czwartek, 2 lipca 2020

lato



Czasami zdarzają się dni pełne euforii. Takie, gdy wydaje się, że wszystko jest możliwe, że wiele jeszcze przed nami i w ogóle, że życie jest piękne!
Zmęczenie wydaje się całkiem do zniesienia. Rodzicielskie obowiązki nie tak istotne, jak dzień wcześniej. Dzieciom chce się dać tyle samo wolności, co sobie, a przynajmniej więcej jej, niż zwykle, bo przecież dzieci, to dzieci, mogą iść ścieżką własną, która rzadko jest i naszą. A może i naszą jest, tylko pokonują ją sobie znanymi krokami i sobie znanym tempem. 


Dzisiaj trafił mi się właśnie taki dzień. Niby nic szczególnego się nie wydarzyło, tym bardziej, że ten poprzedni był okropny. Ale moje dzisiaj zaczęło się od słońca, które - dopiero przed ósmą! na obwodnicy przy Antoninach - postanowiło otulić mój lewy policzek swoimi wszystkimi promieniami. Jak ciepły pocałunek, nie do przeoczenia. Zielone światła, żarciki w pracy, zapowiedź spokojnego lata. 




Ach i te nowe kolory w mieszkaniu mojej Mamy! Odcienie miętowych landrynek, jeziora o zimowym poranku, nieba przed wschodem słońca. Uzupełnione porcelaną i bielą i niemal odczuwalnym ciepłem drewnianych stołów, krzeseł i drzwi. Radość mojej Mamy ze zmian ucieszyła mnie ogromnie i przywołała wspomnienia z dzieciństwa. Już wtedy uwielbialiśmy przemeblowania, choćby te najmniejsze, w pokoikach w bloku z wielkiej płyty, choć zawsze z trudem wpasowywałam nasz dom w to określenie. Ani z płytą, ani z szablonem nie miał nic wspólnego. W naszym domu zawsze było ciepło, od drewna i bliskości. Nie była to jednak bliskość nadzwyczaj romantyczna, raczej zdyscyplinowana i przejrzysta, oczywista,
 w zasięgu matczynego wzroku, prostych i nieuznających sprzeciwu zasad, i wplecionej w to wszystko ogromnej miłości, troski i odpowiedzialności.




Wdzięczna jestem naszej Mamie za ten dom, za to ciepło, które zabieraliśmy ze sobą w każdą z samodzielnych już podróży i które nosimy w sobie do dziś. 






Lato wokół naszego domu zazwyczaj przepływało lekko i słonecznie. Mam nadzieję, że tak będzie i w tym roku. Nie przeszkadzają mi zbytnio nawet te deszczowe i chłodniejsze dni, burze i błyskawice, one przynoszą wręcz ulgę i pozwalają ścianom ochłonąć po minionych upałach. Silny wiatr rozwiewa włosy, miesza  i obiecuje, uwielbiam wsłuchiwać się w jego szum i obserwować, jak targa zielenią w naszym ogrodzie, jak przewiewa trudne myśli i pomaga się od nich uwolnić...

Ogród budzi się już w maju, lawenda wypuszcza zielone gałązki, klony z tygodnia na tydzień wypełniają swoje korony liśćmi. Najpierw ten jasnozielony i flamingo, potem ciemny i bordowy. W zeszłym miesiącu przybyło nam kolejnych kilkanaście małych, nowych klonów plus miłorząb i cudowny krzak rozmarynu! Przytulam się do niego, oplatam twarz gałązkami i już jestem w swoim czarownym świecie. Rozmaryn... rozmaryn... trafił w moje ręce zupełnie przypadkowo, w jednej z leszczyńskich uliczek, bocznych, w kwiaciarni w bramie, pełnej ciemnej, ale świeżej zieleni i donic, stał przy schodkach i wrócił z nami do domu. Ze wszystkich kwiatów, których mi mąż na co dzień nie kupuje, najbardziej wzruszają mnie kolejne drzewa z okazji rocznicy ślubu i teraz ten rozmaryn...


