wtorek, 20 września 2016

spojrzenia w tęsknienia ubrane

pisanie - czekasz
jak myśli na ubranie
a one leniwe, niechętne
pusta biała kartka
wszystko i nic można

kursor miga
nachalnie bezosobowy
jemu bez różnicy
a ja przez moment spojrzenia tęsknię do stukotu klawiszy, radości pod palcami
do ulgi, wyczerpania, wypuszczenia z dłoni
enter

szarpie się człowiek czasem
niepotrzebnie i zupełnie się mota
raz chciałby więcej i więcej
a raz mniej albo nic prawie
więcej czasu na podróż, na czytanie, spacer po rynku
taki z trzymaniem się za ręce, te małe
i żeby to one mnie ciągnęły, a nie na odwrót

więcej na ogród, dobre kino, rozmowy z przyjaciółmi
na nowe buty jeszcze i mini ligę piłkarską

ale czasem, gdy to więcej niemal już w ramionach mam...
chciałabym nic
tak choć na jeden dzień, na chwilę
schować bym się chciała
mniej bym chciała
właściwie w ciszy słyszeć tylko siebie
nie musieć nic
nie czytać, nie wiedzieć
tylko ze sobą być
bez winy pisać

ale nie umiem tego mojego więcej z ramion wypuścić
nie umiem mniej owsianki z malinami robić
warkoczy nie umiem mniej pleść
ani policzków najsłodszych pełnych całować słabiej
nie umiem mniej miłości mieć w sobie
ani mniej jej na głos wypowiadać


i gdy tak przy oknie w kuchni zerkam
zza liści, gałązek
na nich
na ich zabawy, kłótnie, pomysły dzikie
ruch nieustanny, otwarte drzwi, pytania wołania szukania
mamooooo! rowerki koleżanki i te drzwi znowu
gdy już oszaleć mam prawie...
...oczy przymykam na moment i wyobrażam sobie tą ciszę
tą błogość niemożliwą
i siebie
i jakby cudownie było tak
gdybym to nic znalazła
gdyby myśli udało się ubrać
poczekać, żeby same się ustawiły
w dobrej mojej kolejności
kartki zapisać
palce wyczerpać...

mamooooo...!
tak, kochanie?

...
pisanie - ty czekasz



poniedziałek, 19 września 2016

łagodnie

przytulić można, ale ostrożnie
bardzo ostrożnie
żeby dotyk nie zabolał, ani spojrzenie
choć myśl sama boli
i ta niemoc boli
przedłużająca się nieuchronność


nie możesz nic zrobić
a chciałbyś zrobić wszystko
ulżyć dać lub zabrać
tchnienie ostatnie dać i zabrać
...
...


niedokończony post
nawet dobrze nie zaczęty
a już niebyły
już to tchnienie ostatnim było


taki smutek
taki wielki smutek
niedowierzanie, pomimo ulgi
że to cierpienie się już skończyło
Jego wszystko się skończyło




między łzami a zdziwieniem
że wskazówki ani na chwilę się nie zawahały
że nadal niewzruszone rytm nadają
układam sobie priorytety
jak zawsze, gdy Ktoś bliski odchodzi

łagodnie
być myśleć mówić
chcę tak właśnie
bardziej łagodną być
dobrze myśleć
nie narzucać niewiadomej złych intencji
łagodnie widzieć
łagodnie żyć

...

pamięci naszego kochanego Wujka Grzesia
1958 - 2016
nie mogę w to uwierzyć...:(

czwartek, 8 września 2016

trzy godziny wakacji





spontaniczny wyjazd
sprawa do załatwienia
za miastem

oderwanie od pracy
z własnej, i tylko trochę przymuszonej woli
tablica z przekreśloną nazwą naszej wsi
jedziemy...




trzy godziny wakacji nam się trafiły
jazda tam i z powrotem
a ja miałam wrażenie, że jedziemy gdzieś daleko
w nieznane
ekscytujące
przed siebie prosto
po lewej pole
po prawej las
baloty, jeziora i słońce gorące
znak macdonalda już z daleka przez dzieci wypatrzony...
normalnie wakacje!
wystarczyło wyjechać "z miasta"
zabrać kanapki i bidony z wodą
mi to wystarczy, bateria naładowana na jakiś czas
rozmarzenie jak prezent się trafił


trzy godziny wakacji
bo wrażenie wakacji to ja zawsze i bardzo chętnie i w każdych ilościach...












