sobota, 25 marca 2017

think Italian!


#thinkitalian

Pod jednym z instagramowych zdjęć trafiłam na takie hasło. Idealne - pomyślałam. Idealne!

Nic aż tak nie pomaga mi przetrwać zimowo wiosenno każdego przesilenia, jak wizja letniego urlopu. Człowiek pracuje cały rok, przerywając biurkową udrękę (o sobie myślę) kilka razy, co kilka miesięcy, na zbyt krótką chwilę. Co najwyżej przedłużony weekend. A te parę dni oderwania się od domu i pracy tylko zaostrza apetyt na więcej, bo pewnie większość z was też doszła już do tego samego wniosku, co ja, że prawdziwie odpoczywa się mając do dyspozycji co najmniej trzy tygodnie. To znaczy... odpoczywałoby się. Pierwsze kilka dni na otrząśnięcie się i zapomnienie o pracy, kolejnych kilka na uświadomienie sobie, że to naprawdę już urlop, a dalej dopiero relaks.
W moim przypadku wolne zawsze wiąże się z innymi trzema etapami: pierwszy to syndrom napięcia przedurlopowego, drugi: nerwowe sprawdzanie maili i połączeń podczas wolnych dni oraz trzeci: nieogarnianie i góra zaległości po. Plus mały upominek dla zastępującej mnie koleżanki, która po moim wolnym najchętniej sama urwałaby się na trochę, żeby odetchnąć po łączeniu dwóch etatów w jeden.
Ale latem, w wakacje, firma, w której pracuję, ma przywilej dwutygodniowej przerwy w produkcji, we wszystkim, przestoju. Time off, closure, holiday break. My favourite time of a year. Ostatnie dni przed to oczywiście wyjście z amnezji u każdego z naszych klientów. Do ostatniej chwili przypominają sobie o arcyważnych zamówieniach i tematach, które nie przeżyją dwutygodniowej rozłąki. Ale potem następuje cudowny czas zero. Reset. Out of the office reply.

Ale miało być po włosku...

Ci, którzy mnie znają, wiedzą, jak lubimy Szwajcarię, że nigdy się na niej nie zawiedliśmy i że nawet jutro mogłabym spakować się i tam wyemigrować. Szwajcarię kochają nasze dzieci. A w niej najbardziej plac zabaw na Camping Aaregg:) Ale w tym roku pomyśleliśmy... a może coś innego? Jest przecież tyle pięknych miejsc, w których nas jeszcze nie było!


Bolzano - expedia

I zaczęło się. Morze? Góry? Jezioro? Północ czy południe? Namiot czy - i taka słabość pojawiła się na małą chwilę, haha - all inclusive??
Zaczęliśmy od badania Francji przez Niemcy, Austrię aż do Włoch. Gdzie my nie byliśmy...
Intensywne poszukiwania nałożyły się na moje ogromne zmęczenie i sporo służbowych obowiązków.
Za oknem kiepsko, któreś z dzieci chore, choroba mamy. Wizja najelegantszego campingu u podnóża ośnieżonych szczytów Alp w środku lata - przygnębiała mnie. Jedyne na co miałam ochotę, to sen. Zresztą pisałam już o tym w poprzednich postach.
Mój ukochany dwoił się i troił. Rozpisywał atrakcje, sprawdzał komfort, opinie, zdjęcia toalet:) Bez wyraźnych zdjęć sanitariatów camping dla mnie nie istnieje:)
A ja ciągle nie i nie. Bałam się kapryśnej pogody, Alpy zaskoczyły nas już i gorącem i zimnem.
Mały przełom nastąpił pewnego kolejnego wieczoru, który spędzaliśmy razem, nad ofertami, czytając opinie o campingach na zoover.com. Polecam każdej zasępionej istocie, na każdy deszczowy i smutaśny dzień. Opinie holenderskich turystów na zoover.com tłumaczone na polski przez translatora gogle.
Doskonały relaks:) Śmiałam się do łez. Napięcie opadło i na drugi dzień wizja wakacji zaczęła się w końcu klarować...
Bartka wyraźnie ciągnęło w góry. Mi marzyło się płasko, leniwie, na leżaczku! haha:) Jak chyba nigdy wcześniej. Miałam po prostu wrażenie, że nawet włoskie, czy francuskie campingi, które pokazywał mi mąż, to nadal... Szwajcaria:) Basen z widokiem na śnieg gdzieś na wierzchołkach...
o tak na przykład...


Caravan Park Sexten, zdjęcie ze strony campingu

Ale ponieważ przez ostatnie dziesięć lat nadal nie nabraliśmy wprawy w kłóceniu się, w sporach i fochach, doszliśmy do wniosku, że możemy przecież jechać na... dwa campingi!
Postanowiliśmy połączyć góry z morzem, zasmakować i Alp i Adriatyku, kamieni i piasku. Idealnie.

No dobra, dobra, a dokąd ostatecznie jedziemy? Dokąd dokładnie?

#thinkitalian

Ciąg dalszy po przerwie. Bądźcie Państwo z nami!:)



