czwartek, 5 lipca 2018

opowieść zapisana

A dzisiaj opowieść zapisana...





W kompletnych ciemnościach, długo jechali w dół, z górskiej wioski do położonego niżej miasteczka. W milczeniu, tak namacalnym, że szumiało aż w okolicach skroni. Biały stary ford. Droga wiła się nieskończenie. Za każdym zakrętem czekał kolejny. Znajomy za dnia. Teraz, nocą, góry zlewały się z resztą ciemności, nadal piękne, majestatyczne, ale na wyjątkowo smutny sposób, jakby dopiero nocą ujawniały wszystkie tajemnice.
Nawet powietrze było ciemnością. Każdy oddech. Tylko gwiazdy łypały nieświadome z czarnego nieba. Niezauważone.
Siedziała na miejscu pasażera, jak na dnie, samotności. Tej samej, która dławi w gardle. Tej samej, która była tak bardzo obok, pokonywała z nią każdy zakręt. Niby obok, ale jak za grubą szybą niemocy, niemożliwego, nieosiągalnego. Dobrze wiedziała, że to koniec. Trwał ten koniec już tak długo... od roku? Od miesiąca? Od trzech lat? Od początku? Wierzyła, bo to było więcej, niż nadzieja, że tu, w Stanach, coś musi się wydarzyć. Coś w końcu musi się stać, historia zawrócić, przecież nie tak miało być. Plan był zupełnie inny.
Najgorzej było w te wieczory, gdy jakby nigdy nic spotykali się z Paulą i Kubą. Kilka butelek Miller'a, udawana radość, żarty i pastelowe westchnienia. Kąciki ust nie opadały. Beżowa wykładzina, okrągły stół, wielka lodówka, która mieściła wielopaki i galony. Materac zamiast łóżka. Złudzenie. Siedzieli we czwórkę na podłodze, bo tak było bliżej do siebie, bo krzeseł było za mało. Rozmawiali o pierdołach i o tym, co dalej. Cedar Creek Condo. Mieszkanie na piętrze.
Może... gdyby był tam ktoś, ktoś oprócz, kto potrafiłby spojrzeć w te oczy tak pragnące, i znalazłby w nich te wszystkie połykane łzy. Pod powiekami. Łzy ciągłego niedowierzania. Chwilami rozpaczy tak wielkiej, że zabierała cały świat, powietrze, oddech.
Plan był zupełnie inny.
Miała tylko jego. To właśnie z nim przyleciała tutaj, za ocean, zostawiając w Polsce wszystko, co bliskie i znane. Z nim wiązała wszystko. Całą przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Siedem lat dojrzewania, przekomarzeń, poznawania siebie, siebie nawzajem i całej reszty świata. Ten związek musiał się udać, szczególna ona, szczególny on. Miłość, przyjaźń, wspólne wszystko. Wmawiała sobie, że on w końcu to zrozumie, że opamięta się i rzuci dla niej całą masę listów miłosnych od nieznajomych dziewczyn, że porzuci ponętne spojrzenia w innych kierunkach.
Za długo.
O ile?






to be continued...
but on paper only...

