poniedziałek, 11 maja 2026

road trip USA 2025 - przygotowania

 



1

Słowo za słowem wlecze się czasem, zupełnie w myślach jeszcze. Marzy się. Płynnie błądzi między kolejnymi dniami, miesiącami i latami. Dojrzewa. Rośnie. Okazuje się. Zamienia w obraz, choć nadal niewypowiedziany. Zaczyna się uśmiechać. W końcu puszcza oko. Podnosi twoje kąciki ust, mimowolnie zaczynasz dopuszczać do siebie ewentualność zdarzeń, które na początku były tylko słowem i myślą. 

Wypowiedzieć je, to jak zrobić pierwszy krok.

26 września zarezerwowaliśmy lot dla czterech osób do Stanów Zjednoczonych.

2

Wrzesień i spora część października (2024) upływa mi w wirtualnej podróży. Gdzie ja nie byłam! Nevada, Arizona, Utah, Wyoming, Montana i Kalifornia. Z krótkimi wizytami w Colorado i Idaho. Bartek sprawdza warunki wynajmu samochodu, wszystko incognito, by nie dać sobie podbić ostatecznej ceny. Ja planuję trasę, przeliczam mile, wybieram przystanki na nocleg, szczegóły, na które trzeba przygotować się z wyprzedzeniem, rezerwacje, udogodnienia. Przeczesuję wszelakie fora i grupy  na facebooku i jestem zachwycona. Nie spodziewałam się, że tak wielu ludzi podróżuje do Stanów! Jedni rozpoczynają przygotowania rok wcześniej, tak, jak my, innym wystarczą 3 tygodnie. 

Mamy już bilety. Mamy potwierdzoną ESTĘ. Ekscytacja nadal miesza się z niepewnością i tulonym lękiem, na które jednak sobie pozwalam. Pozwalam sobie na pokorę. Przecież nie mogę jeszcze oddawać się czystej euforii, przyjdzie na nią czas na miejscu, za kilka miesięcy. Wszystko może się do tego czasu wydarzyć. Ale nadzieja i marzenia, uwielbienie planowania i wyobraźnia wypełniają mnie po brzegi i dają tyle radości, że z nie mniejszym zaangażowaniem biorę pod uwagę nawet ewentualne przeszkody. Dzięki temu będę na nie lepiej przygotowana. I tak najważniejsze, to z kim. Z Nim. I z Nimi. A gdzie i co, jest dobrodziejstwem.

Na dzień dzisiejszy trasę mamy ustaloną i rozpisaną w 80%. Rozpoczynamy w Las Vegas. Kolejne dni, to Arizona (Hoover Dam, Route 66, Seligman), nocleg w Williams. Dalej wczesny start w kierunku Grand Canyon NP (natężenie ruchu o "naszej" porze na tym odcinku sprawdzałam przez ostatni tydzień na google maps), viewpoints i dojazd do Page, plus zachód słońca nad Horseshoe Bend. Dzień w Antelope Canyon (tu jest jeszcze sporo do ustalenia i zadecydowania) i ukochane Monument Valley. Moab i odpoczynek nad basenem. Lub sen w klimatyzowanym pokoju. Zakupy na najbliższe dni i Arches NP. Planujemy pojechać tam pod wieczór, ze względu na spodziewane wysokie temperatury. Druga noc w tym samym hotelu i długa trasa przed nami. Na północ, wzdłuż rzeki Colorado i część tego stanu. Bez większych planów, zahaczymy o Flaming Gorge lub pojedziemy prosto do Pinedale, znalazłam tam urocze Cozy Cabins. Ach, no tak. Na moim koncie na bookingu mamy już 8 rezerwacji! Poziom ekscytacji level high. 

Montana zabierze nam sporo energii, czasu i kilometrów, ale nie możemy z niej zrezygnować. To właśnie Montana, Nazha i związane z nią wspomnienia są motorem i przyczyną całego pomysłu na podróż do USA. Spędziłam w Montanie lato, a potem 19 miesięcy na praktykach. Jest niezwykła, niezwykli są tam ludzie, wszystko! A Góry Skaliste i każda z nimi pora roku zostawiają w sercu nie tyle ślad, co stałą rezydencję. Z Montany nigdy się nie wyjeżdża - przeczytałam niedługo po powrocie stamtąd i tak jest również w moim przypadku. Momentami aż boję się tej chwili, gdy dotrzemy do Big Sky, skręcimy z Hwy191 w 64, czyli Lone Mountain Trail, obok Conoco. I wtedy ją zobaczę. Lonepeak. Górę. Big Sky. Mam wrażenie, że podmuch wiatru marzeń, który czuję niezmiennie na karku, chwyci mnie wtedy za rękę, przytuli i tak sobie razem postoimy z widokiem na niesłychane.

Nazha, którą poznałam w Big Sky ponad 20 lat temu, z którą rozmawiam zaledwie kilka razy w roku, czeka już na nas. I kocha, oczywiście. Powtarza, że nie przyjeżdżamy z wizytą, “w gości”, tylko jak do rodziny, że jej dom ma być naszym domem w Montanie. W przyszłym roku kończy 60 lat, więc mamy być jednym z jej prezentów. Sama również planuje przylecieć do Europy i do nas. Przez te ponad 20 lat powtarzałyśmy sobie, że kiedyś się spotkamy. Na początku bardzo w to wierzyłam, z biegiem czasu nadzieja blakła, rozpływała się, ale powtarzane słowa miały brzmieć, jak obietnica. Dziś już wiem, że jesteśmy tak blisko.... Jedziemy z górki…

3

Podczas przygotowywania się do podróży, dowiaduję się niesamowitych rzeczy. Poznaję historię - między innymi - pnia po olbrzymiej sekwoi nazwanej Mark Twain Tree, który znajduje się w Parku Narodowym  Kings Canyon, sąsiadującym bezpośrednio z Parkiem Narodowym Sequoia. Samo drzewo miało ponoć 1341 lat i średnicę 16 stóp (4,9 metra), gdy zostało ścięte w 1891 roku dla American Museum of Natural History jako drzewo wystawowe, jako dowód, że tak wielkie drzewa istnieją, ponieważ sekwoje rosły tylko na w zachodniej części Ameryki, na niewielkim i trudno dostępnym obszarze. Proces ścinania tej sekwoi trwał 13 dni. 

Przytoczę fragment ze strony www.theplosblog.plos.org, pod którym mogłabym się podpisać: "Dziś na szczyt tego pnia prowadzą schody. I chociaż sekwoje rozkładają się powoli, a klimat w parku jest dość chłodny, pień doświadczył swojego zużycia. Słoje są ledwo widoczne, prawdopodobnie starte przez tysiące, jeśli nie miliony ludzi takich, jak ja, którzy schodzili szlakiem i wspinali się po schodach, aby stanąć na szczycie tego, co zostało z jednego z wielkich drzew. Nie jestem do końca pewien, dlaczego drzewo nosi imię Marka Twaina, (...). W Muzeum Historii Naturalnej w Nowym Jorku wciąż znajduje się kawałek tego drzewa, a widziały go bez wątpienia setki milionów ludzi, z których wielu nigdy nie będzie w stanie wybrać się do Kings Canyon i Parku Narodowego Sekwoi i zobaczyć żyjących kuzynów tego ogromnego kawałka historii - ani pamiątek po tym, gdzie kiedyś stały. Gdy tylko te drzewa zostały "odkryte", podjęto wysiłki, aby je zachować i wykorzystać. Artykuł w Guardian z 2013 r. zakłada nawet, że wydarzenia związane z odkryciem, wycinką i eksploatacją tych leśnych gigantów zapoczątkowały współczesny ruch ochrony przyrody. I mają rację. Ale, czy tak powinno być?" - www.theplosblog.plos.org

Poniższe zdjęcia z Wikipedii





4

październik 2024

Tak naprawdę od trzech dni jestem na zachodnim wybrzeżu, w pobliżu Carmel by the Sea. Od kilkunastu tygodni odbywam naszą przyszłą podróż. I - jakkolwiek banalnie można odczytać wzmiankę "podróże" w części ZAINTERESOWANIA w CV - ja podróżowanie traktuję bardzo szeroko, otrzymałam talent przemieszczania w czasie i na odległość, potrafię przejść przyszłą uliczką i poczuć powiew przyszłego wiatru, uśmiechnąć się na widok przyszłej witrynki piekarni i przyłożyć dłoń do skroni kryjąc oczy przed przyszłym południowym promieniem słońca padającym prosto na mnie.

Jednym z najpiękniejszych spacerów, które odbywam przygotowując nasz road trip, jest ten po uliczkach Carmel by the Sea w Kaliforni. Moje biurowe pomieszczenie oświetlają sztuczne lampy, jesień gaśnie za oknem już wczesnym popołudniem, siedzę w pracy, czekając na zamówienia, ale sercem jestem na kalifornijskim wybrzeżu. W pełni słońca. Znalazłam się tam dzięki zdjęciu, które wyświetliło mi się gdzieś na facebooku. Zachwyciło mnie i ani przez chwilę nie zwątpiłam we własne umiejętności, determinację i w to, że znajdę to miejsce w internecie, a potem, pewnego lipcowego dnia, stanę tam z radością i wzruszeniem. Stanę przed domkiem ze zdjęcia, bajkowym domkiem z elewacją w kolorze nieba-zanim-stanie-się-pochmurne, z podobnie niebieskimi okiennicami i tańcem promieni słońca od dachu po uchyloną furtkę. Pisząc ten post znajduję trafny opis Carmelowej domkowej architektury na jednej z losowych stron www: "...domy i sklepy wyglądają, jak z baśni i książek z bajkami (...). Ich dachy są faliste i celowo nieregularne, narożniki wydają się asymetryczne, a pozornie przypadkowe okna lub detale pojawiają się w najbardziej nieoczekiwanych, ale idealnych miejscach." Promienie słońca naprawdę tańczą, zachęcane przez okalające, niemal przytulające go gałęzie sosen Monterey (być może są to jednak cyprysy, temat z pewnością zgłębię). Domek wydaje się przez to wręcz niewielki, mam wrażenie, że musiałabym się schylić, żeby do niego wejść. Nad garażową bramą wisi mały balkon z pomalowaną na biało drewnianą barierką. Wzdłuż całej uliczki domy stoją zaledwie o krok od siebie, zanurzone w zieleni, konarach drzew, kamieni ułożonych między kolorowymi kwiatami i fragmentami niskich ogrodzeń, bramek i furtek. Bajecznie, miękko, idyllicznie. Nie zdziwiłabym się, gdyby okazało się, że w niektórych Carmelowych domkach mieszkają skrzaty i krasnale.