czwartek, 23 marca 2017

jakie ja mam szczęście





Czasami zdarza się taki słoneczny dzień, słoneczny nawet mimo chmur za oknem, kiedy nie zwraca się uwagi na to, co nieudane, niezałatwione, ale za to wyraźniej widzi się uśmiechy losu.
Dziś mam taki dzień.
Co prawda ukochany mąż wyjechał z młodzieżą na wycieczkę, nie  ma go dziś i jutro, więc ja już tęsknię, tęskni cały dom. Ciekawe, że zawsze, gdy jest daleko, widzę go bardziej. Świadomość, że dzieli nas więcej, niż codziennych osiem kilometrów, i że nie musnę jego policzka po powrocie z pracy, wywołuje jakiś dziwny ścisk gdzieś tam w środku, małą tęsknotę. Jasiu już wczoraj popłakiwał na myśl, że dziś będzie przecież tęsknił na tatusiem. Przeżywamy te nawet krótkie rozłąki bardzo. Dzielimy myśli i serduszka na dwa miejsca, tam i tu.
Zawsze w taki czas piszę post, bo czuję mocniej, bo brak się czuje. I zawsze wtedy przychodzi ta świadomość, jak wielkie mam szczęście. Niedoceniane nadal, na co dzień. A tak blisko. Los uśmiechnął się do mnie naprawdę szeroko:) Doczekać się już nie mogę powrotu najbliższej mi Osoby, i cieszyć się będę, jakby wracał z końca świata, po latach:)
A te uśmiechy z każdej strony dzisiaj.
Udało mi się dodzwonić do przychodni i zapisać się na wizytę u obleganego lekarza, uprzejmość ze strony pań z rejestracji nadal zadziwia, a tym bardziej cieszy. Ale udało się, po dwóch tygodniach wydzwaniania.
Załatwiłam... karton dla Marysi (lat 8, przypomnę...) - bo chce się do niego wpakować i bawić w.. pewnie jeszcze nie wie dokładnie w co...:) Prosiła mnie o to od kilku dni. Karton, mała rzecz, śmieszna rzecz, znalazłabym w każdym większym sklepie. Tylko kiedy po tych sklepach biegać? Więc spróbowałam w pracy, mamy takie wielkie, gładkie, bez naklejek, idealne do zabawy, a zawsze znajdzie się jakiś uszkodzony, do wyrzucenia. Pomógł kolega, który też ma córeczkę i równie chętnie sam by taki karton złożył... byleby móc i swoją i moją w kosmos kurierem wysłać...:)
I niby nie ma w tym nic niezwykłego, ale ta odruchowa koleżeńska pomoc, porozumienie niemal bez słów, efekt kilkuletniej udanej współpracy, z którą spotkałam się tego dnia, a która zdarza się u mnie w pracy naprawdę często, dodaje skrzydeł, podnosi kąciki ust do góry, no chce się żyć!
I w tamtej chwili pomyślałam sobie, jakie ja mam szczęście! Jak to cudownie poczuć, że po latach ciężkiej pracy, przy której mi samej nie zabrakło zwykłej dobrej woli, uśmiechu i pomocnej dłoni, ta życzliwość powraca. Zawsze cieszy. Jakie ja mam szczęście pracować wśród bezinteresownych, pozornie zwykłych ludzi. Och, no nie ma ich znowu aż tak dużo, większość ukrywa tą swoją bezinteresowność baaaardzo głęboko.... ale te perełki niespodziewanych uprzejmości trafiają się, trafiły mi się dzisiaj. To lepsze, niż premia:)
Słońca nadal nie ma, ale ono przecież zawsze gdzieś świeci:)

poniedziałek, 20 marca 2017

zaspane serce

Zapisałam te słowa w zeszłym tygodniu, a może i jeszcze w poprzednim?
Ciągle aktualne, ze wszystkimi szczegółami...



Jeszcze godzinę temu miałam na końcu języka kilka akapitów tekstu. Wróciłam z pracy, ogarnęłam to, co niezbędne pod nogami i wokół mnie. Przypomniałam sobie, żeby na głos chwalić dzieci i podkreślać ich wyjątkowość. Żebym i ja i my i one... żebyśmy mogli częściej słyszeć dobre o nich słowa, nie tylko o tym, co zawsze... że taka młodzież teraz, że za żywi, za głośni, zbyt znudzeni.
Że pewnie i my w końcu ulegniemy komórkom, tabletom i innym smart coś tam...
I tę godzinę temu - z małą minutą później - do drzwi zapukała dwójka dzieci, Sąsiedzi, lat...w sumie 11. Dzieci rozkosznych... do czasu:)
Sumienia nie mam nie wpuścić, nie pozwolić, choć dopiero z pracy wróciłam, marzę o ciszy, fotelu, łagodnym popołudniu. A one u drzwi moich...
Choć ich samych zazwyczaj nie słychać, za to dwa razy głośniejsze są z nimi nasze rozkoszne dwa dziecia.

Ach tak, miało być pozytywnie...

Jest pozytywnie!
Każdego dnia i w każdym momencie. Zwłaszcza, gdy czytam o chorobach innych.
A o tym, jak my jesteśmy szczęśliwi - bo... normalni - uzmysławiam sobie w kółko i wciąż.
Serduszkiem moim są, wszyscy troje, mimo, że to serce ciągle mam zaspane. Oddycham nimi nawet, gdy staram się zaciągnąć wyłącznie własną dorosłością. Przecież od kilku lat, ośmiu dosłownie, nie mam już wyłącznie.
Wzruszam się przy reklamach (znowu!), na filmach i bez powodu. Radością się wzruszam.
Jestem w pełni mamą, najbardziej, jak się da. Jestem ukochaną, zakochaną, żoną.
Z miłością odwzajemnianą zanim pojawi się potrzeba. Bez wyjątku i powodu.

A pomyśleć, że tak mi jakoś ostatnio źle bywa, że radości chce mi się szukać, że kiedyś nawet przestałam w taką wierzyć, a ona mi się tu spełnia namacalnie każdego dnia.
Tak dużo mam, tak zwyczajnego, spokojnego, niezmąconego ekstremalnością szczęść i nieszczęść.
I takie to jest zwyczajne właśnie, i oczywiste, że dopiero, gdy zaczynam porównywać i zdawać sobie z tej zwyczajności sprawę - czuję falę gorąca na myśl o tym, że mogłoby być jakkolwiek inaczej.

Czasem tylko mi się w nocy budzicie, przez sen swój i mój, ze strachem, bo koszmar, bo coś złego w tym śnie się wydarzyło albo noga ścierpła. Bo kaszel, sucho, pić się chce.
Głowa woła wstawaj, serce woła wstawaj, ciało wstaje i samo nie wie, że robi to, co robi.
Daje pić, masuje, przytula, całuje bezwiednie.

Ale kocha to serce, kocha niezmiernie, nieprzerwanie, nie słabiej, nie letniej.
Choćby najbardziej zaspane było, oderwane od poduszki, odpoczynku, snu.
Kocham bezwarunkowo o każdej porze dnia i każdej w nocy.



niedziela, 19 marca 2017

sprawy nieporankowe





Czuję, że muszę zmienić kilka rzeczy w moim życiu.
NAPRAWDĘ chodzić wcześniej spać i regularnie łykać witaminy i magnez. Wrzucać na luz, nie denerwować się tym, co dotąd doprowadzało mnie do szału. One i tak nie słuchają tego, co mówię po minucie mojego słowotoku. Znaleźć więc muszę sposób na to, jak ich zaskoczyć, jak łagodną stanowczością złamać naturalny opór:)
Każdego rana, od samego rana jestem rozpędzona. Niedawno Agnieszka z bloga Różana Ławeczka zadała u siebie pytanie: "jaki kolor mają twoje poranki?". Chodziło o kolor optymizmu, o to, skąd bierzemy siłę na działanie, na nowy dzień. Sama do siebie się uśmiechnęłam, moja odpowiedź była oczywiście szybka...


Moje poranki są bardziej dźwiękami, niż kolorem. O ile pośpiech może mieć dźwięk...:)
Śmieją się i wołają. Opowiadają o sprawach niezwiązanych, abstrakcyjnych, nieporankowych. Dzwonią łyżeczkami o miseczki i seplenią przez szczoteczkę z pastą... nadal o tych sprawach niezbędnych...


Dopiero, gdy jadę do pracy kolory zaczynają zabawę w uspokajanie mnie. I rozmarzenie mnie... Błękit nieba, zieloność i beżowość ziemi, biel śniegu zimą... Te barwy i kolory, do tego kawałek dobrej muzyki w aucie, sprawiają, że znowu wierzę w ten czas na pasje... że te codzienne pośpieszne dźwięki się w kolor pasji zamienią i otulą mnie z każdej strony...