wtorek, 3 lipca 2018

dzień po



Nie pierwszy już raz dochodzę do wniosku, że ten mój blogowy świat niezupełnie jest prawdziwy.
Każdy post, to z pewnością reakcja, wynik nagromadzonych emocji, które każą mi nazwać to, co widzę, czuję, co mnie ekscytuje lub wkurza, co za mną chodzi i tupie niecierpliwie, aż nie usiądę i nie napiszę. Czasem piszę, bo chcę sie czymś pochwalić, albo podzielić. A czasem - bo łatwiej mi uporać się z jakimś tematem. A innym razem, to właściwie nie wiem, czemu.
Blogowy post to jednak reakcja spóźniona, wstępnie już przemyślana - przynajmniej częściowo i w swych założeniach:) Dla mnie jednak jest pewnego rodzaju kreacją. Przez moja głowę przemyka tak dużo wniosków, spostrzeżeń, które układają się w zgrabną myśl, że ostatecznie czuję się upoważniona - przez samą siebie jednak - do tego, żeby je upubliczniać. Przy nadmiarze jednak tych właśnie eurek i złotych myślowych mrugnięć, nie  nadążam spisywać, dokańczać, nazywać. Już dawno powinnam sobie była kupić dyktafon, zatrudnić asystentkę lub powiesić na szyi notesik i ołówek. Na sznurku. Skąd one wszystkie się biorą - jak dotąd, nie odkryłam. Życie domowe toczy się w pełni, a mnie ciągnie do klawiatury. Rozpoczynam więc pisanie posta, szybko i nerwowo, choć częściej jednak z błogością. I zatracam się w uwielbieniu instytucji blogowania, samozachwytów z tytułu poczucia bycia blogerka, czyt. osobą nie do końca zwykłą (przepraszam). Post dopieszczam, wykreślam przekleństwa i wstydliwości, ustawiam kursor w strefie optymistycznego i budującego zakończenia. Czasem nawet żartobliwego. Łączę koniec z początkiem, nawiązuję do - często zgubionej po drodze - myśli.
Dumna jestem, upubliczniam, odetchnę dwa razy i sprawdzam poziom zachwytu czytelników. Nie ma we mnie nic, z blogera prawdziwego, który pojawia się z nowym wpisem w poczytnych porach późnego piątku (choć kilka razy mi się udało, poza tym sama w piątki czytam więcej). Ani z tego, który w ogóle regularnie i z premedytacją publikuje treści chwytliwe, a co najmniej za takie przyjęte lub ogólnie za takie uznane... Ale liczbę wejść, przeczytań i odsłon sprawdzam. Czekam na komentarze. Wypuszczam powietrze.


A potem przychodzi u mnie to, co zwykle, po radosnym i budującym poście. Życie. Reguła, którą mogłabym śmiało nazwać syndromem dnia po. Bo dzień po przychodzi zawsze i niemal zawsze jest katastrofą.
Na mój wzniosły - jeszcze do dnia poprzedniego - nastrój, nadciągają chmury, Życie nie wydaje się już takie piękne, wiatr we włosach psuje fryzurę i nagle okazuje się złowrogi. Wizja słonecznych wakacji pod namiotem przypomina, że jestem przecież taka zmęczona i że znowu nie zdążę odpocząć. Dziecięcy śmiech drażni. Drażni optymizm innych. Mam wrażenie, że ciągle coś muszę, powinnam i że zupełnie nie wychodzi mi dewiza: wszystko mogę. Ja przecież nic nie mogę! Na nic nie mam czasu! Odbieram świat dokładnie odwrotnie, niż spisane dzień wcześniej słowa. Czytam je i mam ochotę usunąć. A czasem zupełnie zablokować widoczność bloga, zamknąć kram i strzelić focha. Czuję, że to, co napisałam, jest nieszczere, że wczorajszy zachwyt, zapewnienie walki, sukcesu, sypie się jak domek z kart, gdy tylko odejdę od laptopa. Jak ja w ogóle mogłam to napisać? Wstydzę się, że po wyznaniach o pełni szczęścia, narzekam i zrzędzę na wszystko. Niczym nie przypominam siebie z bloga.
I znów staram się opamiętać. I tak wracam w końcu do bloga, bo przecież w końcu znajdzie się coś, co mnie zachwyci. Jak sinusoida.
A może to czas, żeby odpuścić? Poskromić trochę tą chęć upubliczniania każdej emocji.
Pozastanawiam się. Do następnego posta. Póki co, wypuszczam powietrze.

piątek, 29 czerwca 2018

dobry dzień, dobry rok



Od dawna uwielbiam Prowansję... tak najbardziej, to od dziesięciu lat i naszej po niej podróży poślubnej. Zafascynowała mnie i zauroczyła. Ja wiem, że to był dla nas, dla mnie wyjątkowy czas, tydzień po ślubie, urlop, lato, wakacje. Tak naprawdę, nie jestem typową wielbicielką Francji. Nie dla mnie Paryż, wiotkość talii i wymuskane o sobie francuskie mniemanie jej mieszkańców.
Dla mnie Francja to ciepło południa, zwolnione tempo życia, dzień z piaskiem na stopach, zapachem lawendy, zawsze otwartą kuchnią. I - przede wszystkim - tym ich klimatem ludzkich relacji.


Ale... czy ja nie mam u nas, jak w Prowansji?


Od kilku dni ścinam naszą lawendę. Niektórzy pytają, czemu akurat teraz, czy naprawdę potrzeba? A ona zwyczajnie przekwita i gaśnie jej niesamowity urok. I ja ten urok ratuję. Nadal zwabia do siebie setki bąków. Toczę z nimi nierówną walkę, nie przeszkadzam, ale zdecydowanie naruszam ich leniwe bujanie się na gałązkach. Lawenda nadal roztacza wokół siebie niesamowity aromat, a w tak naturalnym, świeżym wydaniu, szczęśliwie nie kojarzy się z babciną szafą i molami:)
Chwilami czuję się, jak właścicielka plantacji! Przechadzam się po naszym długim podjeździe, przyglądam się krzaczkom bzyczącym przez całe niemal dzień. Wyrywam każdy mały chwast, który uda mi się dostrzec. Upewniam się, że nie pojawiła się żadna choroba, usuwam przesuszone końce, macham sąsiadom, który przystają zauroczeni. Spędzam czas na świeżym powietrzu, w ogrodzie, pod gołym niebem.
W domu również czuję piach pod nogami, nie nadążamy w nim sprzątać, ale trudno, lato jest takie krótkie!
Wczoraj Pani kurier, która przywiozła nam do domu paczkę, zapytała, czy może zabrać ze sobą chmurę białych motyli, które - również cały dzień - krążą pracowicie nad lawendą. Znikają, nie wiadomo kiedy i dokąd, przed zmierzchem.
No czyż to nie raj?:)





A dziś to ja dostarczałam pierwsze duże lawendowe zamówienie. 10 bukiecików. Dla Mamy koleżanki z pracy. Na miód i dla przyjemności. W zamian dostałam wino - jak mi to zapachniało klimatem Luberon! i sok z białych kwiatów bzu i miód z mleczy. Zawinięte w serwetki. W bawełnianej torbie. Tak właśnie wyobrażam sobie idealność. Radość z pozornie przypadkowych sytuacji, z tego, że z moich własnych rąk może wyjść czyjś uśmiech. I ta radość do mnie wraca.

Zrywam lawendę już któryś dzień, a kolejnego znika z moich koszyków i papierowych torebek.
Obwiązuję bukieciki sznurkiem lub kawałkami wełny, przeganiam leniwe bąki i im podobne stworki, i cieszę się. Cieszę się, że za chwilę ucieszy się ktoś inny. Plecy mnie bolą, w ogóle mam jakieś tajemnicze zakwasy w nowych miejscach, ale mogłabym rzucić pracę i zająć się dokładnie czymś takim, czyli czymś, co taką by mi przynosiło, co mogłabym robić z uśmiechem na ustach...


A wieczorem... nagle na naszym ganku i schodkach - dwóch zaledwie - siedzi te parę Osób nam bliskich, bo zza ogrodzenia. Jest i wino i prosecco. I kanapki dla dzieci, które milion razy objechały już nasz dom na rowerkach. Boso, bo czemu nie. Jest i ławeczka przestawiona na środek podjazdu, żeby dla nikogo nie zabrakło miejsca, i koce miękkie i garście pełne cudownych rozmów i chichotu. Spontanicznie, tak najlepiej. Aż żal było przenosić się na wygodny taras i krzesła. Więc siedzieliśmy na schodkach - zaledwie dwóch, i na tej ławce wśród lawendy i spojrzeń pełnych... szczęścia.
To był dobry dzień. Mamy dobry rok.
Jak w Prowansji.





