Słowo za słowem wlecze się czasem, zupełnie w myślach jeszcze. Marzy się. Płynnie błądzi między kolejnymi dniami, miesiącami i latami. Dojrzewa. Rośnie. Okazuje się. Zamienia w obraz, choć nadal niewypowiedziany. Zaczyna się uśmiechać. W końcu puszcza oko. Podnosi twoje kąciki ust, mimowolnie zaczynasz dopuszczać do siebie ewentualność zdarzeń, które na początku były tylko słowem i myślą.
Wypowiedzieć je, to jak zrobić pierwszy krok.
26 września zarezerwowaliśmy lot dla czterech osób do Stanów Zjednoczonych.
2
Wrzesień i spora część października (2024) upływa mi w wirtualnej podróży. Gdzie ja nie byłam! Nevada, Arizona, Utah, Wyoming, Montana i Kalifornia. Z krótkimi wizytami w Colorado i Idaho. Bartek sprawdza warunki wynajmu samochodu, wszystko incognito, by nie dać sobie podbić ostatecznej ceny. Ja planuję trasę, przeliczam mile, wybieram przystanki na nocleg, szczegóły, na które trzeba przygotować się z wyprzedzeniem, rezerwacje, udogodnienia. Przeczesuję wszelakie fora i grupy na facebooku i jestem zachwycona. Nie spodziewałam się, że tak wielu ludzi podróżuje do Stanów! Jedni rozpoczynają przygotowania rok wcześniej, tak, jak my, innym wystarczą 3 tygodnie.
Mamy już bilety. Mamy potwierdzoną ESTĘ. Ekscytacja nadal miesza się z niepewnością i tulonym lękiem, na które jednak sobie pozwalam. Pozwalam sobie na pokorę. Przecież nie mogę jeszcze oddawać się czystej euforii, przyjdzie na nią czas na miejscu, za kilka miesięcy. Wszystko może się do tego czasu wydarzyć. Ale nadzieja i marzenia, uwielbienie planowania i wyobraźnia wypełniają mnie po brzegi i dają tyle radości, że z nie mniejszym zaangażowaniem biorę pod uwagę nawet ewentualne przeszkody. Dzięki temu będę na nie lepiej przygotowana. I tak najważniejsze, to z kim. Z Nim. I z Nimi. A gdzie i co, jest dobrodziejstwem.
Na dzień dzisiejszy trasę mamy ustaloną i rozpisaną w 80%. Rozpoczynamy w Las Vegas. Kolejne dni, to Arizona (Hoover Dam, Route 66, Seligman), nocleg w Williams. Dalej wczesny start w kierunku Grand Canyon NP (natężenie ruchu o "naszej" porze na tym odcinku sprawdzałam przez ostatni tydzień na google maps), viewpoints i dojazd do Page, plus zachód słońca nad Horseshoe Bend. Dzień w Antelope Canyon (tu jest jeszcze sporo do ustalenia i zadecydowania) i ukochane Monument Valley. Moab i odpoczynek nad basenem. Lub sen w klimatyzowanym pokoju. Zakupy na najbliższe dni i Arches NP. Planujemy pojechać tam pod wieczór, ze względu na spodziewane wysokie temperatury. Druga noc w tym samym hotelu i długa trasa przed nami. Na północ, wzdłuż rzeki Colorado i część tego stanu. Bez większych planów, zahaczymy o Flaming Gorge lub pojedziemy prosto do Pinedale, znalazłam tam urocze Cozy Cabins. Ach, no tak. Na moim koncie na bookingu mamy już 8 rezerwacji! Poziom ekscytacji level high.
Montana zabierze nam sporo energii, czasu i kilometrów, ale nie możemy z niej zrezygnować. To właśnie Montana, Nazha i związane z nią wspomnienia są motorem i przyczyną całego pomysłu na podróż do USA. Spędziłam w Montanie lato, a potem 19 miesięcy na praktykach. Jest niezwykła, niezwykli są tam ludzie, wszystko! A Góry Skaliste i każda z nimi pora roku zostawiają w sercu nie tyle ślad, co stałą rezydencję. Z Montany nigdy się nie wyjeżdża - przeczytałam niedługo po powrocie stamtąd i tak jest również w moim przypadku. Momentami aż boję się tej chwili, gdy dotrzemy do Big Sky, skręcimy z Hwy191 w 64, czyli Lone Mountain Trail, obok Conoco. I wtedy ją zobaczę. Lonepeak. Górę. Big Sky. Mam wrażenie, że podmuch wiatru marzeń, który czuję niezmiennie na karku, chwyci mnie wtedy za rękę, przytuli i tak sobie razem postoimy z widokiem na niesłychane.