Choć ostatnio jednak wyłączam nawet i radio. Przeszkadza mi hałas. Mam wrażenie, że codzienność, pośpiech, wszystkość, zagłuszają mi to, co ważne, czego teraz potrzebuję. Zagłuszają ciszę, dzięki której odpoczywam, która mnie uspokaja, dzięki której znajduję równowagę...
Więc wyłączam. Wyciszam. Czekam, aż cisza nada rytm całemu porankowi, początkowi dnia, od niej muszę zacząć, w niej mogę usłyszeć podpowiedź, jej się trzymać...


Ach, gdzie jest ta wiosna...??
Tak bardzo chce mi się już radości! Optymizmu, słońca i pozytywnych wiadomości.
Chce mi się już - i znów - żyć w podskokach, z uśmiechem, z dobrem.
Dość mam już zmarszczonego czoła i złowrogich spojrzeń, okropnych słów, jakie jeden człowiek drugiemu przypisuje, czarnowidztwa i polityki. Dość mam złych wiadomości i bezsilności.


Radości mi się chce, ciepła i kolorów, światełka w tunelu...



środa, 1 marca 2017

nawet wszystko




chciałabym móc częściej rozmawiać z tobą
tylko tobie mogę więcej powiedzieć
nawet wszystko
nie bojąc się nazwać każdej małej myśli, wypowiedzieć na głos tego, co we mnie jest
a jest we mnie cała symfonia emocji, uczuć jak dźwięków ze sobą poukładanych
nut cichych i głośnych, szeptem muśniętych i tych zdecydowanych
różniących się barwą, intensywnością, miejscem w rzędzie
jedne odważne, bezkompromisowe, niecierpliwie odmierzają rytm, żeby zaistnieć wyraźnie w idealnym dla siebie momencie
drugie w tle z dbałością ukryte, nie mniej niezbędne, wyczuwalne ósmym zmysłem i najdoskonalszym słuchem
żadnej z tych nut emocji uronić nie można, ani pominąć, bo w pojedynkę nie istnieją
osobno nic nie znaczą
tylko razem, przy sobie i obok, dopełniają się i uzupełniają
dając wrażenie zupełności
tylko gdy razem wystąpią można zrozumieć każdą z nich osobna


tylko tobie mogę więcej powiedzieć
o tym, jak lubię zamknąć za sobą drzwi codzienności, czynności odruchowych
i wsłuchać się w te najcichsze, najgłębiej siedzące marzenia
małe wizje słonecznego domu na skraju lawendowego pola
z ciepłym kamieniem pod stopami i niespiesznością poranków
z ciszą lekkiego wiatru, aromatem Prowansji i ostatnią pyszną kroplą wina do obiadu
tak mi się marzy być tam z wami
być - nie biec, nie liczyć nie czekać
być po prostu

tak chcę, to się może udać,  czemu nie?
ja i ty... wszystko jest możliwe
nasze wszystko
już się cieszę





wtorek, 21 lutego 2017

blog, słowa niepozbierane i niezwykłości

Tak, tak. To miały być trzy posty. Z rozmysłem napisane, dopracowane, wymuskane.
Ale z tym moim blogiem... nie mogę się ostatnio dogadać.
Zaglądam. Zaczynam. I porzucam przed końcem pierwszego wiersza.
Przez cały dzień krążą wokół mnie słowa, czasem w pojedynkę, częściej parami.
zaspane serce
niezwykłości
sprawy nieporankowe
słowa niepozbierane
Przepiękne, obudzone myśli, już... już widzę je jako nagłówki obiecujących historii.
Już mam wpaść w ten niegdyś ulubiony nieczas pisania - zwany po ludzku zapomnieniem się - taki, który tłumaczy nieugotowane, niewyprasowane i niewyspane - koniecznością tu i teraz zanotowania najgorętszych i najaktualniejszych przemyśleń. Tych, co nie mogą poczekać już ani chwili dłużej.
Już mam niemal tę moją niecierpliwość otuloną kocem, nastrojoną zapachem gorącej herbaty i muzyką w słuchawkach...
Tylko usiąść. I pisać.
Ale... nowe tematy, natchnienia, umykają przed zachodem słońca.
Nie rozwijam, nie opowiadam, palce zawieszam nad migającym kursorem i nie zatrzymuję się na dłużej.
A może to one nie zatrzymują mnie?
Wiercą się te moje myśli jeszcze przez chwilę.. o tak! zagadują, intrygują, żeby w końcu przegrać ze snem, zimą lub zwyczajną niechęcią. I wrażeniem, ze to wszystko bez sensu.
I tak mijały ostatnie tygodnie. Próby i zniechęcenia.
Przy kolejnym falstarcie doszłam do wniosku, że... nie mam o czym pisać.
Bo albo już o tym czymś pisałam, już się do tego przyzwyczaiłam, przeżyłam...
...albo ta nowa myśl okazywała się błaha, nieważna, przeterminowana.
Być może za bardzo chciałam napisać coś popularnego, co porwie i mnie i Was. Coś, co poruszy, zostanie na dłużej, niż kilka dni życia blogowego posta.
Takie właśnie błahe mi się to wszystko wydało, sam blog i pisanie o sobie i dla mnie.
Wirtualne i na chwilę. Szukałam myśli pozytywnych, optymistycznych, wręcz radosnych.


A tu życie biegło obok, pełne spraw naprawdę ważnych i dotykalnych. Biegły dzieci i Męża świat.
Zwolniłam. Częściowo uwolniłam się od mediów i portali.
Ale niepokój jakiś dziwny pozostał.
To nie z blogiem nie mogłam się dogadać.
Tylko ze sobą.


