piątek, 24 września 2021

słowotok



 Och.

Dlaczego nie piszę? Dlaczego, na przykład, nie piszę pamiętnika, skoro otwieram bloga osiem razy dziennie, nie wklikując w niego ani jednej litery? Dlaczego uparłam się na publiczny blog, skoro słowa nie układają mi się... odpowiednio? Czyli... jak właściwie miałyby się układać...? Jak mogłyby się odpowiednio i poprawnie (choćby stylistycznie) układać, jeśli moje myśli nie są ani poprawnie ani dopasowanie... 

Mam już za sobą całkiem sporo dni. Wyliczyłam niedawno, że w tym roku w grudniu skończę równo 44 lata. Upewniam się jeszcze raz po raz, czy się nie mylę, ale nie, nie mylę. Wszystkie te dni i lata nie przygotowują jednak wystarczająco na świat, który zmienia się szybciej, niż jesteśmy w stanie to objąć. Nie jest ten świat coraz przyjemniejszy. Nie jest spokojniejszy. Barw nie ma radosnych, za pewnymi Wyjątkami, których mam szczęście być mamą i żoną. Głosy i odgłosy dzieci, ich śmiech, głupawka, beztroska są i wkurzające przy nadmiarze, ale i szczelnie odcinają od szarej rzeczywistości. Tak, z trudem i wielką niechęcią sama przed sobą przyznaję się, że rzeczywistość wydaje mi się szara. Moje nastoletnie i dwudziestoletnie ja w życiu by tak nie uznało, każdą szarość ubierałam po swojemu w odcienie zgodne z nastrojem, jakieś, określone, różne od tych wczoraj, piękne. Odważne i bardzo moje. Dziś odczuwam niepokój. Z niechęcią wybiegam planami poza najbliższy miesiąc, a czasem i tydzień, co daje objawy niedoboru najważniejszej z witamin - niemożliwości niedoczekiwania się na kolejny wyjazd, na wirtualny spacer uliczkami włoskiej miejscowości, w której mielibyśmy spędzić kolejne wakacje... Na weekend w górach... Trudno planować, mieć nadzieję. Ale całkiem niedawno uzmysłowiłam sobie (bardzo lubię sobie uzmysławiać, bez pomocy poradników, mind coachów (przed chwilą napisałam "couchów"...), w ogóle jakich mind coachów??? instytucja, jak dla mnie, przerażająca...))... no więc uzmysłowiłam sobie swoje własne marzenie z późnego dziewczęcego dzieciństwa: bardzo chciałam mieć rodzinę, tak zwyczajnie z mężem i dziećmi. Nie przypominam sobie, żebym marzyła o jakimś konkretnym zawodzie, czy ścieżce kariery. Owszem, wymyśliłam sobie Nowy Jork i lot samolotem, w czasach, gdy były to prawdziwie odjechane pragnienia, poza zasięgiem możliwości finansowych i okolicznościowych.  I to się nawet szczęśliwie i zaskakująco spełniło. Zaskakująco, choć i naturalnie, jakby zapisane mi było mimo wszystko już wcześniej. Do rzeczy. O karierze nie myślałam. O domu - owszem, zawsze. Więc, gdy stoję nieraz nad zadaniem domowym z biologii lub nad pomysłem na zdrową zawartość śniadaniówek, nad dzieci pytaniami o covid, o ludzkie zachowania lub sprawy, z którymi, mam problem, ale i obowiązek opowiedzenia o nich spokojnie... zdaję sobie sprawę, że i to moje marzenie o byciu mamą spełnia mi się każdego dnia. Nie mam i nigdy nie miałam pretensji do losu o brak fascynujących i zagranicznych podróży służbowych, dobrze mi bez awansów, sukcesów, zawodowych. Podziwiam Inne i Innych za ich przebojowość i charyzmę, dar zjednywania sobie ludzi i radość z brylowania w wyznaczonej przez siebie strefie komfortu i ekscytacji. Moja jest w naszym domu i szczęśliwa jestem, że mogę się po niej przechadzać po każdych ośmiu godzinach pracy na etacie. 

Brak mi tylko słów:) Stąd ten słowotok. Pracuję jednak nad tym, nad czasem na własną pasję, na myśli, na - modne to teraz - przestrzeń w znaczeniu możliwości skupienia się na jednej i tej samej czynności przez z góry określony i nieprzerywany niczym i nikim czas. Ciągle znajduję jednak inne pilne sprawy, którym nie potrafię odpuścić, cóż, tak już mam! Nie zmieni się to, dopóki tego nie zmienię. 

Nie zmieni się to, dopóki tego nie zmienię.

Z pozdrowieniami dla Tych, co zawsze💓




piątek, 23 lipca 2021

a słońce nie miało dziś wzejść

Zdarzają się nieraz takie dni, które nigdy nie powinny się wydarzyć, słońce nie powinno w te dni wzejść, a datę można by na zawsze wykreślić z kalendarza.
Pewne ułamki sekund zmieniają wszystko, cały świat czyjś zmieniają i nie da się ich ani cofnąć, ani przeżyć na nowo.
Nie jestem w stanie wyobrazić sobie...
Dziewczynka, o rok starsza od naszej Marysi, rower, las, plac zabaw po drugiej stronie szosy, koleżanki i koledzy. Letnie popołudnie, świeże powietrze, wakacje, dzieci.
I na tych pasach ktoś urywa jej śmiech, plany na przyszłość, buziak od mamy na każde dobranoc i każde dzień dobry. Nie przejeżdża ani chwilę wcześniej, ani chwilę później. Pisk opon. A potem tydzień nadziei i niedowierzania. Tydzień wiary i walki ze strachem.
Ja nawet nie potrafię sobie wyobrazić...:(

Bo dzisiaj słońce nie miało wzejść...

Wieczny odpoczynek
Racz Jej dać Panie
A światłość wiekuista
Niechaj Jej świeci
Na wieki wieków
Amen

środa, 16 czerwca 2021

nie wi(e)dzieć

    

Kolorowe, dzikie kwiaty na okładce grubej książki w twardej oprawie. Aksamitny cytrynowy bratek, kilka nieznanych mi włochatych, choć cudnie barwnych główek, wyraźnie zapisane nazwisko autorki. Zazdroszczę coraz intensywniej, chłonę słowa, które kroją moją wyobraźnię od pierwszej strony dokładnie tak, jak lubię...

