czwartek, 22 lutego 2018

w obłokach, bujać





słuchajcie


dzieci u babci
mąż otworzył wino
to różowe, czyli tylko dla mnie
oglądam la la land, z napisami
angielski amerykański, który kocham
kocham!


LA, byłam, porażka!
wszystko tam dziwi, i nic nie dziwi
miasto pod tytułem WTF?? ?
co i tak nie przeszkadza wspominać go z sentymentem

fortepian...muzyka...film
może to ta lampka wina, druga
czytam, że be living in la la land to znaczy bujać w obłokach
jak to miło tak przypadkiem nauczyć się czegoś nowego
tak mi to pasuje teraz, w ten wieczór


piszę od rzeczy, bez składu a ład tylko mi znany
nieważne
piszę
a przy okazji przypominam sobie, patrząc na ten film amerykański
mój własny american dream
taki mój, odważnie wyśniony, zamarzony, odległy, bezpiecznie odległy
kiedyś myślałam
że uda się, wrócić, podróżować, ruszyć przed siebie tą drogą z żółtą przerywaną linią
uda się marzyć o niemożliwym, nierealnym
i to nierealne chwycić, zdobyć, z łatwością dwudziestoparoletniej singielki...
nie od razu
nie od razu
zdobyłam już to, co było w zasięgu
co było mi dane, co dane mi było zdobyć, zobaczyć




i znów ten fortepian
miłość niepojęta moja
zawsze mnie znajdzie, choćby dźwięki dwa zaledwie, ale mnie ma
fortepian właśnie
pasja
nawet, gdy innych, przypomina mi o czym marzę i za czym naprawdę tęsknię




dziś jestem odważna
po tylu markotnych dniach, tygodniach, miesiącach
przed jutrem jestem odważna
może to ta lampka wina, druga
bujam w obłokach
jak dobrze znowu mieć wrażenie, że wszystko jest jeszcze możliwe
choćby tylko rzez ten wieczór długi
bo... możliwe jest, prawda?


why not






kończę, bo w telewizji zmiana na Tarantino...
:)

czwartek, 1 lutego 2018

góra





Jakie to wszystko smutne.
Zamiast zamknąć się w sobie, zamyślić, współodczuć i współczuć.
Marnujemy tyle słów, bo niby wiemy lepiej.
Od tych paru dni... nie próbuję sobie wyobrazić tego zimna - bo nigdy takiego nie zaznałam.
Nie próbuję sobie wyobrazić, co może myśleć i czuć himalaista.
Nie próbuję za bardzo wyobrazić sobie, co czuje rodzina, żona, mąż, dzieci himalaisty.
Z oczywistych powodów.
Tym bardziej nie mi oceniać, czy powinni, czy nie.
Nie jest to łatwe, bo i za mną przeróżne emocje i odruch bliski jednak ocenianiu.
Ale po małych tylko dawkach całego medialnego zamieszania wokół Nanga Parbat - wzbraniam się jak mogę przed czytaniem komentarzy na portalach internetowych - staram się zwyczajnie zamknąć. Staram się samą siebie nauczyć, że nie o to chodzi, żeby zawsze mieć zdanie lub opinię.
I - jak dobrze jest nie szukać w sobie tej opinii za wszelką cenę.


Staram się nauczyć szacunku. Do drugiego człowieka. I do życia.
Pomilczeć i przemyśleć po cichu temat, zanim w ogóle otworzę się na komentowanie wśród najbliższych, bo i tak nigdy na forum publicznym.


Wiem, że teraz również komentuję i gdzieś tam między wierszami pojawia się ocena innych komentujących.