Nazha, którą poznałam w Big Sky ponad 20 lat temu, z którą rozmawiam zaledwie kilka razy w roku, czeka już na nas. I kocha, oczywiście. Powtarza, że nie przyjeżdżamy z wizytą, “w gości”, tylko jak do rodziny, że jej dom ma być naszym domem w Montanie. W przyszłym roku kończy 60 lat, więc mamy być jednym z jej prezentów. Sama również planuje przylecieć do Europy i do nas. Przez te ponad 20 lat powtarzałyśmy sobie, że kiedyś się spotkamy. Na początku bardzo w to wierzyłam, z biegiem czasu nadzieja blakła, rozpływała się, ale powtarzane słowa miały brzmieć, jak obietnica. Dziś już wiem, że jesteśmy tak blisko.... Jedziemy z górki…
3
Podczas przygotowywania się do podróży, dowiaduję się niesamowitych rzeczy. Poznaję historię - między innymi - pnia po olbrzymiej sekwoi nazwanej Mark Twain Tree, który znajduje się w Parku Narodowym Kings Canyon, sąsiadującym bezpośrednio z Parkiem Narodowym Sequoia. Samo drzewo miało ponoć 1341 lat i średnicę 16 stóp (4,9 metra), gdy zostało ścięte w 1891 roku dla American Museum of Natural History jako drzewo wystawowe, jako dowód, że tak wielkie drzewa istnieją, ponieważ sekwoje rosły tylko na w zachodniej części Ameryki, na niewielkim i trudno dostępnym obszarze. Proces ścinania tej sekwoi trwał 13 dni.
Przytoczę fragment ze strony www.theplosblog.plos.org, pod którym mogłabym się podpisać: "Dziś na szczyt tego pnia prowadzą schody. I chociaż sekwoje rozkładają się powoli, a klimat w parku jest dość chłodny, pień doświadczył swojego zużycia. Słoje są ledwo widoczne, prawdopodobnie starte przez tysiące, jeśli nie miliony ludzi takich, jak ja, którzy schodzili szlakiem i wspinali się po schodach, aby stanąć na szczycie tego, co zostało z jednego z wielkich drzew. Nie jestem do końca pewien, dlaczego drzewo nosi imię Marka Twaina, (...). W Muzeum Historii Naturalnej w Nowym Jorku wciąż znajduje się kawałek tego drzewa, a widziały go bez wątpienia setki milionów ludzi, z których wielu nigdy nie będzie w stanie wybrać się do Kings Canyon i Parku Narodowego Sekwoi i zobaczyć żyjących kuzynów tego ogromnego kawałka historii - ani pamiątek po tym, gdzie kiedyś stały. Gdy tylko te drzewa zostały "odkryte", podjęto wysiłki, aby je zachować i wykorzystać. Artykuł w Guardian z 2013 r. zakłada nawet, że wydarzenia związane z odkryciem, wycinką i eksploatacją tych leśnych gigantów zapoczątkowały współczesny ruch ochrony przyrody. I mają rację. Ale, czy tak powinno być?" - www.theplosblog.plos.org
Poniższe zdjęcia z Wikipedii
4
październik 2024
Tak naprawdę od trzech dni jestem na zachodnim wybrzeżu, w pobliżu Carmel by the Sea. Od kilkunastu tygodni odbywam naszą przyszłą podróż. I - jakkolwiek banalnie można odczytać wzmiankę "podróże" w części ZAINTERESOWANIA w CV - ja podróżowanie traktuję bardzo szeroko, otrzymałam talent przemieszczania w czasie i na odległość, potrafię przejść przyszłą uliczką i poczuć powiew przyszłego wiatru, uśmiechnąć się na widok przyszłej witrynki piekarni i przyłożyć dłoń do skroni kryjąc oczy przed przyszłym południowym promieniem słońca padającym prosto na mnie.