wtorek, 6 września 2016

lubię nasz dom






Lubię gości w naszym domu.
To sprzątanie przed, obmyślanie menu, dekorowanie.
Lubię zadbać o dobrą atmosferę, zaskoczyć świecami w małej toalecie i pysznym jedzeniem.
Jeszcze kilka lat temu na hasło "goście" mieliśmy gęsią skórkę i małe ciche przekleństwa pojawiały się pod naszymi nosami.
Skierowane do siebie samych.
Za każdym razem okazywało się, że daliśmy sobie za mało czasu na przygotowanie domu do używalności i oglądalności. I że za mało czasu w ogóle poświęcamy na dbanie i porządek i ład.
Kiedy pierwsi goście pojawiali się przy bramie... ja byłam tak zmęczona i zestresowana, że miałam ochotę uciec. Dzieci były małe. A my uczyliśmy się być młodymi rodzicami w domu z ogrodem.
Było minęło.
Ale jedno pozostało do dziś.
Uwielbiam, kiedy się nas chwali! Ten szczery zachwyt odwiedzających nas po raz pierwszy.
Patrzę wtedy na nasz dom ich oczami. Ponownie zauważam urok miejsc, obok których przechodzę codziennie milion razy i do których po prostu się przyzwyczaiłam.
Duży taras, który spędza mi niemal sen z powiek, bo ciągle wydaje mi się nie... jakiś... okazuje się marzeniem koleżanki... No tak... faktycznie mamy piękny taras! Otoczony bardzo wysokimi już tujami, które tworzą naturalnie zielone tło, dają poczucie przytulności i intymności. Długi stół, kwiaty, świece, dekoracje z kamieni i kulek... zapraszają i obiecują wyśmienitą zabawę w całkiem dużym gronie. Miejsca z pewnością starczy dla wszystkich...








Dla naszych gości z przyjemnością pichcę i wymyślam. Kolorowe sałatki, aromatyczny łosoś w cieście francuskim to moje hity. Ciężkie sztućce przywiezione z Ameryki, rozrzucone na obrusie kamienie z Jeziora Bodeńskiego, woda z miętą z własnego ogrodu. Nabiegam się przy tym wszystkim nadal, ale mam już coraz większą wprawę. Musi być tak, jak to sobie wymyślę i zaplanuję i nie usiądę wygodnie z gośćmi, dopóki wszystkie elementy mojej przyjęciowej układanki nie są na miejscu.
Ach, no do perfekcjonizmu daleko mi jak na księżyc, ale przyjmowanie gości, to dla mnie prawdziwa uczta. Dla zmysłów i własnego samozadowolenia:)













A gdy goście opuszczają nasz dom, siadamy z B. zadowoleni i zmęczeni. Wspominamy, przegadujemy jeszcze raz te rozmowy, w których nie uczestniczyło to drugie, wymieniamy się nowinkami. Napięcie sprzed wizyty zastępuje błogość. Lubimy nasz dom i lubimy się nim dzielić. Zapraszać bliskich i zaprzyjaźnionych. Otwierać szeroko drzwi.
Cieszę się, że udaje nam się tworzyć dom pełen ciepła i miłości. Bez kłótni, bez cichych dni, bez trzaskania drzwiami.
Dom pełen nas i naszej zwariowanej nie-szarej codzienności:)



niedziela, 4 września 2016

powrót do Sowiej Doliny



wróciliśmy do Willi Sowia Dolina
wiedziałam, że będę tu wracać, już po pierwszej wizycie
pensjonat w cichej części Karpacza
oddalony o dobry spacer od centrum
za to blisko wyjścia na górskie szlaki


wszędzie sowy
i pomyśleć, że kiedyś denerwował mnie ten zachwyt sowim motywem u innych
skąd ta moda? przecież sowa to ciemność, noc, trochę straszne stworzenie
ale nie w Sowiej Dolinie
tu jest kolorowo i świeżo
pachnie drewnem, lasem i... racuszkami