Myślę sobie tylko... skoro są na świecie ludzie gotowi zaryzykować własne zdrowie i życie, żeby osiągnąć dosłownie szczyt... czy ja nie mogłabym wysilić się w choć niewielkim procencie, nie narażając nikogo i niczego, żeby osiągnąć więcej, pójść bardziej - lub wręcz w ogóle - w kierunku własnej pasji? Odszukania jej, przydreptania bliżej, chwycenia za rękę?
Czy nie mogłabym tej mojej brody, wtulonej w bezpieczny kołnierz, czy koc, podnieść wyżej?
Wyżej? Do góry?





poniedziałek, 22 stycznia 2018

zimno





Czytam i czytam ten mój poprzedni post, o dobrych postanowieniach na nową drogę mego czterdziestoletniego życia. O tym, że nic nie muszę, a wręcz - wszystko mogę. Czytam i wierzyć mi się nie chce, że to ja go napisałam. I całkiem ładnie i zgrabnie w to wszystko wierzyłam!
A od kilku dni rozmazuje mi się ta pewność siebie proporcjonalnie do spadku hemoglobiny i żelaza w mojej krwi, co czarno na białym potwierdziło się w wynikach badań. Wyniki zawsze miałam kiepskie, ale zaczynam przesadzać. Wygląda na to, że ja w ogóle nie przyswajam żelaza. Stąd moje notoryczne osłabienie, zmęczenie, niechęć do aktywności, do czegokolwiek! - bo ciągle mi zimno. Zimno mi, gdy stoję pod prysznicem, z którego leci gorąca woda. I gdy mam wyjąć spod kocyka ledwo dwie dłonie, żeby nastawić wodę na herbatę. W połowie czuję się więc usprawiedliwiona. Moje tuptanie w miejscu nie wynika więc tylko z tego, że jestem niezorganizowana, że mi się z lenistwa zwyczajnie nie chce. Ja nie mam skąd tej fizycznej siły wziąć. Choć koło się zamyka. Poranna mobilizacja wyciska ze mnie całą energię, popołudnie przecieka przez palce, bo myśli już wtedy krążą wokół najmniejszej choć możliwości przymknięcia powiek. Snuję się po domu robiąc to, co absolutnie konieczne, co zawęża całą mnie do zaspokajania podstawowych potrzeb. Pranie, zadania domowe, obiad na jutro. Zakupy, śniadaniówki, mycie zębów. Wieczór się skraca, bo choć robię niewiele, to w dziwnie zwolnionym tempie. Zasypiam późno, z wizją niedogonienia kolejnego poranka. Potem dejavu i dzień świstaka w jednym. Perspektyw nie knuję, o witaminach zapominam, siebie nie zdążam.




Na ten świat mroźny i biały wczoraj patrzyłam. Zza okien, które drżały pod moimi palcami.
Z ciepłego wnętrza domu, który pachniał obiadem, a potem kawą, zanim prąd wyłączyli.
A może to drżały moje palce?
Jak mi tego ciepła teraz ciągle mało. Domu mi mało i czasu na zaglądnięcie w każdy jego kąt. Mam wrażenie, że w niektórych nie byłam już bardzo dawno. I wcale nie o wieczne i ciągłe sprzątanie chodzi, ale o bycie. Zwyczajne bycie i życie wolnym krokiem. A ja jakoś żyć nie mam kiedy...
Najchętniej zatrzymałabym czas i zwolniła oddech.
Kiedy to się uda? Jak to zrobić? Jeden dzień popychany przez kolejny, a noc... noc w noc z wyrzutem w oczach na mnie czeka, bo za mało jej czasu poświęcam. Mam wrażenie, że pędzę na złamanie karku, a z drugiej strony, że właściwie nie mam czasu na życie właśnie!

Wcale tego pędu nie chcę.
Ale przynajmniej mamy trochę zimy. Każe zwolnić jeszcze przed zakrętem. Pozwala pogapić się i dać oczarować. Pozwala na moment zatrzymać się i zatrzymać czas.




hmm...
Przeczytam jeszcze raz ten mój poprzedni post. O tym, że nic nie muszę, przyswajam.
O tym, że wszystko mogę, zacznę przyswajać od rana.
Teraz... idę spać...






sobota, 6 stycznia 2018

40




Czwartego grudnia skończyłam czterdzieści lat.
Brzmi dziwnie. Dojrzale jakoś. Dorosło. Poważnie i... ciotecznie :) haha!


