niedziela, 14 marca 2021

napisałam


Niektórzy mówią, że gdy się za często tęskni albo wspomina, to jakby się zawracało, że ważniejsze jest, żeby tu i teraz być i tym się uważnie cieszyć. A nie cofać, czy żałować. I zgadzam się z tym. Ale tęsknić lubię. Zwłaszcza zimą i gdy pada śnieg, gdy tak dużo go napada, że aż strach jechać autem po za wąskich nagle drogach, po pasie, który, nie wiadomo, czy jeszcze jest mój, czy już nie... Wtedy właśnie wspominam zimę w Montanie. I siebie stamtąd i co poszło nie tak, choć ostatecznie idealnie.

Pewne rzeczy dzieją się pomału. Dojrzewają sobie stopniowo w głowie i w duszy. I w sercu. Bezgłośnie, choć trudno je w ciszy utrzymać. Wiec piszą się, ołówkiem i na klawiaturze, układają w słowa, a z nich historie...nie udałyby mi się one bez wspomnień...



Jakiś miesiąc temu na blogu Julii Rozumek przeczytałam "Każdy z Was może napisać książkę. Tylko zwyczajnie nie zaczyna tego robić." Przyjemny dreszcz i odruch, żeby się odwrócić, sprawdzić, czy mnie widzi, bo przecież do mnie te słowa. Słyszę je od dawna od mojej Mamy, ale zawsze tłumaczę sobie, że przemawia przez Nią miłość do mnie. Od dawna piszę tego bloga i nieraz otrzymałam cudowne komentarze, zachęty, potwierdzenia. Człowiek jednak ciągle wątpi, oczekuje prostych recept, bezpośrednich, twardych, jednoznacznych. A Julia... prowadzi blog i pisze książki. Mam kilka ukochanych, którymi zaraziłam dzieci i bliskich. Zresztą kto nie zna Julii Rozumek?:) 

Wyciągnęła rękę do takich, jak ja, za długo wątpiących, uciszających swoją ogromną potrzebę pisania i dzielenia się tym pisaniem z innymi - nieśmiałością. Zaprosiła do zabawy, podała jasny scenariusz, mi wystarczyło to zdanie: "pozwól tej książce/opowiadaniu się zaskoczyć"

Moja historia czekała na ten moment, jej drobny zalążek drzemał gdzieś w komputerze, zarysowany w dwóch akapitach. Tamtego wieczora rozbudowałam go do kilku stron. Wysłałam. I poczułam dumę. Nareszcie się odważyłam! Cokolwiek miałoby z tego wyniknąć. Piszących, niezwykłych Osób jest na pewno mnóstwo, ale nie chodziło o wygraną, chodziło o nie bój się, spróbuj.

Dwa tygodnie później otrzymałam mail od Julii. Co to były za słowa! Mój tekst został wyróżniony! Moje imię i nazwisko i roboczy tytuł MOJEJ HISTORII... bezcenne uczucie gdzieś w środku, radość, która rozprostowuje ściśnięte pod swetrem skrzydła. Moje słowa opublikowane i pochwalone! Cały dzień miałam wypieki na twarzy, chciało mi się podskakiwać, gdy szłam firmowym korytarzem. Ale czad!!! 

Julia wyróżniła w sumie trzy teksty i jeszcze kilka Osób, wspaniałe dziewczyny! Możecie je znaleźć tutaj.

Nadal nieśmiało, ale z rozpostartymi skrzydłami - mój rozdział, chyba pierwszy, bo wiem, co wydarzy się dalej...:)


Autobus podjechał osiem minut przed planowanym odjazdem. Biało-niebieski z długim, chudym psem namalowanym na całej długości. Z ciemności zadaszenia wzdłuż budynku Port Authority wyłoniło się kilkanaście osób, każda z walizką lub przewieszoną przez ramię torbą. Podałam kierowcy swój plecak, mamrotał coś pod nosem, nucąc ulubioną melodię. Miałam wrażenie, że lekko się kołysał i dygał niemal jak w niewidzialnym dla innych tańcu. Wyprostował moje zmarszczone od napięcia czoło, niewyspane po dziesięciu godzinach lotu, wprawiając w jednej chwili w zaskakująco dobry nastrój. Niepokój jednak szybko powrócił. Zarysował na nowo pionową zmarszczkę na moim czole i kazał być czujnym. Przemknęłam szybko wąskim wejściem do autobusu i przeciskałam między fotelami w poszukiwaniu wolnego miejsca. Usiadłam w czwartym rzędzie, pod oknem, z wielką nadzieją, że nikt nie usiądzie obok. Obawiałam się tej samotnej podróży od samego początku, od tej zaskakującej informacji, że biuro załatwiło nam zupełnie osobne loty, inne daty! Początkowo nie chciałam się zdecydować, ale byłam już tak zmęczona oczekiwaniem na koniec formalności związanych z wyjazdem do Stanów, że sił na dodatkową batalię po prostu mi zabrakło. Szymon pocieszał mnie, że nie jest to przecież pierwszy lot, wiem, jak poruszać się po lotnisku i że będzie na mnie czekał w Bozeman. Lubiłam wyzwania, nowe miejsca, uwielbiałam być zagranicą, wydeptywać nieznane dotąd ścieżki na swój sposób. Wiedziałam, że sobie poradzę. Nie podobało mi się to, że kolejny raz rozdzielamy się z Szymonem. Kolejny kiepski znak. 