Jednym z najpiękniejszych spacerów, które odbywam przygotowując nasz road trip, jest ten po uliczkach Carmel by the Sea w Kaliforni. Moje biurowe pomieszczenie oświetlają sztuczne lampy, jesień gaśnie za oknem już wczesnym popołudniem, siedzę w pracy, czekając na zamówienia, ale sercem jestem na kalifornijskim wybrzeżu. W pełni słońca. Znalazłam się tam dzięki zdjęciu, które wyświetliło mi się gdzieś na facebooku. Zachwyciło mnie i ani przez chwilę nie zwątpiłam we własne umiejętności, determinację i w to, że znajdę to miejsce w internecie, a potem, pewnego lipcowego dnia, stanę tam z radością i wzruszeniem. Stanę przed domkiem ze zdjęcia, bajkowym domkiem z elewacją w kolorze nieba-zanim-stanie-się-pochmurne, z podobnie niebieskimi okiennicami i tańcem promieni słońca od dachu po uchyloną furtkę. Pisząc ten post znajduję trafny opis Carmelowej domkowej architektury na jednej z losowych stron www: "...domy i sklepy wyglądają, jak z baśni i książek z bajkami (...). Ich dachy są faliste i celowo nieregularne, narożniki wydają się asymetryczne, a pozornie przypadkowe okna lub detale pojawiają się w najbardziej nieoczekiwanych, ale idealnych miejscach." Promienie słońca naprawdę tańczą, zachęcane przez okalające, niemal przytulające go gałęzie sosen Monterey (być może są to jednak cyprysy, temat z pewnością zgłębię). Domek wydaje się przez to wręcz niewielki, mam wrażenie, że musiałabym się schylić, żeby do niego wejść. Nad garażową bramą wisi mały balkon z pomalowaną na biało drewnianą barierką. Wzdłuż całej uliczki domy stoją zaledwie o krok od siebie, zanurzone w zieleni, konarach drzew, kamieni ułożonych między kolorowymi kwiatami i fragmentami niskich ogrodzeń, bramek i furtek. Bajecznie, miękko, idyllicznie. Nie zdziwiłabym się, gdyby okazało się, że w niektórych Carmelowych domkach mieszkają skrzaty i krasnale.
5
grudzień 2024
Za chwilę Święta, a ja po raz któryś sprawdzam warunki rezerwacji w Dixie’s Lower Antelope Canyon Tours. Ceny, godziny, wymagania, regulamin. Na szczęście decyzja co do wyboru czy górny, czy dolny, nie była trudna. Różnice świetnie opisał Paweł z Interameryka, kopalnia wiedzy i praktycznych informacji. Upper Antelope Canyon zwiedza się z poziomu gruntu, nie wymaga on wspinania się i pokonywania stromych zejść. Jednak po przejściu przez wyznaczony odcinek, na parking trzeba wrócić przez pustynię, co oznacza dodatkowy obowiązkowy “spacer” w palącym słońcu. Uznałam go więc za absolutnie zbędny. I co najmniej wyczerpujący. Zbyt. Lower Antelope to ok. 1,5 godziny zwiedzania samego kanionu, do którego schodzi się po metalowych schodkach, miejscami są to też tylko drabinki. Pomyślałam, że damy radę, a zdjęcia wspinających się ludzi we wnętrzach kanionu, które widziałam na instagramie i fb, wydały mi się przecudne. A samo wspinanie i schodzenie po drabinkach, jako dodatkowa przygoda. Na miejscu trzeba pojawić się już 45 minut przed wybraną i zarezerwowaną i opłaconą godziną. Kilku/kilkunastoosobowe grupy, przewodnik prawdopodobnie z plemienia Navajo, a przy sobie tylko butelka z wodą i aparat/telefon. Żadnych plecaków, torebek, selfiesticków. Bardzo się cieszę na to miejsce. Zdjęcia mówią same za siebie. Poczytałam też trochę o samym kanionie, dlaczego szczelinowy, jak powstawał i dotarłam do - kolejny raz - niesamowitych ciekawostek. Sam kanion jest nawiedzany przez powodzie błyskawiczne, które pojawiają się podczas pory monsunowej i po bardzo intensywnych opadach deszczu. Co ciekawe, deszcz wcale nie musi padać nad, czy przy samym Antelope, wystarczy, że pada nawet dziesiątki mil lub km dalej i nadal może przedostać się do kanionu bez większego ostrzeżenia. Ze względu na to, że okolice powyżej kanionu, głównie skaliste, bardzo słabo wchłaniają wodę, więc spływa ona w szczeliny z piaskowca, tworząc przez miliony lat niezwykłe korytarze i kształty. Sam kanion leży na terenie rezerwatu Indian Navajo, leży i do nich należy. Nie jest on więc objęty zasięgiem parków narodowych. Wstęp i podziwianie jednej i drugiej części kanionu jest możliwe tylko po wcześniejszej rezerwacji u wybranej “firmy”, przewodników, którzy oprowadzają po nich turystów i fotografów. Mimo, że kanion istnieje od… zawsze, jest udostępniany zwykłym ludziom, czyli nie Indianom Navajo, dopiero od lat siedemdziesiątych! Indianie zorientowali się, że mogą na jego uroku i niezwykłości po prostu zarobić. Zdjęcie z wnętrza kanionu ukazało się też w tamtym czasie na okładce National Geographic. To wystarczyło, by zaczął być bardzo popularny. Niestety, w 1997 roku zginęło tam 11 turystów. Do wtedy drabinki i zejścia były drewniane i dość słabo przytwierdzone do ścian kanionu. Niewielki deszcz oraz wcześniejsza burza jakieś 11 km dalej spowodowały błyskawiczną powódź. Turyści nie zdążyli się uratować. Po tej tragedii zamontowano metalowe, solidne drabinki i schody, zwiedzanie może też być odwołane w każdej chwili, jeśli uzna się, że warunki pogodowe mogą stanowić zagrożenie.