środa, 27 czerwca 2018

chcę, potrzebuję, biorę, jestem



Podróżować uwielbiam.
Zwłaszcza ołówkiem, w zachęcająco dużym zeszycie i po wysokim drinku z martini i limonką.
Mamy pierwszy dzień po zakończeniu roku szkolno - przedszkolnego, co dla mnie oznacza tak głębokie westchnienie ulgi, niedowierzania, że to już... że aż to westchnienie słychać niemal. Uśmiech mi z twarzy nie schodzi, gdy chowam do szafki - na długo przecież - śniadaniówki i plecaczki.
Usiadłam na tarasie, żeby zrobić kolejną ostatnią  mega listę spraw do załatwienia, spakowania, kupienia na nasz wakacyjny wyjazd w tym roku. Czekam i odliczam tygodnie i dni. Piszę szybko, ołówkiem, literki mocno niewyraźne, ale to przez nadmiar myśli i obawę, że za chwilę drzwi tarasu otworzą się i naruszą bezpowrotnie mój nastrój. Drzewa szumią głośno, tuje kołyszą się od wiatru, piję kawę, a do mojego drinka dobierają się trzy muchy. Przeganiam je i sączę z półuśmiechem.
Nareszcie siedzę i mogę pisać. Pisać! Muszę po prostu, wypisać z siebie wszystko. To szczęście, potrzebę urlopu, radość, że to już. Pisać!
Szybki w drewnianej latarence... słyszę, ruszają się przez to, że piszę ręcznie, a cały stół drży, nie do końca dzwonią, raczej przypominają, że w kieszeni przyniosłam zapałki. Miałam zapalić wszystkie możliwe świece i tea-lighty, czynić nastrój.




Już. Świece palą się na stole, na podłodze i przy drzwiach.
Siadam i wracam do mojej listy, ale myśli, jak zwykle w boczną uliczkę zabłądziły...
Jakbym już w podróży była.
Wakacje w naszym domu mam nawet ja. Pozostała Trójka mocno związana jest z trybem szkolnym, Bartek uczy, więc nie musimy organizować opieki nad dziećmi. Tata jest w domu, mogę zaczynać pracę wcześniej i wcześniej wracać do domu. Nie zaczynam dnia od szykowania trzech śniadaniówek, kanapek i zdrowych przekąsek. Naliczyłam, że w minionym roku szkolnym zrobiłam ich niemal 600! Jaśko zabierał po dwie: drugie śniadania i "obiad", bo przedszkolna wersja obiadu od lat mi nie odpowiadała.
A od dziś nareszcie koniec. Cieszę się bardzo. Bardzo, bardzo!
Wizja urlopu i wyrwania się z domowych zobowiązań i przede wszystkim z pracy - jest już całkiem wyraźna. Niemal na wyciągnięcie ręki.


Uwielbiam podróżować. Ostatnio nawet uczę się patrzeć na naszą okolicę, na te pola piękne, ścieżki, wioseczki, elewacje domów, przystrojone ze smakiem kwiatami i zielenią, jak na identyczne zagraniczne. Żeby móc poczuć się lżej, jak podczas wakacji, żeby móc dojrzeć w nich cały urok, bo przecież tego im nie brakuje. Ale - to jednak nie to samo. Dlaczego? Bo wyjeżdżając zagranicę, ja sama pewne przekraczam. Zostawiam za sobą spięcie i wszystkie te słowa pt. muszę, powinnam, trzeba. A uwalniam moje własne chcę, potrzebuję, biorę, jestem. Z tak uwolnioną sobą, widzę świat pełniej, staję się bohaterką swojej opowieści, która dzieje się tu i teraz, za granicą wszystkiego.



Pisałam kiedyś, całkiem niedawno zresztą, że wszystko mogę, nic nie muszę.
Ale, jak jest w praktyce, każdy wie. Trzeba się jednak starać i nie przestawać patrzeć w dobrym kierunku. Również w swoim. Nie zapominać o tym. Zwłaszcza w wakacje. Czeka się na nie cały rok. Na lato i ciepło. Nawet, gdy zimno:)




Listy - tej ostatniej z listą co zabrać, a czego nie - nie skończyłam. Choć całą i tak mam już w głowie.
Post - rozpoczęty w sobotę, kończę we wtorek przed północą.

Życie. Lato. Luz. I nastrój, który o tej porze roku trwa cała dobę, nie dam go sobie naruszyć:)







sobota, 23 czerwca 2018

do widzenia, do więcej








Można się denerwować, załamywać ręce. Można i kilka łez uronić i zastanawiać się, co się zrobiło nie tak. Można milion razy prosić, tłumaczyć, kazać, dawać przykład, rozmawiać. I nic, wydaje się, nic.
A potem przychodzi taki dzień, jak balsam, jak wisienka na torcie, który piekł się kilka lat.
Taki, jak wczoraj.
Ostatni dzień szkoły, koniec trzeciej klasy u Marysi.
Ostatni, najostatniejszy dzień w przedszkolu Janka.
Uroczyste zakończenia, list gratulacyjny, podziękowania, występy na scenie.
Janek, wyróżniony na płynne i piękne czytanie, stał na scenie z kartką i mikrofonem. Potem, w kapeluszu prawdziwego przedszkolnego wokalisty, śpiewał "Początek" z Męskiego Grania.
Na scenie stałam i ja, za naszą Marysią, wyróżnioną za wyniki w nauce i kulturę osobistą. Dostała upragnioną Małą Sowę, jestem z niej taka dumna!






Patrzyłam na nich, patrzyliśmy razem, i pomimo tego, że wiemy, co potrafią, jak potrafią doprowadzić nas do zaciśniętych ust i liczenia do stu i z powrotem, wczoraj widzieliśmy w nich... nasz sukces. I to, że są już naprawdę duzi, a my zamykamy okres bycia rodzicami małych dzieci.
Wzruszam się na widok ich bystrych oczu, uśmieszków i coraz doroślejszych słów i opowieści.
Wiemy, że mają w sobie ogromny potencjał, i że to od nas zależy, jak pomożemy im kierować nim dobrze, we właściwą stronę. Nadal będziemy pilnować, żeby niektóre drzwi pozostały dla nich jeszcze długo zamknięte. Ale wzrusza mnie jedno - mamy wspaniałe dzieci, dwoje młodych ludzi, którym daliśmy życie, za których jesteśmy tak bardzo odpowiedzialni, ale to dwa nowe, piękne życia, osobowości. Ile jeszcze przed nami pracy - pewnie trudno sobie wyobrazić, wiedzą to nasi rodzice.
Ale to przecież jeden w najważniejszych celów, uroków codzienności, na to się pisaliśmy, ja z pewnością o takiej rodzinie marzyłam, odkąd pamiętam.
Mamy zdrowe i mądre dzieci. Żywe, nieusłuchane i uparte. Bystre i z wieloma talentami. Z dobrym, choć wybiórczym słuchem i umiejętnościami, które skrzętnie przed nami ukrywają.
Ale są zdrowe. Są. I to już jest więcej, niż mogłoby być. Ogromnie więcej.


I tak na nie chcę patrzeć. Jak wczoraj. Z dumą, radością i łzami wzruszenia, nie złości.
Częściej, niż rzadziej.
Bo nasze dzieci i my, dokładnie tacy, jacy jesteśmy, to więcej, niż mogłoby być...













wtorek, 19 czerwca 2018

tata

właściwie zupełnie nie zdążyłam cię poznać
nie zdążyłam cię poznać zupełnie
nie wiem, które gesty mam po tobie
które miny i czy profil twarzy mam bardziej twój czy mamy
przyjęłam, że to, co mogę mieć po rodzicach - mam po mamie
a dziś pomyślałam... zaciekawiło mnie...
co mi dałeś?
bo co zabrałeś, czego nie mam - pielęgnuję od lat
od ponad trzydziestu już
ale tego, co mi dałeś, choćby bezwiednie nawet i niechcący
to nie wiem
słodycze - po tobie?
powroty inną drogą - ? ...ale ja wracam
pisanie -? ...ale u ciebie gorzkie zakończenia
wolałeś piłkę nożną czy siatkówkę?
obgryzałeś paznokcie?
a może zawsze się spóźniałeś? mama tego nie cierpi
o, spóźnialstwo z pewnością mam po tobie
i piwne oczy

niewiele tego

szkoda, że to nie działa w drugą stronę
bo wiem, co chciałabym ci dać, czego mógłbyś się ode mnie
nauczyć
co mógłbyś po mnie mieć ...
wzrok pełen dumy i miłości, kiedy mówi się dwa słowa:
córka i syn

sobota, 16 czerwca 2018

wiatr we włosach



Jadąc na rowerze, zawsze można na niego liczyć.
Zdarzają się, oczywiście, spokojniejsze dni, gdy wydaje się, że powietrze stoi.
Ale gdy jedzie się na rowerze, i tak zawsze go czuć, na każdym kilometrze.
Z wiatrem, czy pod wiatr, wieje. Gdy trafię na naprawdę wietrzny dzień, nie mam siły zjechać z górki. Wtedy nawet z górki, jest pod wiatr.
Ale najważniejsze, że go czuję, nawet pod kaskiem.
Wiatr we włosach.




Kto raz wsiadł na porządny rower, tak, jak ja, prawie trzy lata temu, o czym pisałam w tym miętowym poście, ten wie i odróżnia. Wsiadasz - i jest moc. Jedziesz  - i nagle słyszysz. Siebie i swoje myśli. Naprawdę. Ja tak mam.




Dzięki rowerowi poznaję nasze okolice. Najczęściej pokonuję 20-30km. Jeśli mam więcej czasu, pozwalam sobie na 30-40km. Zataczam pętle, w różnych kierunkach, a wiatr skręca ze mną, żebym nie miała zbyt łatwo:)
A nasze okolice to naprawdę cudowne zakątki. W czerwcu - dodatkowo pachnące. Pachnące! Akacja, yyy ...(tutaj powinnam wymienić kilka nazw drzew, krzewów itp., dzięki którym moje przejażdżki są tak aromatyczne, ale zwyczajnie się nie znam, bardzo się nie znam...). Wystarczy pięć kilometrów, droga pędzi mocno w dół, a przede mną odsłania się zieleń, pola i niebo, jak z włoskiej Toskanii...









Oj, wiem, na zdjęciach nie wieje Wam Toskanią, ale wierzcie mi... gdy słońce gra z drzewami w chowanego, gdy wiatr owiewa moją twarz i ramiona, usta same układają się do zadowolenia. Do szczęścia się układają. To właśnie wtedy chwytam chwile.


Kolejne kilometry prowadzą prosto nad jezioro. Mamy szczęście mieszkać w pobliżu wielu jezior. Woda zawsze kojarzy mi się z latem, wakacjami, rozmarzeniem. A wieczorami - tajemnicą. Niestety, czasy przesiadywania na pomoście ze szkolną miłością i rozmów o wszystkim już dawno za mną. Ale to jezioro, parę kilometrów od naszego domu, to miejsce pierwszych spacerów z moim Mężem. A w alejce poniżej, mieliśmy naszą poślubną sesję fotograficzną. I to z rowerem!:)






Wiatr we włosach. Dosłownie i w każdej możliwej przenośni. Jakbym włączała magiczny przycisk pod tytułem reset. Działa fenomenalnie. Do tych chwil na rowerze, bardzo pasuje też słowo radocha.
Bo wtedy nic nie muszę. Oprócz wysiłku fizycznego. Zapominam o pracy, obowiązkach, a przynajmniej nabierają one lekkości, nieważności. No i te spalone kalorie!
Wielu z nas ma szansę znaleźć dla siebie idealną formę aktywności, ruchu i sportu. Dla mnie najlepszym sposobem na relaks, pomimo zmęczenia (!), jest właśnie rower.
I ten wiatr we włosach...








opowieść zapisana

A dzisiaj opowieść zapisana... W kompletnych ciemnościach, długo jechali w dół, z górskiej wioski do położonego niżej miasteczka....