Być może zmęczenie, nastrój w pracy, brak promieni słonecznych, zimno i bezśnieżny mróz.
Być może straszne wiadomości ze świata, przepychanki polityków i nasza wobec tego bezsilność.
Całe garście braków i nadmiarów.
Szukałam, chciałam, ale nie wiedziałam czego i co.
Nie mogłam się zdecydować nawet na miejsce tegorocznych wakacji.
Nie cieszyło mnie to, co powinno cieszyć. Aż rozpłakałam się w drodze do pracy.
Pewnego ranka.
Bez powodu.
Depresja?
Pomyślałam - pójdę do specjalisty. Pójdę po diagnozę, którą sama sobie ustaliłam.
Niech mi powie, że wymyślam, że się nad sobą użalam, że mam za dobrze i z nudów wyszukuję. Niech mi - nie dosłownie - da kopa w d...
Podziałało. Nie musiałam nigdzie iść.
Otworzyłam szerzej oczy. Powtarzam sobie, że nie muszę na siłę ulegać własnym zachciankom - bo tak sugerują w kobiecych magazynach - żeby walczyć o swoje, o lepszą pozycję kobiety, wszędzie. Wystarczy umiar. I świadomość. Wolę być sobą tu i teraz, z tym, co teraz. Pasje pasjami, nie wygasną. A nasze dzieci rosną. Drugi raz nie będą miały po 5 i 8 lat. Niedługo skończy się wskakiwanie do łóżka nad ranem i opowieści o marzeniach bycia gwiazdą Mam Talent i Voice of Poland. Za chwilę mi tego zabraknie.
Nie muszę poszukiwać niezwykłości, tylko je dostrzec. Są wszędzie!
W słowach... już nie moich, ale naszych dzieci. W ich główkach, przemyśleniach, uporze i w tym, jak bardzo podobne są do nas. Jak bardzo dosłownie nas naśladują, chłoną. Jak bardzo my jesteśmy ich światem.
Całe moje życie jest niezwykłe - Ukochany obok, z zaletami, które ciągle zachwycają i słabościami, które stają się niemal wspólnymi. Marysia i Janek - zdrowe, mądre, energiczne skarby. Mam pracę, mam dom, mam i kredyt, mam i marzenia, jak to będzie, gdy go spłacimy:)
Tyle planów na tą wiosnę i najbliższe lata. Wspólne, ze wszystkim, co nam przyniosą.
A co mogę? Mogę pozwolić sobie na łzy w drodze do pracy. Ten jeden raz.
Na sen, kiedy przyjdzie mi na to ochota.
Na niegotowanie i niepozbieranie. Na pisanie i niepisanie.
Na dzień dobry.

zaspane serce
niezwykłości
sprawy nieporankowe
słowa już pozbierane:)
i kolejne
północ - południe
mama swojej córeczki

czekają na opowiedzenie
pozytywne i z rozmysłem
nawet, jeśli błahe
zajrzycie?:)






poniedziałek, 13 lutego 2017

"to się chwalę":)

takim Znajomymi trzeba się chwalić!


nasza Dorota - prowadząca blog www.dorotanaprzedmiesciach.blogspot.com - bierzmy przykład:)
bo teraz to już nie tylko "Dorota - prowadząca blog" - przeczytajcie, bo to prawdziwa inspiracja


kto zna, ten wie:)


o Jej najpierw małych krokach, ale potem liczonych w tysiącach...
Małe zmiany prowadzą do wielkich rezultatów - poznajcie Dorotę!


Dorotka - gratuluję!
- odkąd pamiętam - podziwiam i staram się wzorować
póki co, udaje mi się w jakichś 5%, ale od czegoś trzeba zacząć:)
:)





niedziela, 29 stycznia 2017

mój poranek z George'em


przez cały ranek...
siedziałam znowu na dywanie
po turecku, przed telewizorem
a właściwie przed włączonym magnetofonem marki grundig
i słuchałam careless whisper, jesus to a child, freedom, kissing a fool...
brązowy dywan w beżowe wzory
brązowa meblościanka z połyskiem
mama w wełnianym swetrze, który sama zrobiła na drutach
a na szyi miała zawieszkę z mini perfumikiem w sprayu
z lokami jasnymi bujnymi, które zawsze były żółte na moich przedszkolnych rysunkach
i bladoniebieskim cieniem na powiekach
braciszek bawił się autami, "pierdział" buzią udając dwustukonne silniki swoich dwóch resoraków
tych, które dostał od chrzestnego z jego podróży do Hiszpanii
spodenki z łatkami na kolanach i słodki uśmiech, którego nie sposób było nie kochać
i tata wtedy był
jak George Michael
miał czarne włosy, czarne wąsy, duże dłonie, był wysoki
miałam tatę
włączał telewizor i nagrywał prosto z niego na poczciwego grundiga


taki to był mój świat
mama tata i brat
i George z Whitney


cały ranek dziś słuchałam tych starych pięknych piosenek
może się starzeję, dojrzewam, zaczynam częściej patrzeć wstecz
bardzo wstecz!
urodziłam się w 1977
a ten rocznik obchodzi w tym roku cudowne krągłe urodziny
to nasz rok! to jest i będzie dobry rok
dopiero się rozkręca, nabiera rumieńców, tym bardziej, że 39te urodziny miałam w grudniu
może nie kupię czerwonego porsche
ale buty w szalonych kolorach już mam:)





czad, prawda?:)


będzie dobrze
podobno w tym roku mam "zacząć działać w bardziej przemyślany sposób, choć to może się wydawać nie w moim stylu"... haha:)
póki co słucham George'a
aktualna wtedy i tak bardzo teraz...
"Praying for Time..."






sobota, 28 stycznia 2017

jeden





Jakoś tak ostatnio zimno mi ciągle...
Zimny dreszcz to jest właściwie...
Kilka razy dziennie dowiaduję się o czyimś dramacie. Jednego dziecka, żony Sąsiada, całego autobusu, nieznanej rodziny. Niby bliskie, niby dalekie to dramaty, ale wyobraźnia działa i... strach mnie oblatuje.
Mam wrażenie, że tak niesamowicie dużo dzieje się ostatnio właśnie tych strasznych rzeczy...
Samobójstwa, zabójstwa, nowotwory, odejścia i zdrady.
Może to tylko media pastwią się nad nami? A może nie do końca...?
Znajoma znajomej. Tragedia w mieście niedaleko. Tak naprawdę, na żywo, tu i teraz.
Strach mnie oblatuje. I nic na to nie poradzę.
Nie takiego świata pragnę dla siebie, a tym bardziej dla naszej rodziny.
Nie, nie wpadam w panikę, czarnowidztwo.
Raczej... zdaję sobie sprawę, że wszystko jest możliwe. Nie tylko to dobre, cudowne, wymarzone.
Wszystko.
Jednego dnia jesteś, masz, a następnego... tak bardzo może się to zmienić.
Więc...?