Zarezerwowałam więc godzinę 10:15 w poniedziałek 23 czerwca 2025 w Lower Antelope Canyon z firmą Dixie’s. Wypełniłam wymagane vouchery. Mamy to! Dzieje się.
A, nazwa kanionu związana jest z prawdziwymi antylop, które były bardzo popularne w tych okolicach w XIX wieku.
6
styczeń 2025
"Jestem" w Las Vegas przy Tropicana Ave i widzę, że trwają roboty drogowe. Jeszcze do wczoraj nie miałyby znaczenia, ale "męczy" mnie temat noclegu w Vegas. Dlatego szukam i rozglądam się. W Las Vegas mamy zarezerwowany Days Inn by Wyndham Las Vegas Airport, bardzo budżetowy motel przy lotnisku. Celowałam w okolice, w których spałam w Vegas dwadzieścia lat temu, z tym, że wtedy był to Motel 6. Teraz nie było szans na rezerwację, fully booked w naszym terminie. Days Inn to piętrowy budynek z prostokątnym betonowym basenikiem pośrodku betonowego parkingu. Beznamiętny, suchy, uprażony pod słońcem Nevady. I cały czas robi mi się gorąco na myśl o naszych pierwszych dwóch dobach w Stanach spędzonych w murach tego miejsca. Dobrze pamiętam, jak tam było gorąco. 40 stopni w dzień, a 30 w nocy. W dodatku śniadanie to typowy by-reception kącik z kawą w papierowych kubkach i z lekka nagniecionymi słodkimi bułeczkami w folii. Brrr. Męczy mnie więc to miejsce, męczy bardzo.
Generalnie z przeglądu hoteli dostępnych na nasz road trip przez booking mogłabym już napisać doktorat. Wnikliwie przewiercam je od września. Niesamowite, ile informacji można znaleźć w internecie. A jeśli się chce, można znaleźć dużo więcej:) Czasem część trasy ustawia się również pod miejscówki na nocleg. Trasa jest ustalona, ale można na przykład zatrzymać się nieco dalej lub bliżej tylko dlatego, że albo w pobliżu nie ma akceptowalnych hoteli (np. w północnej Nevadzie) albo jest ich sporo, ale są za drogie (okolice Monterey).
Co biorę pod uwagę wybierając hotel?
Tak naprawdę jest to mieszanka bardzo wielu czynników, z których niektóre mają zdecydowany priorytet i przewagę decyzyjną:) Są też takie szczegóły, które sprawdzam, jako pierwsze i tak ułatwiam sobie dalszy wybór, tzn. zawężam listę. Zaczynam od wysokości depozytu - depozyt blokowany jest na karcie i zwracany przy wymeldowaniu lub po dwóch tygodniach, może wynosić od 25 do 300 dolarów, im większe miasto i ciekawsza okolica, tym wyższy depozyt. W Wyoming i Nevadzie depozytów nie ma w ogóle, tzn. udało mi się takie hotele znaleźć. W Williams, Page, a nawet w Moab udało mi się znaleźć opcję bez depozytu. Zdaję sobie jednak sprawę, że na miejscu być może zostanie jednak pobrany, dzięki przeczytaniu tryliarda opinii jestem na to przygotowana. Dalej - opinie o samym depozycie, a dokładniej - o jego zwrocie. Jeśli na bookingu lub google przeczytałam, że hotel zaskoczył pobraniem depozytu lub nie zwracał go w umówionym czasie, hotel odpada. Podobnie z parkingiem. Przy niektórych hotelach parking jest oczywistością, jest dostępny, bezpłatny i nie wymaga rezerwacji. Są to hotele poza dużymi miastami, postawione w wygodnej odległości od czegokolwiek, często sam budynek hotelu, czy motelu ustawiony jest w literę L lub U i otacza miejsca parkingowe, a samochód można zostawić niemal na wprost wejścia do swojego pokoju. Inną grupą są hotele w San Francisco i Los Angeles. Parkingi hotelowe często zupełnie nie są dostępne, więc trzeba korzystać z tych ulicznych, krawężnikowych (zdecydowanie niepolecane ze względu na kradzieże i wybijane szyby) lub publicznych znajdujących się niekoniecznie blisko hotelu, no i płatnych. Hotele w San Francisco czasem oferują parking, ale cena za dobę potrafi równać się połowie ceny pokoju. Odrzucałam więc miejscówki, gdzie za parking mielibyśmy zapłacić (ceny wahały się od 30 do 90 dolarów za dobę!). Dzięki podpowiedziom na fb grupie znalazłam hotel w dobrej lokalizacji i w przyzwoitej cenie, z parkingiem wewnątrz hotelu. Ostatecznie wybrałam jednak jeszcze inny, a co o tym zadecydowało - napiszę za chwilę.