Cały ten około urodzinowy czas był wyjątkowy, z niespodziankami, mnóstwem prezentów, z małą podróżą i radościami, które wspominać będę jeszcze długo. Mąż porwał mnie do Fabryki Wełny, pabianickiego hotelu przy ulicy Grobelna 4 (moje nazwisko), a tam na kolację do Przędzalni, gdzie szefem kuchni był pan Bober (moje panieńskie nazwisko). Ta noc była nam przeznaczona:) Nie obyło się co prawda bez perypetii, ale to długa historia:) Na całkiem osobny post...








Dostałam bidon z moim imieniem i napisem Szprycha:) Dostałam piosenkę i całe mnóstwo cudownej muzyki:) I laurki od dzieci. I ręcznie robioną, specjalnie dla mnie, ogromną świecę z wrzosami. Dostałam czas i mnóstwo dowodów pamięci, i jeszcze kilka zachęt i znaków, które jednoznacznie nakazują mi nie poprzestawać. Mam znowu i nadal marzyć, próbować, nie bać się i nie odpuszczać.





Od dawna o tym wiedziałam - że po trzydzieści dziewięć zawsze pojawia się czterdziestka.
Ale dopiero od miesiąca, może dwóch, patrzę na siebie w lustrze tak trochę bardziej podejrzliwie.
Przekonuję samą siebie, że to jakieś bzdury z tym całym hałasem... że niby życie zaczyna się po czterdziestce, że oczywisty jest kryzys wieku... hmmm.... średniego... że człowiek zmienia się co dziesięć lat - lub, że tej zmiany potrzebuje.
Machałam ręką, rozbawiona... to tylko liczby...

Ale chyba jednak coś w tym jest.

Przez ostatnie tygodnie starałam się mniej mówić, a więcej obserwować, słuchać. Być bardziej uważną. Raz udawało mi się lepiej, raz gorzej. I wtedy usłyszałam wyraźnie, że tak naprawdę...
 nic nie muszę...
Oczywiście nie interpretuję tego, jako pozwolenia na całkowite lenistwo i lekkomyślność. Raczej jako możliwość - decydowania i rezygnowania. Ale też i akceptowania. Nie muszę godzić się na wszystko. I z pewnością nie muszę godzić się na to, co mnie uwiera, a na co nadal mam wpływ. Nie muszę płynąć z otaczającymi mnie trendami, jeśli nie czuję się z nimi dobrze. Nie muszę uzależniać własnego samopoczucia od opinii innych. Jestem już na tyle duża, że zdążyłam wyrobić sobie własne zdanie na ważne dla mnie tematy i z czystym sumieniem mogę się go trzymać. A przede wszystkim polubiłam siebie. I dobrze mi z tym. Zbudowana jestem z przeróżnych doświadczeń - związanych z najbliższymi, z dziećmi, pracą, przyjaciółmi oraz tymi, których zwyczajnie i tylko akceptuję. I to one właśnie dały mi umiejętność ulegania, gdy w danej chwili właśnie uległości potrzebuję. Lub buntowania się i odmowy, gdy mój pierwszy odruch właśnie na to wskazuje.


Co jeszcze usłyszałam? Po raz kolejny, ale jakby pierwszy?
wszystko mogę!
Jeśli naprawdę tego chcę. Z dobrodziejstwem konsekwencji. Bo -  mimo pozornej lekkości tych słów - siedzi w nich ogromna odpowiedzialność. Bo w każdej prawdziwej wolności musi ta odpowiedzialność siedzieć. Otwierasz drzwi, otwierasz książkę, składasz podpis, klikasz lub myślisz wyślij i zgadzasz się na to, co odtąd i potem. Pomimo niepewności i obaw trzymasz się podjętej decyzji. Nawet, jeśli miałaby przynieść coś niespodziewanego. ha! Zwłaszcza, jeśli miałaby przynieść coś niespodziewanego!:) Ale najważniejsze jest w końcu w to uwierzyć.
Mogę.
Mogę.
Zwłaszcza teraz, bo...
nie ma na co czekać
Czasu nie mam coraz więcej. Szkoda go, żeby ciągle odkładać, bo dzieci małe, bo pracy dużo, bo jestem niewyspana, bo pada deszcz. Nie ma na co czekać. I ciągnąć za sobą przyczepki z niezdecydowaniem. Czas być dla siebie dobrym. Skoro wszystko mogę:)