Gałęzie i korony tutejszych drzew rozciągają się, tworząc ramiona, jakby w pewnym momencie swojego wzrostu postanowiły zaopiekować się wszystkim, co pod nimi, miasteczkiem i jego mieszkańcami. Dają ulgę i cień, tworzą niezwykłe wrażenie przytulności, którą poczułam już siedząc w jesieni mojego biura i której na żywo nie mogę się doczekać. Część tutejszych domów to wyjątkowo drogie rezydencje, zwłaszcza te, stojące nad brzegiem oceanu, zresztą wszystko tutaj jest drogie, w tym lody! Tak przeczytałam. Mimo to, czuję, że pokusimy się o choćby małe porcje. Znalazłam też włoskie restauracyjki (zdrabniam, bo w Carmel by the Sea nie ma miejsc dużych, ani obszernych), ale ceny każą nam raczej pozostać przy swoim prowiancie. Po drodze jeszcze uroczy budyneczek City Hall, w którym burmistrzem w latach 1986-1988 był Clint Eastwood. Liczę na promienie słońca i popołudnie wypełnione beztroską i zapomnieniem, na tysiąc zdjęć, do których będę potem wracać. Carmel by the Sea mam już w sercu, odwiedzę je w naszym lipcu, jak dobrą znajomą:)



5

grudzień 2024

Za chwilę Święta, a ja po raz któryś sprawdzam warunki rezerwacji w Dixie’s Lower Antelope Canyon Tours. Ceny, godziny, wymagania, regulamin. Na szczęście decyzja co do wyboru czy górny, czy dolny, nie była trudna. Różnice świetnie opisał Paweł z Interameryka, kopalnia wiedzy i praktycznych informacji. Upper Antelope Canyon zwiedza się z poziomu gruntu, nie wymaga on wspinania się i pokonywania stromych zejść. Jednak po przejściu przez wyznaczony odcinek, na parking trzeba wrócić przez pustynię, co oznacza dodatkowy obowiązkowy “spacer” w palącym słońcu. Uznałam go więc za absolutnie zbędny. I co najmniej wyczerpujący. Zbyt. Lower Antelope to ok. 1,5 godziny zwiedzania samego kanionu, do którego schodzi się po metalowych schodkach, miejscami są to też tylko drabinki. Pomyślałam, że damy radę, a zdjęcia wspinających się ludzi we wnętrzach kanionu, które widziałam na instagramie i fb, wydały mi się przecudne. A samo wspinanie i schodzenie po drabinkach, jako dodatkowa przygoda. Na miejscu trzeba pojawić się już 45 minut przed wybraną i zarezerwowaną i opłaconą godziną. Kilku/kilkunastoosobowe grupy, przewodnik prawdopodobnie z plemienia Navajo, a przy sobie tylko butelka z wodą i aparat/telefon. Żadnych plecaków, torebek, selfiesticków. Bardzo się cieszę na to miejsce. Zdjęcia mówią same za siebie. Poczytałam też trochę o samym kanionie, dlaczego szczelinowy, jak powstawał i dotarłam do - kolejny raz - niesamowitych ciekawostek. Sam kanion jest nawiedzany przez powodzie błyskawiczne, które pojawiają się podczas pory monsunowej i po bardzo intensywnych opadach deszczu. Co ciekawe, deszcz wcale nie musi padać nad, czy przy samym Antelope, wystarczy, że pada nawet dziesiątki mil lub km dalej i nadal może przedostać się do kanionu bez większego ostrzeżenia. Ze względu na to, że okolice powyżej kanionu, głównie skaliste, bardzo słabo wchłaniają wodę, więc spływa ona w szczeliny z piaskowca, tworząc przez miliony lat niezwykłe korytarze i kształty. Sam kanion leży na terenie rezerwatu Indian Navajo, leży i do nich należy. Nie jest on więc objęty zasięgiem parków narodowych. Wstęp i podziwianie jednej i drugiej części kanionu jest możliwe tylko po wcześniejszej rezerwacji u wybranej “firmy”, przewodników, którzy oprowadzają po nich turystów i fotografów. Mimo, że kanion istnieje od… zawsze, jest udostępniany zwykłym ludziom, czyli nie Indianom Navajo, dopiero od lat siedemdziesiątych! Indianie zorientowali się, że mogą na jego uroku i niezwykłości po prostu zarobić. Zdjęcie z wnętrza kanionu ukazało się też w tamtym czasie na okładce National Geographic. To wystarczyło, by zaczął być bardzo popularny. Niestety, w 1997 roku zginęło tam 11 turystów. Do wtedy drabinki i zejścia były drewniane i dość słabo przytwierdzone do ścian kanionu. Niewielki deszcz oraz wcześniejsza burza jakieś 11 km dalej spowodowały błyskawiczną powódź. Turyści nie zdążyli się uratować. Po tej tragedii zamontowano metalowe, solidne drabinki i schody, zwiedzanie może też być odwołane w każdej chwili, jeśli uzna się, że warunki pogodowe mogą stanowić zagrożenie.

Zarezerwowałam więc godzinę 10:15 w poniedziałek 23 czerwca 2025 w Lower Antelope Canyon z firmą Dixie’s. Wypełniłam wymagane vouchery. Mamy to! Dzieje się.

A, nazwa kanionu związana jest z prawdziwymi antylop, które były bardzo popularne w tych okolicach w XIX wieku.




6

styczeń 2025

"Jestem" w Las Vegas przy Tropicana Ave i widzę, że trwają roboty drogowe. Jeszcze do wczoraj nie miałyby znaczenia, ale "męczy" mnie temat noclegu w Vegas. Dlatego szukam i rozglądam się. W Las Vegas mamy zarezerwowany Days Inn by Wyndham Las Vegas Airport, bardzo budżetowy motel przy lotnisku. Celowałam w okolice, w których spałam w Vegas dwadzieścia lat temu, z tym, że wtedy był to Motel 6. Teraz nie było szans na rezerwację, fully booked w naszym terminie. Days Inn to piętrowy budynek z prostokątnym betonowym basenikiem pośrodku betonowego parkingu. Beznamiętny, suchy, uprażony pod słońcem Nevady. I cały czas robi mi się gorąco na myśl o naszych pierwszych dwóch dobach w Stanach spędzonych w murach tego miejsca. Dobrze pamiętam, jak tam było gorąco. 40 stopni w dzień, a 30 w nocy. W dodatku śniadanie to typowy by-reception kącik z kawą w papierowych kubkach i z lekka nagniecionymi słodkimi bułeczkami w folii. Brrr. Męczy mnie więc to miejsce, męczy bardzo.

Generalnie z przeglądu hoteli dostępnych na nasz road trip przez booking mogłabym już napisać doktorat. Wnikliwie przewiercam je od września. Niesamowite, ile informacji można znaleźć w internecie. A jeśli się chce, można znaleźć dużo więcej:) Czasem część trasy ustawia się również pod miejscówki na nocleg. Trasa jest ustalona, ale można na przykład zatrzymać się nieco dalej lub bliżej tylko dlatego, że albo w pobliżu nie ma akceptowalnych hoteli (np. w północnej Nevadzie) albo jest ich sporo, ale są za drogie (okolice Monterey). 

Co biorę pod uwagę wybierając hotel?

Tak naprawdę jest to mieszanka bardzo wielu czynników, z których niektóre mają zdecydowany priorytet i przewagę decyzyjną:) Są też takie szczegóły, które sprawdzam, jako pierwsze i tak ułatwiam sobie dalszy wybór, tzn. zawężam listę. Zaczynam od wysokości depozytu - depozyt blokowany jest na karcie i zwracany przy wymeldowaniu lub po dwóch tygodniach, może wynosić od 25 do 300 dolarów, im większe miasto i ciekawsza okolica, tym wyższy depozyt. W Wyoming i Nevadzie depozytów nie ma w ogóle, tzn. udało mi się takie hotele znaleźć. W Williams, Page, a nawet w Moab udało mi się znaleźć opcję bez depozytu. Zdaję sobie jednak sprawę, że na miejscu być może zostanie jednak pobrany, dzięki przeczytaniu tryliarda opinii jestem na to przygotowana. Dalej - opinie o samym depozycie, a dokładniej - o jego zwrocie. Jeśli na bookingu lub google przeczytałam, że hotel zaskoczył pobraniem depozytu lub nie zwracał go w umówionym czasie, hotel odpada. Podobnie z parkingiem. Przy niektórych hotelach parking jest oczywistością, jest dostępny, bezpłatny i nie wymaga rezerwacji. Są to hotele poza dużymi miastami, postawione w wygodnej odległości od czegokolwiek, często sam budynek hotelu, czy motelu ustawiony jest w literę L lub U i otacza miejsca parkingowe, a samochód można zostawić niemal na wprost wejścia do swojego pokoju. Inną grupą są hotele w San Francisco i Los Angeles. Parkingi hotelowe często zupełnie nie są dostępne, więc trzeba korzystać z tych ulicznych, krawężnikowych (zdecydowanie niepolecane ze względu na kradzieże i wybijane szyby) lub publicznych znajdujących się niekoniecznie blisko hotelu, no i płatnych. Hotele w San Francisco czasem oferują parking, ale cena za dobę potrafi równać się połowie ceny pokoju. Odrzucałam więc miejscówki, gdzie za parking mielibyśmy zapłacić (ceny wahały się od 30 do 90 dolarów za dobę!). Dzięki podpowiedziom na fb grupie znalazłam hotel w dobrej lokalizacji i w przyzwoitej cenie, z parkingiem wewnątrz hotelu. Ostatecznie wybrałam jednak jeszcze inny, a co o tym zadecydowało - napiszę za chwilę.

Cena. Jak wiadomo budżet związany z podróżowaniem może być baaaardzo różny. Nie zaskakują mnie już bardzo skrajne koszty podawane na grupie na facebooku, bo wiem, z czego mogą wynikać. W zależności od pory roku, a przede wszystkim od dnia tygodnia, koszt noclegu np. w Las Vegas może się podwoić lub nawet potroić. Nie zawsze uda się więc kierować tylko i wyłącznie ceną. Zakładałam sobie pewien nieprzekraczalny górny pułap na każde z miejsc, biorąc pod uwagę to, że za pokój z oceną 8,6 w Wyoming mogę zapłacić pięć razy mniej, niż za słabe 7 w Los Angeles. W niektórych okolicach jest wręcz niemożliwe znalezienie pokoju w cenie 150-250 dolarów za noc, bez względu na ocenę. Wtedy kalkulowałam potencjalny koszt oddalenia się od trasy i stracony na to czas, zmieniałam trasę wyszukując wartych tej zmian ciekawostek lub widoków po drodze albo postanowiłam zaszaleć. Szaleństwo jednak zwykle kończyło się dalszymi poszukiwaniami (zawsze mam wrażenie, że jeśli dość "nabyłam" się w danym miejscu online, mniej jest mi żal z niego zrezygnować). Wiem już też, że właśnie w Los Angeles niebezpiecznie jest brać pod uwagę noclegi z oceną poniżej 8, a nawet 8,5 na bookingu. Ta sama ocena w różnych stanach i otoczeniu może oznaczać co innego. 

Oceny. Potrafią powiedzieć bardzo dużo i zniechęcić nawet do hotelu z wysoką oceną. Zdaję sobie sprawę, że ludzie piszący opinie mogą nawet pomylić hotele, które opisują, mogą kłamać lub wyolbrzymiać. Niektóre opinie są zabawne, zwłaszcza, gdy najwięcej mówią o samym wystawiającym. Na przykład minus za brak sklepu w pobliżu hotelu lub hałas dobiegający z lotniska lub autostrady - dla mnie świadczy o sporej ignorancji podróżniczej. I lenistwie. Zawsze sprawdzam okolice naszych miejscówek, google maps i jego ludzik to boskie rozwiązanie. Ludzikiem google przemierzam uliczki i często znajduję ciekawostki. Szukam też piekarni, sklepu, itp. Musi mi się spodobać, często zdjęcia obiektu podawane przez właściciela mówią co innego, dają inne wyobrażenie, niż widok z poziomu ulicy. Na google również obowiązkowo sprawdzam opinie o obiekcie. Kilka razy zdarzyło mi się znaleźć tam bardziej obiektywne oceny od tych na bookingu. Raz nawet szokujące, z karaluchami, czy pchłami w łóżku. Dotyczyły całkiem atrakcyjnego hotelu, ale przy tak dużym wyborze miejscówek postanowiłam nie sprawdzać, czy dana opinia była prawdziwa, czy nie. Skreślam.

Zdjęcia i wnętrze. Też musi mi się spodobać. Obowiązkowo dwa łóżka queen, rezygnowałam z pokoi z sofą rozkładaną. Plus ekspres do kawy, lodówka i oczywiście prywatna łazienka. Niestety trafiały się miejscówki, które mnie zachwyciły i z wielkim żalem się z nimi żegnałam, ze względu na cenę. Najbardziej żal mi Inn History Grand Canyon przy Williams, AZ. Białe i beżowe wnętrza, domki z gustownym wystrojem, karmelowymi zasłonami do ziemi, stolikami przy oknach wychodzących na piach i słońce, stolikami kawowymi w kształcie indiańskich canoe i zupełnie nie hotelowym klimatem. Na plus odległość do South Entrance Station, czyli wjazdu na teren pierwszego odwiedzanego parku Grand Canyon. Musimy tam dojechać najpóźniej o 9 rano. Na minus - cena i odległość od samego Williams. Podobał mi się też The Historic Grand Canyon Hotel przy samej Route 66, eklektyczny, piętrowy stary hotel, w cegle na zewnątrz i wewnątrz, z historią i falbankami. Z lustrami w pozłacanych oprawach i zdobionymi krzesłami w rogach pokoi. Było to na początku mojej drogi wybierania hoteli, zachwycało mnie wszystko, osiadałam dopiero w realiach przyszłej podróży i możliwościach, jakie daje każdy niemal zakręt. Poza tym, nie wszystko, co podoba się mi, musi się sprawdzić podczas tak wymagającej podróży całej rodziny. Zaznaczam więc perełki, licząc na to, że uda się choć przejść obok nich i zrobić zdjęcie, dotknąć muru z uśmiechem i wspomnieniem wcześniejszych wirtualnych odwiedzin.  Ostatecznie w Williams zrobiłam rezerwację w El Rancho Motel, na wschodnim krańcu. Ale też trochę męczyło mnie ich frontowe zdjęcie ze sztucznym bykiem, a gdy pokazałam ten hotel Marysi, skwitowała je krótko: cringowe... Rezerwację zmieniłam na The Ellsworth Hotel, Ascend Hotel Collection z adresem West Route 66. Nowy, w pobliżu Safeway i kościoła, w spacerowej odległości od miąższu samego Williams. Po zachodniej stronie miasta. z wygodnym wyjazdem na międzystanową 40, która doprowadzi nas do Grand Canyon National Park.

7

marzec 2025

Każdego niemal dnia przemierzam kolejne kilometry, a raczej mile. Zatrzymują mnie ciekawie brzmiące nazwy punkcików na google maps. Zaglądam w uliczki i na skrzyżowania. Stawiam ludzika na "ziemi" i rozglądam się. Staram się sprawdzić jak najwięcej, żeby uniknąć tego, co mogę przewidzieć już teraz i żeby czasem nie przeoczyć pięknych i wyjątkowych miejsc tylko dlatego, że znajdowały się przecznicę dalej od naszej trasy. Jeśli dowiem się zawczasu, że wystarczyło wyciągnąć rękę po ciekawe, nie chcę tego pominąć. 

Antelope Canyon będzie jednym z miejsc, w których wcześniej nie byłam. Niesłychane, że wtedy, dwadzieścia parę lat temu, zwiedziliśmy tak wiele bez nawigacji i z dużo mniejszymi zasobami w internecie. Cieszę się na ten Kanion, jak i na Sekwoje. Cieszę się na każdy kilometr spędzony w Stanach ponownie z moimi Najbliższymi.

Przejeżdżając - palcem po mapie - z Monument Valley do Moab natrafiam na rozwidlenie dróg 191 i 162, sprawdzam ten fragment dokładnie, bo właśnie w tych okolicach wbijamy na drogę 191, którą pojedziemy na północ aż do samej Nazhy! Gdzieś mi miga nazwa hotelu Desert Rose, która od razu kojarzy się z pustynnym klimatem pięknej piosenki Stinga. Z ciekawości klikam też w punkt  na mapie Bluff Fort Historic Site i odkrywam perełkę. I wtedy postanawiam, że stworzę nam, głównie dzieciom, przewodnik, z którym będziemy podróżować podczas road trip 2025.

**************************

Historia Bluff Fort Historic Site

Zimą 1879–1880 siedemdziesiąt rodzin mormonów odpowiedziało na wezwanie głowy swojego kościoła, Brighama Younga, o założenie osady na wschód od rzeki Kolorado, w rejonie Four Corners Point – jedynego punktu w Stanach Zjednoczonych (wtedy i obecnie), gdzie spotykają się granice czterech stanów: Utah, Arizony, Kolorado i Nowego Meksyku. Najpierw ekspedycja pionierska wyruszyła bez wozów, aby zlokalizować odpowiedni obszar do osadnictwa i natrafiła na tereny rolne w mieście Bluff w stanie Utah. Cała społeczność opuściła miasto Cedar City w stanie Utah w listopadzie 1879 r. i dotarła do celu w kwietniu 1880 r. po sześciomiesięcznej podróży, podczas której przebyła około 250 mil przez bardzo trudne tereny, które do tej pory uważano za nie do pokonania dla powozów. 

Grupa liczyła 250 osób: mężczyzn, kobiet i dzieci; 83 wozy; i ponad tysiąc głów zwierząt.

Z miejsca wyjazdu w Cedar City do ostatniego zamieszkałego miasteczka w Utah na wschodzie – Escalante – poruszali się po normalnych, utwardzonych drogach (jak na ówczesne czasy). Stamtąd i dalej musieli pokonać obszar stromych, nieprzejezdnych klifów. Następnie musieli wytyczyć sobie trasy za pomocą eksplozji skał, wydobywania i przygotowywania dróg, którymi miałyby przejechać wozy i przejść zwierzęta. Punktem kulminacyjnym podróży było przebicie „Dziury w skale”. Pierwotnie był to uskok geologiczny w obszarze Kanionu, na względnej wysokości około 300 metrów nad rzeką Kolorado i w odległości około 1,75 mili od niej, przy nachyleniu 45 stopni. Pionierzy przewiercili i wysadzili skały, aby rozszerzyć naturalny uskok, a także utwardzili zbocze do nachylenia 25°.

Po dwóch tygodniach pracy próbowali przeprowadzić konie ze zbocza do rzeki. Dodatkowe próby zostały odrzucone po tym, jak w pierwszej próbie zginęło 9 zwierząt. Wyrzeźbili stopnie w litej skale, aby ułatwić manewrowanie swoim koniom i bydłu. Skalne stopnie stanowiły ostatnią część zbocza prowadzącego do brzegu rzeki. W sumie prace nad przygotowaniem stoku do zejścia całej drogi do rzeki trwały 6 tygodni. 26 stycznia 1880 roku członkowie wyprawy wraz z wozami i zwierzętami rozpoczęli schodzenie po stromym zboczu. Wózki zjeżdżały z zablokowanymi hamulcami, około 10–20 osób trzymało liny, aby spowolnić zjazd. Przeprawili się przez rzekę Kolorado promem obsługiwanym przez pioniera Charlesa Halla, który mógł zabrać naraz po 2 wozy. Jak wspomniano, w kwietniu 1880 roku dotarli do miejsca, w którym zaczęli się osiedlać – Bluff Fort!

Misja całej przeprawy i osiedlenia się w nowym miejscu miała na celu zawarcie pokoju z tubylcami Narodu Navajo na tym obszarze i nawrócenia ich na chrześcijaństwo, a w ten sposób poszerzenia (jak to nazywali) „Królestwa Mormonów”. W rogu fortu pionierzy Bluff założyli spółdzielczą placówkę handlową. Spółdzielnia sprzedawała towary i zaopatrzenie mieszkańcom osady oraz handlowała z Navajo. Wkrótce sklep zaczął deklarować dywidendę. Pionierzy kupowali wełnę od Navajo, skóry i koce i transportowali te towary na sprzedaż do Durango w Kolorado. W drodze powrotnej z Durango przywieźli inny ładunek, który został sprzedany w porcie Bluff, osiągając w ten sposób niezły zysk. Zyski ze spółdzielni zapewniły pionierom środki na pozostanie na miejscu i po latach pomogły w rozpoczęciu prosperującego handlu bydłem.

*************************************************

Dla mnie takie historie są fascynujące. Ile ich jeszcze przede mną? Do odkrycia? 🙂

 

8

maj 2025

Łącząc kropki na mapie naszej road trip już od września 2024, miewałam dni i tygodnie kompletnej euforii, ekscytacji, radości i niedowierzania. Trasa, noclegi, zakręty i viewpoints pochłaniały mnie całą, żeby za chwilę zmęczyć i kazać odetchnąć. Kilka dni zimnego prysznica, sen o bardziej odpowiedniej, niż wcześniej porze, reset głowy i serca. Media społecznościowe trzymają jednak rękę i palec wskazujący na pulsie, czyli ekranie, przyciągają mój wzrok i uwagę. Pojawiają się nowe opinie, nowe doświadczenia tych, którzy road trip mają właśnie za sobą. Aktualizacja ratingu hoteli po kilku miesiącach od pierwszych wyborów zmusza do ponownego sprawdzenia opcji. Pojawiają się nowo otwarte miejscówki, inne tracą na blasku przez świeże wpadki odzwierciedlone w ocenach na booking, google, czy expedia. Wiem, że czasem to będzie tylko jedna noc w danym pokoju, ale skoro lubię i mogę, skoro wybór jest niesłychanie szeroki, szukam i znajduję. "Spacerowałam" na przykład po Vegas, trafiając na rozkopaną ulicę tuż pod "naszą" miejscówką - więc ją zmieniłam i ta zmiana okazała się strzałem w dziesiątkę. A tam, gdzie nie ma wyboru - na przykład przed Grand Teton NP i za nim Yellowstone, gdzie nie ma już szans na nocleg, decyduję się na szaleństwo, czyli Flat Creek Inn - Affordable Jackson Hole Lodging near Grand Teton National Park, z pokój z widokiem na góry, gdzie już nas widzę z kubkiem porannej kawy, westchnieniem nad pięknem chwili i gotowością na odkrywanie kolejnego dnia razem w cudownej scenerii Gór Skalistych.



8

Aktualizacja: trasa gotowa. (co nie znaczy, że się nie zmieni), noclegi zarezerwowane. Zapisuję ku pamięci.

19.06.2025 ok. 20:00 - przylot na Harry Reid International Airport, Uber do hotelu, nocleg w GetAways at the Jockey Club, Las Vegas (2 noce)

20.06.2025 - nadal Las Vegas, basen, wynajem auta, spacer po Strip

21.06.2025 - zakupy w Walmart (Las Vegas), Hoover Dam, Kingman, AZ, Antares, Hackberry General Store, Seligman, Williams - tu nocleg w The Ellsworth Hotel, an Ascend Collection Hotel

22.06.2025 - Grand Canyon NP (wjazd do parku najpóźniej o 9:00 rano!), przejazd do Page, zachód słońca przy Horseshoe Bend, nocleg w Days Inn & Suites by Wyndham Page Lake Powell

23.06.2025 - Lower Antelope Canyon, rezerwacja na 10:15, potem Goulding’s Lodge i John Wayne Cabin, Monument Valley i Forrest Gump Point, Mexican Hat i Bluff, dojazd do Moab, nocleg w My Place Hotel Moab (2 noce)

24.06.2025 - basen, zakupy, pranie! po 16:00 Arches NP

25.06.2025 - przejazd drogą 128 wzdłuż rzeki Colorado, dalej Colorado i droga na zachód, piknik przy…,  nocleg w Swiss Alps Inn, Heber City, UT

26.06.2025 - dojazd to Jackson, WY, spacer po miasteczku, nocleg w Flat Creek Inn

27.06.2025 - Grand Teton NP, Yellowstone, a tu West Thumb, Old Faithful, Grand Prismatic, Paint Pot, Firehole, dalej 320 Guest Ranch i dom Nazhy

28.06.2025 - odpoczynek, Big Sky?

29.06.2025 - Bozeman, zakupy

30.06.2025 - Yellowstone, górna pętla

01.07.2025 - odpoczynek, pakowanie, popołudniu wyjazd do Pocatello (tu była zmiana, zostaliśmy w Big Sky do wtorku 2.07)

02.07.2025 - przejazd do Winnemucca na nocleg (zmiana, rano dopiero wyjazd z Big Sky i przejazd na nocleg do Elko, NV)

03.07.2025 - przejazd nad Tahoe Lake, nocleg w Folsom (po zmianie - przejazd nad Tahoe Lake i nocleg w Sierra Woods Lodge)

04.07.2025 - przejazd przez Golden Gate i dojazd do hotelu w San Francisco, spacer i fajerwerki na Dzień Niepodległości (faktycznie przejechaliśmy drogami lokalnymi 

8

Gdyby podekscytowanie miało swoją jednostkę i przyrząd do jego mierzenia, na mojej skali zaczynałoby się robić co najmniej ciepło. Zielona w zeszłym roku, nabierałam barw przez wiele miesięcy, całą zimę, z przerwami na życie. Dziś rumieńce i coraz szybsze bicie serca. Planowanie i wirtualne odwiedzanie miejsc, do których chcemy dotrzeć podczas amerykańskiego road trip jest tak ekscytujące! Dla mnie. Uwielbiam mapy i nareszcie odkrywam w sobie coś, co mogę nazwać pasją. Jeśli nie obsesją wręcz:) 

Dziś jeszcze odczytuję odpowiedzi na forum tripadvisor w temacie tego, jak ogarnąć przejazd przed i w trakcie długiego weekendu 4th of July w okolicach South Lake Tahoe i drogi do San Francisco. Wiem już też o której startuje parada w Sausalito i które drogi będą tam wtedy zamknięte. Jestem już niemal gotowa. To znaczy… wiem, co już wiem. Wiem też, czego jeszcze nie wiem i to - uważam - już bardzo dobrze! Znam plan na pamięć, są w nim jeszcze luki, ale liczę na choć drobne chwile w zaciszu hotelowych pokoi, gdzieś po drodze. I na nas liczę, nasze pomysły, spontaniczność. 

Chwilami trochę też drżę. Tyle może się wydarzyć, tyle momentów może pójść nie tak i nakazać nam zmienić trasę. Ale to tylko małe drżenie, nie boję się. Dobrze się przygotowałam. Nie dać się ponieść emocjom. Będzie dobrze.





Zapisane w notatniku, tydzień przed wylotem:

Na tydzień przed wylotem do USA jestem pewna, że siebie uwielbiam.
Z odpowiednią dozą powściągliwości.
Z odpowiednią, ulubioną i moją własną dozą pokory.

Uwielbiam swoją zdolność do podróżowania, do reagowania na wyjątkową muzykę, do odruchu pisania
i zapisywania. Uwielbiam swoją wrażliwość, którą sama najlepiej znam i umiejętność wzruszania się, której już nie kryję. Jestem w TEJ chwili, w trakcie TEGO utworu. Nie myślę o dniach, które za mną, nie wiem, co przyniosą kolejne. W tej danej pięknej chwili, w chwili bez potrzeby dzielenia się nią z innymi, uwielbiam być.
I jest to moje ogromne zwycięstwo. I nie dałabym rady bez Boga i wiary w Niego i pragnienia, by oddać Mu swój strach.
Przed nami niezwykła podróż, długa i wymagająca, fantastyczna. Odkryję przed moimi Bliskimi cuda natury, miejsca, których zupełnie się nie spodziewają, których nie są jeszcze do końca świadomi. Zapierające dech w piersiach.
Odwaga. Wiara. Marzenia.







poniedziałek, 8 września 2025

road trip USA 2025

 


Mój blog. Nasze podróże. Już ponad 10 lat temu, tu, na tym blogu, pisałam o Montanie. Potem o Szwajcarii, Włoszech, Karkonoszach i własnym ogrodzie, podczas pandemii. Każdego roku, po każdym wyjeździe, starałam się opisać, jak było. Cudownie wracało mi się później do tych emocji i widoków, które na stałe zapisały się i tu, i w naszych wspomnieniach.

Na przełomie czerwca i lipca tego roku zrealizowaliśmy jedno z naszych największych podróżniczych marzeń. Trochę pisałam już o nim tutaj. Przez 23 dni przejechaliśmy 6390 km (skąd wiemy, że dokładnie tyle? - z wydruku po zwróceniu wypożyczonego auta). Dotarliśmy do ośmiu stanów. 




Jak było? Fantastycznie! I nie piszę tego dlatego, że tak wypada. To była naprawdę wspaniała wyprawa, niesamowita podróż, bardzo dobrze przemyślana, przygotowana i zrealizowana w 100%. Całość od początku do końca zaplanowaliśmy i organizowaliśmy sami. Gdy do marzeń dodasz umiejętności, doświadczenie, rozsądek, pokorę, odwagę, a na końcu posypiesz szczyptą, a nawet garścią szczęścia - możesz przewidzieć nawet to, czego nie da się przewidzieć, czyli przygotować się na bardzo wiele ewentualności. Oczywiście, kompromis był konieczny, żeby nasza podróż nie okazała się listą punktów do odhaczenia. Nasz road trip miał dać nam radość i cudowne wspomnienia. A ponieważ kocham planowanie i podróżowanie w czasie i przestrzeni, za pomocą map google i całego dobrodziejstwa internetu, forów, blogów i umiejętności czytania ze zrozumieniem - dopasowywanie trasy do naszych potrzeb i charakterów było dla mnie ogromną frajdą i przyjemnością. I jestem z siebie bardzo dumna. Jestem dumna z całej naszej Czwórki.

Prawdziwe przygotowania rozpoczęliśmy w sierpniu 2024 od wysłania wniosków ESTA. Potwierdzenie akceptacji otrzymaliśmy po 3 godzinach. Potem - rozmowy z pracodawcami. Kolejny krok, to śledzenie cen i kombinacji lotów: Berlin + Londyn, i dalej LA, Las Vegas, Salt Lake City, a może Bozeman? Przerabialiśmy różne opcje. Kluczowym punktem była dla nas Montana, a dokładniej Big Sky w jej mocno południowej części, godzinę drogi od Yellowstone. Montana to moje miejsce, wspomnienia i moja - a dziś nasza - Nazha, czyli przyjaciółka od serca. Czasem musi upłynąć bardzo dużo czasu, zanim zdamy sobie sprawę z mocy relacji. Wtedy okazuje się, że miniony czas był zaledwie chwilą, nie ma znaczenia. Ani tysiące dzielących nas kilometrów, czy mil. 

Rozważaliśmy więc start lub powrót z Montany, ale jakiekolwiek loty do lub z Bozeman były o wiele za drogie. Dodatkowa przesiadka? Za długo. W pewnym momencie pojawił się pomysł, żeby - ze względu na długość przejazdu z Big Sky do San Francisco - zamienić samochód na samolot. Porównywaliśmy połączenia, zmianę wypożyczanego auta, ceny, odległości. Ciągła burza. Mózgów. 

PS. Pisząc ten post jestem posługuję się trochę czasem teraźniejszym, trochę przeszłym i trochę przyszłym. Zerkam na zapiski z jesieni 2024 i uprzedzam, że wątki z różnych etapów trasy i przygotowań będą się przeplatać, żeby wyjechać na prostą dopiero w okolicach Route 66. Ale chcę zapamiętać ten czas. Cudowne miesiące planowania i ekscytacji tak trudnej do opanowania. Ustalałam sama ze sobą, czy odetchnę już po rozmowie z urzędnikiem na lotnisku, czy dopiero po powrocie do Polski☺ Wybaczcie więc lekki chaos i większą lub mniejszą domyślność między wierszami. To ja☺

Niemal codziennie pochylam się nad trasą. Czuję promienie słońca na karku i czole w Arizonie i w Arches (park narodowy). Pamiętam je sprzed dwudziestu lat. Żar z nieba, suchość w ustach, palące promienie, palące powietrze. Niedoczekanie letniości wieczoru, chłodu otwieranej lodówki. Więc jadę i kombinuję. Zmieniam co drugi dzień. Zdążę niemal przyzwyczaić się do danej opcji, żeby za chwilę stwierdzić, że zupełnie się nie sprawdzi. Wydaje mi się, że do samego wyjazdu mamy przed sobą tak wiele czasu, ale w drugiej połowie września, po kolejnych błyskach i przebłyskach, na horyzoncie pojawia się słońce. 

Ściągnęłam e-book Pawła z Interameryka. Choć nadal jestem na pierwszym roku jego specjalności, liczę, że na końcu zaliczę z wyróżnieniem. Paweł jest twórcą przewodnika po USA, mieszka w Stanach, ale bardzo dokładnie i cierpliwie pisze o przeróżnych aspektach związanych z podróżowaniem. Uaktualnia wiadomości na bieżąco, a ja dokładnie i cierpliwie śledzę nowe wpisy wraz z - bardzo często - długą listą komentarzy. Dzięki temu o wielu sprawach dowiaduję się, zanim w ogóle zacznę się nad nimi zastanawiać, notuję i zapisuję istotne rady w kalendarzu i zeszycie. Dopisuję się też do grupy na fb: USA - podróże, porady, trasy. Chłonę niemal post po poście (cofając się w czasie) informacje i doświadczenia. Na wiele pytań znam odpowiedzi, ale wymagają one zaktualizowania po 20 latach. Czytam po polsku, angielsku i wszystko to, co małym drukiem. Tworzę listy, stronki w notesie, póki co dość chaotycznie zapisuję drobne, choć istotne triki i niezbędności. Mam już plik w excellu, choć najwierniejszy jest jednak papier. W ogrodzie zimowym zawiesiłam mapę i przygotowałam miejsce na zdjęcia, mniejsze mapki i wszystko to, co wyda mi się ważne. Mówię o wyjeździe każdego dnia. Opowiadam dzieciom, bo nie wyobrażam sobie, żeby mogły wyjechać w tego rodzaju podróż bez świadomości niezwykłości i historii odwiedzanych miejsc. Marzą o Los Angeles, Malibu, plaży nad oceanem, cable cars w San Francisco i F1 circle w Las Vegas. Ale nie spodziewają się jeszcze, że emocji i wrażeń będzie dużo więcej, że będą one czekać za każdym zakrętem. 

Trafiam na bardzo pomocny i bardzo szczegółowy opis podróży Radka na grupie na fb. A przed chwilą na ściągę - blog paulajagodzinska.pl i dzięki niej jestem tu i piszę. Kocham robić jedno i drugie. Planować podróż i pisać. Z motylami w brzuchu i skrzydłami na plecach.



Słowo za słowem wlecze się czasem, zupełnie w myślach jeszcze. Marzy się. Płynnie błądzi między kolejnymi dniami, miesiącami i latami. Dojrzewa. Rośnie. Okazuje się. Zamienia w obraz, choć nadal niewypowiedziany. Zaczyna się uśmiechać. W końcu puszcza oko. Podnosi twoje kąciki ust, mimowolnie zaczynasz dopuszczać do siebie ewentualność zdarzeń, które na początku były tylko słowem i myślą. 

Wypowiedzieć je, to jak zrobić pierwszy krok.

26 września zarezerwowaliśmy lot dla czterech osób do Stanów Zjednoczonych.


ciąg dalszy nastąpił...

przerwa w podróży


Dzień dobry :)

Zimno tu, to znaczy pusto i cicho, niemal głucho. Jak w opuszczonym budynku. Zaglądam i przejeżdżam obok niemal codziennie. Z sentymentem wspominam. Z żalem gładzę strony i słowa, które moje są, ze mnie wypłynęły. Dobrze, że mam to miejsce, że mogę czasem tu zajrzeć. I dobrze się poczuć. I uwierzyć znów. 

Tyle historii minęłam po drodze. Pragnęłam zapisać je, odbić po nich ślad dla siebie choćby. 

Tak, dla siebie samej. Ale wiatr za mocno wiał, a ja, bardziej zamyślona, niż rozpędzona, nieuważnie pozwalałam im mijać, odlatywać z mojej głowy, jak ptaki, spłoszone niechcący niezwykłością zwyczajnego dnia.

Życie składa się ze skrawków, mgnień, ulotności. Maleńkich, zauważalnych bardziej lub mniej. Tworzą one nas, choć dla mnie coraz mniej są zrozumiałe. Za to lepiej teraz rozumiem, co czują, czuli, mama i dziadkowie. Cieszę się, że za ich czasów świat wariował nieco wolniej, poczciwiej. My nie mamy tego szczęścia. A nasze dzieci - na szczęście lub nie - być może nawet nie dostrzegą tempa, różnicy, przepaści. Oby. 

Martwi mnie ten świat, na który nie mam wpływu, chwilami nawet przeraża. Ludzie nienawidzą się nawzajem i skutecznie tę nienawiść rozsiewają publicznie. I mogłabym tu dalej rozpisywać się, że nie chcę codziennie widywać na facebooku kobiet w majtkach, co ma udowodnić ich otwartość, chudość, przemianę, podnieść sprzedaż lub, że mogą. Nie chcę przypadkowo czytać opisów makabrycznych historii, bo nagłówek zachęca, a treść okazuje się parszywa. Nie lubię tych podpowiadanych przez media społecznościowe treści, które sztuczna inteligencja wybiera dla mnie na podstawie przypadkowych kliknięć. Bo według niej mi się spodobają. Lubię mieć wybór, jeśli to ja się na niego w ogóle decyduję. A możliwość decydowania, pomimo tak szerokiego wyboru czegokolwiek, jest nam zabierana na każdym kroku. Owszem, mogę z mediów serdecznie zrezygnować, może dojrzewam do tego za długo...

Szkoda, że blogi okazały się zbyt czasochłonne. Ich czytanie, ale i pisanie. Ci, co piszą, piszą nadal, nie pisanie boli. Ale przy natłoku tekstów, vlogów, coachów, fitów, porad na temat wszelki, a nawet pozycji książkowych, zaczęłam czuć bezsens publikowania. Nie ma we mnie też potrzeby bycia popularną, tym bardziej krytykowaną odruchowo. A to niestety dziś przy najmniejszej choć popularności w sieci nieuniknione. Dlaczego nie odbierze się nam narzędzia komentowania wszystkiego?

Szukam jednak miejsca dla siebie, a może i dla Tych, którzy za momentem czytania nowego postu (wolę jednak wersję "posta") na ulubionym blogu po prostu tęsknią. Zapisanych historii mam mnóstwo, niedokończonych, urwanych, z nadzieją na ciąg dalszy. Mam chwile, gdy niemal wszystko, na co spojrzę, zdaje się być pewną historią. Wystarczy chwycić ją, jak za sznurek, który jednocześnie i pociągnie i rozwinie. Się. Mnie. Dlatego popróbuję wrócić. Pisać tutaj. Nie na nowym, kolejnym blogu, pt. podróże, choć taki nawet stworzyłam. Między podróżAni. Ale zostanę u siebie. I podzielę się pisemnie i dużą ilością znaków. Tym co u mnie. O sobie i dla mnie.


piątek, 16 maja 2025

między podróżAni

 Niedziela, 11 sierpnia. Piękny, ciepły dzień. Wklepuję po kolei nasze dane, miejsca pracy, osoby kontaktowe IN AND OUT USA, adres pierwszego noclegu. Sprawdzam numery paszportów, daty urodzin, nieskazitelność odpowiedzi na najbardziej drażliwe pytania. Jeszcze kilka wątpliwości, bo nazwisko panieńskie, bo nadmiar linii adresowych i czy karta debetowa wystarczy, by skutecznie opłacić nasze wnioski ESTA. 

ESTA. Opatrzona wizerunkiem ogromnej miedzianej "twarzy" Statuy Wolności, oficjalna strona Electronic System of Travel Authorization. Być może to tylko formalność. Mi towarzyszy uczucie z trudem powściąganej ekscytacji. Jeszcze nie skakać na tym krześle, pilnować literówek, taniec szczęścia odłożyć na później. Ale to takie trudne! Mimo wszystko się udaje. W międzyczasie rozmawiam na audio czacie z szeroko uśmiechniętą Nazhą. Zgadza się, żebyśmy podali ją jako nasz kontakt w US. I też nie wierzy, że to wszystko dzieje się naprawdę! 


Legenda, czyli dwadzieścia trzy lata wcześniej...

lato 2001 - 3,5 miesiąca w Montanie, Work & Travel USA

2002-2004 Internship USA, również w Montanie

ESTA - elektroniczny system autoryzacji podróży do USA, niezbędny do wjazdu na teren Stanów Zjednoczonych

Nazha - moja przyjaciółka, mieszka w Montanie, znamy się ponad dwadzieścia lat i przez cały ten czas wiem, że kiedyś znów się uściskamy


Gdy wpisuję w kalendarz swoje marzenie, jego datę, miejsce i pierwszą z miliona list, które stworzę z myślą o nim... mam ciarki. I chyba zdarza mi się lekko odrywać od ziemi. Chwilami. Idąc korytarzem pomiędzy zadaniami w pracy, w myślach podskakuję i tańczę, podnoszę ręce do góry. Z radości. A potem znowu gęsia skórka. Życie to naprawdę rollercoaster...

W sumie trudno mi stwierdzić, czy te dwadzieścia lat, to długo, czy krótko? Jeśli policzyć lub wymienić wszystko to, co przez ten czas wydarzyło się w moim życiu... minione lata nabierają ogromnej mocy. Burze i huragany. Wschody i zachody słońca. Aż w końcu ciepło i przyjemny szum upływającego czasu. Miłość. Dzieci. Praca. Podróże i tęsknoty pomiędzy nimi. Marzenia i rozpacze. I przede wszystkim ja. Trochę się zmieniam i trochę próbuję zachować jak najwięcej z siebie, tej z kiedyś. I tutaj dwadzieścia lat widzę najwyraźniej. Widzę je jako odległość od siebie samej, odległość pomiędzy Anią dwudziestoparoletnią, z wyobrażeniami, nieśmiałymi planami, stojącą na początku dorosłej drogi, samą wtedy a mną dzisiaj. Nadal Anią. Co we mnie zmieniło się przez ten czas najbardziej? A co wcale? A co jest we mnie nadal, ale zawinięte w obłok tajemnicy, najczulszej nietykalności? Czy chcę się dowiedzieć?

Życie to naprawdę rollercoaster. Pędzi i goni. Potrafi jednak co parę lat (i na parę lat) zwolnić na tyle, że nie czuć wiatru we włosach, nie czuć też zbliżającego się... najniższego z punktów trasy, czasem nie dowiesz się tego po drodze, aż nie zjedziesz na sam dół. Ale potem, choćby nadal było pod górkę, z trudem, ciężko i bez wyczekiwanej perspektywy i widoku, wdrapujesz się. I z każdą kolejną chwilą czujesz, że zbliżasz się do czegoś pięknego, choć nie potrafisz sobie nawet tego jeszcze wyobrazić. 

Trudno mi też uchwycić moment, w którym zapadła decyzja, że lecimy do USA na road trip po zachodnich stanach. Gdzieś te maleńkie marzenia krążyły między nami, między wierszami, obejrzanymi filmami, a przede wszystkim wyłaniały się z moich wspomnień i opowieści. Ja już tam byłam. I z pewnych miejsc nie do końca wróciłam:) I odkąd pamiętam, pragnęłam podzielić te miejsca z moimi Najbliższymi. Arizona, Utah, Colorado, Kalifornia, Nevada i oczywiście Montana. Takie decyzje są w nas chyba na tyle długo, że w końcu myśli o nich zaczynają towarzyszyć nam każdego niemal dnia, krążą i pojawiają się, jak znaki, sugerując, że to już czas. Że zbliżamy się do tu i teraz, odpowiedniej chwili i właściwego momentu. Że jesteśmy gotowi.

W międzyczasie trafiłam na świeże relacje z podróży po USA Ilony Wrońskiej (i Leszka Lichoty). Obejrzałam kanał na youtube. Być może to spokój w jej głosie, być może to, że dojechali również do Yellowstone i Montany, a być może fakt, że obie kończymy w tym roku 47 lat (szczęśliwe cyfry:) ) - uwierzyłam, że można. Ale najwspanialej upewnia mnie w tym każdego dnia mój Mąż. Gdy tylko chwyta mnie za rękę, moja niepewność znika. Planowanie powrotu do moich ukochanych miejsc z młodości staje się naturalnie oczywistością. 


Gdy piszę te słowa, wiem już, że niektórzy wpadają na pomysł lotu do Stanów i potrafią zorganizować całość w ciągu dwóch tygodni. Tak robią młodzi. Przez ostatnie miesiące przeczytałam sporo wątków na facebookowych grupach, prześledziłam opinie, historie, blogi i relacje. Ja, my, zaczęliśmy, tak na serio, dużo, dużo wcześniej, niż "młodzi". Zupełnie świadomie, mając na uwadze to, że lecimy za ocean z Dwójką Wspaniałych Nastolatków, że musimy poprosić o zgodę naszych pracodawców, bo od razu uznaliśmy, że chcemy lecieć na trzy tygodnie, czyli o tydzień dłużej, niż trwa standardowy polski urlop człowieka na etacie. Musiałam "uśmiechnąć się" do kolegów z pracy i zapytać o ich wyrozumiałość podczas mojej nieobecności, ustalić termin z szefem, Mąż z szefową. Udało się. Najłatwiej byłoby polecieć po prostu w lipcu, ale bałam się wysokich temperatur w Nevadzie, Arizonie i Utah. Ze względu na szkołę wybraliśmy najmniej - według nas - kolidujące 23 dni. Kolejnego roku:) Dla mnie oznaczało to jedno - długie i piękne miesiące planowania, śledzenia tryliarda opcji trasy nad mapami, rozmyślania, rezerwowania i czekania na amerykański road trip. Uwielbiam to. Mając za sobą zbliżone doświadczenia, dwie wyprawy po zachodnich stanach dwadzieścia lat temu, podczas praktyk studenckich, w wersji young & beautiful & single (not rich at all, haha), a dzisiaj mając u boku Jego, faceta, który tak samo kocha jechać inną drogą, niż każą, nie mogłam doczekać się każdej pojedynczej chwili tego planowania, jak i samej podróży. Dwadzieścia lat temu nie miałam telefonu komórkowego, aplikacji, nawigacji, ani chata gpt. Wystarczyła papierowa mapa, drukowany atlas samochodowy (mam go do dziś), Ford Explorer i ogromny głód wrażeń i widoków. Czy dzisiaj jest łatwiej? Czas się przekonać:)




to be continued...

sobota, 9 listopada 2024

kogo, czego? taty

 Może mogłabym sobie ciebie wymyśleć? Ciekawe, że wcześniej na to nie wpadłam. Ponoć mam wybujałą wyobraźnię. Nie chodzi o wygląd zewnętrzny, tutaj, jeśli już istniałeś i mam ciebie na zdjęciach z dzieciństwa, poddaję się rzeczywistości i nie próbuję ubarwiać. Ciemne, niemal czarne włosy i wąs. Ale co dalej z tym wąsem? O, i tu może to już zależeć ode mnie. To ja nadam ci wybrany przez mnie styl życia, bycia i to, jak mógłbyś się zmieniać na przestrzeni ostatnich czterdziestu lat. Nie będę spoglądać zbyt daleko do tyłu, nie wrócę do małej mnie i tego, jak mogłeś towarzyszyć mi, gdy dorastałam, bo wtedy mi ciebie aż tak nie brakowało. Brakuje im ciebie teraz, gdy jestem bardzo dorosła. Właściwie brakuje mi instytucji ciebie. Taty. Z tego, co czytam to tu, to tam, twoje być, jak i twoje nie być, mogło lub ma znaczący wpływ. Na mnie. Długo negowałam wszelkie teorie na ten temat. Dzisiaj... nadal nie wiem. Zbyt wiele rzeczy ma na nas wpływ przez całe nasze życie, żeby skupiać się na tacie i jego instytucji. Prawda?

23 czerwca złożyłabym ci życzenia, w końcu to Dzień Ojca. Nigdy nie nazywałabym cię ojcem, zawsze byłbyś dla mnie tatą. Moim tatą. Byłaby między nami szczególna, choć niezbyt wylewna więź. Z pewnością część spraw omawiałabym z mamą, ale z niektórymi pytaniami zwracałabym się najpierw do ciebie. Byłbyś od spraw ratujących życie i tyłek. Miałabym ich dużo więcej, niż zwykle, bo od małego nie musiałabym się nauczyć ogarniać ich samodzielnie. Tak. Z pewnymi problemami i wypadkami losowymi dzwoniłabym do ciebie, a ty zaczynałbyś od: "Lala... zrobimy tak...". Twój głos w słuchawce lub ramiona w drzwiach. Załatwiony mechanik. rozmowa z chłopakiem, twoje kciuki w górę, przed wejściem na egzamin wstępny na politechnikę, ramię prowadzące mnie przed ołtarz, poczucie bezpieczeństwa, gdy byłam po drugiej stronie oceanu. To poczucie bezpieczeństwa jest ogromnie ważne, ale mam wrażenie, że gdybyś był, mogłabym mieć lub przynajmniej miewać również poczucie beztroski. Dziecięcej. Dziewczęcej. Beztroski, a nawet chwilami i bezmyślności. Musielibyśmy po wszystkim porozmawiać. Jak tata z córką. Jak rodzice z dzieckiem. Oboje nadający sytuacji barwny, uzupełniający się przekaz. "Mama ma rację." "Tata ma rację." Jak bardzo inna byłaby wtedy mama?

Gdybyś był, mogłabym być dzieckiem. Mogłabym dostawać szlaban, bo pyskowałam do mamy. Lub wróciłam za późno, lub zapaliłam papierosa. Mogłabym popełniać zwariowane błędy, z których dziś razem byśmy się śmiali. 

Nie pyskowałam. Nie wracałam za późno. Nie zapaliłam papierosa. Nie dość długo byłam dzieckiem. 