Cena. Jak wiadomo budżet związany z podróżowaniem może być baaaardzo różny. Nie zaskakują mnie już bardzo skrajne koszty podawane na grupie na facebooku, bo wiem, z czego mogą wynikać. W zależności od pory roku, a przede wszystkim od dnia tygodnia, koszt noclegu np. w Las Vegas może się podwoić lub nawet potroić. Nie zawsze uda się więc kierować tylko i wyłącznie ceną. Zakładałam sobie pewien nieprzekraczalny górny pułap na każde z miejsc, biorąc pod uwagę to, że za pokój z oceną 8,6 w Wyoming mogę zapłacić pięć razy mniej, niż za słabe 7 w Los Angeles. W niektórych okolicach jest wręcz niemożliwe znalezienie pokoju w cenie 150-250 dolarów za noc, bez względu na ocenę. Wtedy kalkulowałam potencjalny koszt oddalenia się od trasy i stracony na to czas, zmieniałam trasę wyszukując wartych tej zmian ciekawostek lub widoków po drodze albo postanowiłam zaszaleć. Szaleństwo jednak zwykle kończyło się dalszymi poszukiwaniami (zawsze mam wrażenie, że jeśli dość "nabyłam" się w danym miejscu online, mniej jest mi żal z niego zrezygnować). Wiem już też, że właśnie w Los Angeles niebezpiecznie jest brać pod uwagę noclegi z oceną poniżej 8, a nawet 8,5 na bookingu. Ta sama ocena w różnych stanach i otoczeniu może oznaczać co innego.
Oceny. Potrafią powiedzieć bardzo dużo i zniechęcić nawet do hotelu z wysoką oceną. Zdaję sobie sprawę, że ludzie piszący opinie mogą nawet pomylić hotele, które opisują, mogą kłamać lub wyolbrzymiać. Niektóre opinie są zabawne, zwłaszcza, gdy najwięcej mówią o samym wystawiającym. Na przykład minus za brak sklepu w pobliżu hotelu lub hałas dobiegający z lotniska lub autostrady - dla mnie świadczy o sporej ignorancji podróżniczej. I lenistwie. Zawsze sprawdzam okolice naszych miejscówek, google maps i jego ludzik to boskie rozwiązanie. Ludzikiem google przemierzam uliczki i często znajduję ciekawostki. Szukam też piekarni, sklepu, itp. Musi mi się spodobać, często zdjęcia obiektu podawane przez właściciela mówią co innego, dają inne wyobrażenie, niż widok z poziomu ulicy. Na google również obowiązkowo sprawdzam opinie o obiekcie. Kilka razy zdarzyło mi się znaleźć tam bardziej obiektywne oceny od tych na bookingu. Raz nawet szokujące, z karaluchami, czy pchłami w łóżku. Dotyczyły całkiem atrakcyjnego hotelu, ale przy tak dużym wyborze miejscówek postanowiłam nie sprawdzać, czy dana opinia była prawdziwa, czy nie. Skreślam.