...nieznośne zmysły kobiety multitasking wyczuwają jednak zapach zbyt mocno przysmażającej się cebuli i wracam jednym ruchem do własnej kuchni. Zupa jarzynowa z cudowną przewagą kalafiora i koperku. Świadomie, choć ze wstydem, dopuszczam się zbrodni, po raz pierwszy od wielu już lat, sześciu, może siedmiu? Rozpuszczam we wrzątku kostkę rosołową drobiową...!!! Mieszam z wywarem z warzyw, żeby zagłuszyć obecność glutaminianu. Nie ciepię go. Ale po latach nie kupowania dzieciom drożdżówek, słodkich bułek, podejrzanych napojów i nie dawania drobnych na śniadanie z automatu na końcu szkolnego korytarza, wzruszam ramionami i grzeszę pod tytułem "raz - nie zawsze" i "nikt nie musi wiedzieć". Dziś cel uśmierca środki, czyli jutro mamy wychodne. Nie mam czasu na codzienność...

Przyznam, że portugalskie białe wytrawne wino uwalnia zduszaną we mnie od dawna potrzebę pisania i nazywania spraw mnie otaczających nader żywo i "tu i teraz". Z niemałym zniecierpliwieniem kroję do końca marchewkę, ziemniaki i kalafior i szukam wolnego laptopa. Wiem bardzo dobrze, że raz niezapisane myśli nigdy nie wracają z tym samym powabem i ekscytacją. Nie da się ich tak samo zgrabnie ułożyć i być z nich zadowolonym. Muszę więc od razu, przed koperkiem, bo wystygną na zawsze. 

Koperek wrzucony, suszarka melodyjnie zaznacza koniec pracy, a ja dumna jestem z czasu, który udało się zaoszczędzić i ze słów, które pięknie mi się dziś nasunęły spontanicznie zaraz po tym, jak po raz któryś zawiesiłam konto na instagramie! O tak! I - jakkolwiek obrzydliwie by nie zabrzmiały niektóre określenia, których zaraz użyję, to muszę je tu zapisać, bo to przez nie ten post, choć jeszcze nie wiem, dokąd mnie zaprowadzi i czy powinnam go publikować, po tym winie portugalskim białym wytrawnym. Schłodzonym...  

Jak eureka, odkrycie zaskakujące swoją oczywistością na głos niemal wypowiedziałam: nie chcę być followersem! Nie chcę podpatrywać, porównywać, zazdrościć bez podstaw i sensu. Nie chcę być obserwatorem, naśladowcą, frustratem. Tym bardziej infuencerem być nie chcę, choć to mi raczej nie grozi. Nie chcę się gapić, zastanawiać lub zastanowić nie zdążyć nad tym, co inni lub czemu nie. Nie chcę i nie muszę! Skąd to wszystko w ogóle się wzięło, te puste, coraz bardziej podobne do siebie style i mody, pozy i hasztagi? Skąd ten pęd za innymi, za czymkolwiek, byle by siebie samego nie usłyszeć? Co mi da wzdychanie z zazdrością i poczuciem wszelkiej niesprawiedliwości na widok osób nie pracujących na etacie, noszącym rozmiar 36... lub mieszkających przy Palos Verdes Drive? To nie ich wina, ani moja. To ich sprawa, a nie moja. Po co zajmować się tym, czego się nie ma, zamiast zachwycić się wszystkim tym, co przy i obok? Wystarczy wyłączyć i odłożyć. I zapomnieć, gdzie się położyło. Wyciszyć i odinstalować. Nie trzeba wszystkiego widzieć, ani wszystkiego wiedzieć. Można pozwolić światu krążyć wokół słońca, bez żalu, bez bycia na dwóch jego końcach naraz. Bez potrzeby bycia podobnym lub przeciwnym. Bez ciągłego zadawania sobie pytań, bez wątpliwości i analiz. Bez. 


Zupa idealna, lekko ją jutro podgrzeją, pojadą do babci, a my na koncert. Pomarzę. Zapiszę. Pobędę. Za rękę. W zasięgu. Dokładnie tak, jak lubię...

Dobranoc.





niedziela, 14 marca 2021

napisałam


Niektórzy mówią, że gdy się za często tęskni albo wspomina, to jakby się zawracało, że ważniejsze jest, żeby tu i teraz być i tym się uważnie cieszyć. A nie cofać, czy żałować. I zgadzam się z tym. Ale tęsknić lubię. Zwłaszcza zimą i gdy pada śnieg, gdy tak dużo go napada, że aż strach jechać autem po za wąskich nagle drogach, po pasie, który, nie wiadomo, czy jeszcze jest mój, czy już nie... Wtedy właśnie wspominam zimę w Montanie. I siebie stamtąd i co poszło nie tak, choć ostatecznie idealnie.

Pewne rzeczy dzieją się pomału. Dojrzewają sobie stopniowo w głowie i w duszy. I w sercu. Bezgłośnie, choć trudno je w ciszy utrzymać. Wiec piszą się, ołówkiem i na klawiaturze, układają w słowa, a z nich historie...nie udałyby mi się one bez wspomnień...