Każdego niemal dnia martwię się, że nie dość dobrze wychowujemy dzieci, za mało konsekwencji, za mało lepszego przykładu... Co z nich wyrośnie? Jak to będzie za parę lat, gdy pójdą do średniej szkoły, na studia lub nie, do pracy? Czy trafią na życzliwych, przyjaznych ludzi? Czy będę z nimi cierpieć, gdy nieszczęśliwie się zakochają?
Martwię się o pracę, o zmarszczki, o plany niezaplanowane, rzeczy niezrobione.
Już dziś martwię się tym, co ma być za kilka, kilkanaście lat, co za rok, za miesiąc...
Po co?
Skąd pewność, po co założenia, po co wizja dalekiej przyszłości, skoro jutro może przynieść zmianę, nowe, odwrót, koniec lub początek?
Jutro. O jeden dzień od dzisiaj. Już zakładam, że w ogóle będzie, że jest mi dany, że już go mam i mogę nim dysponować.
A guzik!
To, co mam, to dzisiejszy dzień. Jeden dzień naraz. Jeden dzień zmartwień (choć, jak mówił ks. Jan Kaczkowski - lepiej wyznaczyć sobie godzinę na troski, a resztę dnia cieszyć się życiem). Jeden dzień pewności. Za ten jeden jestem odpowiedzialna, z nim mogę zrobić wszystko.
Ode mnie zależy, jak ten dzień spędzę, czy minie niepostrzeżenie, w biegu, zamazany...
A może uda się złapać w ciągu tego dnia chwilę dobrą, ważną, ciekawą...
Świadomą...
Tyle myśli przebiega przez moją głowę w ciągu każdej godziny, w ciągu dnia, tyle wypowiadam słów, bardzo różnych, często gorzkich i niepotrzebnych, jakieś gesty, trudności, które wydają się... za trudne, konflikty, które wydają się nie do rozstrzygnięcia. Czarne chmury i wizja, że tak już będzie zawsze, albo że to się nigdy nie skończy!
Co prawda, już paręnaście lat temu nauczyłam się ogarniać własny lęk przed tym, czego się boję. W konkretnej sytuacji. Gdy dopadał mnie stres, gdy myśli krążyły wokół jednego i nie dawały spokoju. Zawsze wtedy... wyobrażałam sobie najgorsze, porażkę, układałam w głowie - co właściwie takiego strasznego może się wydarzyć? Jak nie zdam egzaminu? Jak wyjdzie na jaw mój błąd w pracy? Jeśli nie zdążę z czymś na czas? Na chłodno ustalałam wersję najgorszą i często okazywało się, że strach i stres miały mnie w garści, dzięki swoim wielkim oczom:) A wypowiedziana, czy pomyślana na głos potencjalna katastrofa okazała się zupełnie do przełknięcia. Zapoznawałam się z nią i niemal pogodziłam, a przez to wydawała się mniej przerażająca. Najczęściej oczywiście do tego najgorszego nie dochodziło, a co ważniejsze - stres był dużo mniejszy.


A teraz?
Teraz świat to już nie tylko egzaminy i praca. Trudniej go ogarnąć, trudno przewidzieć, co będzie.
Teraz mój świat to już nie tylko ja. To mąż, dzieci, rodzina, my. Dużo. Tych myśli.
Muszę wierzyć i ufać, że będzie dobrze, bo będzie, co ma być.
Nie na wszystko mam wpływ. Ale nie jest tak, że nie mam wpływu na nic.
To, co mam, to dzisiejszy dzień. Jeden dzień naraz. Za ten jeden jestem odpowiedzialna.
Z nim mogę zrobić wszystko.
Niech będzie piękny. Przez jeden dzień mogę się przecież postarać.
Bardziej doceniać i dziękować.
Ważne, żeby go dobrze skończyć, z ulgą wieczorem wspominać.
Zdążyć przytulić i wyszeptać na dobranoc parę ciepłych słów.


I już mi cieplej...
A jeśli dostanę jutro - to zacznę od nowa...







piątek, 20 stycznia 2017

zimove moje love





zimne, zmarznięte policzki
śnieg wdziera się, gdzie może
powietrze twarde od mrozu, ale słońce ogrzewa mi twarz...
uśmiecham się cała, cała jestem uśmiechem, w rękach trzymam kubek z kawą
pachnie cynamonem
ruchem dłoni pozdrawiam przejeżdżające auto...
kocham to, kocham biel zimy
jej pozorną szorstkość i wmawianą oziębłość
moja jest magiczna, dziecięca, beszelestna






uciekam do niej od natłoku ważności
zostawiam za sobą zmarszczone czoło i kurz na parapecie
uśmiecham się
przytulam do siebie swój czas, ten na teraz mi dany
nie słucham wszystkiego, co do mnie mówią
bo chyba bym oszalała







uczę się nie gonić za swoim za wszelką cenę, nie żądać i nie domagać się wciąż
nie jest to łatwe, ale przynosi spokój
ustaliłam sama ze sobą, że nie muszę spełniać się we wszystkim
być we wszystkim na całego i zadowolić i siebie i innych
czasem warto zrobić mniej, nawet dla siebie
jeśli chciało się być żoną i mamą
czasem warto zadbać o siebie przez wyciszenie własnych zachcianek
żeby nie dostać zadyszki
żeby się nie potknąć






zimo trwaj jeszcze
daj się nacieszyć, pomarznąć i wygrzać potem przy kominku
zasypuj śniegiem
ubieraj na biało

ale wiesz... w marcu chętnie wymienię cię już na rower...:)




środa, 11 stycznia 2017

koniec romansu



białe dachy... oprószone jak cukrem pudrem pola.. zimność w powietrzu
zima
jak ja uwielbiam tą porę i wszystko, co się z nią wiąże!..
cichutko tylko, acz siarczyście, szepnę dwa słowa pod nosem, gdy zapinam, dopinam i szalikuję, zakładam Jasiowi rękawiczki z palcami, a Marysi tłumaczę po raz setny, że buty łatwiej się ubiera używając rąk...


szczęśliwa jestem...
i to szczęście nieco tylko niepokojem jest okraszone
o dzieci, naszą przyszłość, o zdrowie i spokój
powodów wiele, coraz więcej, ale one z zewnątrz przychodzą, więc myślę, że poradzimy sobie z nimi
najważniejsze, że między nami niepokoju nie ma, ani kłótni







to łapię te chwilki i całe popołudnia szczęścia
dużo więcej ich teraz, kiedy zakończyłam mój słodki romans...:)


zaczęło się niewinnie, niemal rok temu
nowy telefon, moc ukrytych możliwości, nieznanych mi wcześniej zupełnie
ciekawość i ekscytacja, przez większą część doby
miałam wrażenie, że widzę więcej, szerzej!
uśmiechałam się do siebie, choć reszta rodzinki czasem nie do końca znała powód
oni uśmiechali się za to szeroko, gdy z robiłam zdjęcia ich talerzy, stópek, siebie samej
szczerzyłam zęby czasem po kilka razy, próbując samej sobie wmówić, że nie utożsamiam się z pokoleniem selfie:)
ale z całą pewnością utożsamiałam się z pokoleniem insta:)
bo rok niemal trwał ten mój słodki instagramowy romans




było cudownie! poznałam mnóstwo bardzo ciekawych Osób, część z nich ukrytych za pięknymi zdjęciami, inspiracjami, tekstami, niektóre z drugiego końca świata, a jednak blisko mnie
spotykaliśmy się codziennie, a czyjaś dwu-trzydniowa nieobecność wzbudzała niepokój i troskę
wiedzieliśmy o sobie całkiem sporo
na zdjęciach znalazło się wszystko -
maleńkie zachwyty wschodami i zachodami słońca
wielkie sukcesy po pokonanych kilometrach
śniadania, podwieczorki i kolacje
zamyślenia i przemyślenia
małe serduszko pod zdjęciem, kilka ciepłych słów komentarza, kciuk w górę...
tyle radości, wrażenie obecności i wielka ochota dzielenia się choć fragmentem własnego świata




właśnie...
bardzo szybko przyzwyczaiłam się do obecności
i do tego, że muszę pokazać to, co sama widzę, gdzie jestem, jaki mam nastrój
podzielić się
pochwalić
czekać na odzew
słodki romans
aż pewnego dnia przygotowałam instadeser
a kolejnego kazałam dzieciom zaczekać z widelcami w dłoniach, bo ich talerze takie instaidealne
i ten widok... zasłaniałam go sobie telefonem, żeby uwiecznić, a sama zobaczyłam go dopiero po
we własnym telefonie
dzieci na bok, bo mama pisze i wysyła
życie z funkcją pause...