Tak sobie teraz myślę, że ta Szprycha i moje imię obok siebie, to też chyba przeznaczenie...! 😀

niedziela, 24 grudnia 2017

24 grudnia



Przygotowania w toku, muzyka świąteczna rozchodzi się po całym domu, pachnie makiem, serem i wanilią... jest magicznie, już!
Czekamy. Na tę Noc, na Narodzenie Jezusa.
I choć mamy za sobą w tym tygodniu i pogrzeb, mamy też nasze rodzinne narodziny - zostałam ciocią, a mój braciszek nareszcie tatą - radujmy się! :)

Życzenia - z poprzedniego roku. Nadal aktualne. Jak najbardziej.

Życzę i Wam i sobie...

...czas na życie znaleźć
na budowanie, na siebie, na śniadanie na siedząco
na długość spojrzenia świadomego
na ukochanych
patrzeć i widzieć
i patrzeniem tym się delektować
cieszyć najzwyczajniej

z tego, że są
jacy są
jacy by nie byli
żeby potem nie żałować
że się nie powiedziało lub zrobiło
że życia zabrakło 
i czasu 

tak bardzo chcę w te Święta - tak wyczekane i upragnione
czule patrzeć na siebie nawzajem
i te spojrzenia przeciągać, wydłużać, zatrzymywać
nacieszyć się Obecnością
i obecnościami oddychać
świadomie
zupełnie
i Wam tego życzę
- czasu
na kochanie



piątek, 15 grudnia 2017

speak softly love



PONIEDZIAŁEK 20 listopada
Myślałam, że napiszę książkę. Wierzyłam w to, miałam nadzieję, czułam wręcz.



Bzdury jakieś.
Ani czasu ani czytelników. Nawet na blogowe posty nie mam czasu. Nawet ich nikt nie komentuje. Niemal. Więc skąd ta myśl, że ktoś chciałby mnie czytać i w ogóle dałoby się to czytać???
Zazdroszczę. Podziwiam. I w tych chwilach nadzieją się we mnie pojawia. Gdy widzę ludzi, którzy marzeniom nie odpuścili. Którzy zaryzykowali niepewnością ostateczną własnego sukcesu i ujawnili się z tym, co w nich najlepsze. A ja błąkam się, błąkam się nadal i pochwały szukam dla tego, czego jeszcze nie zrobiłam. Zapewnienia szukam... i właśnie pochwały. I potwierdzenia. Kopniaka przy okazji a może i kubła zimnej wody.
Tak, kubeł zimnej wody przydałby się bardzo.
Na zmianę z piękną filiżanką pełną kawy z cynamonem.
Nie ma mnie, bo nie piszę.
Nie piszę, bo mnie nie ma.
Za dużo wrażeń. A przy nich jakaś pustka.
Męczy mnie niedziela. I poniedziałek.
Trudne są poranki i wieczory.
Nie mam ochoty na nie. Na nic nie mam ochoty.

WTOREK 21 listopada
Czasem chciałabym być już starszą panią. Taką mocno starszą. Pełną łagodnej mądrości, której tak mi teraz brak. Z dobrotliwym, lekkim uśmiechem, za którym kryłyby się.... nie... nie krył, ale właśnie zdradzałby całe życie przeróżnych doświadczeń i spotkań. Z oczami, w których niemal można by dostrzec wspomnienie spełnionych i niespełnionych miłości. Z westchnieniem za ludźmi, którym nie dało się szansy i milczeniem o tych, którym tych szans dało się zbyt wiele. Chodzącą powolnym krokiem, bo dokąd miałabym się spieszyć?
Tak. Czasem chciałaby być już starszą panią. Przysiąść gdzieś z boku, na ławce na ganku, i delektować się tym, że nigdzie nie muszę się już spieszyć.

ŚRODA 22 listopada
Deszcz pada. Ale nie tak zwyczajnie. Niebo nagle spochmurniało, zalało mój widok całą masą odcieni granatu, średniej szarości i gniewu. Deszcz srebrzy się teraz na tle tej złości i pada wyraźnie, jakby mówił nie chciałem... Wydaje się lekki i drobny, choć słyszę, że jest całkiem inaczej.
Taką samą pochmurność mam dziś w sobie. I taki sam, niezwyczajny deszcz. Drobinki świecące w moich oczach, w myślach, ale nie, nie, nie mokre. To moje dobre strony błyszczą, na przekór. Nie dają za wygraną. Nawet, gdy zniecierpliwiona jestem i z pozoru nieustępliwa, to przecież nie cała ja taka. Drobinki dobrej mnie nie dają za wygraną. Zaraz wyjdę na ten deszcz zmoknąć, przesiąknę optymizmem i zawiozę go do domu.


CZWARTEK 23 listopada
Jadę i wzruszam się. Chwilą, muzyką. Kolejny raz mijam te same pola, pokonuję te same zakręty. Ale dziś poranek jest magiczny. Oglądałam wczoraj "Wiek Adeline" z cudowną  ścieżką dźwiękową. Znam ten film od dawna, ale dopiero teraz muzyka tak mocno do mnie dotarła... Słucham i... czuję magię... Dzwoneczki, cymbałki, rozmarzenie... Znajduję się nagle w innym czasie, w świeżej przestrzeni... to będzie dobry dzień... To nic, że pracy dużo, poradzę sobie, zacisnę zęby i odhaczę z listy zadań po kolei punkt za punktem. Nie dam się wyprowadzić z równowagi, nie warto... Szkoda emocji i nerwów... Nie mam wpływu na wiele spraw, więc nie mogę dopuszczać ich zbyt blisko do siebie. A dramaty i burze zamknę w biurowej szufladzie. Co dzień powtarzam sobie, że to jeszcze nie koniec świata, i że w sumie niejeden potencjalny mam za sobą.
Więc wpadam w nieczas i świeżą przestrzeń. Z uśmiechem lekkim, rozmarzeniem ulotnym mijam znajome pola i zakręty, jakie piękne dziś... jakby specjalnie dla mnie świtem zaróżowione...


Tylko to gardło boli. Wszystko mnie boli. I zimno mi okrutnie...



PIĄTEK 24 listopada
Z ośmiu godzin w pracy pamiętam niewiele. Powinnam była zostać w domu. Ale kto zrobiłby za mnie to wszystko...??? MUSIAŁAM iść do pracy.
A stamtąd prosto do przychodni.
Długo wpatrywałam się w zielony druczek. Cienki papier, blade literki, dziwne uczucie.
Co ja teraz zrobię? Jak to jest?
To chyba pierwszy prawdziwy raz. Nie licząc tych, kiedy byłam ciąży.
A teraz przecież nie jestem.
Moje nazwisko na zwolnieniu lekarskim.
Najpierw poczułam ogromną ulgę, bo prawdę mówiąc miałam wrażenie, że usiądę i zabraknie mi sił, żeby wstać... chciało mi się płakać, paść w czyjeś ramiona i zasnąć na całą dobę...
Bolało mnie wszystko. Bolały mnie powieki, gdy je otwierałam. Bolały, gdy zamykałam. Czułam całe ciało, mięśnie, skórę. Zbyt dotkliwie...
.. mała panika... przecież ja MUSZĘ być w pracy, nie ma opcji...
A potem zasnęłam na dwa dni.


SOBOTA 25 listopada
Jestem chora... ból ustępuje, gdy wezmę antybiotyk i wtedy w mojej głowie pojawia się mnóstwo pomysłów i planów, co ja mogę przez te parę dni zrobić! Ale potem wraca a ja wpatruję się w zegar, czekając na kolejną dawkę i zasypiam. Leżę, snuję się po domu i zasypiam znowu.
Wieczorem dostaję od Bartka piosenkę w prezencie. Speak softly love. Sadza mnie na sofie, wyłącza większość świateł, robi się przytulnie i nastrojowo. Ja płaczę, bo muzyka dociera zwyczajnie do mojego serca. Widzę ją i mogę niemal dotknąć. I to od niego. Dla mnie. Dźwięk fortepianu, oddech wokalu, smyczki i nostalgia.
Miłość...