Każdy z nas dostaje czas. Od świtu do zmierzchu. Od dnia narodzin do ostatniego oddechu.
Czas. Nie do zatrzymania, może za wyjątkiem tych paru miękkich miejsc w sercu, które odzywają się na widok lub dźwięk, na zapach lub tak po prostu, na wspomnienie emocji, które z czasem wygrywają... Cieszę się na to lato bez dłuższych wyjazdów, być może bez podróży w ogóle, ale nie szkodzi. Prowansję, Włochy, Szwajcarię mamy na wyciągnięcie ręki. Wystarczy chcieć, wystarczy bardzo chcieć, odetchnąć głębiej, zaparzyć dobrą kawę i przejść się wśród krzaczków lawendy, spotkać się z przyjaciółmi, powspominać wspólny czas i to, co nam dał. Usiąść na ławce drewnianej pod własną kuchnią i oddychać. Nie czekać. Nie żałować. Oddychać.












niedziela, 31 maja 2020

dom przed zakrętem do reszty świata



Dzień dobry.
Dziwnie mi tak wpadać tu bez zapowiedzi. Odruchowo.
Potem jednak wraca odwaga i śmiem sobie samej przypomnieć, że to mój własny blog, być może i nieco stęskniony nawet. Wpadać mogę więc tak często, jak tylko pozwoli na to czas.

Pozdrawiam Wszystkie zaglądające tu Osoby, mniej i bardziej przypadkowo.
Nadal czekam na odzew Apaczowej z tego bloga. Przepadła, a ja nie tracę nadziei, że wróci. Może ktoś widział? Może ktoś coś wie? Milczy od paru już lat...:(

Po przenikliwej ciszy w odosobnieniu, pomimo codziennej trasy do pracy i z powrotem, powoli wyrównuję oddech pod maseczką. Z trudem. Zrywam ją z twarzy, gdy tylko mogę. Wtedy naprawdę oddycham.

Uwielbiam nasz dom, naszą ulicę, a z nią i Sąsiadów, czarowne zakątki, bliskości, znajomości, je wszystkie, przed pierwszym zakrętem w drodze do reszty świata.

Pewne drogi pokonałam już tyle razy w ciągu ostatnich dziesięciu lat... z tak przeróżnymi emocjami, natłokiem myśli lub chęcią ich całkowitego postradania. Aleje otoczone kasztanowcami, wąskie drogi wtulone w pola rzepaku i zielonego jeszcze zboża. Za każdym razem słońce pada na nie inaczej, wiatr raz popycha mnie do przodu, a kiedy indziej wieje prosto w moją twarz. Za każdym razem wyciągam z tej krótkiej podróży nowe, ciepłe myśli. Przypominam sobie, jak bardzo chciałam mieszkać w dużym mieście, potem w Stanach, w górach, potem w mniejszym mieście... a życie przyprowadziło mnie na wieś. Jak dobrze! Mam tu naprawdę niemal wszystko. A gdy mocniej zatęsknię za widokiem gór, nagle chmury na niebie układają mi się na ich ośnieżone szczyty.



Z każdej drogi najbardziej jednak lubię powrót.




Widok domu, wtulonego w coraz liczniej sadzone klony i otoczonego latem lawendą odruchowo mnie wzrusza. Jakkolwiek by się nad nim nie układały obłoczki, cokolwiek nie miałabym przed bramą wjazdową zostawić, z ulgą przekraczam próg naszego ogrodu. Lawendę kocham z wzajemnością. Gęstnieje w maju, a w czerwcu ubiera w swój idealnie lawendowy kolor. Rozpoczynaliśmy od 125 sadzonek, a one zgrabnie rozsiały się wszędzie, pomogliśmy jej ułożyć się wokół całego domu, u stóp schodów na ganek, a ona nadal pojawia się późną wiosną w najbardziej nieoczekiwanych miejscach.
W tym roku jeszcze uważniej przyglądam się wszystkiemu temu, co blisko. Po zmianie pracy zwolniłam oddech, a wszelkie niedogodności związane z wirusem odbieram z pokorą i radością niemal. Konieczność pozostania w domu, nawet przy codziennej podróży do pracy... to coś własnie dla mnie.




Zbieramy plony kilkunastu już cudownych lat wspólnego życia. Drzewa urosły, ogród wypełnia się przeróżnymi odcieniami zieleni, a wśród niej - kot i pies! Niesamowite i ekscytujące! Jesteśmy rodziną z kotem i psem:) Imbir jest z nami od jesieni. Rudy i nie dość jeszcze odważny, tym bardziej, że kocia konkurencja o wystawioną miskę w okolicy jest spora. Parę dni temu dołączyła do nas Trufla. Wygląda, jak truflowe szczęście w orzechowej czekoladzie. Płochacz niemiecki, ma osiem tygodni, ciapcia rapcia, biegnie do mnie, potknie się, przewróci z obrotem i dalej pędzi po dotyk, głaskanie i mnóstwo ciepłych słów z naszej strony. Mamy psa. Mamy psa!