Autobus ruszył punktualnie. Gapiłam się na oświetlone i ciągle żywe ulice Manhattanu, choć było już po północy. Miałam ochotę dotknąć szyby, a przez to niemal i tych budynków z cegły, a przy nich rusztowań, metalowych schodów przeciwpożarowych, ogromnych neonów, chińskich barów, miasta, które nigdy nie śpi. Nowy Jork mnie zachwycił, był dokładnie taki, jak go sobie wyobrażałam, był spełnieniem moich marzeń, tych wielkich, potencjalnie nieosiągalnych. Rok wcześniej spędziłam tu całe 3 dni, przed powrotem do Polski po pierwszym lecie w Montanie. … Tym razem miało mi wystarczyć te pół godziny w autobusie, wśród obcych ludzi, w środku nocy. Z daleka mignęła mi jasna sylwetka Empire State Building, zdziwiłam się, że zdążyliśmy odjechać na tak duży dystans. Po chwili autobus wjechał do tunelu. Zapadłam się na nowo w fotelu i we własnym oszołomieniu. Z niepokojem wyczekiwałam na jego koniec, obawy niestety okazały się słuszne, po wyjeździe z tunelu po Manhattanie nie było już śladu, musieliśmy przejechać na drugą stronę rzeki Hudson i dopiero po kilku minutach jazdy zobaczyłam sylwetki budynków na Manhattanie niknące w oddali, potwierdzające, że to już za mną, że Nowy Jork pooddycha dalej beze mnie. Zanim porządnie ochłonęłam i upewniłam się, że paszport z wizą i pieniądze są nadal na swoim, ukrytym miejscu, a fotel obok jest szczęśliwie pusty, dotarliśmy do Philadelphii, droga była przeważnie nudna, kilkupasmowe międzystanowe autostrady i ciemność. Zasnęłam na jakiś czas, zerkając raz po raz, w półśnie, przez szybę, żeby znowu odpłynąć. W pewnej chwili miałam wrażenie, że słyszę język polski, ale zmęczenie ponownie wygrało ze wszystkimi moimi zmysłami. Bałam się tylko tej pierwszej nocy. Przygoda życia rozpoczynała się późnym wieczorem, strach było zmrużyć oczy, dokumenty, czek i parę dolarów ściskałam mocno przy sobie, ekscytacja wygrywała z oczywistą potrzebą snu. Ten jednak pojawiał się niezależnie od pory dnia, była to dopiero druga doba w Stanach, dzień mieszał się z nocą. Właściwie, według polskiego czasu, było już rano. Nie spałam jednak większą część ostatniej doby. Ocknęłam się na dobre podczas krótkiego postoju około 5. Baterie w discman’ie szybko się wyczerpały, miałam zapas na kolejnych parę godzin słuchania płyt, ale przyjemnie było wtopić się w odgłosy podróży, zwłaszcza, że kolejny raz, z niemałym niedowierzaniem, rozpoznałam w autobusie język polski! No tak, znowu Polacy, jaka radość! Rozejrzałam się ostrożnie, nie chcąc zwrócić na siebie zbytniej uwagi, ale nie napotkałam na twarz inną, niż chłopak w kapturze, milczący Żydzi, pozostali w zasięgu mojego wzroku spali. Poczekałam do najbliższego dłuższego postoju w Pittsburghu, za oknem zrobiło się jasno, w moim brzuchu pusto, ale musiałam koniecznie ustalić, czy nie straciłam zmysłów z tym polskim. 

W Pittsburghu mieliśmy ponad godzinę przerwy, wysiedli wszyscy pasażerowie, kierowca już wcześniej mówił coś o restauracjach, niewiele zrozumiałam, bo jego głos wyrwał mnie ze snu i nie zdążyłam uchwycić szczegółów. Rozejrzałam się uważnie, próbując zgadnąć, kto mógłby być Polakiem, kogo mogłam wcześniej słyszeć. Nie było to trudne, bo wyglądali, jak ja, czyli nie byli ani Żydami, ani Meksykanami, ani Afroamerykanami. Dwóch chłopaków i dziewczyna, w luźnych bluzach i z małym plecakami, stali przez chwilę niepewnie, jeden z nich czytał coś z kartki. Wzięłam głęboki oddech i podeszłam do nich.

– Cześć, mogę się przyłączyć? – Głos musiał mi drżeć, ale tylko przez chwilę.

– O matko! Cześć! No jasne! Jedziesz naszym autobusem? – krzyknął zaskoczony chłopak z kartką.

– Tak, i właśnie wydawało mi się, że słyszę język polski, ale nie chciało mi się w to wierzyć.

– Jesteś sama? – zapytała blondynka, choć miałam wrażenie, że nie byłaby zdziwiona, gdybym to potwierdziła. Wyglądała na pewną siebie, z kucykiem zaczesanym wysoko, na tyle, żeby swobodnie pogodzić go z czapką z daszkiem. Nie była zbyt wysoka, ale i tak zwracała na siebie uwagę. 

– Tak. Jadę sama…

– Żartujesz? – z lekkim niedowierzaniem wpatrywał się teraz we mnie drugi chłopak. – To szacun.

– …no i.. może mogłabym tak… jednak z wami byłoby raźniej… skoro już się znamy… – uśmiechnęłam się najładniej, jak umiałam.

– Jestem Krzysiek – „drugi” wyciągnął do mnie rękę.

– Ania. – Uścisnęliśmy sobie dłonie mocno, przyjaźnie, ciepło.

– Iwona.

– Jacek. Cała przyjemność po naszej stronie – odwzajemnił mój uśmiech najpiękniej, jak potrafił.

– Miło mi, czyli jednak z moim słuchem nie jest tak źle. – Odetchnęłam z ulgą.

– Chodźmy, bo czas leci, mamy niecałą godzinę. Idziemy coś zjeść. Głodna? – Zapytał Jacek. Miał przyjemną urodę i pasowałby na chłopaka blondynki, pomyślałam, zupełnie odruchowo i aż uśmiechnęłam się na tę myśl. Poprawił plecak i ruszył w stronę wysokiego budynku z mnóstwem małych okien. Dopiero teraz zauważyłam logo Starbuck’s na przyklejonym do niego niskim łączniku, a dalej bar z burgerami. 

– Ja zawsze jestem głodna – ulżyło mi jeszcze bardziej, bo głód zaburczał mi w brzuchu niemal boleśnie.

– Jedziemy do Glacier National Park, a ty? – zapytał, cichy dotąd, Krzysiek.

– Do Glacier? – pamiętałam, że to na północy Montany – ja do Bozeman, niedaleko Yellowstone.

– Coś ty? Czyli jesteśmy sobie przeznaczeni! – Jacek ponownie się odwrócił i puścił mi oko.

– Nie słuchaj go, to podrywacz i ściemniacz – Iwona znacząco podniosła brew, przekonana, że mi, dziewczynie, nie musi mówić nic więcej.

Ciekawe, czy Szymon miał tyle samo szczęścia, co ja, pomyślałam. Nie rozmawialiśmy po jego wylocie, napisał tylko maila, że dotarł na miejsce, że zatrzymał się u Kasi i Roberta, i czekają na mnie. 

Burgery okazały się pyszne, trzypiętrowe, podane z frytkami na dużych plastikowych talerzach wyłożonych serwetką z logo baru. Chłopaki zamówili po piwie, zapewniając, że dawka śmiechu, którą nam zaraz zapewnią pozwoli pozbyć się promili w pół godziny. Picie alkoholu w autobusach Greyhound było zabronione. Przy każdym fotelu wciśnięty był długi i szczegółowy regulamin dla pasażerów oraz restrykcje grożące tym, którzy nie będą go przestrzegać. Wróciliśmy grzecznie do autobusu, każdy na swoje miejsce, postanowiliśmy nie robić zamieszania do przesiadki w Chicago. Jacek mrugnął do mnie kolejny raz, przepuszczając dżentelmeńsko przy wejściu do autobusu. Iwona zachichotała, wskakując zaraz za mną. Co za historia! – pomyślałam, gdy zostałam na swoim miejscu sama, sprawdzając ponownie kieszenie i plecak, zdjęłam buty, założyłam świeże skarpetki, ucieszyłam się na kolejny etap mojej podróży, na nowe znajomości, dobry humor, i początek słonecznego dnia w Ameryce. Zmęczenie i niewyspanie, mimo ogromnego podekscytowania, otuliły mnie jednak szczelnie, kolejnych czterysta kilometrów przespałam, obudził mnie miły polski głos tuż przed przesiadką w Chicago. 