hmm...
zerwałam, odinstalowałam, zaglądam tylko czasem w internecie
nie, absolutnie nie będę dramatyzować!
nie będę stawać ani za, ani przeciw
mam teraz więcej czasu, zbieram widoki i chwile dla siebie, nie ma we mnie tej szczypty presji
jestem wolna... a właściwie wolniejsza...:)


ale tęsknię
czasem żałuję, że nie widzicie tego, co ja
że tym razem się nie podzielę emocją, czymś ważnym lub po prostu zabawnym
być może kiedyś do siebie wrócimy, odświeżymy romans?
haha:)




wybierając zdjęcia do tego posta, przejrzałam je wszystkie - moje instachwile z ostatnich dwunastu miesięcy
i tu spotkała mnie ogromna niespodzianka...
zobaczyłam je - moje, nasze życie
bogate, pełne koloru, codziennych sukcesów, radości, szaleństwa, wyzwań i... pysznego jedzenia:)
pełne niespodzianek, przyjaznych Osób i...rowera oczywiście!


i doszłam do wniosku, że mój najpiękniejszy, prawdziwy romans ciągle trwa
- mamy naprawdę wspaniałe życie!











piątek, 30 grudnia 2016

list do siebie






Aniu droga,
Przytulam cię mocno w ten wyjątkowy, nadal świąteczny przecież czas...
Kończy się grudzień. Twój ukochany grudzień, ten z cynamonem, śniegiem... a przynajmniej o nim marzeniami... z zapachem goździków, z niespodziankami, wspomnieniami i very Last Christmas.
Ty przecież cała jesteś grudniowa, prawda? Coś w tych grudniowo urodzonych jest... jakaś magia, tajemnica, głębia... Dziecko w środku, wiara w ludzi, szczypta naiwności, optymizm pomimo, i słabość do słodkości. Nie ma zawiści i pamiętliwości. Tak chciałoby się, żeby - choć w grudniu - wszyscy tacy właśnie grudniowi byli.
A Ty przecież taka właśnie jesteś! Nawet, gdy czasem wydaje Ci się, że wcale nie... nie zapomnij tej magii w środku, nie zaduszaj jej. I tego optymizmu, po który kiedyś znajomi do ciebie przychodzili, jakby pożyczyć... dość łatwo było się nim od ciebie zarazić...
Jest tam, pamiętaj!
Oj, wiem, w tym roku grudzień nie jest idealny...Święta otulone były ogromnym brakiem. Wiem...
Nikt Ich nie zastąpi, wszystko było inaczej, a raczej... nic już nie jest takie samo. Inaczej smakuje i wygląda i brzmi. Czerwień była bledsza, radość nieostra, wzruszeń sporo więcej. Przypominają się głosy, żarciki z Ich ust, Ich małe ludzkie słabości, które teraz wydają się zupełnie tyci, tyci...tak czule się po czasie o nich myśli, prawda?

Popłakałaś sobie trochę... czasem trzeba popłakać, poczuć łzy, wytrzeć nos. Czasem trzeba wzruszyć się mocno, dotrzeć do własnych, za długo trzymanych w ryzach emocji, nacieszyć się nimi, uwolnić je... i od nich siebie.

Widziałam. Widziałam, jak przez cały grudzień wszystko mocno cię wzruszało. Dźwięk dzwoneczków, piosenka o karpiu, zapach dymu z kominów sąsiadów. Wspominałaś. Tamte Wigilie, tamte zabawy na schodach wysokich, gdy rodzice, dziadkowie, wujkowie i ciocie plotkowali na dole, napominając co chwilę, żebyście nie wariowali. Czytanie Pisma Świętego, gdy tylko zamigotała pierwsza gwiazdka, pasterka pieszo do miasta, zapach mandarynek, wspólne śpiewanie polskich kolęd... Wszystko było takie bezpieczne i przewidywalne. Świat przepełniony bliskimi, co roku powielane dania, zwyczaje, ten sam rytm, te same sztućce, filiżanki i miejsca przy stole. Nie zmieniało się nawet to, że w ostatnim tygodniu przed Świętami plan co, kto, u kogo i o której zmieniał się kilkanaście razy. Pięć telefonów dziennie. Razy trzy rodziny. Żeby ostatecznie wrócić do planu A. Norma. Co roku to samo.
A teraz... już cicho w tamtym domu, schody już nie skrzypią, nie słychać pisków, śmiechów, gwaru. Szyby nie parują od zupy rybnej i krokiecików z grzybami...
To właśnie ten brak tak dotyka cię w tym roku. Bardziej, niż w zeszłym i jeszcze poprzednim.
Już nie jesteś małą dziewczynką, już dawno nie jesteś tylko córką, wnuczką, siostrzenicą.
Aniu... Ty wiesz, co jeszcze cię wzrusza, prawda? Właśnie to! Już nie jesteś tylko córką i wnuczką. Jesteś kochaną, ukochaną i mamą. Teraz ty napominasz, gotujesz, zaprowadzasz na roraty, pakujesz prezenty i chowasz je przed dziećmi do Wigilii. Teraz ty dbasz o poczucie bezpieczeństwa i przewidywalność. Walczysz o tę ostoję i niezmienność z całych sił, bo czasy niepewne, bodźców i pokus cała masa. Łatwo jest poddać się modzie, szaleństwu przedświątecznych i poświątecznych must-have i must-do. Chce się wszystko. Zrobić i mieć. Być w kilku miejscach naraz. Zadowolić wszystkich lub nikogo. Bo tak. Lub - bo nie. Bo tak piszą, każą, radzą.
A jednak udało ci się :-) Zamknąć laptopa, nie publikować, nie podążać za. I właśnie dzięki temu te Święta były i są pełniejsze, dzieci wchodzą na głowę, ale zamiast je z ramion strzepywac, przytulasz i giglasz. A gdy pracy w pracy było tak dużo, że po wyjściu płakać ci się chciało, okazało się, że siła wyższa, mama w szpitalu, priorytety zarządziły i czasu i sił starczyło na wszystko. I miłości. Miłości zawsze starczy ci na wszystko, Aniu. Więc nie martw się, że nie zdążysz  nie dasz rady, zawiedziesz. Zwłaszcza siebie. Urodzilaś się w grudniu. Masz w sobie dość miłości, siły i magii. Starczy na każdy grudzień i na cały kolejny rok. Dla Każdego.
Baw się dziś i jutro. Odetchnij. Uśmiechaj. Ciesz.
Ściskam mocno!
Bliska ci - ja.