Zdjęcia i wnętrze. Też musi mi się spodobać. Obowiązkowo dwa łóżka queen, rezygnowałam z pokoi z sofą rozkładaną. Plus ekspres do kawy, lodówka i oczywiście prywatna łazienka. Niestety trafiały się miejscówki, które mnie zachwyciły i z wielkim żalem się z nimi żegnałam, ze względu na cenę. Najbardziej żal mi Inn History Grand Canyon przy Williams, AZ. Białe i beżowe wnętrza, domki z gustownym wystrojem, karmelowymi zasłonami do ziemi, stolikami przy oknach wychodzących na piach i słońce, stolikami kawowymi w kształcie indiańskich canoe i zupełnie nie hotelowym klimatem. Na plus odległość do South Entrance Station, czyli wjazdu na teren pierwszego odwiedzanego parku Grand Canyon. Musimy tam dojechać najpóźniej o 9 rano. Na minus - cena i odległość od samego Williams. Podobał mi się też The Historic Grand Canyon Hotel przy samej Route 66, eklektyczny, piętrowy stary hotel, w cegle na zewnątrz i wewnątrz, z historią i falbankami. Z lustrami w pozłacanych oprawach i zdobionymi krzesłami w rogach pokoi. Było to na początku mojej drogi wybierania hoteli, zachwycało mnie wszystko, osiadałam dopiero w realiach przyszłej podróży i możliwościach, jakie daje każdy niemal zakręt. Poza tym, nie wszystko, co podoba się mi, musi się sprawdzić podczas tak wymagającej podróży całej rodziny. Zaznaczam więc perełki, licząc na to, że uda się choć przejść obok nich i zrobić zdjęcie, dotknąć muru z uśmiechem i wspomnieniem wcześniejszych wirtualnych odwiedzin. Ostatecznie w Williams zrobiłam rezerwację w El Rancho Motel, na wschodnim krańcu. Ale też trochę męczyło mnie ich frontowe zdjęcie ze sztucznym bykiem, a gdy pokazałam ten hotel Marysi, skwitowała je krótko: cringowe... Rezerwację zmieniłam na The Ellsworth Hotel, Ascend Hotel Collection z adresem West Route 66. Nowy, w pobliżu Safeway i kościoła, w spacerowej odległości od miąższu samego Williams. Po zachodniej stronie miasta. z wygodnym wyjazdem na międzystanową 40, która doprowadzi nas do Grand Canyon National Park.
7
marzec 2025
Każdego niemal dnia przemierzam kolejne kilometry, a raczej mile. Zatrzymują mnie ciekawie brzmiące nazwy punkcików na google maps. Zaglądam w uliczki i na skrzyżowania. Stawiam ludzika na "ziemi" i rozglądam się. Staram się sprawdzić jak najwięcej, żeby uniknąć tego, co mogę przewidzieć już teraz i żeby czasem nie przeoczyć pięknych i wyjątkowych miejsc tylko dlatego, że znajdowały się przecznicę dalej od naszej trasy. Jeśli dowiem się zawczasu, że wystarczyło wyciągnąć rękę po ciekawe, nie chcę tego pominąć.
Antelope Canyon będzie jednym z miejsc, w których wcześniej nie byłam. Niesłychane, że wtedy, dwadzieścia parę lat temu, zwiedziliśmy tak wiele bez nawigacji i z dużo mniejszymi zasobami w internecie. Cieszę się na ten Kanion, jak i na Sekwoje. Cieszę się na każdy kilometr spędzony w Stanach ponownie z moimi Najbliższymi.
Przejeżdżając - palcem po mapie - z Monument Valley do Moab natrafiam na rozwidlenie dróg 191 i 162, sprawdzam ten fragment dokładnie, bo właśnie w tych okolicach wbijamy na drogę 191, którą pojedziemy na północ aż do samej Nazhy! Gdzieś mi miga nazwa hotelu Desert Rose, która od razu kojarzy się z pustynnym klimatem pięknej piosenki Stinga. Z ciekawości klikam też w punkt na mapie Bluff Fort Historic Site i odkrywam perełkę. I wtedy postanawiam, że stworzę nam, głównie dzieciom, przewodnik, z którym będziemy podróżować podczas road trip 2025.
**************************
Historia Bluff Fort Historic Site
Zimą 1879–1880 siedemdziesiąt rodzin mormonów odpowiedziało na wezwanie głowy swojego kościoła, Brighama Younga, o założenie osady na wschód od rzeki Kolorado, w rejonie Four Corners Point – jedynego punktu w Stanach Zjednoczonych (wtedy i obecnie), gdzie spotykają się granice czterech stanów: Utah, Arizony, Kolorado i Nowego Meksyku. Najpierw ekspedycja pionierska wyruszyła bez wozów, aby zlokalizować odpowiedni obszar do osadnictwa i natrafiła na tereny rolne w mieście Bluff w stanie Utah. Cała społeczność opuściła miasto Cedar City w stanie Utah w listopadzie 1879 r. i dotarła do celu w kwietniu 1880 r. po sześciomiesięcznej podróży, podczas której przebyła około 250 mil przez bardzo trudne tereny, które do tej pory uważano za nie do pokonania dla powozów.
Grupa liczyła 250 osób: mężczyzn, kobiet i dzieci; 83 wozy; i ponad tysiąc głów zwierząt.