– Hello, śpiąca Aniu, wysiadamy! Głodna?

Podróż autobusami Greyhound zajęła mi dokładnie 54 godziny. Cztery przesiadki, dziewięć stanów, niezliczona ilość drzemek, niezliczona ilość twarzy, które wsiadały i wysiadały na kolejnych przystankach. Podejrzliwe spojrzenia, ciekawość zmieszana z nieufnością, którą analizowałam przez pierwszych kilkanaście godzin, a która z biegiem kilometrów znużyła mnie. Może dlatego, że oni pojawiali się w mojej podróży i za chwilę z niej znikali.  Ciemnoskóry chłopak, wwiercający we mnie swój wzrok, ilekroć nie spojrzałam w jego stronę. Kilku ortodoksyjnych Żydów, trzymających się blisko, w czarnych długich płaszczach, mimo tego, że był to początek lipca, w czarnych kapeluszach, spod których wypływały im na ramiona cienkie, charakterystyczne warkocze. Wszyscy oni wysiedli we wschodniej części Stanów. W miarę oddalania się od Nowego Jorku, wsiadało mniej Żydów, za Chicago wysiedli wszyscy Latynosi. Zmieniały się widoki za oknem i menu w mijanych po drodze restauracjach McDonald. Przejeżdżaliśmy przez Wisconsin, Minnesotę i Dakotę Północną. Przez Fargo (!). Im dalej na zachód, a właściwie im bardziej na północ, w miarę przesiadania się na mniej komfortowe autobusy, pozostali niemal wyłącznie biali pasażerowie. Niewielu towarzyszyło mi do samego końca. Właściwie oprócz Iwony, Krzyśka i Jacka, pozostali wysiedli najpóźniej w Billings, mieście ostatniej przesiadki. Już od Chicago siedzieliśmy we czwórkę na tyłach autobusu. W trakcie podróży okazało się, że oprócz nas, jechało jeszcze dwóch Polaków, w podobnym wieku, ale musieli przymusowo wysiąść w Minneapolis z powodu puszek po piwie znalezionych w workach na śmieci przy ich siedzeniach. Puste puszki świadczyły o tym, że spożywali alkohol w autobusie, co było surowo zabronione. Odebrano im bilety i możliwość dalszej podróży. Po prostu zostali na przystanku, a my ruszyliśmy dalej. Nawet nie było nam ich żal, bo wyglądali na cwaniaczków, no i do samego końca nie odezwali się do nas, a nas z pewnością było słychać dość dobrze. Nie podeszli, nie ujawnili się. Ich strata.

Żartom i śmiechom nie było końca. Policzki bolały mnie przez resztę podróży. Krzysiek okazał się genialnym rozmówcą, przez długie godziny jazdy przez Minnesotę i Dakotę Północną, nie zdążyłam się znudzić. Opowiadał o studiach na politechnice i o przeróżnych przekrętach w akademiku, których był inicjatorem, otwierałam szeroko oczy słuchając tych historii, a na końcu zawsze wybuchałam śmiechem. Siedziałam z Iwoną, chłopaki za nami, choć tak naprawdę wisieli nad naszymi głowami, prześcigając się w zwracaniu na siebie uwagi, każdy na swój uroczy sposób. Nie mogłam trafić na lepszą ekipę na te 3 tysiące kilometrów. Iwona i Jacek nie byli parą, co nie przeszkadzało całej trójce flirtować w znany i mi sposób. Przypomniałam sobie, jak to jest, balansować na krawędzi fantastycznie odwzajemnianej zabawy i flirtu. Damsko-męskiej bezpiecznej gry, bez zobowiązań, bez dalszego rozdziału. Tu i teraz. Beztroska. Chyba udało mi się nawet na krótkie chwile zapominać o Szymonie, choć jak zwykle było to złudne, bo cała szczerość mojego droczenia się z nowo poznanymi facetami opierała się na bezgranicznej pewności co do nadziei na miłość Szymona. Znowu nie było dla mnie innych, oprócz niego.

W Dakocie krajobraz wypłaszczył się a linia horyzontu zdawała się oddalać, otwierając przed nami niesamowitą przestrzeń z każdej strony. Autobus zatrzymywał się rzadziej, ale ja nadal zachłannie rejestrowałam nazwy mijanych miast i miasteczek, ulic, kształty domów. Miałam wrażenie, że w tym stanie nie ma nic, jedynie bezkres. Wjazd do Montany uczciliśmy toastem z wody mineralnej i krakersami z polskim pasztetem. Jacek z dumą wyjął go z plecaka, głosząc po swojemu, że zostawił ten rarytasik na taką właśnie, szczególną okazję. Za oknami było już ciemno, podróż zbliżała się do końca, podróż przez dodatkowe strefy czasowe na zachód nie ułatwiała pogodzenia potrzeby snu z porami dnia i nocy. Nie przeszkodziło nam to opanować ostatniego autobusu po przesiadce w Billings. Trafiliśmy na prawdziwy stary, jak świat, ogórek. Bez klimatyzacji, bez nadmiaru pasażerów, z głupawką sięgającą szczytu naszej bezczelności, jeśli chodzi o żarty i śmiech, i poziom łapanych w locie półsłówek, które doprowadziły mnie do bólu brzucha i rosnącego we mnie żalu, że za chwilę rozstanę się z tą ekipą, że pewnie więcej się nie zobaczymy. Wymieniliśmy się mailami. Umówiliśmy na wspólną podróż Greyhoundem w bliżej nieokreślonej przyszłości, choć po tylu godzinach spędzonych na siedząco, byliśmy niemal przekonani, że nie chcemy tego więcej powtarzać. Autobus dojechał do Bozeman przed czwartą rano, pożegnaliśmy się uściskami i zapewnieniami. Zyskałam miano żony Jacka, a on mojego męża. Wysiadłam jako jedyna na przystanku w Bozeman. Pokiwałam grupie wariatów okupujących tylną szybę autobusu. I tyle. Usiadłam na ławce przed małym, ale zamkniętym budynkiem z napisem Greyhound bus stop. Przytaszczyłam za sobą mega ciężki plecak, żałując, że nie wzięłam jednak walizki na kółkach. Dotarłam do kolejnego etapu swojej podróży życia. Nie do końca wiedziałam, czego się spodziewać, wierzyłam na słowo, że na końcu tej drogi ktoś na mnie czeka, znajoma twarz, znajomy przewodnik po pierwszych dniach w Montanie. Montanę poczułam dopiero tu, w Bozeman, stojąc samotnie na Greyhound Station przy Main Street z wielkim szarym plecakiem i nadzieją na miłość.

Dokładnie pamiętam ten widok, szeroka ulica, mokry od deszczu asfalt, cudownie rześkie powietrze, którym zaciągnęłam się, tak naprawdę, na kilka lat. To działo się naprawdę, dotarłam do końca, żeby móc na nowo coś zacząć. Czułam się trochę tak, jakby ktoś postawił mnie na planie serialu „Przystanek Alaska”, zabrakło tylko łosia na środku skrzyżowania. Ogromne samochody przejeżdżały leniwie w obie strony, na niebie przesuwały się, równie leniwie, ciężkie chmury, wschodziło słońce, a mnie przepełniała euforia, szczęście. Stałam. Czekałam na Szymona, który miał po mnie przyjechać i zabrać do Big Sky. Spóźniał się, ale mi nie pozostawało nic innego, poza uzbrojeniem się w cierpliwość. Nie miałam telefonu komórkowego, z zasięgiem w Stanach. Stałam. Czekałam.

Szymon podjechał starym, wysłużonym Fordem Escortem, w spodniach z szelkami i tym jego uśmiechem pewnego siebie gościa. Nie widziałam go dwa tygodnie i w pierwszej chwili wydał mi się bardzo zmieniony. Jednak gdy wysiadł z auta i po chwili zawahania otworzył ramiona, wpadłam w niego, jak kiedyś, całym swoim zmęczeniem i tą niegasnącą nadzieją, a właściwie pewnością, że znowu zaczniemy, że cokolwiek nie układało się między nami w Polsce, tutaj się poskleja, tutaj nikt nas nie dosięgnie, będziemy tylko ja i on. Ja i Szymon, tacy szczególni dla siebie, tacy sobie bliscy, na nowo. To musiało się udać. Taki był plan. Nie miałam wtedy żadnego planu B.”




piątek, 5 marca 2021

wypowiedziane i te jeszcze nie...



Zmęczona jestem, naprawdę jestem zmęczona tym, na co trafiam na ekranach, co wpada mi w oczy, co nas otacza i bezpardonowo wpycha się do domu i myśli, choć wcale tego nie chcę. Napisałabym, że czytam, ale to nie do końca jest czytanie, bo nie wiąże się z wyborem. To, co znajduję na portalach informacyjnych, społecznościowych, a także na niektórych blogach (bardzo popularnych) - męczy i skutecznie zniechęca do lektury, czy zaglądania. Atakuje! Zadziwia i formą i treścią. Zniesmacza. Męczy. Wiem, niby mam wybór, choć uważam, że tylko potencjalnie, bo tak naprawdę szukam faktów - w przypadku wiadomości - lub przyjemności, inspiracji, a napotykam na absurdalne, wyssane z miliona palców teorie, dowody i porady. Koszmar. Nie wspomnę już o podkreślaniu swojego zdania nagością. Brrr... I wcale nie mam na myśli instagrama, bo to osobna bajka, a właściwie wspomniany koszmarek. Być może nie mieszczę się w grupie marketingowej, ale, w takim razie, gdzie znajdę swoją?

A jednak znajduję. Całkiem blisko, choć dzięki temu potrafię odpłynąć zupełnie daleko. 

Dom. Muzyka. Książki. Ja.

Cisza.

Podróże, choć brak ich boli od roku bardzo.

Rzadziej dobry film lub krótki serial, a z nich uwielbiam ścieżki dźwiękowe. Instrumentalne. Jest taki fragment z Gambitu królowej, dwie minuty i siedemnaście sekund, czuję je po końcówki nerwów, czuję pod palcami, płyną w moim krwiobiegu. Wstrzymuję niemal oddech, niemal wzruszam się, za każdym razem, zanim, przy końcu, zdołam odetchnąć z ulgą, że to serce nie pękło...  Jest w tych minutach tyle emocji, napięcie, wyobrażenie tego, co akurat dzieje się wokół mnie lub co mi się przypomni... skojarzenie... zatęsknienie... kawał serca i duszy... dreszcz... fortepian i smyczki... instrumenty prowadzą do najtkliwszych zakamarków, strun, wiedzą którędy, znają swoją moc, swój udział w całości. W dźwiękach można znaleźć wszystko. I smutek, i szczęście, i zagubienie, i drogę powrotną. Najważniejsze, że ja mogę znaleźć w nich siebie.

Jest też piosenka z akompaniamentem fortepianu, dla której mogłabym zapalić papierosa. Jednego, tego pierwszego w życiu. I byłoby warto. Usiąść przy barze w zadymionym klubie, z kobiecą pewnością siebie, ze sobą, z muzyką, z pogodzeniem... Czerwone wino lub whisky z lodem. I can't remember love... Mogłabym.

A ścieżkę dźwiękową z Anne with an E kocham całą, kawałek po kawałku, niektóre gram sobie na pianinie, na przykład Unrequited Love, Goodnight Anne. Są dla mnie jak wiosna i jesień. I jak lato. Są dobrymi, ciepłymi momentami, uśmiechem, są jak kwiaty, łąka, a przy tym sielskie lekkie zamyślenie. Jeśli kiedyś usiądę do spisywania życia przy naszej drodze, przygód dzieci i pogaduszek z sąsiadkami na ganku lub przy furtce, z kawą lub winem w dłoni - na pewno będzie przy mnie ta ścieżka, kawałek po kawałku. 

Melodie z filmu Sully, The Mountain between us, The Changeling, Genius, The Perfect storm, Road to Perdition. Przenoszą mnie w inną przestrzeń, inny wymiar. Nie potrafię skupić się na medytacjach, na mantrach. Wybieram instrumentalne historie, ścieżki, które stają się moje. Kiedyś bałam się zbyt często słuchać ulubionej w danym momencie piosenki, czy utworu w obawie, że w końcu mi się znudzi i będzie mi ogromnie żal się z nią pożegnać. Na szczęście ciągle pojawiają się nowe, z którymi budzę się i pracuję, które otulają swoją esencją, aż nie spotkam kolejnej...

Do książek wróciłam po latach bycia zabieganą mamą. Nadrabiam z nawiązką. Nie zarywam nocek, bo zwyczajnie wygrywa ze mną sen. Ale czytam do śniadania (w weekendy), po obiedzie i wieczorami. Czytam na przykład... że "życie jest po to, żeby żyć" (Małe sekrety, Jennifer Hillier). A potem sięgam po Kristin Hannah i jej Zimowy ogród: "Myślę, że słowa są bardzo ważne. (...) Jak to jest, że tak wiele w życiu zależy od prostej prawdy? Słowa naprawdę są ważne. Życie składa się z rzeczy wypowiedzianych i niewypowiedzianych"... Dokańczam książki niegdyś rozpoczęte, leżące na półkach w różnych częściach domu, i te, których nie wypada nie przeczytać. Niemal w każdej znajduję dawno nie otwierane drzwi lub do takich klucz. I samej chce mi się pisać. Czasem po przeczytanym akapicie lub pół-stronie chwytam za ołówek, a słowa same płyną.

I tak jest dobrze, tak wystarczy. Dobrze, że świat jeszcze do końca nie oszalał. Dobrze, że można sobie stworzyć swój własny, wypełniony ukochaną muzyką i słowami, wypowiedzianymi i tymi jeszcze nie...



piątek, 22 stycznia 2021

post pisany wieczorami...


Post pisany wieczorami...


Drugi stycznia. Maluję paznokcie. Nie zdążyłam przed Wigilią, ani przed sylwestrowym wieczorem. Zupełnie mi to nie przeszkadza, choć... zastanawiam się czasem, czy takie niepomalowane paznokcie mocno rzucają się w oczy, czy zauważają to kobiety, przy stole, przy kasie, podczas przypadkowego spotkania? A może dostrzegają też niektórzy mężczyźni? Potem sama się z tych moich zastanawiań śmieję. Przyznam się, że mi samej też zdarza się popatrzeć na dziewczynę, czy kobietę i pomyśleć odruchowo, że wystarczyłoby przeciągnąć rzęsy tuszem, że aż się prosi. Albo... drażnią mnie czarne kreski na dolnej powiece, tak bardzo mnie to drażni! I przesadnie dużo biżuterii. I na końcu sama jestem sobą rozczarowana, przez krótką chwilę, za te myśli, choćby najbardziej odruchowe i podświadome... okropne! A tak całkiem obce mi, gdy byłam w Stanach.

Jakby to było milion lat temu. Milion i dziewiętnaście. Wróciłam wyleczona. A potem z biegiem każdego kolejnego tygodnia i miesiąca zaczęłam chorować na nowo. Na po polsku myślenie i postrzeganie po swojemu drugiego człowieka, a nie przyjmowanie go takiego, jakim jest. W Stanach zachłysnęłam się niemal wszystkim, być może dzięki temu, że pewnego popołudnia zabrakło mi tchu, odcięto tlen, a serce rozpadło się na mnóstwo maleńkich kawałków. Tak, tak, tragiczna miłość. Dzięki temu musiałam wpaść w nowe życie, w nową siebie, wszystko nowe, na nowo odkrywane, jakby poza mną. Przenikała do mojego ja ta Ameryka Gór Skalistych, pomału, ale dogłębnie. Do krwiobiegu, sposobu myślenia, stanu umysłu:) Jakbym siebie się na nowo uczyła. Spotkanych ludzi, nieznajomych, uśmiechających się, jak starzy przyjaciele, pomagających mi w poruszaniu się po każdym dniu po angielsku - przyjmowałam bez zastrzeżeń, chłonęłam bez analizy i krytyki. Nie analizowałam tego kto jak wygląda, jak się ubiera, nie dzieliłam ludzi według potencjalnego poziomu wykształcenia, według niczego, nie zakładałam żadnych kryteriów. Chłonęłam. Zachwyt wszystkim, co widziałam i poznawałam wokół siebie przekładał się na relacje z innymi, ale i na własną odwagę w podejmowaniu decyzji, w robieniu choćby pojedynczego kroku w przód, a potem jeszcze jednego. Podjęłam się pracy wśród Amerykanów. Z dala od wielkiego świata metropolii, w doskonałym zaciszu gór, rzeki, natury i cudownie uśmiechniętych ludzi. Początki nie były łatwe, bariera językowa, pomimo lat nauki angielskiego, okazała się straszna, ale tylko przez pierwszy miesiąc. Skupiona byłam na trybach, czasach i odmianie trzeciej osoby, skupiałam się na gramatyce, zamiast patrzeć ludziom w oczy. Dopiero po miesiącu i o krok od prawdziwej rozpaczy, odkryłam, nie bez ulgi, że skuteczna komunikacja nie opiera się na perfekcji i tym, co wyuczone, ale na swobodzie, odwadze i patrzeniu sobie w oczy właśnie. To zachęcało do pomocy, do wsparcia jednym, czy drugim słówkiem, dzięki czemu uczyłam się szybciej. Słuchałam i chłonęłam. Moi współrozmówcy początkowo nie czekali, aż skończę wypowiadać misternie wydukane, poprawne stylistycznie zdanie, odchodzili, pozostawiając mnie z urwanym w połowie słowem. I niedowierzaniem. I załamką. Z czasem jednak skupiłam się na znanych mi słówkach, szybko zauważyłam, że sami Amerykanie często nie używają trzeciej formy, mówią nie tak, jak pisane było w podręcznikach. Dlatego ja nie mogłam zrozumieć ich, ani oni mnie. Mowy potocznej nauczyłam się więc... słuchając. Słuchałam ludzi, piosenek i oglądając (nareszcie!) anglojęzyczne filmy w oryginale. Moja współlokatorka szybko dostała pracę w pobliskiej wypożyczalni kaset wideo (były to lata 2002-2004), więc po filmy chodziłam na drugą stronę ulicy, jak po bułki. Sama zatrudniałam się w kilku miejscach, choć najwięcej nauczyłam się podczas pracy w... butiku. 

Willow Boutique w Meadow Village, w dolnej części Big Sky w Montanie. Codzienny kontakt z bogatymi i wymagającymi Amerykanami, z lokalnymi mieszkańcami, ale i z turystami z różnych części Stanów był ogromnym wyzwaniem i lekcją. Niesamowite, jak krótkie rozmowy (gdy opanowałam jednoczesną obsługę klienta, kasy fiskalnej, eleganckie pakowanie prezentów i kurtuazyjny small talk) potrafiły podbudować moje własne poczucie pewności siebie oraz dumy z tego, co osiągnęłam i gdzie jestem. Miałam dwadzieścia cztery, dwadzieścia pięć lat i mimo, że to ja stałam po tej drugiej stronie kasy, a klienci zostawiali u nas ogromne pieniądze za swetry, buty kowbojki, biżuterię, personalizowane souvenirs, czy sztućce lub miseczki z wizerunkiem grizzly, uśmiechałam się z niedowierzaniem, gdy pytali mnie, w którym stanie leży Poland... Wbrew pozorom, wielu Amerykanów, których spotkałam, nie opuszczało swojego stanu, nie czuło nawet takiej potrzeby. Wystarczyło im to, z czym się urodzili i język, w którym się urodzili. Język angielski, o którym marzy wielu z nas, jest dla nich jedynym językiem, jaki znają. Podróżują ci bogatsi i lepiej wykształceni. I to jedna z takich osób, Szpakowaty Starszy Pan, na dźwięk mojego nieamerykańskiego akcentu, zapytał skąd jestem, a potem z dumą wymienił  Walesa i John Paul II, co mnie zachwyciło! To on chwalił się przede mną! Z podziwem wysłuchał mojej krótkiej opowieści o tym, że skończyłam studia, ale ciekawość świata i pragnienie podróży przygnały mnie za ocean. Z podziwem stwierdził fakt oczywisty, ale jakże niedoceniany: masz przewagę, bo mówisz w języku swoim i moim, ja znam tylko swój. 

Tak, Willow Boutique. Miejsce magiczne, bo z pewnością nie pasowało do niego określenie sklep. Wnętrze wypełnione wyjątkową atmosferą wyrafinowanej i ekskluzywnej wersji dzikiego zachodu. Ciężkie drewniane stoły i regały z bali. Z bali zbudowane było niemal wszystko, łącznie ze ścianami, framugami i przebieralnią. Kolorowe wełniane spódnice i skórzane kurtki z ćwiekami i frędzlami. Ozdobne poduchy ze skóry i zamszu. Koszule z wyszywanymi ręcznie wzorami, przyozdobione broszką lub naszyjnikiem z ciężkich turkusów i innych wielkich kamieni. Paski we wszystkich odcieniach brązu, z ciężkimi klamrami. Prawdziwe kowbojskie kapelusze i niesamowite buty, wyprawiane ręcznie, każda para w inny wzór. Do tego zastawa stołowa z motywami typowymi dla Gór Skalistych: seria z blackbear lub grizlly, z łosiem, koniem, z rybami. Sztućce, talerze i półmiski. I moja wielka słabość: table linens, czyli placemats, napkins (koniecznie z napkin rings), table runners. Z motywem Montany, gór, zwierząt. Ciężkie i grube. A przy tym miękkie, otulające zimą, która trwała pół roku, i idealne latem, na drewniane stoły, do treściwych kowbojskich dań z fasolą i burgerami. Wszystko w Montanie było duże i ciężkie, pojemne, nigdy drobne. Przyczyna była romantyczna, choć szorstka, czyli dokładanie taka, jak panujący tam klimat i pogoda. Góry, powietrze, odległości i cała ta przestrzeń wymagały wytrwałości i odporności, hartu ciała, ale i miłości i ukochania... gór, odległości i zimy trwającej pół roku, minusowych temperatur, śniegu po pas. Przeżyłam tydzień przy minus 40 stopniach, faktycznie było wtedy zimno, ale to zimno nie było aż tak przejmujące, jak w Polsce, ponieważ klimat w tej części Stanów jest bardziej suchy. Włoski w nosie mi zamarzały, skrzypiał nie tylko śnieg, ale i powietrze, które niemal kroić się dało. Bywały tygodnie, gdy spadało tyle śniegu, że wszystko było białe, ziemia i niebo, i linia horyzontu, nie było mowy o posypywaniu dróg solą, jeździło się po śniegu, z łańcuchami na kołach, ratrakami i saniami, każdy woził w aucie koc i łopatę. Nikt nie narzekał. Każdy tam zimę kochał. Pokochałam i ja. Na całe życie już. Latem słońce grzało mocno, przynosząc lekki deszcze tuż przed zachodem. Część mieszkańców grała w golfa, ja często jeździłam do Yellowstone, do Bozeman, no i dalej, przez Wyoming do Utah, Arizony, Colorado, Nevady i Kaliforni. Do Vegas i nad Wielki Kanion, do niesamowitych parków narodowych Bryce, Arches, Yosemite, Canyonlands, nad zaporę Hoovera, gdzie wjeżdżało się w sąsiednią strefę czasową, do Los Angeles, San Diego i San Francisco, na Tahoe i przez winnice Sonomy...

...i mogłabym tak długo o tej Ameryce mojej pisać i opowiadać. Od zawsze wstydziłam się nią chwalić, wolałam się nie wyróżniać, nie zadzierać nosa, bo coś tam więcej widziałam i doświadczyłam. Czas spisać ten mróz, ludzi, miejsca i masę uczuć, których tam doświadczyłam. Za oceanem. Za górami. W poprzednim życiu...?:) Każdej zimy to sobie obiecuję. Zacznę od podróży Greyhoundem. Trzy i pół tysiąca kilometrów. Przez dziewięć stanów. Ze wschodu na zachód. Jak to się skończy...?




niedziela, 6 grudnia 2020

prostsze



Człowiek tak ma, że chciałby po sobie coś zostawić. Ślad, dowód, powód do wspomnienia. W różnych momentach życia to za nim chodzi, a z pewnością przy jego końcu. U jednego to będzie wybudowany dom, u drugiego przepis na najlepsze na świecie pierogi, u jeszcze innego napisana książka. Coś, namacalnego, takiego do przekazania, do nazwania słowem, które można znaleźć w słowniku. Coś ważnego, dzięki czemu i on czuje się ważny.

Może być jednak i tak, że przez życie, które liczy się na dni i lata, człowiek nie znajdzie dla siebie tego słowa ze słownika opisującego powód i dowód na to, że warto było trud życia w ogóle sobie zadawać. Nie poczuje, że zostanie po nim ślad, który pozwoliłby mu ze spokojem mniejszym lub większym oddać się starości. Próbuje więc i szuka, stara się i staje czasem na głowie, by w końcu zabłysnąć lub w oczach drugiego człowieka błysk na swój widok uzyskać. Ze sobą walczy, a potem znów poddaje. Próbuje raz i drugi. Albo zaczyna od nowa milion razy i jeszcze pięć. I znów się poddaje. Bo innym przecież łatwo poszło. O innych mówią. Wprost i między wierszami. 

Z trudem przychodzi układanie sobie w głowie, że to nie jest ważne, że nie warto porównywać się, a jeśli już, to z tymi co wyżej, ale i z tymi co niżej siedzą trzeba by się porównać. Człowiek tak jednak ma, że chciałby po sobie coś zostawić. Trochę to tak, jakby miał przez to stać się mniej śmiertelny.

Pozostaje więc westchnąć, wzruszyć z ciężka ramionami i strzepnąć z siebie to, co zaprząta niepotrzebnie głowę. I wtedy właśnie może się to udać, może uda się wtedy - gdzieś między wierszami starań - przeczytać i zrozumieć, że są tylko dwa sposoby na życie. Pierwszy: uznać, że nic nie było i nie jest cudem. I drugi: myśleć, że jest nim wszystko.* 

Więc po co zamartwiać się zbytnio tym, co po nas? Lepiej komuś drzwi przytrzymać i z podporządkowanej przepuścić, może gdzieś tam się nie spóźni, tym bardziej uśmiechnie i poda dalej szczyptę życzliwości. Albo przytulić się do męża odruchowo, w przeciągu spraw, dzieci i psa? Może to powód wystarczający się okaże. Do zapamiętania na długo, a czasem i na zawsze. Garście pełne magii i małych cudów tu i teraz, zanim te z wielkich planów spać spokojniej pozwolą...

Człowiek tak ma, że chciałby po sobie coś zostawić. A przecież już to, że w ogóle jest, drugiemu za wszystko wystarczy.


*Albert Einstein

czwartek, 29 października 2020

dobrze



Dobrze, że mamy w domu pianino, stare co prawda, ze starymi dźwiękami, które czasem w wątpliwość wpadają co do swojej czystości. Ale klawisze od tej starości wcale nie uschły, z wierzchu aksamitne, miękkie niemal, zwłaszcza, gdy je tak całą sobą czuć, a przez palce i siedzące we mnie emocje. Utwory grane na pianinie lub fortepianie słyszę zawsze, wychwycę je wśród hałasu życia i dnia, z drugiego końca domu, w markecie, w filmie, w tle tego, co wokół. Potrafię wyciągnąć je na pierwszy plan, a wyciszyć całą resztę. Uwielbiam. Kocham.

Dobrze, że jest muzyka, która pozwala wzruszyć się, tak po prostu, która przygarnia wspomnienia dobrego czasu, gdy było się dzieckiem, a słońcu łatwiej wstawało się co rano. 
Wystarczy kilka pierwszych taktów, czy to Debussy'ego, Bacha czy melodii z filmu z zeszłego roku, żeby dzieci nuciły ze mną lub wołały ze swojego pokoju jakie to ładne! 
A gdy słyszę ukochane paluszki Córki, płynnie i dumnie grające gamę na dwie ręce albo ochotę Synka, żeby kiedyś samodzielnie i samego Chopina zagrać - wtedy wszystko wraca na swoje miejsce. A gdy wszystko wraca na swoje miejsce, za ciasno się robi na najmniejszy choćby strach...



Dobrze, że są wspomnienia dobrych czasów, zwłaszcza tych z dzieciństwa. Wracam - choć nie bez żalu, który ściska gdzieś w środku, z tęsknoty za nimi - do dni, które stworzono mi jako bezpieczne. Do domu z Mamą i Bratem, do domu Babci Marysi i Dziadka Leona. Do spacerów i wizyt u Grześków. Do wyjazdów do cioci Uli. Do spotkań z najbliższymi, do wspólnego rozrabiania, do pytań i odpowiedzi, do rozmów i długich opowiadań. Przypomina mi się, jak nasze życie krążyło wokół posiłków, a zadbanie o nasze smaki i apetyty było głównym celem Babci. Jeszcze przed pytaniem o zdrowie, padało najszczersze zainteresowanie tym, na co aktualnie mamy ochotę. Babcia nie czekała nazbyt długo na odpowiedź, z góry zakładała, że jedliśmy dość dawno, żeby nie pokusić się na budyń waniliowy z malinami lub świeżo usmażonego kotleta z kurczaka. Wiedziała lepiej od nas, że czas na posiłek. Wyczuwała swoim ósmym zmysłem, kiedy pojawimy się w progu jej domu, żeby w pięć minut po zdjęciu przez nas butów móc przed nami na stole parujący talerz. Jako nastolatka broniłam się przed ta parą rękami i nogami. Po cichu, rzecz jasna, nie wyobrażam sobie, że mogłabym zdecydowanie odmówić Babci, nie wypadało. Rozkładaliśmy jednak porcje na miarę własnych całorodzinnych możliwości, dzieląc między siebie to, co przygotowała Babcia. Swoim cichym uporem zapełniała nasze brzuszki i policzki miłością. Zwyczajnie.
Dobrze, że mam takie wspomnienia, dzięki nim nie chce mi się błądzić, zgubić, przygarniam do siebie ciepło i siłę. Teraz moja w tym rola, żeby tym ciepłem ogrzewać nasze dzieci i ich przyszłe wspomnienia... Dać im siłę i spokój. Dom w sercu, gdziekolwiek by nie byli.

Dobrze, że są dzieci! Tak. Dzieci wprowadzają ten rodzaj beztroski, która jest niezbędna, żeby przeżyć, gdy jest się... mną. Ich troski o nowy piórnik, o rozmowę z TĄ dziewczynką, która trwała zaledwie jedno zdanie, ale była najszczerszym wyznaniem. Kłótnia o to, kto zdjął więcej par skarpetek z suszarki z praniem, bo wyszło ich nieparzyście. Wspólne rozwiązywanie zadań z geometrii i pisanie listu o ulubionej książce. Zbieranie liści na plastykę. Tabliczka dzielenia, bo mnożenia to łatwizna. 
Uwielbiam momenty, w których zadają nam trudne pytania, gdzieś między milionem tych łatwiejszych. Szukam wtedy w sobie prawdziwych i prostych odpowiedzi, staram się tłumaczyć świat tak, jakbym za wszelką cenę chciała znaleźć jego lepszą stronę. Nie koloruję na różowo, ale pomagam zrozumieć intencje. Przygotowuję na fakt, ale i wyjaśniam, jak można próbować sobie z nim poradzić. Przysiadam przy tych pytaniach, zatrzymuję się i właściwie po trochu samej sobie odpowiadam, uważnie dobierając słowa, proste, akuratne, uczciwe. Można. Trzeba. Chce się. Zwyczajnie.




Dobrze, że jest słońce. I że mamy taras od wschodu. Słońce wkradać się nie musi, bo zawsze jest mile widziane. Przychodzi z nowym dniem, gasząc troski poprzedniego. 
I ganek dobrze mieć od zachodu. Można się na ten zachód pogapić wrzucając plaster pomarańczy do ulubionej herbaty. Albo zamyślić nas wszystkim tym, co zbyt trudne, bo i tak zaraz lżejsze się wyda w tych barwach przytulnych widzianych z kuchennego okna.

Dobrze jest mieć wszystko to pomiędzy, od wschodu do zachodu, od tarasu po kuchnię, monotonnie z pozoru, a bez czego nie wyobrażam sobie nic. Niczego więcej, ani inaczej nie pragnę. Nie potrzeba mi. Zwyczajnie.




PS. Ach, jeszcze Tom Hanks! Dobrze, że jest Tom Hanks. I jego filmy z Meg Ryan. I Last Christmas.

I jeszcze będzie... normalnie...

środa, 14 października 2020

sentimental



Zamykam śniadaniówki, przegarniam okruszki z kuchennego blatu i psa z Waszych łóżek. Zanim wyjadę do pracy po siódmej rano, zdążymy się uściskać, bo właśnie wstaliście lub siadacie do śniadania, myjecie zęby lub szukacie drugiej skarpetki. Przypominam o kurtce i worku na wf, o legitymacji, którą trzeba zanieść do podbicia i o trzymaniu się chodnika w drodze do szkoły. Trochę z konieczności - bo remontują przejazd kolejowy - ale i z wielką radością i podekscytowaniem codziennie maszerujecie do szkoły pieszo. Samodzielni, ale nie samotni - razem z czaderską bandą pierwszo-, trzecio-, czwarto - i szóstoklasistów. jakie to szczęście, że macie wokół siebie tylu kolegów i tyle koleżanek, w zbliżonym wieku. Żałuję, że tego nie widzę, nie widzę Was, gdy z plecakami i tornistrami ruszacie z co drugiego domu, witacie się na swój własny umówiony sposób (piona, żółwik, samolot, obrót...), rozmawiacie, śmiejecie się lub spieracie o własne racje. Pomachałabym Wam. Puściłabym całusa.

Rozmawiałam ostatnio z Sąsiadami z domu, który mijacie codziennie w drodze do szkoły i tej z powrotem. Przyznali, że serce im się raduje, gdy słyszą Wasze głosy i rozmowy. Słyszą je każdego dnia z rana i wczesnym popołudniem. Nadajecie rytm Ich dniom. Czują młodość i beztroskę, bo ich własna lekko już przyprószona jest siwizną. Jak mnie te Ich słowa ucieszyły!  

Dzieci. Radość. Otwartość. Szczerość. Jak ją w Was pielęgnować i podkreślać?