Jakiś miesiąc temu na blogu Julii Rozumek przeczytałam "Każdy z Was może napisać książkę. Tylko zwyczajnie nie zaczyna tego robić." Przyjemny dreszcz i odruch, żeby się odwrócić, sprawdzić, czy mnie widzi, bo przecież do mnie te słowa. Słyszę je od dawna od mojej Mamy, ale zawsze tłumaczę sobie, że przemawia przez Nią miłość do mnie. Od dawna piszę tego bloga i nieraz otrzymałam cudowne komentarze, zachęty, potwierdzenia. Człowiek jednak ciągle wątpi, oczekuje prostych recept, bezpośrednich, twardych, jednoznacznych. A Julia... prowadzi blog i pisze książki. Mam kilka ukochanych, którymi zaraziłam dzieci i bliskich. Zresztą kto nie zna Julii Rozumek?:) 

Wyciągnęła rękę do takich, jak ja, za długo wątpiących, uciszających swoją ogromną potrzebę pisania i dzielenia się tym pisaniem z innymi - nieśmiałością. Zaprosiła do zabawy, podała jasny scenariusz, mi wystarczyło to zdanie: "pozwól tej książce/opowiadaniu się zaskoczyć"

Moja historia czekała na ten moment, jej drobny zalążek drzemał gdzieś w komputerze, zarysowany w dwóch akapitach. Tamtego wieczora rozbudowałam go do kilku stron. Wysłałam. I poczułam dumę. Nareszcie się odważyłam! Cokolwiek miałoby z tego wyniknąć. Piszących, niezwykłych Osób jest na pewno mnóstwo, ale nie chodziło o wygraną, chodziło o nie bój się, spróbuj.

Dwa tygodnie później otrzymałam mail od Julii. Co to były za słowa! Mój tekst został wyróżniony! Moje imię i nazwisko i roboczy tytuł MOJEJ HISTORII... bezcenne uczucie gdzieś w środku, radość, która rozprostowuje ściśnięte pod swetrem skrzydła. Moje słowa opublikowane i pochwalone! Cały dzień miałam wypieki na twarzy, chciało mi się podskakiwać, gdy szłam firmowym korytarzem. Ale czad!!! 

Julia wyróżniła w sumie trzy teksty i jeszcze kilka Osób, wspaniałe dziewczyny! Możecie je znaleźć tutaj.

Nadal nieśmiało, ale z rozpostartymi skrzydłami - mój rozdział, chyba pierwszy, bo wiem, co wydarzy się dalej...:)


Autobus podjechał osiem minut przed planowanym odjazdem. Biało-niebieski z długim, chudym psem namalowanym na całej długości. Z ciemności zadaszenia wzdłuż budynku Port Authority wyłoniło się kilkanaście osób, każda z walizką lub przewieszoną przez ramię torbą. Podałam kierowcy swój plecak, mamrotał coś pod nosem, nucąc ulubioną melodię. Miałam wrażenie, że lekko się kołysał i dygał niemal jak w niewidzialnym dla innych tańcu. Wyprostował moje zmarszczone od napięcia czoło, niewyspane po dziesięciu godzinach lotu, wprawiając w jednej chwili w zaskakująco dobry nastrój. Niepokój jednak szybko powrócił. Zarysował na nowo pionową zmarszczkę na moim czole i kazał być czujnym. Przemknęłam szybko wąskim wejściem do autobusu i przeciskałam między fotelami w poszukiwaniu wolnego miejsca. Usiadłam w czwartym rzędzie, pod oknem, z wielką nadzieją, że nikt nie usiądzie obok. Obawiałam się tej samotnej podróży od samego początku, od tej zaskakującej informacji, że biuro załatwiło nam zupełnie osobne loty, inne daty! Początkowo nie chciałam się zdecydować, ale byłam już tak zmęczona oczekiwaniem na koniec formalności związanych z wyjazdem do Stanów, że sił na dodatkową batalię po prostu mi zabrakło. Szymon pocieszał mnie, że nie jest to przecież pierwszy lot, wiem, jak poruszać się po lotnisku i że będzie na mnie czekał w Bozeman. Lubiłam wyzwania, nowe miejsca, uwielbiałam być zagranicą, wydeptywać nieznane dotąd ścieżki na swój sposób. Wiedziałam, że sobie poradzę. Nie podobało mi się to, że kolejny raz rozdzielamy się z Szymonem. Kolejny kiepski znak. 

Autobus ruszył punktualnie. Gapiłam się na oświetlone i ciągle żywe ulice Manhattanu, choć było już po północy. Miałam ochotę dotknąć szyby, a przez to niemal i tych budynków z cegły, a przy nich rusztowań, metalowych schodów przeciwpożarowych, ogromnych neonów, chińskich barów, miasta, które nigdy nie śpi. Nowy Jork mnie zachwycił, był dokładnie taki, jak go sobie wyobrażałam, był spełnieniem moich marzeń, tych wielkich, potencjalnie nieosiągalnych. Rok wcześniej spędziłam tu całe 3 dni, przed powrotem do Polski po pierwszym lecie w Montanie. … Tym razem miało mi wystarczyć te pół godziny w autobusie, wśród obcych ludzi, w środku nocy. Z daleka mignęła mi jasna sylwetka Empire State Building, zdziwiłam się, że zdążyliśmy odjechać na tak duży dystans. Po chwili autobus wjechał do tunelu. Zapadłam się na nowo w fotelu i we własnym oszołomieniu. Z niepokojem wyczekiwałam na jego koniec, obawy niestety okazały się słuszne, po wyjeździe z tunelu po Manhattanie nie było już śladu, musieliśmy przejechać na drugą stronę rzeki Hudson i dopiero po kilku minutach jazdy zobaczyłam sylwetki budynków na Manhattanie niknące w oddali, potwierdzające, że to już za mną, że Nowy Jork pooddycha dalej beze mnie. Zanim porządnie ochłonęłam i upewniłam się, że paszport z wizą i pieniądze są nadal na swoim, ukrytym miejscu, a fotel obok jest szczęśliwie pusty, dotarliśmy do Philadelphii, droga była przeważnie nudna, kilkupasmowe międzystanowe autostrady i ciemność. Zasnęłam na jakiś czas, zerkając raz po raz, w półśnie, przez szybę, żeby znowu odpłynąć. W pewnej chwili miałam wrażenie, że słyszę język polski, ale zmęczenie ponownie wygrało ze wszystkimi moimi zmysłami. Bałam się tylko tej pierwszej nocy. Przygoda życia rozpoczynała się późnym wieczorem, strach było zmrużyć oczy, dokumenty, czek i parę dolarów ściskałam mocno przy sobie, ekscytacja wygrywała z oczywistą potrzebą snu. Ten jednak pojawiał się niezależnie od pory dnia, była to dopiero druga doba w Stanach, dzień mieszał się z nocą. Właściwie, według polskiego czasu, było już rano. Nie spałam jednak większą część ostatniej doby. Ocknęłam się na dobre podczas krótkiego postoju około 5. Baterie w discman’ie szybko się wyczerpały, miałam zapas na kolejnych parę godzin słuchania płyt, ale przyjemnie było wtopić się w odgłosy podróży, zwłaszcza, że kolejny raz, z niemałym niedowierzaniem, rozpoznałam w autobusie język polski! No tak, znowu Polacy, jaka radość! Rozejrzałam się ostrożnie, nie chcąc zwrócić na siebie zbytniej uwagi, ale nie napotkałam na twarz inną, niż chłopak w kapturze, milczący Żydzi, pozostali w zasięgu mojego wzroku spali. Poczekałam do najbliższego dłuższego postoju w Pittsburghu, za oknem zrobiło się jasno, w moim brzuchu pusto, ale musiałam koniecznie ustalić, czy nie straciłam zmysłów z tym polskim. 

W Pittsburghu mieliśmy ponad godzinę przerwy, wysiedli wszyscy pasażerowie, kierowca już wcześniej mówił coś o restauracjach, niewiele zrozumiałam, bo jego głos wyrwał mnie ze snu i nie zdążyłam uchwycić szczegółów. Rozejrzałam się uważnie, próbując zgadnąć, kto mógłby być Polakiem, kogo mogłam wcześniej słyszeć. Nie było to trudne, bo wyglądali, jak ja, czyli nie byli ani Żydami, ani Meksykanami, ani Afroamerykanami. Dwóch chłopaków i dziewczyna, w luźnych bluzach i z małym plecakami, stali przez chwilę niepewnie, jeden z nich czytał coś z kartki. Wzięłam głęboki oddech i podeszłam do nich.

– Cześć, mogę się przyłączyć? – Głos musiał mi drżeć, ale tylko przez chwilę.

– O matko! Cześć! No jasne! Jedziesz naszym autobusem? – krzyknął zaskoczony chłopak z kartką.

– Tak, i właśnie wydawało mi się, że słyszę język polski, ale nie chciało mi się w to wierzyć.

– Jesteś sama? – zapytała blondynka, choć miałam wrażenie, że nie byłaby zdziwiona, gdybym to potwierdziła. Wyglądała na pewną siebie, z kucykiem zaczesanym wysoko, na tyle, żeby swobodnie pogodzić go z czapką z daszkiem. Nie była zbyt wysoka, ale i tak zwracała na siebie uwagę. 

– Tak. Jadę sama…

– Żartujesz? – z lekkim niedowierzaniem wpatrywał się teraz we mnie drugi chłopak. – To szacun.

– …no i.. może mogłabym tak… jednak z wami byłoby raźniej… skoro już się znamy… – uśmiechnęłam się najładniej, jak umiałam.

– Jestem Krzysiek – „drugi” wyciągnął do mnie rękę.

– Ania. – Uścisnęliśmy sobie dłonie mocno, przyjaźnie, ciepło.

– Iwona.

– Jacek. Cała przyjemność po naszej stronie – odwzajemnił mój uśmiech najpiękniej, jak potrafił.

– Miło mi, czyli jednak z moim słuchem nie jest tak źle. – Odetchnęłam z ulgą.

– Chodźmy, bo czas leci, mamy niecałą godzinę. Idziemy coś zjeść. Głodna? – Zapytał Jacek. Miał przyjemną urodę i pasowałby na chłopaka blondynki, pomyślałam, zupełnie odruchowo i aż uśmiechnęłam się na tę myśl. Poprawił plecak i ruszył w stronę wysokiego budynku z mnóstwem małych okien. Dopiero teraz zauważyłam logo Starbuck’s na przyklejonym do niego niskim łączniku, a dalej bar z burgerami. 

– Ja zawsze jestem głodna – ulżyło mi jeszcze bardziej, bo głód zaburczał mi w brzuchu niemal boleśnie.

– Jedziemy do Glacier National Park, a ty? – zapytał, cichy dotąd, Krzysiek.

– Do Glacier? – pamiętałam, że to na północy Montany – ja do Bozeman, niedaleko Yellowstone.

– Coś ty? Czyli jesteśmy sobie przeznaczeni! – Jacek ponownie się odwrócił i puścił mi oko.

– Nie słuchaj go, to podrywacz i ściemniacz – Iwona znacząco podniosła brew, przekonana, że mi, dziewczynie, nie musi mówić nic więcej.

Ciekawe, czy Szymon miał tyle samo szczęścia, co ja, pomyślałam. Nie rozmawialiśmy po jego wylocie, napisał tylko maila, że dotarł na miejsce, że zatrzymał się u Kasi i Roberta, i czekają na mnie. 

Burgery okazały się pyszne, trzypiętrowe, podane z frytkami na dużych plastikowych talerzach wyłożonych serwetką z logo baru. Chłopaki zamówili po piwie, zapewniając, że dawka śmiechu, którą nam zaraz zapewnią pozwoli pozbyć się promili w pół godziny. Picie alkoholu w autobusach Greyhound było zabronione. Przy każdym fotelu wciśnięty był długi i szczegółowy regulamin dla pasażerów oraz restrykcje grożące tym, którzy nie będą go przestrzegać. Wróciliśmy grzecznie do autobusu, każdy na swoje miejsce, postanowiliśmy nie robić zamieszania do przesiadki w Chicago. Jacek mrugnął do mnie kolejny raz, przepuszczając dżentelmeńsko przy wejściu do autobusu. Iwona zachichotała, wskakując zaraz za mną. Co za historia! – pomyślałam, gdy zostałam na swoim miejscu sama, sprawdzając ponownie kieszenie i plecak, zdjęłam buty, założyłam świeże skarpetki, ucieszyłam się na kolejny etap mojej podróży, na nowe znajomości, dobry humor, i początek słonecznego dnia w Ameryce. Zmęczenie i niewyspanie, mimo ogromnego podekscytowania, otuliły mnie jednak szczelnie, kolejnych czterysta kilometrów przespałam, obudził mnie miły polski głos tuż przed przesiadką w Chicago. 

– Hello, śpiąca Aniu, wysiadamy! Głodna?

Podróż autobusami Greyhound zajęła mi dokładnie 54 godziny. Cztery przesiadki, dziewięć stanów, niezliczona ilość drzemek, niezliczona ilość twarzy, które wsiadały i wysiadały na kolejnych przystankach. Podejrzliwe spojrzenia, ciekawość zmieszana z nieufnością, którą analizowałam przez pierwszych kilkanaście godzin, a która z biegiem kilometrów znużyła mnie. Może dlatego, że oni pojawiali się w mojej podróży i za chwilę z niej znikali.  Ciemnoskóry chłopak, wwiercający we mnie swój wzrok, ilekroć nie spojrzałam w jego stronę. Kilku ortodoksyjnych Żydów, trzymających się blisko, w czarnych długich płaszczach, mimo tego, że był to początek lipca, w czarnych kapeluszach, spod których wypływały im na ramiona cienkie, charakterystyczne warkocze. Wszyscy oni wysiedli we wschodniej części Stanów. W miarę oddalania się od Nowego Jorku, wsiadało mniej Żydów, za Chicago wysiedli wszyscy Latynosi. Zmieniały się widoki za oknem i menu w mijanych po drodze restauracjach McDonald. Przejeżdżaliśmy przez Wisconsin, Minnesotę i Dakotę Północną. Przez Fargo (!). Im dalej na zachód, a właściwie im bardziej na północ, w miarę przesiadania się na mniej komfortowe autobusy, pozostali niemal wyłącznie biali pasażerowie. Niewielu towarzyszyło mi do samego końca. Właściwie oprócz Iwony, Krzyśka i Jacka, pozostali wysiedli najpóźniej w Billings, mieście ostatniej przesiadki. Już od Chicago siedzieliśmy we czwórkę na tyłach autobusu. W trakcie podróży okazało się, że oprócz nas, jechało jeszcze dwóch Polaków, w podobnym wieku, ale musieli przymusowo wysiąść w Minneapolis z powodu puszek po piwie znalezionych w workach na śmieci przy ich siedzeniach. Puste puszki świadczyły o tym, że spożywali alkohol w autobusie, co było surowo zabronione. Odebrano im bilety i możliwość dalszej podróży. Po prostu zostali na przystanku, a my ruszyliśmy dalej. Nawet nie było nam ich żal, bo wyglądali na cwaniaczków, no i do samego końca nie odezwali się do nas, a nas z pewnością było słychać dość dobrze. Nie podeszli, nie ujawnili się. Ich strata.

Żartom i śmiechom nie było końca. Policzki bolały mnie przez resztę podróży. Krzysiek okazał się genialnym rozmówcą, przez długie godziny jazdy przez Minnesotę i Dakotę Północną, nie zdążyłam się znudzić. Opowiadał o studiach na politechnice i o przeróżnych przekrętach w akademiku, których był inicjatorem, otwierałam szeroko oczy słuchając tych historii, a na końcu zawsze wybuchałam śmiechem. Siedziałam z Iwoną, chłopaki za nami, choć tak naprawdę wisieli nad naszymi głowami, prześcigając się w zwracaniu na siebie uwagi, każdy na swój uroczy sposób. Nie mogłam trafić na lepszą ekipę na te 3 tysiące kilometrów. Iwona i Jacek nie byli parą, co nie przeszkadzało całej trójce flirtować w znany i mi sposób. Przypomniałam sobie, jak to jest, balansować na krawędzi fantastycznie odwzajemnianej zabawy i flirtu. Damsko-męskiej bezpiecznej gry, bez zobowiązań, bez dalszego rozdziału. Tu i teraz. Beztroska. Chyba udało mi się nawet na krótkie chwile zapominać o Szymonie, choć jak zwykle było to złudne, bo cała szczerość mojego droczenia się z nowo poznanymi facetami opierała się na bezgranicznej pewności co do nadziei na miłość Szymona. Znowu nie było dla mnie innych, oprócz niego.

W Dakocie krajobraz wypłaszczył się a linia horyzontu zdawała się oddalać, otwierając przed nami niesamowitą przestrzeń z każdej strony. Autobus zatrzymywał się rzadziej, ale ja nadal zachłannie rejestrowałam nazwy mijanych miast i miasteczek, ulic, kształty domów. Miałam wrażenie, że w tym stanie nie ma nic, jedynie bezkres. Wjazd do Montany uczciliśmy toastem z wody mineralnej i krakersami z polskim pasztetem. Jacek z dumą wyjął go z plecaka, głosząc po swojemu, że zostawił ten rarytasik na taką właśnie, szczególną okazję. Za oknami było już ciemno, podróż zbliżała się do końca, podróż przez dodatkowe strefy czasowe na zachód nie ułatwiała pogodzenia potrzeby snu z porami dnia i nocy. Nie przeszkodziło nam to opanować ostatniego autobusu po przesiadce w Billings. Trafiliśmy na prawdziwy stary, jak świat, ogórek. Bez klimatyzacji, bez nadmiaru pasażerów, z głupawką sięgającą szczytu naszej bezczelności, jeśli chodzi o żarty i śmiech, i poziom łapanych w locie półsłówek, które doprowadziły mnie do bólu brzucha i rosnącego we mnie żalu, że za chwilę rozstanę się z tą ekipą, że pewnie więcej się nie zobaczymy. Wymieniliśmy się mailami. Umówiliśmy na wspólną podróż Greyhoundem w bliżej nieokreślonej przyszłości, choć po tylu godzinach spędzonych na siedząco, byliśmy niemal przekonani, że nie chcemy tego więcej powtarzać. Autobus dojechał do Bozeman przed czwartą rano, pożegnaliśmy się uściskami i zapewnieniami. Zyskałam miano żony Jacka, a on mojego męża. Wysiadłam jako jedyna na przystanku w Bozeman. Pokiwałam grupie wariatów okupujących tylną szybę autobusu. I tyle. Usiadłam na ławce przed małym, ale zamkniętym budynkiem z napisem Greyhound bus stop. Przytaszczyłam za sobą mega ciężki plecak, żałując, że nie wzięłam jednak walizki na kółkach. Dotarłam do kolejnego etapu swojej podróży życia. Nie do końca wiedziałam, czego się spodziewać, wierzyłam na słowo, że na końcu tej drogi ktoś na mnie czeka, znajoma twarz, znajomy przewodnik po pierwszych dniach w Montanie. Montanę poczułam dopiero tu, w Bozeman, stojąc samotnie na Greyhound Station przy Main Street z wielkim szarym plecakiem i nadzieją na miłość.

Dokładnie pamiętam ten widok, szeroka ulica, mokry od deszczu asfalt, cudownie rześkie powietrze, którym zaciągnęłam się, tak naprawdę, na kilka lat. To działo się naprawdę, dotarłam do końca, żeby móc na nowo coś zacząć. Czułam się trochę tak, jakby ktoś postawił mnie na planie serialu „Przystanek Alaska”, zabrakło tylko łosia na środku skrzyżowania. Ogromne samochody przejeżdżały leniwie w obie strony, na niebie przesuwały się, równie leniwie, ciężkie chmury, wschodziło słońce, a mnie przepełniała euforia, szczęście. Stałam. Czekałam na Szymona, który miał po mnie przyjechać i zabrać do Big Sky. Spóźniał się, ale mi nie pozostawało nic innego, poza uzbrojeniem się w cierpliwość. Nie miałam telefonu komórkowego, z zasięgiem w Stanach. Stałam. Czekałam.

Szymon podjechał starym, wysłużonym Fordem Escortem, w spodniach z szelkami i tym jego uśmiechem pewnego siebie gościa. Nie widziałam go dwa tygodnie i w pierwszej chwili wydał mi się bardzo zmieniony. Jednak gdy wysiadł z auta i po chwili zawahania otworzył ramiona, wpadłam w niego, jak kiedyś, całym swoim zmęczeniem i tą niegasnącą nadzieją, a właściwie pewnością, że znowu zaczniemy, że cokolwiek nie układało się między nami w Polsce, tutaj się poskleja, tutaj nikt nas nie dosięgnie, będziemy tylko ja i on. Ja i Szymon, tacy szczególni dla siebie, tacy sobie bliscy, na nowo. To musiało się udać. Taki był plan. Nie miałam wtedy żadnego planu B.”




piątek, 5 marca 2021

wypowiedziane i te jeszcze nie...



Zmęczona jestem, naprawdę jestem zmęczona tym, na co trafiam na ekranach, co wpada mi w oczy, co nas otacza i bezpardonowo wpycha się do domu i myśli, choć wcale tego nie chcę. Napisałabym, że czytam, ale to nie do końca jest czytanie, bo nie wiąże się z wyborem. To, co znajduję na portalach informacyjnych, społecznościowych, a także na niektórych blogach (bardzo popularnych) - męczy i skutecznie zniechęca do lektury, czy zaglądania. Atakuje! Zadziwia i formą i treścią. Zniesmacza. Męczy. Wiem, niby mam wybór, choć uważam, że tylko potencjalnie, bo tak naprawdę szukam faktów - w przypadku wiadomości - lub przyjemności, inspiracji, a napotykam na absurdalne, wyssane z miliona palców teorie, dowody i porady. Koszmar. Nie wspomnę już o podkreślaniu swojego zdania nagością. Brrr... I wcale nie mam na myśli instagrama, bo to osobna bajka, a właściwie wspomniany koszmarek. Być może nie mieszczę się w grupie marketingowej, ale, w takim razie, gdzie znajdę swoją?

A jednak znajduję. Całkiem blisko, choć dzięki temu potrafię odpłynąć zupełnie daleko. 

Dom. Muzyka. Książki. Ja.

Cisza.

Podróże, choć brak ich boli od roku bardzo.

Rzadziej dobry film lub krótki serial, a z nich uwielbiam ścieżki dźwiękowe. Instrumentalne. Jest taki fragment z Gambitu królowej, dwie minuty i siedemnaście sekund, czuję je po końcówki nerwów, czuję pod palcami, płyną w moim krwiobiegu. Wstrzymuję niemal oddech, niemal wzruszam się, za każdym razem, zanim, przy końcu, zdołam odetchnąć z ulgą, że to serce nie pękło...  Jest w tych minutach tyle emocji, napięcie, wyobrażenie tego, co akurat dzieje się wokół mnie lub co mi się przypomni... skojarzenie... zatęsknienie... kawał serca i duszy... dreszcz... fortepian i smyczki... instrumenty prowadzą do najtkliwszych zakamarków, strun, wiedzą którędy, znają swoją moc, swój udział w całości. W dźwiękach można znaleźć wszystko. I smutek, i szczęście, i zagubienie, i drogę powrotną. Najważniejsze, że ja mogę znaleźć w nich siebie.

Jest też piosenka z akompaniamentem fortepianu, dla której mogłabym zapalić papierosa. Jednego, tego pierwszego w życiu. I byłoby warto. Usiąść przy barze w zadymionym klubie, z kobiecą pewnością siebie, ze sobą, z muzyką, z pogodzeniem... Czerwone wino lub whisky z lodem. I can't remember love... Mogłabym.

A ścieżkę dźwiękową z Anne with an E kocham całą, kawałek po kawałku, niektóre gram sobie na pianinie, na przykład Unrequited Love, Goodnight Anne. Są dla mnie jak wiosna i jesień. I jak lato. Są dobrymi, ciepłymi momentami, uśmiechem, są jak kwiaty, łąka, a przy tym sielskie lekkie zamyślenie. Jeśli kiedyś usiądę do spisywania życia przy naszej drodze, przygód dzieci i pogaduszek z sąsiadkami na ganku lub przy furtce, z kawą lub winem w dłoni - na pewno będzie przy mnie ta ścieżka, kawałek po kawałku. 

Melodie z filmu Sully, The Mountain between us, The Changeling, Genius, The Perfect storm, Road to Perdition. Przenoszą mnie w inną przestrzeń, inny wymiar. Nie potrafię skupić się na medytacjach, na mantrach. Wybieram instrumentalne historie, ścieżki, które stają się moje. Kiedyś bałam się zbyt często słuchać ulubionej w danym momencie piosenki, czy utworu w obawie, że w końcu mi się znudzi i będzie mi ogromnie żal się z nią pożegnać. Na szczęście ciągle pojawiają się nowe, z którymi budzę się i pracuję, które otulają swoją esencją, aż nie spotkam kolejnej...

Do książek wróciłam po latach bycia zabieganą mamą. Nadrabiam z nawiązką. Nie zarywam nocek, bo zwyczajnie wygrywa ze mną sen. Ale czytam do śniadania (w weekendy), po obiedzie i wieczorami. Czytam na przykład... że "życie jest po to, żeby żyć" (Małe sekrety, Jennifer Hillier). A potem sięgam po Kristin Hannah i jej Zimowy ogród: "Myślę, że słowa są bardzo ważne. (...) Jak to jest, że tak wiele w życiu zależy od prostej prawdy? Słowa naprawdę są ważne. Życie składa się z rzeczy wypowiedzianych i niewypowiedzianych"... Dokańczam książki niegdyś rozpoczęte, leżące na półkach w różnych częściach domu, i te, których nie wypada nie przeczytać. Niemal w każdej znajduję dawno nie otwierane drzwi lub do takich klucz. I samej chce mi się pisać. Czasem po przeczytanym akapicie lub pół-stronie chwytam za ołówek, a słowa same płyną.

I tak jest dobrze, tak wystarczy. Dobrze, że świat jeszcze do końca nie oszalał. Dobrze, że można sobie stworzyć swój własny, wypełniony ukochaną muzyką i słowami, wypowiedzianymi i tymi jeszcze nie...



piątek, 22 stycznia 2021

post pisany wieczorami...


Post pisany wieczorami...


Drugi stycznia. Maluję paznokcie. Nie zdążyłam przed Wigilią, ani przed sylwestrowym wieczorem. Zupełnie mi to nie przeszkadza, choć... zastanawiam się czasem, czy takie niepomalowane paznokcie mocno rzucają się w oczy, czy zauważają to kobiety, przy stole, przy kasie, podczas przypadkowego spotkania? A może dostrzegają też niektórzy mężczyźni? Potem sama się z tych moich zastanawiań śmieję. Przyznam się, że mi samej też zdarza się popatrzeć na dziewczynę, czy kobietę i pomyśleć odruchowo, że wystarczyłoby przeciągnąć rzęsy tuszem, że aż się prosi. Albo... drażnią mnie czarne kreski na dolnej powiece, tak bardzo mnie to drażni! I przesadnie dużo biżuterii. I na końcu sama jestem sobą rozczarowana, przez krótką chwilę, za te myśli, choćby najbardziej odruchowe i podświadome... okropne! A tak całkiem obce mi, gdy byłam w Stanach.

Jakby to było milion lat temu. Milion i dziewiętnaście. Wróciłam wyleczona. A potem z biegiem każdego kolejnego tygodnia i miesiąca zaczęłam chorować na nowo. Na po polsku myślenie i postrzeganie po swojemu drugiego człowieka, a nie przyjmowanie go takiego, jakim jest. W Stanach zachłysnęłam się niemal wszystkim, być może dzięki temu, że pewnego popołudnia zabrakło mi tchu, odcięto tlen, a serce rozpadło się na mnóstwo maleńkich kawałków. Tak, tak, tragiczna miłość. Dzięki temu musiałam wpaść w nowe życie, w nową siebie, wszystko nowe, na nowo odkrywane, jakby poza mną. Przenikała do mojego ja ta Ameryka Gór Skalistych, pomału, ale dogłębnie. Do krwiobiegu, sposobu myślenia, stanu umysłu:) Jakbym siebie się na nowo uczyła. Spotkanych ludzi, nieznajomych, uśmiechających się, jak starzy przyjaciele, pomagających mi w poruszaniu się po każdym dniu po angielsku - przyjmowałam bez zastrzeżeń, chłonęłam bez analizy i krytyki. Nie analizowałam tego kto jak wygląda, jak się ubiera, nie dzieliłam ludzi według potencjalnego poziomu wykształcenia, według niczego, nie zakładałam żadnych kryteriów. Chłonęłam. Zachwyt wszystkim, co widziałam i poznawałam wokół siebie przekładał się na relacje z innymi, ale i na własną odwagę w podejmowaniu decyzji, w robieniu choćby pojedynczego kroku w przód, a potem jeszcze jednego. Podjęłam się pracy wśród Amerykanów. Z dala od wielkiego świata metropolii, w doskonałym zaciszu gór, rzeki, natury i cudownie uśmiechniętych ludzi. Początki nie były łatwe, bariera językowa, pomimo lat nauki angielskiego, okazała się straszna, ale tylko przez pierwszy miesiąc. Skupiona byłam na trybach, czasach i odmianie trzeciej osoby, skupiałam się na gramatyce, zamiast patrzeć ludziom w oczy. Dopiero po miesiącu i o krok od prawdziwej rozpaczy, odkryłam, nie bez ulgi, że skuteczna komunikacja nie opiera się na perfekcji i tym, co wyuczone, ale na swobodzie, odwadze i patrzeniu sobie w oczy właśnie. To zachęcało do pomocy, do wsparcia jednym, czy drugim słówkiem, dzięki czemu uczyłam się szybciej. Słuchałam i chłonęłam. Moi współrozmówcy początkowo nie czekali, aż skończę wypowiadać misternie wydukane, poprawne stylistycznie zdanie, odchodzili, pozostawiając mnie z urwanym w połowie słowem. I niedowierzaniem. I załamką. Z czasem jednak skupiłam się na znanych mi słówkach, szybko zauważyłam, że sami Amerykanie często nie używają trzeciej formy, mówią nie tak, jak pisane było w podręcznikach. Dlatego ja nie mogłam zrozumieć ich, ani oni mnie. Mowy potocznej nauczyłam się więc... słuchając. Słuchałam ludzi, piosenek i oglądając (nareszcie!) anglojęzyczne filmy w oryginale. Moja współlokatorka szybko dostała pracę w pobliskiej wypożyczalni kaset wideo (były to lata 2002-2004), więc po filmy chodziłam na drugą stronę ulicy, jak po bułki. Sama zatrudniałam się w kilku miejscach, choć najwięcej nauczyłam się podczas pracy w... butiku. 

Willow Boutique w Meadow Village, w dolnej części Big Sky w Montanie. Codzienny kontakt z bogatymi i wymagającymi Amerykanami, z lokalnymi mieszkańcami, ale i z turystami z różnych części Stanów był ogromnym wyzwaniem i lekcją. Niesamowite, jak krótkie rozmowy (gdy opanowałam jednoczesną obsługę klienta, kasy fiskalnej, eleganckie pakowanie prezentów i kurtuazyjny small talk) potrafiły podbudować moje własne poczucie pewności siebie oraz dumy z tego, co osiągnęłam i gdzie jestem. Miałam dwadzieścia cztery, dwadzieścia pięć lat i mimo, że to ja stałam po tej drugiej stronie kasy, a klienci zostawiali u nas ogromne pieniądze za swetry, buty kowbojki, biżuterię, personalizowane souvenirs, czy sztućce lub miseczki z wizerunkiem grizzly, uśmiechałam się z niedowierzaniem, gdy pytali mnie, w którym stanie leży Poland... Wbrew pozorom, wielu Amerykanów, których spotkałam, nie opuszczało swojego stanu, nie czuło nawet takiej potrzeby. Wystarczyło im to, z czym się urodzili i język, w którym się urodzili. Język angielski, o którym marzy wielu z nas, jest dla nich jedynym językiem, jaki znają. Podróżują ci bogatsi i lepiej wykształceni. I to jedna z takich osób, Szpakowaty Starszy Pan, na dźwięk mojego nieamerykańskiego akcentu, zapytał skąd jestem, a potem z dumą wymienił  Walesa i John Paul II, co mnie zachwyciło! To on chwalił się przede mną! Z podziwem wysłuchał mojej krótkiej opowieści o tym, że skończyłam studia, ale ciekawość świata i pragnienie podróży przygnały mnie za ocean. Z podziwem stwierdził fakt oczywisty, ale jakże niedoceniany: masz przewagę, bo mówisz w języku swoim i moim, ja znam tylko swój. 

Tak, Willow Boutique. Miejsce magiczne, bo z pewnością nie pasowało do niego określenie sklep. Wnętrze wypełnione wyjątkową atmosferą wyrafinowanej i ekskluzywnej wersji dzikiego zachodu. Ciężkie drewniane stoły i regały z bali. Z bali zbudowane było niemal wszystko, łącznie ze ścianami, framugami i przebieralnią. Kolorowe wełniane spódnice i skórzane kurtki z ćwiekami i frędzlami. Ozdobne poduchy ze skóry i zamszu. Koszule z wyszywanymi ręcznie wzorami, przyozdobione broszką lub naszyjnikiem z ciężkich turkusów i innych wielkich kamieni. Paski we wszystkich odcieniach brązu, z ciężkimi klamrami. Prawdziwe kowbojskie kapelusze i niesamowite buty, wyprawiane ręcznie, każda para w inny wzór. Do tego zastawa stołowa z motywami typowymi dla Gór Skalistych: seria z blackbear lub grizlly, z łosiem, koniem, z rybami. Sztućce, talerze i półmiski. I moja wielka słabość: table linens, czyli placemats, napkins (koniecznie z napkin rings), table runners. Z motywem Montany, gór, zwierząt. Ciężkie i grube. A przy tym miękkie, otulające zimą, która trwała pół roku, i idealne latem, na drewniane stoły, do treściwych kowbojskich dań z fasolą i burgerami. Wszystko w Montanie było duże i ciężkie, pojemne, nigdy drobne. Przyczyna była romantyczna, choć szorstka, czyli dokładanie taka, jak panujący tam klimat i pogoda. Góry, powietrze, odległości i cała ta przestrzeń wymagały wytrwałości i odporności, hartu ciała, ale i miłości i ukochania... gór, odległości i zimy trwającej pół roku, minusowych temperatur, śniegu po pas. Przeżyłam tydzień przy minus 40 stopniach, faktycznie było wtedy zimno, ale to zimno nie było aż tak przejmujące, jak w Polsce, ponieważ klimat w tej części Stanów jest bardziej suchy. Włoski w nosie mi zamarzały, skrzypiał nie tylko śnieg, ale i powietrze, które niemal kroić się dało. Bywały tygodnie, gdy spadało tyle śniegu, że wszystko było białe, ziemia i niebo, i linia horyzontu, nie było mowy o posypywaniu dróg solą, jeździło się po śniegu, z łańcuchami na kołach, ratrakami i saniami, każdy woził w aucie koc i łopatę. Nikt nie narzekał. Każdy tam zimę kochał. Pokochałam i ja. Na całe życie już. Latem słońce grzało mocno, przynosząc lekki deszcze tuż przed zachodem. Część mieszkańców grała w golfa, ja często jeździłam do Yellowstone, do Bozeman, no i dalej, przez Wyoming do Utah, Arizony, Colorado, Nevady i Kaliforni. Do Vegas i nad Wielki Kanion, do niesamowitych parków narodowych Bryce, Arches, Yosemite, Canyonlands, nad zaporę Hoovera, gdzie wjeżdżało się w sąsiednią strefę czasową, do Los Angeles, San Diego i San Francisco, na Tahoe i przez winnice Sonomy...

...i mogłabym tak długo o tej Ameryce mojej pisać i opowiadać. Od zawsze wstydziłam się nią chwalić, wolałam się nie wyróżniać, nie zadzierać nosa, bo coś tam więcej widziałam i doświadczyłam. Czas spisać ten mróz, ludzi, miejsca i masę uczuć, których tam doświadczyłam. Za oceanem. Za górami. W poprzednim życiu...?:) Każdej zimy to sobie obiecuję. Zacznę od podróży Greyhoundem. Trzy i pół tysiąca kilometrów. Przez dziewięć stanów. Ze wschodu na zachód. Jak to się skończy...?