Z miejsca wyjazdu w Cedar City do ostatniego zamieszkałego miasteczka w Utah na wschodzie – Escalante – poruszali się po normalnych, utwardzonych drogach (jak na ówczesne czasy). Stamtąd i dalej musieli pokonać obszar stromych, nieprzejezdnych klifów. Następnie musieli wytyczyć sobie trasy za pomocą eksplozji skał, wydobywania i przygotowywania dróg, którymi miałyby przejechać wozy i przejść zwierzęta. Punktem kulminacyjnym podróży było przebicie „Dziury w skale”. Pierwotnie był to uskok geologiczny w obszarze Kanionu, na względnej wysokości około 300 metrów nad rzeką Kolorado i w odległości około 1,75 mili od niej, przy nachyleniu 45 stopni. Pionierzy przewiercili i wysadzili skały, aby rozszerzyć naturalny uskok, a także utwardzili zbocze do nachylenia 25°.
Po dwóch tygodniach pracy próbowali przeprowadzić konie ze zbocza do rzeki. Dodatkowe próby zostały odrzucone po tym, jak w pierwszej próbie zginęło 9 zwierząt. Wyrzeźbili stopnie w litej skale, aby ułatwić manewrowanie swoim koniom i bydłu. Skalne stopnie stanowiły ostatnią część zbocza prowadzącego do brzegu rzeki. W sumie prace nad przygotowaniem stoku do zejścia całej drogi do rzeki trwały 6 tygodni. 26 stycznia 1880 roku członkowie wyprawy wraz z wozami i zwierzętami rozpoczęli schodzenie po stromym zboczu. Wózki zjeżdżały z zablokowanymi hamulcami, około 10–20 osób trzymało liny, aby spowolnić zjazd. Przeprawili się przez rzekę Kolorado promem obsługiwanym przez pioniera Charlesa Halla, który mógł zabrać naraz po 2 wozy. Jak wspomniano, w kwietniu 1880 roku dotarli do miejsca, w którym zaczęli się osiedlać – Bluff Fort!
Misja całej przeprawy i osiedlenia się w nowym miejscu miała na celu zawarcie pokoju z tubylcami Narodu Navajo na tym obszarze i nawrócenia ich na chrześcijaństwo, a w ten sposób poszerzenia (jak to nazywali) „Królestwa Mormonów”. W rogu fortu pionierzy Bluff założyli spółdzielczą placówkę handlową. Spółdzielnia sprzedawała towary i zaopatrzenie mieszkańcom osady oraz handlowała z Navajo. Wkrótce sklep zaczął deklarować dywidendę. Pionierzy kupowali wełnę od Navajo, skóry i koce i transportowali te towary na sprzedaż do Durango w Kolorado. W drodze powrotnej z Durango przywieźli inny ładunek, który został sprzedany w porcie Bluff, osiągając w ten sposób niezły zysk. Zyski ze spółdzielni zapewniły pionierom środki na pozostanie na miejscu i po latach pomogły w rozpoczęciu prosperującego handlu bydłem.
*************************************************
Dla mnie takie historie są fascynujące. Ile ich jeszcze przede mną? Do odkrycia? 🙂
8
maj 2025
Łącząc kropki na mapie naszej road trip już od września 2024, miewałam dni i tygodnie kompletnej euforii, ekscytacji, radości i niedowierzania. Trasa, noclegi, zakręty i viewpoints pochłaniały mnie całą, żeby za chwilę zmęczyć i kazać odetchnąć. Kilka dni zimnego prysznica, sen o bardziej odpowiedniej, niż wcześniej porze, reset głowy i serca. Media społecznościowe trzymają jednak rękę i palec wskazujący na pulsie, czyli ekranie, przyciągają mój wzrok i uwagę. Pojawiają się nowe opinie, nowe doświadczenia tych, którzy road trip mają właśnie za sobą. Aktualizacja ratingu hoteli po kilku miesiącach od pierwszych wyborów zmusza do ponownego sprawdzenia opcji. Pojawiają się nowo otwarte miejscówki, inne tracą na blasku przez świeże wpadki odzwierciedlone w ocenach na booking, google, czy expedia. Wiem, że czasem to będzie tylko jedna noc w danym pokoju, ale skoro lubię i mogę, skoro wybór jest niesłychanie szeroki, szukam i znajduję. "Spacerowałam" na przykład po Vegas, trafiając na rozkopaną ulicę tuż pod "naszą" miejscówką - więc ją zmieniłam i ta zmiana okazała się strzałem w dziesiątkę. A tam, gdzie nie ma wyboru - na przykład przed Grand Teton NP i za nim Yellowstone, gdzie nie ma już szans na nocleg, decyduję się na szaleństwo, czyli Flat Creek Inn - Affordable Jackson Hole Lodging near Grand Teton National Park, z pokój z widokiem na góry, gdzie już nas widzę z kubkiem porannej kawy, westchnieniem nad pięknem chwili i gotowością na odkrywanie kolejnego dnia razem w cudownej scenerii Gór Skalistych.