gdy tylko padło hasło spędzenia weekendu w Karpaczu
ze względu na supermaraton rowerowy mojego B.
zaraz chwyciłam za telefon, żeby zarezerwować pokój w Sowiej Dolinie
byliśmy tam razem w zeszłym roku, o czym pisałam tutaj
tym razem zostaliśmy przyjęci, jak dobrzy znajomi!
Właściciele zaskoczyli nas przemiłą niespodzianką
czekał na nas dwupoziomowy apartament, z przytulną sypialnią na poddaszu
a wieczorem... prawdziwe romantyczne spa
kąpiel w jacuzzi, sauna, szampan, świece...
specjalnie dla nas!
było baaardzo romantycznie:)
wymarzone zakończenie wyjątkowo aktywnego dnia...
dziękujemy:)








Willa Sowia Dolina słynie też z przepysznych śniadań
spalone w Karpaczu kalorie uzupełniliśmy bardzo szybko
jedliśmy tu najlepsze na świecie racuszki z jabłkami - dosłownie rozpływają się w ustach...
pierwsze o czym pomyślałam dziś po przebudzeniu było właśnie śniadanie na dole
musiałam oczywiście naczekać się na mojego Śpiocha
tym bardziej, że wiecie, jak smakuje śniadanie podane, gotowe, pachnące i pyszne
kawa, jajecznica, a na deser domowy sernik...
każdy znajdzie tu coś dla siebie
dzieci rozpieszczane są dodatkowo naleśnikami i... wesołym kątem do zabawy
następnym razem przyjedziemy z naszymi dziećmi
wiem, że będą zachwycone:)













Pani Magdo, będziemy do Was wracać
bo pięknie, gościnnie, smacznie
i te sowy polubiłam:)
i będę polecać, bo niewiele jest takich miejsc
z sercem i pomysłem
i z uśmiechem:)
...pozdrawiamy:)




**********************************************************
i tak na koniec, choć tak naprawdę od tego właśnie wszystko się zaczyna
ja wiem, że znowu
że już o tym było
ale cóż - tak jest...

zakochana jestem
po uszy i czubek nosa
po końce myśli i wszystkie ich początki
serce rośnie i się wzrusza
bo jesteś
taki
i to nasze wszystko 

polecam, naprawdę polecam taki weekend we dwoje
czy dobrze się między Wami układa
czy tez średnio
czy dzieci małe, czy duże
nieważne
ważne, żeby wyjechać, odpocząć lub zmęczyć się fizycznie
zaciągnąć powietrzem magicznym
zakochać od nowa lub jeszcze bardziej
zasmakować i już tęsknić za kolejnym razem
polecam:)





czwartek, 1 września 2016

nasze trasy




tik tak
tik tak
niby wolno te wskazówki spacerują
niby ciągle i od nowa wkoło i nudną już trasą
ale ja za nimi nijak nadążyć nie mogę
i nawet już się nie staram
i nie cierpię przez to ani trochę
nie wzdycham
no, powiedzmy, że duuuużo rzadziej


nie piszę, bo musiałabym usiąść
a tyle spraw równie przyjemnych czeka i kusi
a dotknąć je mogę od zaraz i już


ciepłe od słońca schody i ganek pod moimi stopami
świeży chleb z ziarnami to nic że bez masła
pachnące wilgotną zielenią powietrze gdy przejeżdżam na rowerze obok lasu
grillowaną karkówką też to powietrze pachnie czasami
ślinkę z muszką co mi wpadła przypadkiem przełykam
i jadę


i cieszę się jak dziecko na pewien weekend we dwoje
wracamy do Sowiej Doliny !
z planem na przejechanie sinusoidą górskich szos na rowerze - to ty
z planem na nic nie robienie - to ja
cały dzień nic nie robienia
czy ja to jeszcze potrafię??
popatrzę na góry
popatrzę na chmury
dokończę dopiszę odpiszę doczytam
potęsknię za dziećmi
zrobię dziesiątki zdjęć


a potem usiądziemy na tej drewnianej ławce z widokiem na ciszę
z kawą i rozmową bez słów
ze spokojem
bo przy Tobie ten spokój mam i kocham
i trasy kolejne co przed nami pokonamy
te pod górkę i z górki
pod słońce i pod wiatr
niejedną
każdą


bo ja tą każdą właśnie to z tobą bym chciała
ciągle i od nowa













niedziela, 21 sierpnia 2016

interpersonalnie, czyli między niedopowiedzeniami


Dziś się powymądrzam. Dawno już chciałam się na ten właśnie temat wygadać...