I kosy. Śpiewają tak pięknie, aż każą zastygnąć w bezruchu, z konewką w ręku. Przed zachodem słońca powracają do gniazda w naszych tujach, siadając na okolicznych dachach i kominach, a świergot, autentycznie zachwycający, wyciąga nas z domu. I rozczula. Jak niespodziewany prezent.




Zmieniamy się. Dzieci już dawno porzuciły bajki na rzecz subskrybuj i łapka w górę. 
Sporo energii zabiera nam pokazywanie i tłumaczenie im obecnego świata, odgraniczanie życia od fikcji, która wdziera się z każdej strony. Marketing, negocjacje i PR, to już nie tylko terminy zarezerwowane dla dorosłych:) Ale jest pięknie. Naprawdę jest. Piękne dziś mamy przecież na pewno. I siebie mamy. Rodzinę z kotem i psem. I dom przed zakrętem do reszty świata.


środa, 22 kwietnia 2020

uwielbiam, gdy słońce wchodzi nam na taras...



Uwielbiam, gdy słońce wchodzi nam na taras. Rozjaśnia z rana kamienną podłogę i blat stołu.
Dalej, w trawie, trwa zabawa na całego, wróble na zmianę podrywają się do lotu, po kilkanaście ich naraz, żeby po chwili usiąść na kwitnących gałęziach jednej z kilku brunatnych śliw. Podejmują te swoje decyzje w mgnieniu oka. Jedno mgnienie, a decyzja wszystkich.

Podłoga na tarasie zamyśla się na nowo, słońce kurczy swoje promienie...
Wraca jednak i każe mi porzucić kurtkę i czapkę. Ciepły weekend oznacza przemeblowania na tarasie i ganku. Wyrzucam, zamiatam, odświeżam. Odsuwam stół od ściany, czas przestawiam na letni.

Zegar tyka, z sobie tylko znaną namiętnością. A ja coraz częściej zdaję sobie sprawę z upływu czasu, zauważam, jak szybko rosną nam nasze dzieci, bo te cudze, to wiadomo. Skończyłam 42 lata. Dobrze mi ze sobą, nie dziwią mnie pojedyncze siwe włosy, ani zmarszczki, ani melancholia, której coraz więcej ostatnio w moim życiu.

Wieczorem, przy - na wpół pełnej - lampce wina, zamyślam się ponownie. Zamykamy dokładnie drzwi, opuszczamy rolety, próbujemy odciąć się od wirusów i przygnębiających wiadomości, na chwilę zanegować świat, nie martwić się zbytnio o jutro. Nie jest to łatwe, ale dla mnie konieczne, żeby przywrócić wewnętrzny spokój, bo strach niewiele przecież pomoże.
Każdego dnia od nowa staram się ułożyć swój świat, odnaleźć się w tak dziwnej rzeczywistości.
Gdy byłam mała, wszelkie domowe zawieruchy wymazywała noc, wystarczyło, że rankiem słyszałam sąsiadki spieszące pod oknem na zakupy lub do pracy, wystarczyło, że śmieciarka, jak zwykle hałasowała przy przyblokowym kontenerze. Jak zwykle. Wtedy wiedziałam, że życie toczy się dalej, koniec świata nie nastąpił.
Dzisiaj nastała cisza. Przeplatana oczywiście zwiększonym ruchem telefonicznym, grupami na messengerze, ciągłą potrzebą ładowania komórek i obsługą kolejnej aplikacji do kontaktu z.

A tak chciałoby się po prostu żyć, jak kiedyś, a może trochę jednak inaczej? Może teraz jest czas na to, żeby to inaczej w końcu nazwać, określić lub wprowadzić...
Sama wolałabym nie musieć nazywać naszego życia z wirusem. Trzeba jednak jakoś się z nim dogadać i odnaleźć swoje ścieżki i skrawki ziemi i powietrza, które pozwolą na spokojny sen i spokojny oddech.
Nie wiem co będzie w maju, ani czerwcu, ani lipcu, ani sierpniu, ale wiem, co ugotuję na obiad na jutro. Wytaszczam z kuchennych szafek część zapasów mąki, przypominam sobie o słoiku musu z jabłek, który dostałam od mamy. Zrobię skubańca. Nadal nie kupiłam jakiegoś ekstra miksera, z podstawką lub napisem Kitchen Aid, więc stoję nad ręcznym i gapię się przez okno. Dzieci ścigają się na rowerach. szczęściarze z nas, bo mieszkamy w domu z ogrodem wielkim, jak etap tour de france. Ścigają się więc ze swoim tatą, który cały jest tęsknieniem za ścieżkami rowerowymi między alpejskimi wioskami.

A ja stoję, siedzę, przechadzam się i znowu zamyślam...

Czy... starając się ze wszelkich sił nie nazywać tego na głos, nie kończąc tej myśli nawet... czy to nowe, to, co teraz, nie spełnia gdzieś, między wierszami, mimo, że trochę okrutnie - moich wcześniejszych zamarzeń i westchnień...? O więcej czasu. Na bycie w domu, na gotowanie z Marysią, na przemyślane zakupy, na zakupy w małym pobliskim sklepiku, na tłumaczenie dzieciom świata, na siedzenie w słońcu na ganku. Czas na przemyślenie i przeorganizowanie. Na wyciągnięcie z siebie tego, co drapało, a co - jak się okazuje - można z ulgą i bez żalu odciąć lub wymienić. Na tęsknotę za tym, co kocham najbardziej. I rezygnację z tego, co popychało mnie bezmyślnie i z rozpędu każdego dnia, z nadmiaru. Bo czemu nie. No nie! Wystarczy i dość. Wystarczy to mniej, bo okazuje się, że to minimum, to bardzo dużo. Wystarczy drugi człowiek. Mama, Brat, przyjaciółka, teść. Mąż i dzieci. Rozmowa. Wspólność. Szkoda, że łączy nas strach. Stoimy wszyscy w tym samym rzędzie. No, prawie wszyscy:)

O. Białko ubite. Wkładam skubaniec do piekarnika. Jutro zawiozę trochę do pracy. Podrzucę mamie. A po południu przejadę jeden etap tour de #zostanwdomu po własnym ogrodzie.






niedziela, 22 marca 2020

znowu jest dziś

 

Wystarczy, że wyłączę komputer, odejdę od ekranu telewizyjnych wiadomości, zapomnę, gdzie odłożyłam telefon...
...a otwieram drzwi do innego świata.
Zmywam makijaż z brody i policzków. Siadam na brązowym fotelu na naszym ganku. Stary ten fotel, jeszcze z mieszkania cioci Lusi i Krysi. Obity skórą w kolorze light brown, z drewnianymi podłokietnikami. Mamy takie dwa, muszą mieć ze czterdzieści lat, choć identyczne widziałam ostatnio na instagramie, z oznaczeniem Crate and Barrel...

Ptaki świergoczą nieprzerwanie, pospiesznie, wręcz niecierpliwie, takie radosne! A ja mam wrażenie, że ta chwila, ten rodzaj spokojnego popołudnia jest ze mną od dawna i że od dzisiejszego i wczorajszego, i przedwczorajszego ranka minęły lata.


Gdy porzucam media, żółte i czerwone nagłówki, znowu potrafię głośno się zaśmiać. Kot bawi się na ganku, trącając łapką suchy patyk. Dzieci biegają po ogrodzie, podśpiewując pod nosem... cokolwiek teraz mają na topie. Przykrywam nogi kocem, kładę na kolanach ulubiony zeszyt i ołówek. Tak normalnie. Jest normalnie.

Zeszłej wiosny nie miałam ani kota, ani czasu, ani wszechowładniającego koronawirusa.


Wiele się zmieniło, bardzo wiele. Najtrudniejsze są poranki, po wyjściu z domu. Wstaję wcześniej, niż zwykle, przechodzę na palcach po śpiącym domu, całując czółka dzieci i usta męża. Oni zostają tu, bezpieczni. Mąż jest nauczycielem, pracuje zdalnie, jest w stałym, całodniowym kontakcie z rodzicami, zwłaszcza z tymi, którzy nie  mają w domu drukarki lub zwyczajnie nie są biegli w obsłudze komputera, czy aplikacji. W międzyczasie przerabia zadany materiał z naszymi dziećmi, mamy więc jakby luksusowo, tym bardziej, że nie trzeba ich specjalnie namawiać do czytania (Jan czyta wszędzie i ciągle, nadal mu to nie mija), zadań z matematyki (Marysia uwielbia, po mnie:)), a przede wszystkim do zaglądania na strony internetowe polecane przez nauczycieli. 

A ja? Wymykam się, niechętnie, w kolejny dzień, we wschodzące słońce, w nie wiadomo co. Ze strachem, przeplatanym coraz bardziej wyblakłą myślą, że to absurd przecież, że niemożliwe...
Rezygnuję z obwodnicy i wjeżdżam do miasta. Ulice są ciche, jakby wstrzymały oddech, promienie słońca sennie przenikają przez gołe gałęzie drzew, zatrzymując się na elewacjach. Nie jestem pewna, czy ten cichy oddech wstrzymuje miasto, czy bardziej ja. Parkuję przed budynkiem mojej podstawówki. Tak rzadko tu bywam.  Właściwie nie byłam w tym miejscu od lat! Tym dziwniejsze uczucie... jakbym się w czasie cofnęła, niechcący. Przed małą piekarnią stoi chłopak. W pierwszej chwili rozglądam się i odruchowa pierwsza myśl, na kogo może czekać w tym miejscu o tej porze? Niewielka kartka na szybie i już wiem. Drzwi piekarni otwierają się. Znów jest dzisiaj. W środku dwie osoby, przezornie oddalone od siebie na dobry metr. Moja kolej. Zachwycam się rumianymi bułkami, mnóstwem chleba w kilkunastu odsłonach, przecudnie ułożonych w wiklinowych koszach. Dokładnie tak, jak lubię. Przypominam sobie włoskie boulangerie, bez których nie wyobrażam sobie wakacji... i właśnie dlatego każde słowo wymawiam niemal szeptem, oszczędnie...

Ach, jak im żal tych naszych włoskich miejsc, Włochów, jakkolwiek by nie oceniano ich pobłażliwości i braku rozsądku. Naszych miejsc mi żal, mam przed oczami Cannobio, Tisens, Passo Stelvio, Lago Maggiore, czyli północ, okolice i Mediolanu i Wenecji i Bergamo... Z północną częścią Włoch wiąże się wiele naszych wspomnień z podróży z ostatnich paru lat. I planów na najbliższe wakacje, które pozostaną w kategorii niespełnione...
Staram się nie wpadać w wielki smutek, a raczej docenić to, co mamy. Pięknie brzmiące słowa o życiu tu i teraz, o uważności i wdzięczności mają szansę zawalczyć o namacalność i dosłowne odkrywanie ich sensu. Dostaliśmy czas na zatrzymanie się i gruntowne przeanalizowanie samych siebie. Niektórym się to uda, niektórym nadal nie. Musimy myśleć, że to szansa, możliwość wyciągnięcia z obecnej sytuacji tego, co dla nas najcenniejsze. Musimy, bo inaczej zwariujemy.
Musimy mieć nadzieję, nadzieję na to, że podołamy temu, co przyjdzie, co wpełza w nasze życie i tak bardzo nam je zmienia.
Trudno jest zrobić sobie rachunek sumienia z życia, które do tej pory nauczyło nas brać i chcieć więcej i więcej. Z drugiej strony wydaje się to bardzo proste, wspólny mianownik pozostaje ten sam, rodzina, zdrowie, bliscy. I Bóg. Reszta?
...



poniedziałek, 9 marca 2020

Kobieta



jestem kobietą
pełną życia i emocji, często skrajnych, nad którymi trudno zapanować
pełną lęków i wątpliwości, pojawiających się wbrew i pomimo
pełną marzeń - małych, dziennych i tych, po które trzeba sięgnąć aż do gwiazd
tak więc sięgam, stając na czubkach palców
lub sięgam wzrokiem, dalej, niż by wypadało

mam w sobie siłę, nawet wtedy, gdy wolałabym paść na kolana i o niej na trochę zapomnieć
i kruchość kobiecej intuicji, przepełnionej nadzieją i wiarą
mam słuch dobry, pewnie aż za dobry,
bo słyszy wołanie zanim inni otworzą usta

serce wielkie i pojemne, słoneczne,
choć w jego najniższej szufladzie, tej, która najciężej się otwiera, sporo schowanych dramatów i pęknięć
to nic, pozostałe wystarczy lekko pociągnąć, pełne są uśmiechów, ciepłych i dobrych spojrzeń

jestem idealna chwilami, dokładnie wtedy, gdy tak się czuję
przy tobie, w zakochaniu, podróży, na wietrze
wtedy wiem, że mogę wszystko
bo mogę, bo czemu nie

jestem zagadką i odpowiedzią
potrafię nagle zatrzymać się na widok cudnej zwyczajności, nawet, gdy biegnę bez tchu

zapominam obrazić się i pogniewać
potrafię czarować, czasem zupełnie nieświadomie i niechcący

i rzucam sobie kłody pod nogi, żeby potem zbudować z nich most

tęsknię i wzdycham
czuję mocno, nawet gdy tego po mnie nie widać,
choć po mnie zawsze widać

mówię głośno, żeby w ciszy spokojnej móc iść spać
nie zostawiam na jutro żalu i niedomówienia
ani ostatniej kostki czekolady

i dumna jestem i nic bym nie zmieniła
pomimo wielu błędnych decyzji, kiepskich wyborów, niewykorzystanych szans
wszystkie one, plus zbiór tych dobrych tu i teraz
bycia w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie

to właśnie ja
moje ja
a gdyby nie to wszystko, co za mną, nie byłabym tu, gdzie jestem teraz
 i - co wzrusza mnie zawsze, gdy o tym pomyślę - z Tymi, co teraz

jestem kobietą
ciąg dalszy z pewnością nastąpi
i do niego puszczam teraz moje piękne oko:)






środa, 5 lutego 2020

dzień dobry



Jak cudownie jest mieć ponad czterdzieści lat i móc odkrywać w sobie... nadmiar wręcz - emocji, wspomnień i reakcji na najmniejszy dźwięk kojarzący się z przeżytą kiedyś chwilą.
Jak dobrze jest mieć ponad czterdzieści lat i być bogatym w doświadczenia, najróżniejsze, kolorowe, niewiarygodne, i czułe. Być bogatym w całe przebyte dotąd życie.
Nadal zdarza mi się czuć się dziewczyną, zwłaszcza, gdy z szacunkiem i lekkim skinieniem głowy mówię dzień dobry starszym ode mnie osobom. Odruchowo. Jakby oni byli ode mnie naprawdę sporo starsi. Zdaję sobie potem sprawę, że role się odwróciły, to przede mną niedługo będzie dygać młodzież. Jestem już od dawna panią:)
I gdy uśmiecham się do siebie na widok zdjęć sprzed parunastu lat, gdy dotykam z czułością nowego zagłębienia wokół oczu mojego Męża, choć dla mnie jest ciągle tym samym, co w czerwcu 2007, lub gdy popijam prosecco i nagle słyszę ścieżkę dźwiękową z Zaklinacza koni... mix kompletny! - uświadamiam sobie, że potrzeba było sporo czasu na to wszystko. Moje zdobycze, wspomnienia, które wzruszają, budują, poklepują przyjaźnie po ramieniu i szepczą... to ty. To wszystko twoje.

To trochę tak, jakby układać po kolei małe puzzle, trafiać na właściwe z bliskiej odległości, cieszyć się z dopasowania jednego do drugiego. Jednak dopiero, gdy spojrzysz na nie z nieco większej perspektywy, widzisz efekt, pełniejszy obraz, a na samym końcu... całość.
Moja całość, na dzień dzisiejszy i obietnicę kolejnych, bardzo mi się podoba:)















środa, 29 stycznia 2020

wybielone szeptem



Zima.
Zima, po którą trzeba jechać trzy godziny.
Swiat, z obłędu, zmienia barwy na biel, przyprószony brąz i oszronioną szarość.
Błękit nieba ubrany w chmury i mgłę.
Niespieszność. Szept. Szelest mrozu.
Piękno. Magia.
Z moim Bartkiem wszystko dzieje się piękniej.
Zawsze skręca w te boczne, bardziej kręte drogi i otwiera przed nami czarowny świat.
Wie, że to uwielbiam.
I nagle jesteśmy tylko my...
I zima.