8
Aktualizacja: trasa gotowa. (co nie znaczy, że się nie zmieni), noclegi zarezerwowane. Zapisuję ku pamięci.
19.06.2025 ok. 20:00 - przylot na Harry Reid International Airport, Uber do hotelu, nocleg w GetAways at the Jockey Club, Las Vegas (2 noce)
20.06.2025 - nadal Las Vegas, basen, wynajem auta, spacer po Strip
21.06.2025 - zakupy w Walmart (Las Vegas), Hoover Dam, Kingman, AZ, Antares, Hackberry General Store, Seligman, Williams - tu nocleg w The Ellsworth Hotel, an Ascend Collection Hotel
22.06.2025 - Grand Canyon NP (wjazd do parku najpóźniej o 9:00 rano!), przejazd do Page, zachód słońca przy Horseshoe Bend, nocleg w Days Inn & Suites by Wyndham Page Lake Powell
23.06.2025 - Lower Antelope Canyon, rezerwacja na 10:15, potem Goulding’s Lodge i John Wayne Cabin, Monument Valley i Forrest Gump Point, Mexican Hat i Bluff, dojazd do Moab, nocleg w My Place Hotel Moab (2 noce)
24.06.2025 - basen, zakupy, pranie! po 16:00 Arches NP
25.06.2025 - przejazd drogą 128 wzdłuż rzeki Colorado, dalej Colorado i droga na zachód, piknik przy…, nocleg w Swiss Alps Inn, Heber City, UT
26.06.2025 - dojazd to Jackson, WY, spacer po miasteczku, nocleg w Flat Creek Inn
27.06.2025 - Grand Teton NP, Yellowstone, a tu West Thumb, Old Faithful, Grand Prismatic, Paint Pot, Firehole, dalej 320 Guest Ranch i dom Nazhy
28.06.2025 - odpoczynek, Big Sky?
29.06.2025 - Bozeman, zakupy
30.06.2025 - Yellowstone, górna pętla
01.07.2025 - odpoczynek, pakowanie, popołudniu wyjazd do Pocatello (tu była zmiana, zostaliśmy w Big Sky do wtorku 2.07)
02.07.2025 - przejazd do Winnemucca na nocleg (zmiana, rano dopiero wyjazd z Big Sky i przejazd na nocleg do Elko, NV)
03.07.2025 - przejazd nad Tahoe Lake, nocleg w Folsom (po zmianie - przejazd nad Tahoe Lake i nocleg w Sierra Woods Lodge)
04.07.2025 - przejazd przez Golden Gate i dojazd do hotelu w San Francisco, spacer i fajerwerki na Dzień Niepodległości (faktycznie przejechaliśmy drogami lokalnymi
8
Gdyby podekscytowanie miało swoją jednostkę i przyrząd do jego mierzenia, na mojej skali zaczynałoby się robić co najmniej ciepło. Zielona w zeszłym roku, nabierałam barw przez wiele miesięcy, całą zimę, z przerwami na życie. Dziś rumieńce i coraz szybsze bicie serca. Planowanie i wirtualne odwiedzanie miejsc, do których chcemy dotrzeć podczas amerykańskiego road trip jest tak ekscytujące! Dla mnie. Uwielbiam mapy i nareszcie odkrywam w sobie coś, co mogę nazwać pasją. Jeśli nie obsesją wręcz:)
Dziś jeszcze odczytuję odpowiedzi na forum tripadvisor w temacie tego, jak ogarnąć przejazd przed i w trakcie długiego weekendu 4th of July w okolicach South Lake Tahoe i drogi do San Francisco. Wiem już też o której startuje parada w Sausalito i które drogi będą tam wtedy zamknięte. Jestem już niemal gotowa. To znaczy… wiem, co już wiem. Wiem też, czego jeszcze nie wiem i to - uważam - już bardzo dobrze! Znam plan na pamięć, są w nim jeszcze luki, ale liczę na choć drobne chwile w zaciszu hotelowych pokoi, gdzieś po drodze. I na nas liczę, nasze pomysły, spontaniczność.
Chwilami trochę też drżę. Tyle może się wydarzyć, tyle momentów może pójść nie tak i nakazać nam zmienić trasę. Ale to tylko małe drżenie, nie boję się. Dobrze się przygotowałam. Nie dać się ponieść emocjom. Będzie dobrze.








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz