czwartek, 14 września 2017

wspomnienie lata





Cisza w domu.
A to przecież sierpień, lata środek, i nie minęła jeszcze dwudziesta!
Na nogach czuję kurz ostatnich kilku godzin. Zegar tyka niewzruszony. A poza nim cisza dziwna.
Taka, o której się marzy w środku dnia i tęskni w weekend. Taka, która zdarza się... niemal wcale.

A. Teraz słyszę...
Jej oczywiste podśpiewywanie pod nosem, już ją oczami wyobraźni widzę, jak na ganku na schodach z kostki siedzi i przebiera pluszowego renifera w nowe śpioszki. Dwa dni temu zastanawiała się, jak to z tym porodem będzie, czy to faktycznie boli trochę, średnio czy bardzo?
- Ale to za dwadzieścia lat będzie twoje zmartwienie, Skarbie, nie teraz - mówię.
Nie całkiem przejmuje się moim zapewnieniem, bo szczęśliwie wie, na której sali wesele Jej wyprawimy. W Kontrabasie, tam, gdzie ciocia Ania i wujek Piotr mieli w lipcu. To nic, że ma osiem lat dopiero. Ja w jej wieku Anię z Zielonego Wzgórza już czytałam i Gilbert też tam był kochany potencjalny z włosami czarnymi i szelmowskim uśmiechem podszytym prawdziwą miłością.




Cisza w domu.
Wyraźnie... dwoje tylko dzieci słyszę! Cieszy mnie to ogromnie, choć wiem, że nie potrwa zbyt długo. Jan na klawiaturze stuka, parkując graficzne autobusy, pełen szczęścia i niedowierzania, że mu pozwoliłam "grać" na komputerze, bo zwykle głośno protestuję.
Zbieram sześć błękitnych kubków ze stołu i dosuwam puste już krzesła. Plastelinowe lody zostawiam na pamiątkę.
Nadmiar dzieci odebrany lub odprawiony. Dość zgromadzeń na dziś. To wersja oficjalna. Zazwyczaj jedne drzwi się zamykają, a już u drugich słychać pukanie....






Słońce zaczyna codzienny rytuał skupiania na sobie uwagi. Koloruje niebo od strony kuchni i domy za polem od strony tarasu. Delikatnie różowe, potem żółte, kończą gasnącą czerwienią i znowu różem. Wyciąga najgłębsze odcienie barw elewacji, żeby ostatecznie przykryć je granatem wieczoru...


*****




Rozpieściło mnie to lato w tym roku. Ciepłem, słońcem i beztroską.
Dobrą energią. Tym, co zwykle, czyli wrażeniem prawdziwych dwóch miesięcy wakacji. Bartek jest nauczycielem, dzięki czemu latem mogę wstawać wcześniej i wcześniej zaczynać i kończyć pracę, bez konieczności wyprawiania dzieci do babć, opiekunek, na kolonie i temu podobne. Dzięki temu moje popołudnia są dłuższe.
Tak było i w tym roku. Odpoczęłam. Mimo wszystko:)
Gorące dni, przepełnione dziećmi, śmiechem i totalnym luzem.
Tegoroczne lato, to przede wszystkim taras, zabawy na dworze, od rana do nocy. Wygłupy, śmiech, granie w piłkę, rowery. Spotkania z przyjaciółmi, wycieczka pociągiem na lody, a nawet wesele!


 


Z okazji kolejnego ślubu w rodzinie, pokusiłam się o makijaż u Basi. Kobieta naprawdę potrzebuje od czasu do czasu TAK się poczuć:)
Na weselu bawiliśmy się w Restauracji Kontrabas. Młoda Para przygotowała dla nas dwa autorskie tańce - ten pierwszy oraz tango. A wszystkie zaproszone dziewczynki przez całe wesele opracowywały szereg układów z pomponami. Spontanicznie, radośnie, buzie same się śmiały:)

 








Ostatnie letnie dekoracje znikają pomału z tarasu. Uwielbiałam zapalać świece na cały wieczór, nawet, gdy ostatecznie nie zdążyłam na tym tarasie przy nich posiedzieć. Te świece o zmierzchu, lampka wina lub ulubiony drink i rozłożona, czekająca na mnie książka - to był mój ukochany widok. Widok idealny. Tak właśnie chcę to lato zapamiętać...