A do ciebie jeszcze wrócę. Ustalimy, gdzie pracowałeś i o co nie spieraliście się z mamą. Ustalimy, co nas łączyło. -my. 


edit 30.01.2025

 Dziś odkryłam, że mój tata nie żyje. I że nie wiem o tym od prawie sześciu lat.

piątek, 21 czerwca 2024

burza

Gdy byłam dzieckiem, burze po prostu przechodziły. Pojawiały się latem i nikogo to nie dziwiło. Nie było alertów, powiadomień i ostrzeżeń. Powietrze stawało się ciężkie i duszne, nie trudno było przewidzieć, że pojawią się błyskawice i grzmoty. Wskakiwało się wtedy rodzicom do łóżka (tapczan lub narożnik) i chowało pod kołdrą. I były to najstraszniejsze i najpiękniejsze chwile w życiu. Strach przed nagłą jasnością przecinającą sufit i ściany dużego pokoju, liczenie od pioruna do grzmotu, bo oznaczało to, jak daleko lub jak blisko nas jest środek burzy, ekscytacja i bliskość mamy i taty. Bo pamiętam burze właśnie za czasów, gdy tata jeszcze z nami był. Dzięki pięknej zasadzie, że wyrzuca się z pamięci część wspomnień, mi pozostało jedno niezwykłe. Burza. Wieczór lub noc. Było raczej głośno i intensywnie. Środek burzy. Rodzice spali w dużym pokoju naszego 54 metrowego mieszkania. Na rozkładanym tapczanie. Nasz strach musiał być rozczulający, bo do tapczanu dosunęli dwa miękkie tapicerowane fotele i zaprosili mnie i mojego brata. Leżeliśmy we czwórkę pod kołdrą w poprzek tapczanu, idealnie. Nogi rodziców znalazły oparcie na dostawionych fotelach, a my byliśmy wniebowzięci. Choć nadal wystraszeni. Zamykałam oczy i zatykałam uszy. Grzmiało i błyskało się niesamowicie. A ja - sądząc po tym, że wspominam to jakieś czterdzieści lat później - byłam najszczęśliwszą dziewczynką na świecie.

Kiedyś burze po prostu się pojawiały. Nadchodziły, bardziej lub mniej spodziewane. Mówiło się o nich w pracy lub szkole następnego dnia, ale żyło się dalej. Czasem żywioł zabrał czyjś dach, zalał piwnicę, zniszczył kwiaty, rośliny. Na nasze granatowe cinquecento przewróciło się drzewo. Takie pojedyncze, rosnące na wysepce gdzieś w środku osiedla. Wysepkę przecinał chodniczek dla pieszych, a przy niej mieściły się tylko dwa samochody. W tym zwykle nasze granatowe cinquecento. Oczywiście była chwilowa rozpacz, próba otrzymania odszkodowania. I chyba skończyło się bez większych traum, ponieważ nic więcej na ten temat nie pamiętam. 

Kiedyś, gdy byłam dzieckiem, czyli wcale nie sto lat temu, żyło się. Nie napiszę, że łatwiej. Nie napiszę, że trudniej. Napiszę, że żyło się. Soczyście. Dotkliwie. Na bogato. W cudownym życiowym, namacalnym... hmm... (podpieram brodę w zamyśleniu, przy odgłosach drugiego wieczornego meczu piłki nożnej, przy pierwszym wszystko było trudniejsze (Polska - Austria 1;3), na szczęście potrafię oderwać się od tu i teraz, odlecieć potrafię, gdy piszę) nie nazwę. Gdy byłam mała żyło się, bez konieczności nazywania, rozkminiania spraw, które tego rozkminiania nie potrzebują, żyło się naprawdę. 

Dziś tworzymy życie na siłę. Na obraz. Na pokaz. Płyniemy falami internetu. Koszmarnie. Sztucznie. Nieprawdziwie. Ja również. Nie jestem w tym nic a nic fajniejsza. Tak bardzo szkoda. Życia.

piątek, 6 października 2023

Bornholm - przeważnie płasko


Ja naprawdę uwielbiam podróże. Choćby wiało, bujało i bolało. Uwielbiam. 

Skąd pomysł na Bornholm? A czy potrzeba na niego "pomysłu"? Raczej nie. 

Bornholm na rowerach? Tutaj też się nie zastanawiałam, choć za chwilę napiszę, dlaczego nie wystarczy jedynie naoliwić łańcucha...

Na Bornholm nie można niestety przeprawić się promem bezpośrednio z Polski. Od jakiegoś czasu nie kursują rejsy z Kołobrzegu do Nexo. My wybraliśmy prom Unityline ze Świnoujścia do Ystad (rejs nocny) i dalej Bornholmslinjen z Ystad do Ronne. Był to mój pierwszy raz na tak pełnym morzu. Sam prom zrobił na mnie duże wrażenie. Co prawda właściwie wtargnęliśmy na niego na rowerach, z biletami w kieszeni i wielką ciekawością. Przed wyznaczonym czasem dla innych pojazdów. Ominęła nas więc kolejka w chmurze samochodowych spalin. Nikt nas nie zatrzymywał, nie karcił, przygoda, aż miło. Doskonale przystojna obsługa pokierowała nas w stronę labiryntu wąziutkich korytarzy, a tam bez problemu znaleźliśmy naszą kajutę. Prom oferuje bary, restaurację, sklep, dyskotekę, maszyny do gier, sale głośniejsze i bardziej ciche, fotele samolotowe dla tych, którzy nie wykupili miejsca do spania. Wszędzie można spotkać osoby mówiące po polsku lub angielsku. Pozostałych języków zazwyczaj nie muszę sprawdzać:) Po zapoznaniu się ze wszelkimi dostępnym zakamarkami na pokładzie - no tak już mam - zajęliśmy zarezerwowaną kajutę dla czterech osób. Wrażenia bardzo specyficzne. Nie zdaliśmy sobie wtedy sprawy, że nawiew w naszym pokoiku nie działa poprawnie. Było duszno i bardzo ciepło. I bujało. Moi współprzyjaciele dali radę. Ja przez pół nocy liczyłam płytki w mini łazience i próbowałam wszystkich możliwych pozycji, by zasnąć na siedząco. Jak w filmach, gdy śpisz obok chrapiącej ciotki, więc ewakuujesz się do wanny, bo w filmach zawsze mają wannę i wygląda to dużo bardziej romantycznie. Moja potencjalna choroba morska nie ujawniła się, jednak w obawie przed nią wolałam pozostać w pionie. Siedząc w narożniku prysznica, na zamkniętym kibelku, bokiem, na wprost... Cóż. W końcu dopłynęliśmy do brzegu. Na podróż powrotną zaopatrzyłam się w odpowiednie leki. 



Ystad. Wdech. Wydech. Temperatura powietrza 6 stopni. Słonecznie. Mój układ pokarmowy niezdecydowany. Liczba przespanych godzin: 3. Ale właśnie to świeże powietrze - i stały ląd - były doskonałym powodem, żeby mieć dobry humor. Och, zapomniałabym o kawie...

Do Szwecji dopłynęliśmy o 6:15. Prom na Bornholm odpływał o 8:30, mieliśmy więc dwie godziny na śniadanie. Już wcześniej wyszukałam miejsca, które byłoby czynne tak wcześnie w sobotę i serwowało poranny posiłek tak, jak lubię. Katjas Cafe & Bistro oddalone od portu o 10 minut drogi na rowerze. Wystarczyło zbliżyć się do owianego promieniami słońca budynku, a już wiedziałam, że dobrze wybraliśmy...






Katjas Cafe & Bistro to nie tylko miejsce idealne na śniadanie, kawę i ciacho. To również piekarnia! Kocham piekarnie... Zapach świeżo wypieczonego chleba spoufalony z aromatem świeżo zmielonej kawy... do tego serwowane w formie bufetu śniadanie i te promienie słońca wpadające przez wielkie okna. Czego chcieć więcej? Obsługująca nas dziewczyna pochodziła z Chorwacji, zwykle bez trudu nawiązuję kontakt z nowymi osobami zagranicą, tak też było i w tym przypadku. Często mam wrażenie, że między obcokrajowcami zagranicą nawiązuje się pewna sympatyczna więź, magiczne porozumienie przełamujące niepewność siebie. Jeden uśmiech, dwa przejęzyczenia i już się lubimy:) Aż nie chciało nam się stamtąd wychodzić. 

Ale Bornholm wzywał. Przejechaliśmy brukowanymi i niemal pustymi uliczkami Ystad prosto do bramek w porcie. I znowu przydał się mój angielski, gdy trzeba było zadzwonić po pomoc, bo polecenia przy bramce wyświetlały się po szwedzku. Chyba:) A za nami kolejka aut. Wszystko poszło gładko i za chwilę mocowaliśmy nasze rowery do stałych elementów na pokładzie dla samochodów. Po ponad godzinie rejsu dotarliśmy na wyspę Bornholm.