czwartek, 22 grudnia 2016

na długość spojrzenia






czas na życie znaleźć
na budowanie, na siebie, na śniadanie na siedząco
na długość spojrzenia świadomego
na ukochanych
patrzeć i widzieć
i patrzeniem tym się delektować
cieszyć najzwyczajniej


z tego, że są
jacy są
jacy by nie byli
żeby potem nie żałować
że się nie powiedziało lub zrobiło
że życia zabrakło
i czasu


tak bardzo chcę w te Święta - tak wyczekane i upragnione
czule patrzeć na siebie nawzajem
i te spojrzenia przeciągać, wydłużać, zatrzymywać
nacieszyć się Obecnością
i obecnościami oddychać
świadomie
zupełnie
i Wam tego życzę
- czasu
na kochanie












czwartek, 8 grudnia 2016

czego więcej...





napisałabym
o tym, jak bez tchu niemal połykam kolejne dni
łapiąc promyki optymizmu, gdziekolwiek mnie dopadną

o tym, jak niedobra ta jesień była dla mnie
trudna, niewyspana, zapracowana
z segregatorem pod pachą, ciemnością znowu za oknem i klawiaturą, na której szybciej już pisać się nie da
o tym, jak mocno ściskam w dłoni czerwony ołówek, którym zapisuję, co muszę jeszcze
na co czeka ten, a o co tamten dzwoni trzeci raz
że pędzę siedząc za biurkiem, że sezon gorący tak aż nie był już dawno
bo liczyłam, że zadyszka potrwa miesiąc, a ciągnie się już cztery

o tym, jak przygnębia nasza niemoc, a ich bezczelność i kłamstwa, na które nie głosowałam
jak nie wiemy, co będzie, bo mówią, że te piętnaście lat, które mój kochany mąż dał dzieciom, szkole, gimnazjum, to sodoma i gomora tylko, nie warte nic i w te pędy trzeba... wyciszyć
a ja słyszę nieraz, i widzę, choćby w sklepie geesowskim, twarze mam tych, którzy jego właśnie wspominają najmocniej
z szacunkiem, z tęsknotą małą niemal, swojego byłego pana od polskiego

napisałabym
o tym, że wzruszam się od kilku dni przy reklamie tesco
i allegro i hua... coś tam
ze zmęczenia chyba i tęsknoty za czerwienią zbliżających się Świąt
wzruszam się na myśl, że szczęśliwa jestem z tym wszystkim niezmiernie
tylko szkoda, że siły nie mam się tym cieszyć odpowiednio

i nad testem naszej Córeczki się wzruszam
z dzielenia na sylaby i odejmowania do dwudziestu
najlepiej z całej klasy napisała, bez skreślenia najmniejszego
a nam skrzydła parami wyrosły

napisałabym jeszcze o... blueberry basil brushetta
ale to jeszcze we wrześniu bym pisała, że nazwa tak piękna, że nie można przejść obok niej obojętnie
że mam takich ulubionych wiele, że pachną, że każą mi o calym świecie zapomnieć, stać w kuchni i pichcić tylko
podniebienia zachwycać lub oczy choćby
co prawda... tak nie-gotowałam, jak właśnie nie-pisałam
niedokończenia moje
czekają

napisałabym więcej
całe mnóstwo więcej bym napisała
po kolei o wszystkim

a potem myślę, że i tak się to wszystko zapisuje
niedokończenia i wzruszenia
w moim sercu i Ich pamięci
przyszłe wspomnienia
nasz taniec za rączki małe, w trzyosobowej parze, do last christmas oczywiście
kartoniki z Zygzakiem i Złomkiem i gra w pamięć, w którą przegrywam z Jaśkiem naszym za każdym razem
czesanie włosów Marysi długich do pasa
dodawanie i odejmowanie w zakresie dwudziestu
roraty, w które dałam się "wciągnąć" i teraz nie ma już odwrotu

to wszystko już zapisałam
mniej lub bardziej czerwonym ołówkiem
każdego dnia zapisuję
miłością
czasem uśmiechem, a czasem łzami

łapiąc promyki optymizmu, gdziekolwiek mnie dopadną

czego więcej...?






 












piątek, 25 listopada 2016

trochę życia - dla mam





Kiedyś już pisałam mój własny, sponsorowany post.
Pierwszy sponsorowany był radością - o tutaj.
Dzisiejszy jest sponsorowany własnym doświadczeniem i... instynktem macierzyńskim.
Może komuś się przyda kilka słów, podpowiedź. Sama wertowałam internet wzdłuż i wszerz, gdy nasz Janek kaszlał ciągle w zeszłym sezonie jesienno-zimowym. Temperatura w normie. Aktywność ponad. A kaszel męczył i męczył.
No właśnie. Kaszel. Gluty gdzieś między nosem a gardłem. Odruch wymiotny, ale nieskuteczny. Nie nasz , oczywiście, "tylko" Janka. Pobudka po trzy razy w ciągu nocy, po trzy noce z rzędu. Niby kataru za dnia nie było. Kaszlu za dnia też nie. Więc o co chodzi? Późnym wieczorem, w nocy i nad ranem. Ja nieprzytomna, Bartek po pleckach oklepuje, Jasiu niewyspany...
I tak co drugi tydzień.
Infekcja...
Wie pani... taki sezon...
To przedszkolak...? no tak...
Fosidal + wapno + wit. C...
Wolne pani dać?

Wolne od czego? Co drugi tydzień na tydzień?

aha... czyli chce pani skierowanie do alergologa, tak?

Kiedy urodziła się nasza Córcia, Marysia, pierwsze dziecko, wychuchane, wyczekane, czytałam, słuchałam, wkurzałam się też, bo instynkt macierzyński był oczywiście, ale strach chyba większy. I doświadczenia brak. Więc rady miksowałam z jednej strony i drugiej, babcie, koleżanki, mamy i nie-jeszcze mamy. Metody prób i błędów. Z przewagą tych drugich. Kosmos.
Kiedy urodził się nasz Synek, drugie dziecko, wychuchane, oczekiwane, braciszek. Czasu nie miałam tyle na czytanie i słuchanie. Wkurzałam się, bo instynkt macierzyński wygrywał. Strach był, ale i doświadczenie było. Instynkt macierzyński.