Uważam, że już w szkole podstawowej powinien być wprowadzony przedmiot pt. komunikacja.
Nie tylko internetowa, nie tylko marketingowa, ale tak zwyczajna, ludzka, międzyludzka. Na co dzień obserwuję wokół siebie ogromy deficyt skutecznego porozumiewania się, kompletny czasem brak świadomości, jak wielką moc ma słowo, wiadomość, informacja. I jak niewiele potrzeba, żeby ułatwić, a co najmniej nie utrudniać życia bardzo wielu osobom, pracownikom, mieszkańcom. Po prostu drugiemu człowiekowi.
Generalnie jestem osobą, która - co na myśli ma, to musi zaraz przekazać, podzielić się, opowiedzieć.
Nie potrafię trzymać w sobie pretensji, emocji, nie lubię niedomówień. Nigdy nie byłam dobra jeśli chodzi o tzw. "ciche dni". Ja nawet cichego popołudnia nie daję rady po cichu. Przed zaśnięciem lubię wszystko wyjaśnione, uściślone, przytulone. O ile łatwiej byłoby żyć, gdyby każdy potrafił na czas i umiejętnie nazwać swoje emocje, a potem przekazać je odpowiedniej osobie zupełnie wprost.
Mam na myśli te najbliższe, najkochańsze, sąsiedzkie.

W pracy podobnie. Otrzymuję kilkadziesiąt maili dziennie, tyle samo wysyłam. Przekazywanie informacji uważam za podstawę dobrego funkcjonowania każdej firmy, organizacji, działu. Obieg informacji musi być płynny. Reakcja na niektóre maile, zmiany, niespodzianki, natychmiastowa. Czytelna ścieżka kto, co, komu przekazuje, o czym informuje, komu zdaje raport.
Rozumiem, że są osoby, które z komunikowaniem się mogą mieć problem. Są nieśmiałe, nie znają narzędzi, nie wiedzą, że można jedną informację przekazać na wiele sposób, a tym samym wybrać dla siebie i swojego odbiorcy formę najwygodniejszą. Czytelną. Dotyczy to zarówno informacji o potrzebie zmiany kolory włosów, jak i o zmianie serwera firmowej poczty.

Pamiętam, że uwielbiałam zajęcia z marketingu i komunikacji już podczas studiów. Szanowany prof. dr hab. Henryk Mruk zachwycił mnie swoją pasją i wiedzą, chłonęłam jego wykłady z wypiekami na twarzy, słuchałam o prostych i oczywistych w sumie sposobach na to, jak skutecznie dotrzeć zarówno do klienta, jak i pracownika. Poznałam triki i myki, które miały ułatwić mi rozmowę w sprawie podwyżki, nowego pomysłu czy męczącego mnie problemu. Profesor podawał mnóstwo przykładów ze zwykłego życia, opowiadał o mowie ciała, o tym, jak sprytnie zadać niby to samo pytanie w sposób, który narzuca oczekiwaną odpowiedź. Oprócz wiedzy specjalistycznej, typowo ekonomicznej, wyniosłam ze studiów właśnie tą istotną świadomość, że informacja i komunikacja jest podstawą udanych relacji, w każdej dziedzinie życia.

hmmm... czuję się teraz trochę tak, jakby ponownie pisała swoją pracę na podyplomówce:) Ale trudno mi po prostu zrozumieć, dlaczego wiele osób, która wiedzę o wartości komunikacji posiada, w ogóle z niej nie korzysta. Nie dba o to, czy jest dobrze rozumiany, czy nie. Nie dba o to, że nie mówienie, nie uprzedzanie, zaniedbanie, często staje się źródłem dodatkowej pracy, kłopotów, konfliktów i kosztów. Boi się konfrontacji? Ok, rozumiem, ale zdarzają się sytuacje, kiedy rozmowa jest konieczna, można się do niej przygotować, można skorzystać z wielu technik, nauk, sposobów na opanowanie stresu, zażenowania. W ostateczności są też przecież maile. Informacja przekazana na czas, lub przed czasem, pozwala przygotować się na zmianę, lub zapobiec części przykrych jej skutków.
Niestety sporo osób nawet nie zdaje sobie sprawy, że informacja i sprawna komunikacja ma tak ogromny wpływ na innych, że dotyczy ich czasu, życia, planów. Że przekazana na czas informacja może spodziewanej trudności nadać całkiem pozytywny oddźwięk.
Dla mnie dopowiedzenie, informacja, rozmowa, choćby na najbardziej trudny temat, jest oznaką szacunku dla drugiego człowieka.
Jej brak - no cóż, nie mi czasem oceniać jej przyczyny, ale skoro żyjemy obok siebie, dobrze jest najzwyczajniej na świecie ze sobą rozmawiać.

No, to się wygadałam.
Napiszcie, czy wokół Was podobnie? Czy tylko ja mam takie szczęście?


sobota, 20 sierpnia 2016

w każdym jest coś wartego uczucia...





pranie do powieszenia
drink do wypicia
film do obejrzenia


a ja chwytam za klawiaturę i piszę
bo gdy słyszę takie słowa...
 w każdym jest coś wartego uczucia... drobiazgi... małe rzeczy...
to chcę krzyczeć tak!
to nie mogę zostawić tego w sobie

Twoja
cierpliwość uczuć
nieustępliwość pasji
bezszelestność pomocy


wkręcona żarówka dla mnie
łyżka po lewej stronie talerza dla ciebie
ten ton głosu gdy im świat tłumaczysz
układ ust gdy rozpiera cię duma


i jeszcze
gdy nie musisz mówić my
a wiem że myślisz o nas


drobiazgi
małe rzeczy
bez Twoich już ani rusz
z nimi się budzę i przy nich zasypiam


taka oczywista oczywistość
że w każdym z nas jest coś wartego kochania
co nie pozwala przejść obok obojętnie
co zachwyca
porusza
zatrzymuje na dłużej
na całkiem i na zawsze
nawet gdy przeszkadza
- to nic
nawet gdy nie wiadomo do końca co to
- nie szkodzi


każdy z nas to ma
niepowtarzalną cząsteczkę niezwykłości
którą ktoś drugi oddycha i nie chce już bez









niedziela, 14 sierpnia 2016

szczerze

Dzień dobry:-)
Przeglądałam ostatnio swoje stare posty i wynurzenia, te z zeszłego roku. Jak mi wtedy szło! Słowa chyba same z głowy wyskakiwały, takie proste i szybkie.  Takie od serca.
W tym roku wena jakby na wakacje wyruszyła i zapomniała, którędy ma do mnie wracać. Wypatruję jej i co rusz wydaje mi się, że to ją z oddali widzę. Piszę wtedy o własnych wakacjach, wymuszam wnioski i spostrzeżenia na pozór mądre. Ale niedosyt czuję jakiś od kilku już miesięcy. Bo to nie wenę z oddali widziałam, tylko chęć popisania i to do niej mnie tak pchało. Wszak trening mistrza czyni i im więcej piszesz, tym mają lepsze słowa spod dłoni się udawać. No. To ćwiczę i zamęczam Was, Czytelników, swoim lepszym i gorszym dniem. Z nadzieją - i na szczęście wieloma sygnałami - że te lepsze są nadal w przewadze :-)
Wiem, że to codzienność mnie tak pochłania. Praca, dzieci, rower (nareszcie mogę i to dodać!), starość. Zwolniłam. Czuję, że żyję, choćby jeden dzień miał być podobny do drugiego. Ale przeżywam je po kolei i uważnie . Ta uważność taka ostatnio modna i polecana.
Tylko książki obok mojego łóżka leniwie czekają. Przykurzone brakiem nadziei, że w najbliższym czasie zajrzę do nich na dłużej.
Zajrzę, napiszę,  zadbam. Wena i wrażliwość wróci.
Teraz uważnie przyglądam się naszej cudownej zwyczajności. A niedługo wyciągnę z niej na papier magię.
Pozdrawiam i ściskam,
Ania

środa, 10 sierpnia 2016

cudze chwalimy, swoje też czas zacząć...






