam się do niego, bo pasuje teraz do mnie:( ) wynika również z tego, że znajduję czasu na słuchanie swoich myśli i emocji.
O tak, emocji sporo we mnie i ze mnie eksploduje, ale dotyczą bałaganu, rozsypanych puzli, piasku w..we wszystkim...moich dzieci, niewyspania i niedogonienia. Ale to wszystko podszyte jest brakiem czasu na i dla siebie. Dla tego, co we mnie. Nie przeszkadza mi, że nie mam pomalowanych paznokci, że nie chodzę regularnie do fryzjera, nie jeżdżę na zumbę, nie spotykam się z koleżankami, nie chodzimy do kina.
Przeszkadza mi, że nie widzę perspektyw na to, żeby mieć czas na pisanie, czytanie, oddychanie.
Ciągle tylko zadyszka.

A wracając do pociągu...zaglądam do książki, a tam kolejne wyzwanie dla mnie - jeden z bohaterów pyta Liz o to, jakie słowo pasuje do danego  miasta. Na przykład słowem dla Rzymu jest - według niego - SEKS. Słowem dla Nowego Jorku, jest - według niej - OSIĄGAĆ. Zwraca uwagę na to, że to czasownik.
Zastanawiam się nad słowem dla Poznania - było to kiedyś, przez jakiś czas, moje miasto, studiowałam tam dziennie w sumie przez 6 lat! (rok próby na Politechnice, a potem udane powtórne przyjęcie na Akademię Ekonomiczną). Słowo dla Poznania znajduję bez trudu: MOGĘ.
Mogę - bo potrafię, bo jestem odważna, bo nie boję się wyzwań.
I mogę - bo chcę, bo nie boję się spróbować własnych możliwości, bo się uda, po prostu musi się udać.

I taką mam również nadzieję kilkanaście minut po wizycie u chirurga onkologa, celu mojej podróży. Nie uspokajał, ani nie straszył, tylko zaprosił do szpitala na usg szyi w najbliższy piątek.
(piszę ten post już trzeci dzień, więc piątek już jutro...)
Będzie albo dobrze, czyli po wyniku operacja, albo trochę mniej dobrze i biopsja.

Opcji nie mam, muszę być zdrowa. Nawet nie dla siebie.
Dla Nich.

 

czwartek, 3 kwietnia 2014

patio & porch

Nie dość, że oba słowa są po prostu piękne...
kojarzą mi się z powietrzem i przestrzenią,
zapachem ciepłego wieczoru i książką,
leniwym spędzaniem wolnego czasu..
trochę z Montaną i "Zaklinaczem koni"...

patio & porch dobrze mi się kojarzą:)

...to jeszcze te aranżacje!
Zapisuję, będę marzyć i może kiedyś realizować:)

Wszystkie zdjęcia za www.countryliving.com
 
 











wtorek, 1 kwietnia 2014

The First and Last House

Znalazłam ostatnio to nasze zdjęcie...sprzed 7 lat!
Sprzed ślubu, sprzed dzieci...ale już z wielką i spokojną Miłością...odkrywczym zakochaniem i...
wspólną PASJĄ podróżowania


before sunset...


























przepraszam bardzo...

"O! Wypraszam to sobie!
Jak to? Ja nic nie robię??"

I tak to właśnie wygląda.
Rano budzę się pierwsza i wstaję pierwsza. O 6:00, czasem - jak dziś - ociągam się lub zasypiam ponownie do 6:20, ale nigdy, jeśli chcę wziąć prysznic lub umyć głowę! Wtedy pobudka obowiązkowo o 6...
Jeśli Janko pozwoli, ze spokojem myję głowę/wcieram krem/ubieram się częściowo/maluję się częściowo/wstawiam wodę/włączam ekspres do kawy/wyjmuję to, co będzie na śniadanie/podnoszę rolety/zbieram z ziemi to, co leży od wczoraj...
Jak nie pozwoli, to idę do niego, tulę, całuję, sadzam na nocnik, ubieram, bo w domu po nocy chłód...(tak mi się wydaje...).
B. śpi/drzemie/wstaje/bierze prysznic/ubiera się/lub Janka/budzi Marysię, ale nieskutecznie, bo tylko wyciągnięcie Jej siłą lub Jej własna ciekawość sprawia, że pojawia się w salonie gotowa na nowy dzień.
Robię częściowo śniadanie, wymyślam co tu smacznego i zachęcającego przygotować Małej do śniadaniówki.
Robi się 7...potem nagle 7:15...i zaczynam nerwowo biegać po domu. Pozostali jakby w zwolnionym tempie, B. siedzi przy Janku, coś je, ja zalewam termos z kawą, pakuję kanapki, myję jabłko, biegnę pomalować policzki, brwi, ubieram się niemal do końca, lub przebieram, bo z rozpędu zdążę się spocić albo co najmniej zgrzać.
Rzęsy od dawna maluję podczas jazdy samochodem, tusz na stałe wożę w torebce.
"Maria buty!" - wołamy na przemian.
Wchodzi Niania - czyli jest 7:30, czyli jest panika.
Naraz ubieramy Małą w kurtkę. Jaśko chce się przytulić. Ciągnie mnie lub nas za nogi, nogawki, ręce.
"No dalej!" - krzyczymy na przemian.
"Masz już 5 lat, możesz przecież sama się ubrać!" Siusiu robiłaś? 
Nie.

Gdzie czapka? Śniadaniówka ląduje w plecaku. Ja zapomniałam o kanapkach dla siebie, wrzucam do torebki płatki, mleko znajdzie się w stołówkowej lodówce. 
"Gotowa?"
Jeszcze smaruję Małej rączki kremem na AZS, bo znowu szorstkie i czerwone.
B. jedzie dziś rowerem, więc ja zabieram Marysię. Na szczęście nie zapominam dzisiaj służbowego laptopa, więc nie będę musiała po niego wracać, przejeżdżając ponownie przez 3 przejazdy kolejowe.
Wciskam na siłę rowerek Małej do bagażnika, żeby mogła na nim wracać z przedszkola.
Ale zapominam go z tego bagażnika wyjąć i zostawić w przedszkolu.
Do pracy dojeżdżam - równo z dyrektorem - jak zwykle o 8:05.

Zapomniałam dodać, że dziś właśnie wyrzuciłam z siebie codzienną poranną frustrację, krzycząc całkiem głośno, że w końcu wyrzucą mnie z pracy za to spóźnianie, że już nie mam siły, itp. itd., co zadziwiło zarówno B., jak i Nianię ("normalnie Cię dzisiaj rano nie poznałam!"), a mnie wpędziło w smutek i żal.

Czy ja naprawdę tak głośno krzyczałam? Czy to ja jestem taka nerwowa, niepotrzebnie?
Czy ja się frustruję na własne życzenie?
Czy też mam do tego prawo? 
Jak odpuścić? Mam ochotę wstać któregoś dnia o 7:00, usiąść przy stole i czekać, aż ktoś poda mi śniadanie...


speak softly love

PONIEDZIAŁEK 20 listopada Myślałam, że napiszę książkę. Wierzyłam w to, miałam nadzieję, czułam wręcz. Bzdury jakieś. Ani czasu...