Puszcza we mnie wszystko. Już nic nie muszę...


NIEDZIELA 26 listopada
Jak to słońce dzisiaj jasno świeci! Pogodnie i radośnie. Przecież na Święta czekamy!
Na Jezusa - jak nam ksiądz co tydzień łagodnie przypomina. Na Niego czekamy i dla Niego miejsce mamy zrobić. Za Jego miłością gonić i tę miłość w innych widzieć. A my a tym wszystkim innym pędzimy... Sama robię listę pod tytułem kupić, zrobić, załatwić... A o najważniejszym tak szybko się zapomina, gubi się właściwy i prawdziwy sens Adwentu i oczekiwania. Lubię tego naszego księdza, niewidzialną ręką poklepuje nas po ramieniu i tłumaczy, że nasze troski, kłopoty, zagubienia, nasze całe życie - jeśli brane po ludzku - jest trudne do udźwignięcia, że samotnie to my nie damy rady. Z Nim patrzy się na to wszystko inaczej, lżej się robi i sił jakby więcej.
Wiara, Nadzieja i Miłość.
A przede mną cały tydzień bycia mamą w domu. Lżej się robi i sił jakby więcej.
I widzi się więcej... że katalpa tak urosła w tym roku, że sikorki w końcu się pojawiły na naszym ganku! I tą książkę Toma Hanksa przeczytam, a potem Piekarczyka.
Pokiwam dzieciom i Bartkowi z okna rano. Otworzę drzwi, gdy wrócą ze szkoły i przedszkola. A oni mi się w ramiona rzucą zdziwieni, ale radośni.
Może coś napiszę? Wypiję kawę z cynamonem. I posiedzę ze spokojem, bo nigdzie nie będę musiała się spieszyć. Uśmiechać się będę więcej, a maile i z domu mogę pisać. Tylko te konieczne. Reszta MUSI zaczekać.
A wieczorami posłuchamy razem muzyki. Z moją Miłością na każdy czas...


Będziemy czekać na każde Boże Narodzenie. Ważne, że razem. Po ludzku. Ale nie sami.

niedziela, 10 grudnia 2017

ON / OFF

ON

Obudziłam się dziś o szóstej. Dokładnie.
Budzik łagodnie wyciągnął mnie z głębokiego snu, rekompensując moje własne zaskoczenie melodią z piosenki Jessie Ware "Say you love me...". Z dodatkowych drzemek w telefonie zrezygnowałam już jakiś czas temu, pokornie i za radą mądrych blogerek i wielu przeczytanych wcześniej artykułów z kolorowych magazynów dla kobiet. Od razu poczułam się lepiej, po prostu przestawiłam się na tryb on dzwoni - ja wstaję. Działa!
Telefon zaniosłam do pokoju Marysi i położyłam przy jej łóżku, nastawiony na 6:40, z tą samą pobudką, bo to ostatnio jej ulubiona piosenka, wstała więc potem pogodna i spokojna.
Jakiś jasny mi się ten dzisiejszy poranek wydał. Za oknem nadal było przecież ciemno, ale udało mi się uchwycić pierwsze odcienie świtu tuż nad horyzontem, głęboko różowe, ale przypudrowane mgłą...

Lubię tak rano wstać pierwsza, podnieść rolety, zaprosić dzień, włączyć ekspres do kawy, poczuć aromat mielonych ziaren i... wolno oddychać. Co prawda nie piję kawy na czczo, parzy się dla Bartka, do śniadania, ale mi wystarczy już sam jej aromat, kąciki ust podnoszą się do góry odruchowo z zadowolenia.

Odgarnęłam dzieciom kosmyki z czoła, przykryłam wystające nóżki i szepnęłam do uszek najcieplejsze matczyne wyznania. Może mnie słyszały, może nie... ale wierzę, że moje ciepło i miłość ogromna została z nimi przez cały dzień.
Bartek stał już, jak co rano, przy kuchennym oknie, zaspany, wypatrując plusów dodatnich tak wczesnej pory. Codziennie ich w tym oknie wypatruje i mam wrażenie, że jak dotąd żaden widok ich do nich nie przekonał.
Zalałam mlekiem cztery miseczki domowej granoli z orzechami, Jankowi dosypałam jeszcze garść suszonej żurawiny i rodzynek. Marysi płatki migdałów. Do tego zroszone mrozem borówki i maliny, kawałki gorzkiej czekolady i plasterki banana. Pycha. Samo zdrowie i energia. A ja jaka szczęśliwa!
Od niedawna zjadam śniadanie w domu, na własnym - czwartym - drewnianym zydlu. Czwartym, bo przez parę lat przy naszym kuchennym śniadaniowym stole stały tylko trzy krzesła. Nie udawało mi się na moim przysiąść. Więc je odstawiłam. Ciągle w biegu, na stojąco, bo jeszcze śniadaniówki, bo dokończyć makijaż, podać witaminy. Oni siedzieli, ja nie.
Ale i te nawyki udało się pokonać, wprowadzając nowe, lepsze, zdrowsze. Ja sama z rodzinnego domu wyniosłam to, że dzień najlepiej rozpocząć śniadaniem, zjedzonym na siedząco, na ciepło, na spokojnie.
Dzieci jak zwykle poprosiły o dokładkę, ale zapewniłam je, że w swoich śniadaniówkach znajdą same skarby, równie pyszne i zdrowe, więc muszą wytrzymać do pierwszej przerwy i śniadanka w przedszkolu.
Ze stołu szybko zniknęły miseczki i łyżeczki, jak ja lubię zostawiać dom w ładzie!:) Janko zdążył nastawić pralkę na południe, uwielbia to robić i ma to na stałe wpisane w swoje domowe obowiązki.
Uplotłam Marysi piękny francuski warkocz, a Ona nie przerywała swojej opowieści o Wojtku:) Błyszczą się jej oczka, gdy tak zwierza się nieśmiało z klasowych sympatii, jest już taka duża!
Zza okna słyszymy ukochane amerykańskie świąteczne hity, uwielbiam je, pozwalam sobie na tą słabość już od 6 grudnia, czyli od Mikołajek. To Bartek wystawia auta z garażu i włącza głośno muzykę, zachęcając dzieci do szybszego ubrania kurtek i wsiadania do samochodu. Żaluję, że nie ma śniegu, ale wypatruję go co rano z tą samą nadzieją... może to już dziś...?
Macham im na pożegnanie z kuchennego okna. Wybieram biżuterię i wcieram w ręce pachnący wanilią krem. Mam do niego słabość od kilku ładnych lat. Ale dzięki temu wyrobiłam sobie nawyk dbania o dłonie. Jeszcze torebka i - tym razem moja - ukochana muzyka w odtwarzaczu. Idealnie trafiam na otwarte przejazdy kolejowe, jeden, drugi i trzeci. Uśmiecham się do siebie na myśl o tym, jak do niedawna wybiegałam z domu spóźniona, a rzęsy malowałam w drodze do pracy, podczas jazdy, nie patrząc w lusterko. Ach, i zawsze trafiałam na dyrektora, gdy parkowałam pod biurem o 8:02.
Jakie to wszystko inne teraz... jak z filmu...
Wystarczy plan, wystarczy wyprzedzić samego siebie, żeby potem nie musieć samego siebie gonić...