Zima za zimą. Sezon za sezonem. Nocka za nocką. Co dziś przyniesie? Wyśpię się, czy nie? Moje dziecko. Instynkt macierzyński.

Bo żeby wygrać, trzeba grać.

Nigdy nie byłam fanką lekarzy alergologów, biegania po specjalistach i dopasowywania objawów do werdyktu. Nie pamiętam nazw leków. Nie przyzwyczajam się do nich.
Ale sen, a raczej jego notoryczny niedosyt, okazał się dobrym doradcą. I pytania rodziny, rodziców w przedszkolu.
tfu... Jasiu się męczył. Kaszlał a my nie potrafiliśmy doraźnie mu pomóc. TO jest koszmar.
Udało się. Trafiliśmy do doktor Góźdź.
Alergolog, pulmonolog. Tysiąc myśli na minutę, dwa spojrzenia, trzy, wywiad, próbujemy.
Za mało centyli, słaba praca jelit, może robaki, trzeba sprawdzić migdałki, cynk, żelazo, homeopatia, inhalacje.
Do doktor Góźdź trafiliśmy dzięki jednej porządnej opinii innej Mamy, równie wcześniej zdesperowanej i poszukującej. Pani doktor patrzyła na Jasia i szukała. Musimy go wspomóc z każdej strony. Nie wystarczy syrop na kaszel.
Druga wizyta, pilna i nagła, duszność, panika. Granulki co 15 minut, inhalacje pulmicortem, singulair i hitaxa naprzemiennie. Wietrzenie pokoju, nawilżanie powietrza, odpowiedni dieta. Rozpoczynamy batalię. Mamy rozpisany program działania. Nie wystarczy syrop na kaszel.
Laryngolog potwierdził, że migdałki są czyste. Pozostało nam podejść do tematu powracającego kaszlu z różnych stron. Dieta - zdrowe, proste jedzenie, ograniczenie cukru, słodyczy sklepowych, białego pieczywa. Być może organizm Janka produkuje zbyt dużo śluzu.
Sprawdziłam możliwości pobliskich piekarni, chleb na zakwasie, nie drożdżach, temat trudny, więc poprzestałam na ciemnym, sprawdzonym pieczywie. Warzywa i owoce. Czyli oczywista oczywistość. Niekonieczna rewolucja. Nie chciałam popaść w skrajność, szczęśliwie nie było to konieczne. Reszta rodziny nie odcinała się, a wręcz zyskała na zdrowej, prostej diecie.
Leki typowo alergiczne podawaliśmy Jankowi przez miesiąc. Odstawiliśmy kolorowe jogurty i soki. Piekłam ciasta, obierałam marchewkę, gotowałam kompoty, miksowałam koktajle owocowe.
Janek dostawał na czczo tabletkę na wzmocnienie - siebie i apetytu. Żelazo, cynk, witamina D3, wapno. Dodatkowo owsianka i debridat na pracę jelit, bo od kilku lat borykamy się z jeszcze jednym życiowym psikusem, o którym mogłabym napisać doktorat. Z Jankiem mam bowiem dylemat. Z jednej strony dbam o to, żeby przytył (wzrost i waga wahała się między 3 a 10 centylem), a z drugiej muszę starać się o wzmożoną pracę jelit, bo Janek od dłuższego czasu wstrzymuje wypróżnianie. Mówię Wam doktorat. Kto to przeżywa, ten wie. Teoretycznie jedno drugiemu przeczy, ale jak się jest mamą, 24/7, walczy się po prostu i próbuje.
Przez całe lato, Janek nie zakaszlał ani razu. Nasze rodzinne życie nabrało spokoju w tej materii. Przespane noce. Bieganie do utraty tchu. Skakanie na trampolinie. Dieta prowadzona rozsądnie. Ogromna współpraca samego Synka, który rozumiał i nauczył się uwielbiać suszoną żurawinę i ogórki kiszone, pić wodę w ilościach każdych, wytrwać z inhalatorem - choć początki były naprawdę dramatyczne:)
Kaszel pojawił się drugiego dnia ogrzewania tej jesieni. Byliśmy przygotowani. Testy z krwi nie wskazały typowej alergii, ale dzięki wskazówkom i magicznej liście zabezpieczeń, którą dostałam od pani doktor Góźdź, wiemy, co robić w razie kataru, ale i suchego noska, w razie infekcji i pierwszego kaszlu. Wiemy, co robić, żeby uniknąć sterydów i antybiotyków. I syropu na kaszel z reklamy w telewizji. Doskonale zastępuje go - a właściwie uprzedza - mix soku  wielu cytryn, miodu, oleju lnianego i ogromnej ilości czosnku. Sama nie wierzyłam, że można to pić. Ale jeśli nawet nasza Córcia potrafi przyjąć dwie łyżeczki naraz, bez zatykania nosa, oczu i uszu w razie czego... to KAŻDY da radę:)
Podsumowując, bo piszę ten post głównie dla mam, które wyczerpane są i wyczerpały też wszelkie opcje i nadzieję zdają się tracić:
- próbujcie, pytajcie, bądźcie upierdliwe - zdrowie i spokojny sen dziecka.... same wiecie przecież, argument - bo sezon, bo przedszkolak, bo skoro nie umie wydmuchać nosa...no tak ma... no wybaczcie!
- świeże powietrze (w miarę możliwości o tej porze roku, bo świeże na wsi nawet, jest pełne dymu z kominów...a co ludzie w piecykach palą można rozpoznać niemal...grrrr...), spacery, podwórko, a w domu otwarte okno, krótko, ale intensywnie
- eliminacja kurzu i suchości - łatwo nie jest, zwłaszcza, gdy w pokoju wykładzina
- cuprum metallicum 9CH - ja wiem, że może to i sam cukier, ale ja w te groszki wierzę:)
- inhalacje choćby samą solą fizjologiczną, rewelacyjna jest też sól rabczańska i argument, że synek ćwiczy właśnie oddychanie w masce tlenowej na wypadek zostania w przyszłości strażakiem...
- zdrowe jedzenie, owsianka z owocami i orzechami i nawet kawałkami gorzkiej czekolady... szukają i zgadują, co się w buzi zawieruszyło tym razem... euforii nie ma, ale przemycić udaje się coraz więcej:)
- świadoma babcia i... druga babcia:)


Nasz Janek rośnie, w tym sezonie nie padło jeszcze pytanie o zwolnienie lekarskie na opiekę nad dzieckiem. Wierzymy też w moc czosnkowej mikstury i witaminy C lewoskrętnej (lub każdej innej C). Śpimy spokojnie, pod ręką jest zawsze cuprum i woda. Dotleniamy. Cieszymy się. Szczęście ogromne:)
I teraz moje ulubione: można? Można!
:)