Lubię jeździć za granicę. Być tam. Podoba mi się tam bardziej.
Wszystko wydaje się jakby nakrapiane dreszczykiem emocji. Moje ciche podróżnicze marzenia i wyobrażenia są tam namacalne, mogę je dotknąć, to ja jestem główną bohaterką każdego dnia zagranicznej podróży.
To trochę tak, jakbym wcześniej o tym czytała, z detalami wyobrażała sobie siebie, nowe miejsca, zapachy, uliczki, kolory, smaki, żeby móc w to wymarzone miejsce potem pojechać, oderwać się od ziemi, zakupów w lidlu, polskich kierowców i od chowania własnych skrzydeł pod biurową bluzką.
Sama nie wiem, co to jest, skąd to poczucie, że TAM jest lepiej. Bo jest mi lepiej. Inny język, architektura, klimat? Te rozpostarte skrzydła? Kiedyś już pisałam, że za granicą zaciągam się powietrzem, jakby miało całkiem inny zapach, i czuję, jak mnie wypełnia, jak we mnie zostaje, jak podnosi kąciki moich ust do góry.


Za granicą jestem bardziej odważna. W czym? Nie boję się, że moja spontaniczność zostanie odebrana ze zdziwieniem i podejrzliwością. Ta spontaniczność wraca do mnie z uśmiechem, pomocą, zaciekawieniem. Bo tam jestem atrakcją, tak, jak atrakcją bywa w Polsce cudzoziemiec.




Po Montanie i Górach Skalistych, góry to dla mnie spełniające się ciągle marzenie. Wspomnienia wracają co zimę i mimo, że starzeją się ze mną, nie tracą aż tak wiele na swoim uroku. Nieco bledną,  tracą na intensywności, ale - mam wrażenie, że gdy tylko moja noga ponownie stanie w montanie, poryczę się ze szczęścia i niedowierzania.
Szczęśliwie jednak, spotkałam na swojej życiowej drodze mojego kochanego B., który zagranicę i góry właśnie kocha nie mniej. Kocha tak samo. Dlatego na nasze wakacje, podróże we dwoje, we czworo, czy dziewięcioro:) wybieramy nie plaże, ale góry, najlepiej w połączeniu z jeziorem. Szwajcaria trafiła się podczas podróży poślubnej. Wracaliśmy do niej nieraz.
Wokół Jeziora Bodeńskiego również udało się wyczarować wycieczkę z widokiem w dół.




A w tym roku, przekonaliśmy się, że nasze rodzime Tatry potrafią zachwycić nie mniej. Dreszczyk i mój ulubiony stan rozmarzenia trafił się w okolicach Zakopanego. Bo to o taki stan właśnie chodzi, o te skrzydła, które moszczą się gdzieś z tyłu i czekają na rozłożenie. Uczucie euforii, bo widoki cudowne, bo mam wolne, bo nic nie muszę, bo wyobraźnia działa. Nowe pragnienia i tęsknoty odzywają się bardziej, z radości aż piszczą po cichu, a ja z nimi. Czuję, że oddycham. Ładuję przysłowiowe baterie. Zachwycam się, wzruszam, obserwuję i podglądam.
Planuję to, co przede mną. Choć coraz częściej udaje mi się tak naprawdę całą sobą zatrzymać. I delektować. Tym, co nasze, co wokół, co blisko.
W tym roku nie musiałam jechać aż do Szwajcarii, Austrii, żeby nawdychać się jedynych w swoim rodzaju detali i widoków. Dotknęłam naszych gór. W Polsce jest pięknie! Zadbane domy, kwiaty, zieleń. Kamienie we wszystkich barwach natury, drewniane płoty i furtki.
I niebo.
Otrzepałam skrzydła, na półkach pamięci i wspomnień ułożyłam mnóstwo radosnych chwil. Pogapiłam się na nic.
Jak to na nic?? Jakie nic??
O, na to wszystko się pogapiłam...