Jak jej Wam nie zabierać? Nie tłamsić, nie utrudniać? Jak pomóc Wam, niezauważalnie, przejść ze szkoły do kolejnej szkoły i ze spokojem na sercu i duszy wejść w nastoletniość i dorosłość?





Dobrze, że każda część życia ma swoje przywileje, każda różni się marzeniami, potrzebami, oczekiwaniami. I trudnościami. Gdy kilka tych części ma się już za sobą, pięknie się na nie patrzy, podsumowuje, łączy ze sobą puzzle, które przez lata błąkały się pozornie bez pary. 

Od zawsze chciałam mieć rodzinę. Tradycyjnie, choć po mojemu. Mąż, partner, dzieci. Dom, nieważne ile miałby ścian. Ciepło i normalność, nad którą nikt z mojego pokolenia się nie zastanawiał. Owszem, wielu się burzyło, buntowało, ale był to ich wypracowany bunt, nie fala, czy moda. Indywidualności. Wyraźności. Inności. Drugi człowiek. Oburzało chamstwo i nieuczciwość. Owszem, obgadywało się i koleżanki i kolegów, szeptem, podśmiechiwaniem, i zawstydzeniem, gdy ktoś to odkrył. Nie pamiętam jednak nienawiści i akceptacji dla okrucieństwa. Bo kiedyś trzeba było spojrzeć na siebie, nawet, gdy niekoniecznie w oczy. Trzeba było mieć odwagę odezwać się w obecności drugiego człowieka, na żywo. Nie tak wiele było smsów, aplikacji, komunikatorów, zamkniętych w komórkach grup. Anonimowe były zaledwie napisy na murach:) Krytyka nie przychodziła tak łatwo i bezkarnie, jak teraz, musiała być podparta prawdą, wymuszała dyskusję z żywą osobą, z zainteresowanym, z rzetelnym, a nie, jak teraz, z niewidzialnym gronem specjalistów, którzy jednak bardzo dotkliwie potrafią zranić i zniszczyć. Szkoda, że dziś tak wielu ludzi się nudzi, a z tych nudów wynikają straszne słowa i zachowania...

 

Martwi mnie ten świat teraz. Ale potem zaglądam do naszego salonu i znajduję dzieci moszczące się na sofie z nosami w książkach. Janek czyta wszędzie. Pisze dziennik (po lekturze wszystkich możliwych części Cwaniaczka...). Uwielbiamy nasz rytuał zakupowy (jeszcze sprzed wirusa): najpierw Empik, czyli książka dla niego, a dalej spokojne dziewczyńskie zakupy z Marysią. Wszyscy szczęśliwi! 






Może więc nie trzeba martwić się aż tak bardzo?

Może zaufać lepiej i uwierzyć, że sił wystarczy? I że uda się wychować dobrze i ustrzec na czas... 


Tak. Zaufać. Wierzyć. Kochać. Akceptować. That's all.






Z pozdrowieniami dla Eweliny - nie jestem konsekwentna...:)

poniedziałek, 12 października 2020

the weather in a fall

 


I regret all those words I don't have time to write down... They're all there, beautiful and so mine.

Thank you, dear😘


Żal mi słów, których nie nadążam zapisywać. Żałuję, że nie mam dość czasu, żeby zatrzymać je na dłużej, przelatują przez moją głowę tak cudowne i nigdy więcej nie mają się powtórzyć, właśnie takie, w tej dokładnie konstelacji i emocji. Potrzebowałabym asystenta, który odgadywałby je ze mnie
i zapisywał bez potrzeby dyktowania. Bo ta szczególna więź tworzy się właśnie między słowami w myślach a kartką papieru i ołówkiem, klawiaturą i migającym kursorem. Nie chodzi więc o ich wypowiadanie, powiedzenie na głos. Nie. Unsaid is better than written down.

Od kilku tygodni jeżdżę do pracy zupełnie inną, okrężną drogą. Z konieczności, bo remontują pobliski przejazd kolejowy. Początkowe zniecierpliwienie szybko mi minęło. Te dodatkowe kilometry to codzienna piękna podróż. Słucham jesiennych kawałków Sara Bareilles, niektóre znane mi są od dawna, zawsze kojarzą się z ciepłem swetra i przytulnością. W tym roku odkrywam kolejne, idealne dla mnie na październik i całe później. Bright Lights and Cityscapes, Send me the Moon, Bluebird, Orpheus, Once Upon Another Time i ta naj... Manhattan. I jest mi dobrze. Uwielbiam te ostatnie poranki. Droga wije się lekko w dół do miasteczka położonego nad brzegiem jeziora. Otoczona ciasno starymi drzewami, z polami, które każdego ranka ubierają się w nieco inny odcień, raz w słońcu, raz w deszczu, a raz w magicznej mgle. Jadę i nie wierzę, jak pięknie potrafi być, gdy oczy otworzy się dość szeroko i nie za późno...
Jeziora po drodze nie widzę, nie mijam, ale wiem, że tam jest. Kusi mnie nieraz, żeby zjechać nad jego brzeg, choć na chwilę. Jednak mam te chwile odliczone co do jednej i nijak nie potrafię rozciągnąć ich w czasie. Ranki. Pospieszne, ale piękne na tyle, żeby znów żałować tych niezapisanych pomyślanych słów...





Nie wiem, czy to normalne, ale potrafię wzruszyć się na widok otwartego pola, przeciętego po środku dwupasmową szosą. Znowu zjeżdżam i widzę, jak na drugim końcu znika, otoczona lasem. Jest jakoś tak pięknie, spokojnie, pomimo tego, że spieszę się. Trudno to wytłumaczyć. Może spokój i cisza w aucie, pozwalają przywrócić ustawienia fabryczne własnych trosk, pogodzić się z nimi i niemal zapomnieć. Jadę sama, więc w końcu siebie słyszę. I już wiem, co mi ta przestrzeń otwarta, przecięta tylko szosą, przypomina... 

Blog. Mój blog. O sobie dla mnie piszę już któryś rok. Wracam do dawnych wpisów, niektóre tak piękne, tak szczere, że aż się sobie dziwię, że odważyłam się je publikować. Zaczynałam pisać, gdy byłam w ciąży z Jankiem. Dziewięć lat temu. Czuję jednak, że dorosłam, i że przychodzi czas na zmianę. Na pożegnanie z blogiem, choć z pisania nie zrezygnuję. Od dawna prowadzę dziennik. Dobrze jest pisać dziennik, mieć coś, komu można powiedzieć wszystko, bez pomijania myśli samolubnych, choć koniecznych i prawdziwych, bez przemilczania niełatwych złości, żali i pretensji. Napisane przynosi więcej korzyści, niż powiedziane. Napisane nie musi zawstydzać, ani ranić. Może ulżyć, oczyścić, zachować tajemnicę, bez obaw. Będę więc pisać, już nie tylko o sobie, a w przyszłości, mam nadzieję, że i nie tylko dla siebie. Zobaczymy. 
Zdrówka.