 








sobota, 9 września 2017

włoskie wakacje. cz.ostatnia. z obietnicą domarzeń


Wtorkowy poranek. Dziś wracamy.
Ciągle jest we mnie cała masa domarzeń... Pakuję walizkę, z półuśmiechem, bo niemal nadal czuję na stopach zimny jeszcze piasek, ten z linii brzegowej.
I powiew słonego wiatru przy skroniach.



Szybko zamienił się on jednak w rozgrzane do granic cierpliwości przedpołudnie, gorączkowe pakowanie kempingowego dobytku, palące słońce, znudzone oczekiwaniem dzieci.
Gorącooo!
Jeszcze ostatnia, krótka i niebieska kąpiel w basenie. Ciało z ulgą regeneruje się i budzi. Chłód wody przyjemnie przywraca energię i chęć do czegokolwiek.


Powroty są takie trudne!
Zostawiam za sobą jedno westchnienie za drugim.
Po koszmarnej kolizji na autostradzie pod Bolzano, nie zdążyłam tak zupełnie wrzucić na luz, który samej sobie obiecywałam. Przeczytałam niecałe dziesięć stron książki (!), (mówili, że wraca się do czytania książek gdy najmłodsze dziecko skończy cztery lata, nasze skończyło pięć, i co???). Choć i tak wystarczyło mi to, żeby poczuć niedosyt. Bo gdy udaje mi się wejść w historię bohatera czytanej powieści, całą sobą odrywam się od własnego aktualnie. Rozpoczynam wtedy podróż między moimi marzeniami, zaczynam w nie wierzyć.
A w tym roku z tym wszystkim nie do końca zdążyłam...


Nie zdążyłam dość wyraźnie wyobrazić sobie, że mogłabym zamienić pracę przy biurku, tę samą od ponad trzynastu lat, na suchy od słońca dom z biurkiem przy otwartym ciągle oknie, z wianuszkiem znajomych twarzy w pobliżu, z którymi mogę codziennie wymieniać parę słów, kilka uwag spostrzeżeń lub choćby dzień dobry lub miłego dnia!

Nie zdążyłam dość wyraźnie zobaczyć siebie z koszem warzyw i owoców pod pachą. W kuchni pachnącej czosnkiem i suszonymi pomidorami.

Nie zdążyłam dość wyraźnie zobaczyć siebie - spełniającej się. Siebie, jako kobiety, która ma czas.
A ja ciągle tego czasu nie mam. Przez te brak złoszczę się i wkurzam. Wyzywam, a potem... no płaczę...


Well....


Zanim ostatnie ziarna suchego piasku obsypały się z naszych stóp, a włosy na karku zdążyły wyschnąć pozostawiając za sobą tylko zapach Morza Adriatyckiego, na horyzoncie pojawiły się trójkątne zarysy Alp. Zielone od drzew, z prześwitującą bielą i szarością skał i powtykanymi w najbardziej niedorzeczne miejsca kapliczkami, każda z wieżyczką.








Zauroczona Lienz - austriackim miasteczkiem na pograniczu Tyrolu i Karyntii, zaczynam snuć wizję... wygranej w totka, porzucenia pracy mojej i Bartka i przeniesienia się w te lub temu podobne rejony.
Przecież moglibyśmy nauczyć się niemieckiego, zaryzykować. Dzieci małe... szkoła... rodzina... Ale to tylko kilka godzin drogi...
A może choćby częstsze podróże? Również te tylko we dwoje? 


Góry wyciągają ze mnie domarzenia, których nie zdążyłam wcześniej uściślić.







Dopiero po powrocie do domu, przekręceniu klucza we własnych drzwiach, po przywitaniu się z ogrodem, widokiem z kuchennego okna, z sąsiadami i nieskoszonym trawnikiem, osiadają we mnie na nowo spokojne myśli.
Te niedomarzenia są mi potrzebne. Dzięki nim doceniam każdą możliwość ich doświadczenia, ale z nimi w kieszeni, w kilku kieszeniach, jeszcze bardziej cieszę się z tego, co mam. Zataczam koło, wracam do siebie, do tego posta.

Czasem trzeba przebyć długą drogę, żeby na końcu dotrzeć do siebie.


poniedziałek, 4 września 2017

jeden dzień w roku jestem Koziorożcem

Pierwszy września, to u mnie jak Nowy Rok.
Nowe wszystko, tak sobie w głowie układam.
Odświeżam i aktualizuję. Czyli zwyczajnie wyrzucam, co znalazłam, a o czym zapomniałam, że w ogóle mam.
W kościach czuję, że będzie dobrze i nastawiam się, że od teraz będzie inaczej. I lepiej.
Daję sobie szansę i sporo jej reszcie rodzinki.


Menu spisane, obowiązki rozdzielone, egzekwowanie w toku.


Kanapki na jutro zrobione, czekają w lodówce.
I spaghetti z sosem pomidorowym na obiad, jak wrócą wszyscy z pracy, szkoły i przedszkola.
Zestaw witamin, rodzynki, słupki marchewki, butelka z wodą, śniadaniówki w rzędzie ustawione.
Ciuszki na kupce, zeszyty owinięte, kredki zatemperowane, książki podpisane.


Jeszcze tylko powkładam wyprane sznurowadła kolorami do wyszorowanych trampek i tenisówek.
I nastawię budzik na 6:15.


I nawet to przeczucie, że za tydzień zapał minie, nie przeszkadza im aż tak.
Nadzieja matką matek.
A plan matką Koziorożców.
Ten jeden dzień w roku jestem Koziorożcem. I zazdroszczę. I dumna z siebie jestem, że aż pochwalić się musiałam.


Ale co zrobić, gdy się na świat przyszło nie w tej dekadzie grudnia....?:)









sobota, 2 września 2017

włoskie wakacje. cz.6. Murano-Burano-Veneto





Miałam nadzieję, że uda mi się dokończyć wakacyjne opowieści zanim zrobi się jesiennie i chłodno.
Ale trudno, ostatnio uczę się nie spieszyć zbytnio z życiem. Tak wyszło więc.
Przyjemnie będzie mi wrócić do jednego z najgorętszych dni podczas naszego urlopu we Włoszech.
Słońce, Laguna Wenecka, a boat!:) I te nazwy brzmiące cudownie... Punta Sabbioni, Murano, Burano i Veneto.
Wyspy, kanały, bliskość lotniska (kochamy samoloty podczas lądowań i startów), no i Wenecja. Romantycznie, gorąco, drogo. Ale my przede wszystkim wspaniale się bawiliśmy.






Według początkowego planu, z campingu mieliśmy dojechać do portu na rowerach i przywiązać je do drzewa (czyt. przypiąć do słupa, ale tak gorzej brzmi). I stamtąd ruszyć w rejs. Niestety rowery zostały pokruszone, o czym pisałam tutaj i co nie wpisuje się w klimat moich wakacyjnych opowieści.
W każdym razie dotarliśmy do portu autem, port nas zachwycił, jeszcze bardziej urocza Polka, która wręczyła nam bilety na łódkę i tak wypłynęliśmy na zatłoczone wody Laguny Weneckiej.








Murano
Myślałam, że to wyspa, a tu niespodzianka! Murano, to grupa aż siedmiu wysp, połączonych mostami. Nas przywitało jednym ze swoich najsłynniejszych talentów. Prosto z promu weszliśmy do muzeum i fabryki szkła Colleoni, niewielkiej hali, gdzie odbył się pokaz dmuchania, formowania i co tam jeszcze - szkła artystycznego, tłumaczony na trzy języki. Coś niesamowitego! Niestety obowiązywał tam zakaz robienia zdjęć, ale wystarczy użyć google. Lub tam pojechać:)
W głębi ceglanego budynku znajdowała się galeria szklanych cudów, biżuterii, rzeźb, żyrandoli (tu o wiele bardziej pasuje słowo chandelier...) i całego mnóstwa przeróżnych przedmiotów, od kieliszków do kostek do gry. Wszystko ze szkła, dwa piętra zachwytu....











Pobyt na Murano zaplanowano nam na jedną godzinę. Zdążyłam więc nacieszyć oko i kupić bransoletkę z błękitnych szklanych koralików.


Burano
To kolorowe domy, ułożone zgodnie wzdłuż kanałów. Na pomalowanie własnego domu wymagane jest tu pozwolenie. Lokalne władze muszą się również zgodzić na kolor farby. Dzięki temu podobno kolory domów rzadko się powtarzają.
Burano ubrane jest też w koronki. Posiada dość długą koronkową historię. Można je znaleźć na każdym z dziesiątek straganików i w tych bardziej już ekskluzywnych butikach. Obrusy, serwetki, bluzeczki, chusteczki. Cuda wianki.
Nam ta wyspa będzie kojarzyła się z poszukiwaniem cienia i klimatycznej knajpki, gdzie mieliśmy zjeść pranzo... lunch:) Nielada wyzwaniem było przeciśnięcie się przez tłumy turystów i znalezienie odrobiny zacienionego stolika. I nie zgubienie dzieci. Uznaliśmy, że w Wenecji, która miała być ostatnim punktem rejsu, będzie najdrożej (jak bardzo się myliliśmy). Poza tym burczało nam już w brzuchach, więc postanowiliśmy najeść się na wyspie Burano.












Knajpka przy kanale. Ani grama słońca. Klimat i klimatyzacja. Papierowy obrus i koszyczek z krakersami. Spaghetti bolognese (uściślijmy, we Włoszech to makaron króluje na talerzu, jakiekolwiek bolognese to drobniejsze dodatki), grillowana pierś z kurczaka z polentą (polentę próbowaliśmy po raz pierwszy, i z pewnością ostatni, brrr....), frytki i mała woda - bolało bardziej, niż pod Stelvio. 143 EUR. W tym 10 EUR miejscowego podatku (!!!).
Przełknęliśmy i trzeba było biec na stateczek.
Kierunek - Wenecja!









Veneto
Jak to w życiu naszym bywa, dokładnie w momencie, gdy dopływaliśmy do jednego z najsłynniejszych miast na świecie, wyczerpała się nam bateria w aparacie fotograficznym.
Na szczęście mieliśmy w zapasie luz, dobry nastrój i telefony, więc rozpacz trwała krótko.
Wenecja... słyszy się o niej różne (zapachy) rzeczy. Ogląda się ją na filmach. Niektórzy o niej marzą. A przynajmniej o pocałunku na Moście Westchnień.
Naszą Wenecję zwiedzaliśmy z dwójką dzieci. To sporo zmienia, ale niekoniecznie na gorsze. Janek pewnie za parę lat zda sobie sprawę, że był w TEJ Wenecji. Najważniejsze dla dzieci były bowiem obiecane lody i szansa na cień. Te zjedliśmy na Placu Św. Marka. Z widokiem na milion turystów i rusztowania.
Pomimo tego, uważam, że udało nam się z powodzeniem uchwycić to, co w tym mieście najbardziej czarowne. Prosto ze statku trafiliśmy do pierwszej lepszej zacienionej wąskiej uliczki. Przyjemny chłód i początek niesamowitej przygody - labirynt tych właśnie zacienionych wąskich uliczek, przeplatanych kanałami, mostami i schodami, na końcu którego chcieliśmy znaleźć najważniejszy wenecki plac (czyt. lody). Zawracaliśmy raz, kiedy jeden z podniebnych korytarzy urywał się nad kanałem. Bez mostu. Za drugim razem niechcący weszliśmy do jednego z muzeów lub galerii. Siedział tam uśmiechnięty młody pan, który cierpliwie wskazał nam skrót do wyjścia "na ulicę":) Czułam się, jak w filmie "The Italian Job":) Kierunek na wschód. Kawał dobrej zabawy.
















Miasto niesamowite, mogę powiedzieć, że właśnie tak je sobie wyobrażałam. Turyści, gondole i wiszące nad głowami pranie. Stare zabytkowe budynki, słynne miejsca, TE miejsca, ale to przecież kanał i woda. Przemknęliśmy przez uliczki, chłonąc na zapas wenecki klimat i podniosłość chwili.
Ale - no przepraszam - nadal ważniejszy był cień i świeża butelka z wodą:) I sklepik z pamiątkami...













Dzień pełen wrażeń. Wielka wenecka przygoda. Ciekawostki i fakty, o których wcześniej nie wiedziałam. Zwłaszcza te geograficzne. Uwielbiam. Polecam. Wspominam:)

wspomnienie lata

Cisza w domu. A to przecież sierpień, lata środek, i nie minęła jeszcze dwudziesta! Na nogach czuję kurz ostatnich kilku godzin. Zeg...