Bornholm nie jest dużą wyspą. Można ją objechać samochodem wokół, wzdłuż i wszerz w ciągu jednego dnia. Ale po co? O wiele przyjemniej jest wolniej, dłużej i na rowerze. Ale wówczas najlepiej z mapą hipsometryczną:) Google bezwstydnie opisuje miejscowe ścieżki rowerowe, jako "przeważnie płaskie". Hasło to pozostanie już ze mną na zawsze. Jak i coraz wyraźniejsze - DZISIAJ - pragnienie powrotu na Bornholm z rowerem elektrycznym. Bo widoki zapierały dech w piersiach. Warto tam wrócić, z całą pewnością. Ale różnice poziomów, górki, podjazdy, podejścia (!) okazały się dla mnie niemal zabójcze. Płakałam miejscami, wypatrując przez łzy towarzyszy podróży, którzy czekali tam wyżej, rozkoszując się panoramą wsi, łąk i wybrzeża. Ja walczyłam o życie i każdy oddech. Pretensje mogę mieć tylko do siebie, nie przygotowałam ani siebie, ani swojej kondycji na trzy dni rowerowego wysiłku. Cóż. Do Google również mam pretensje, bo przeważnie płasko nie było nawet na hotelowym parkingu...
No ok. Troszkę ubarwiam. Ale było ciężko. Na szczęście krajobraz i klimat wyspy jest czarowny. Pora zwiedzania - weekend majowy - oznacza chłód, wiatr, słońce, pustki, swobodę, ciszę, odpoczynek, czary. Bornholm jest cudowny. I naprawdę piękny. Przeważnie płaski:)








Rowerowe zwiedzanie Bornholmu zaplanowaliśmy na trzy dni długiego majowego weekendu 2023, wybierając szlaki rowerowe znajdujące się jak najbliżej wybrzeża. Zgodnie z ruchem wskazówek zegara, czyli od Ronne na północ i dalej pętlą wokół całej wyspy. Pierwszy dzień zakładał ok. 30 km i najbardziej pagórkowaty teren. Rowerowa ścieżka od razu nas zachwyciła, sprawdzałam ją wcześniej w google maps, zapowiadała się pięknie, z jednym, czy dwoma podjazdami, pomyślałam wtedy, że najwyżej podejdę, spoko, dam radę. Generalnie trasy dla rowerzystów oznaczone i przygotowane są doskonale, asfalt, las, droga zupełnie przy brzegu morza, ale i przez wioseczki, wśród uroczych kolorowych domków z oknami bez firan (och!), racząc moją wyobraźnię jasnymi abażurami lamp ustawionych na niemal każdym z wewnętrznych parapetów. W każdym z domów. W niektórych w oczy rzucały się też wysokie palące się świece, nagie lub ubrane w szklane proste lampiony...
Takie obrazy zawsze chwytają mnie za serce. Głaszczą je. Z perspektywy czasu - spisuję moje bornholmskie wspomnienia niemal pół roku po tej wyprawie - rozumiem, że było to najprawdziwszy efekt duńskiego hygge. Błogość, spokój, radość i poczucie szczęścia. Po powrocie z wyspy trafiłam na fragment książki Wikinga Meil pt. "Hygge. Klucz do szczęścia.", a w nim jak nierozłącznie jest ono związane z klimatem światła. Świetnie wyjaśnił wiele z trapiących mnie pytań o zwyczaje mieszkańców Bornholmu. Zresztą nie tylko Bornholmu, a całej Danii. Najchętniej przytoczyłabym go tu w całości! Napiszę chociaż w skrócie.
Podobno wg Duńczyków hygge, czyli szczęśliwość, nie uda się bez świec. To właśnie świece, żywe światło, ogień to dla nich radość i przyjemność. Istnieją dane, wg których w Danii zużywa się najwięcej świec na mieszkańca w Europie. Wg innych danych połowa Duńczyków jesienią i zimą pali świece codziennie. Oświetlenie nie ogranicza się jednak tylko do świec. Najważniejszy jest klimat, jaki to światło nadaje, a więc i miejsce jego ustawienia. A jakie jest idealne miejsce w domu pełne światła i ze światłem związane? Szeroki parapet! Okno na świat. Połączenie światła dziennego - przynajmniej w te letnie miesiące - z punktowym, subtelnym, klimatycznym, płynącym ze świec i kremowych tkaninowych abażurów. Nie chodzi bowiem o sztuczną jasność bijącą spod sufitu. O nie! Chodzi o hygge - błogość, domowość, przyjemność.



Wracając na rowerowy szlag, przepraszam, szlak... Minęliśmy urocze Hasle z rzędami równiutkich szeregowców z równiutkimi daszkami (zdjęcia wyżej), zjechaliśmy stromo w dół nad samo wybrzeże, podziwiając barwne elewacje niewielkich domów i małe przydomowe wędzarnie. A potem zaczęły się schody. Dosłownie. Matko. Nie dość, że nie byłam w stanie podjechać, nie dość, że nie byłam w stanie podprowadzić rowera... zadyszka na sam widok. Właściwie aż strach było spoglądać przed siebie, bo "przed siebie" oznaczało zadarcie brody wyżej, niż by się chciało... Bartek wrócił po mnie, znaczy mój rower, ja ledwo wtargałam pod górkę samą siebie:) W planach był mały skok w bok do słynnej na Bornholmie Jons Kapel, ale z przyczyn techniczno-oddechowych odpuściliśmy ten punkt programu. Tego najbardziej stromego fragmentu nie widać wyraźnie na Google Maps, można wyczytać niepokojącą różnicę wysokości z przebiegu samej trasy, ale trudno oszacować swoje faktyczne siły na zamiary, patrząc na ekran komputera. Wiara we własne możliwości była (przed tym ekranem) silniejsza. Weryfikacja na żywo okazała się nader miażdżącym przeżyciem. Nader. Postanowiliśmy zrobić sobie dłuższą przerwę. Nie mieliśmy ani sił, ani ochoty dotrzeć do miejsca naszego noclegu w okolicach Allinge, mimo, że w linii prostej pozostało nam jedynie 8 kilometrów. Nawigacja pokazywała jednak, że nie będzie to ani linia prosta, ani przeważnie płaska, czyli jakaś godzina jazdy/prowadzenia rowera/powolnego umierania. Mieliśmy ochotę po prostu usiąść na krzesłach i jeść. 
Wycieńczeni, głodni, z poziomem glukozy poniżej jakiejkolwiek, z potem na karkach i mrowieniem w przedramionach, w strojach "obojętnie mi już jak wyglądam" sportowych trafiliśmy do jedynej w okolicy restauracji. Restauracja Le Port usytuowana przy samej ulicy, na pierwszy rzut oka nie zdradzała, co zastaniemy po przekroczeniu jej progu. Było nam to szczerze obojętne, choć wstępne przypuszczenia miały potwierdzić się w pełni. Przepiękny szeroki taras z widokiem na pełne morze, wykrochmalone białe obrusy, wykrochmalony kelner, odwrócone lampki i kieliszki do wody i wina, i to zdziwione spojrzenie Pani Manager tudzież Właścicielki... Jakby wokół było mnóstwo barów szybkiej obsługi i podrzędnych knajpek, a oni (my) musieli trafić w tych strojach akurat do Le Port! W dodatku to nie Duńczycy... I w dodatku nie mieli rezerwacji!  Szybki rekonesans i już wiedzieliśmy, że to miejsce adresowane bardziej dla degustujących smaki i życie, niż dla zabłąkanych rowerzystów z pustymi żołądkami. Na szczęście nie mieliśmy wyjścia. Pozostaliśmy i degustowaliśmy. Na szczęście. Słońce patrzyło mi niemal prosto w oczy, ogrzewając i tak już ogorzałą od wiatru twarz, upewniając mnie i nas, że ponownie trafiliśmy w to dobre tu i teraz. Zjedliśmy pięknie podany posiłek, barwnie przystrojone mini porcje tatara, sałatek, dwa rodzaje zupełnie nam nieznanych rodzajów duńskiego pieczywa, oszałamiające ceny. Wszystko to pozwoliło nam odprężyć się, degustować życie i smaki, wzajemne towarzystwo i ochotę na więcej. Pomimo udręczonych ciał i mięśni. Ta jedyna restauracja w okolicy, okazała się pozostać dla nas przemiłym wspomnieniem.
Niestety jeszcze przed złożeniem zamówienia padła mi komórka. Zdjęć brak. :)

Po przedarciu się przez resztki własnych słabości dotarliśmy do Hotelu Friheden. Leżący bardzo blisko brzegu morza, w stylu z lekka amerykańskim, z wejściami do pokoi prosto z zewnątrz. Nie skusił nas ani basen, ani potencjalny wieczorny głód. Biel pościeli otuliła nas skutecznie na godzinkę lub dwie. Ale nie bylibyśmy Anią i Bartkiem, gdybyśmy nie zwiedzili okolicy... Spacer po plaży i powrót opustoszałą uliczką Tejn był pełen przeróżnych niespodzianek:)





Po Bornholmie, jako wyspie wędzarni, gdzie główną gałęzią gospodarki i i głównym zajęciem stałych mieszkańców jest rybołówstwo, spodziewałam się mnóstwa przybrzeżnych barów, ciągnących się wzdłuż portów i wiosek, wypełnionych zmęczonymi rybakami, językiem duńskim i brzękiem szklanych kufli. A tu cisza. Ani jednej żywej duszy. Pusto. Nie chciało mi się wierzyć. Szukaliśmy w głowach racjonalnego wytłumaczenia. Fakt, Bartek już wcześniej zwrócił uwagę na brak szkół, nie widzieliśmy po drodze chyba żadnej. Czyli nie ma dzieci. Czyli nie ma stałych mieszkańców w wieku odpowiednio młodym. Czyli to wyspa typowo turystyczna? Nie udało nam się nawet wypić kawy, nic, żadnych szans na miły pierwszy wieczór w lokalnej knajpce i wśród miejscowych...
I wtedy zobaczyliśmy człowieka! Człowieka wychodzącego z  małego budynku-domku z dwoma pudełkami pizzy! Nadzieja jednak umiera ostatnia. Nie dość, że było otwarte, mieli kawę i klientów! I jak pachniało! Okazało się co prawda, że ekspres już umyty i lokal jest już zamknięty. Kilka osób czekało na odbiór wcześniej zamówionej pizzy. Ale - możemy dostać za darmo kardamonowe i cynamonowe bułeczki! Niepewni tego, czy dobrze zrozumieliśmy, odmówiliśmy. Na to przemiły Chłopak za Ladą wspomniał, że i tak będzie musiał je wyrzucić. Ostatnie sztuki rozdają za darmo... 

Wracaliśmy do hotelowego pokoju pełni radości i z lukrowym kardamonem na ustach. Z drożdżówkami w papierowych torebkach. Co za przygoda! Prawdziwe duńskie przepyszne wypieki, których nie sposób było sobie odmówić, okazały się cudownych zakończeniem dnia na wyspie. Nagle dostrzegliśmy też ludzi siedzących w swoich domkach za oknami bez firan. Jakby biesiadowali z przyjaciółmi, przy stołach i zapalonych świecach i lampach z kremowymi tkaninowymi abażurami. Duńskie hygge zaskoczyło nas przemile o złotej godzinie, tuż przed zachodem słońca, o czym pisze Wiking Meik w swojej książce. Najcieplejszy odcień żywego światła w towarzystwie świec i bliskich. Radość. Błogość. Klucz do szczęścia. 

ciąg dalszy nastąpił…