OFF
Obudziłam się dziś o szóstej. Dokładnie. A potem jeszcze o szóstej pięć, dziesięć i piętnaście. Przy każdej kolejnej drzemce czułam, że popełniam ten sam, co zwykle błąd. Kiedyś zastanawiałam się, czy ja wtedy jeszcze śpię, czy już czuwam, czy po prostu walczę z wyrzutami sumienia i niedosytem snu?
Ostatecznie wstałam dwadzieścia pięć po...
Niedobrze...niedobrze!
Podniosłam szybko roletę i zawołałam do Bartka pobudka!!! Nie zdążyłam nawet spojrzeć przez okno, nadal było przecież ciemno, szkoda... wiem, że świt potrafi przybrać czasem zaskakujące odcienie...
Włosy! Miałam umyć wczoraj, ale zrobiło się jakoś tak późno... Wskoczyłam pod prysznic, krzycząc raz po raz i coraz głośniej pobudka!!! wstawać!!! wszyscy!!!
Niedobrze... Znowu się spóźnię... Wstałam pierwsza, ale z domu wyjdę oczywiście ostatnia...
Jedną ręką wklepałam krem i rozświetlacz pod oczy, drugą wymachiwałam suszarką do włosów. W głowie zrobiłam szybki przegląd zawartości lodówki i planowałam, co włożę dzieciom do śniadaniówek. Jabłka były, biały serek też, ale w domu zdążą tylko zjeść płatki czekoladowe... Cierpię, gdy jedzą te płatki, choć wiem, że czasem muszę odpuścić, nie ma szans na przygotowanie w zbyt krótkim czasie czegolowiek innego, co spotkałoby się w tym samym miejscu i o tym samym czasie z przypuszczalnym apetytem Jana i Marysi.
pobudka!!! wstaliście???
Ach, Marysia ciągle w łóżku! Bartek ubrał Janka, choć ten oczywiście buntował się i ciągnął z powrotem w stronę łóżka. Pogoniłam więc Małą powtarzając, jak dejavu, co rano, że ma już osiem lat, że mogła przygotować sobie ciuszki wczoraj wieczorem i kiedy w końcu nauczy się robić wszystko szybciej?
Zadyszka. W ciągu godziny przebiegłam chyba z pięć kilometrów. Błogosławię dzień, w którym zdecydowaliśmy się na dom parterowy. Chciałam dokończyć makijaż, ale w międzyczasie wróciłam do kuchni wyjąć Jankowi miseczkę z mlekiem z mikrofali. I znowu do łazienki, bo brwi wyszły nierówno. Marysia dopytywała, czy mamy TYLKO płatki czekoladowe i ile kwadransów mija od ósmej do trzynastej...
Janek bawił się autkiem, zamiast jeść. Bartek pakował śniadaniówki, a ja powstrzymałam go, bo nie dołożyłam jeszcze wszystkiego, co planowałam... Nie wyobrażam sobie dać dzieciom samej kanapki z serem, kroję więc jabłka, wsypuję orzechy lub suszone banany. Uff...
zęby!!! szybciej....
Bartek wystawił auta, a dzieci zzaczęły zadawać kolejne pytania, te same codziennie: kto nas dzisiaj zawozi? podpisałaś mi mamuś zgodę na wycieczkę? co to znaczy UHT? a KFC? mama... czemu chodzisz w jednym papciu?
Błagam, nie pytajcie mnie o nic rano, wiecie, jak jest rano, prawda? Później porozmawiamy...

Po serii ponagleń, po uczesaniu Marysi zwykłej kitki, zamiast pięknego warkocza, po gorączkowym poszukiwaniu całej pary rękawiczek dla Jasia, po nie znalezieniu całej pary rękawiczek dla Jasia, po tym, jak Bartek musiał wrócić po telefon i zaraz po tym, jak zaczął padać... deszcz... pojechali.
Spojrzałam na kuchnię...
Pranie!
Znowu nie zdążę przed zamknięciem torów.. i przed dyrektorem...
Jeszcze tylko to pranie nastawię i zgarnę okruszki z blatu. Nie zdążyłam zrobić sobie sałatki do pracy, więc znowu biały chleb... Miałam się odchudzać... Zamykam dom...
Przejazd zamknięty. Czyli na piątce będzie mega korek, muszę jechać inną drogą, przez trzy wsie, czyli pięćdziesiąt na godzinę...
Naciskam OFF i radio cichnie. Spokój... tylko spokój i namiastka ciszy może mnie uratować.
A dziś taki trudny dzień w pracy...
Kiedy to się skończy...? Czemu my nie możemy inaczej...




Matko... gdzie jest tusz do rzęs...???




w obłokach, bujać

słuchajcie dzieci u babci mąż otworzył wino to różowe, czyli tylko dla mnie oglądam la la land, z napisami angielski amerykańsk...