środa, 28 stycznia 2015

odeszłaś...



Marysia

Ukochana Żona, Mamusia, Babcia, Prababcia, Siostra, Bliska...
Będzie z nami zawsze, zawsze w naszej pamięci, sercach i rozmowach.

Babciu, tak wiele wniosłaś w nasze życie, małymi gestami zaznaczałaś swoją Obecność,
nie da się zapomnieć Twoich przyjęć, obiadów, kawek i kolacyjek.
Tort kawowy, tatar, malinki, starta rzodkiewka, ryba po grecku, kiszone ogórki.
I jak dopytywałaś się, czy nosimy czapki, szaliki i spodnie.
I te Twoje porcyjki na wynos, żebyśmy nigdy z pustymi rękami od Ciebie nie wyszli i nie umarli z głodu.

Panie Boże proszę Cię o niebo dla Niej, bo w niebieskim było Jej do twarzy.
Daj proszę teraz naszej Marysi wszystko, o czym marzyła.
Tak o wszystko dbała, starała się. Wynagródź Jej Boże cierpienie, które towarzyszyło Jej tak długo. Wynagródź Jej to Boże tam, w niebie.

Tak trudno nam się pożegnać. Tak, jak trudno było zasypiać wiedząc, że cierpiałaś.
I tak, jak trudno było Tobie budzić się, bo cierpienie znów czekało.
W Bogu nadzieja, że gdy znów się spotkamy, cierpienia już z nami nie będzie.

piątek, 23 stycznia 2015

23 stycznia 2015

Ta data na zawsze już pozostanie w naszej pamięci...
Moja ukochana Babcia pozostanie na zawsze w moim sercu...
Odeszła minionej nocy, dwie godziny po północy, czekała, aż minie Dzień Dziadka, żeby nie zabierać swojemu Leonowi jego święta.
Śpij Babciu kochana...:(

wtorek, 20 stycznia 2015

nicość gorsza jest jednak od wszystkości

Iwona i Jej dzisiejszy post natchnęły mnie do krótkiego podsumowania ostatnich i codziennych przemyśleń. Zdarzają mi się chwile, gdy, tak jak Iwona, pragnę nie być, choć na krótko, nie czuć, nie słyszeć, nie myśleć. Za dużo naraz się dzieje, nie chcę pędzić, ale codzienność sama mnie popycha. Nie gonię za karierą i pieniędzmi, ale suma najbardziej podstawowych obowiązków i pragnień przyjemności rozciąga się na więcej, niż dobę, czy też dany "okres rozrachunkowy". Pragnę nie być.
Syczę nieraz pod nosem, że wyjadę, zobaczycie, do spa (to najładniej brzmi), na tydzień, zobaczycie, jak to jest, beze mnie. Wyjdę tak, jak stoję. No właśnie. Raz wyszłam z domu, na zewnątrz, na powietrze, i szłam, naszą nierówną drogą. I dosłownie z każdym krokiem malała moja pewność co do chęci ucieczki, a pojawiało się coraz bardziej realne zmartwienie - dokąd ja mam niby pójść? Kroków wyszło może ze czterdzieści. Przeliczając na metry, nie zdążyłam nawet stracić z oczu naszego domku. Przez jeden ułamek sekundy było mi głupio, ale ponieważ nie wiedziałam, przed kim miałoby mi się tak głupio zrobić, uczucie to minęło. I te czterdzieści kroków w stronę domu, utwierdziło mnie w tym, że

nicość gorsza jest jednak od wszystkości


Niestety zapachy przygotowywanych na jutro smakołyków odrywają mnie od pisania. Jutro Dzień Babci, dwie nasze Mamy przyjeżdżają na występy Janka i Marysi, Janek będzie mówić wierszyk! Ze cztery wersy:) Cudownie je recytuje, mam nadzieję, że nie wystraszy się sceny i tylu par oczu. Po części artystycznej wrócą do domku na obiad - rosołek i canneloni z mięsem i szpinakiem, na deser proste ciasto migdałowe - wrzucę jutro przepis, jest naprawdę zaskakujące i dietetyczne! 
Ach, bardzo cieszą mnie Nowe Osoby, które czytają bloga i dołączają do grona Obserwujących - to cudowne niespodzianki:) Witam i pozdrawiam:)


Obiecany przepis na ciasto migdałowe:

CIASTO MIGDAŁOWE:
- 200 g zmielonych migdałów
- 5 jajek
- 175 g cukru lub ksylitolu (0,5 - 0,75 szkl.)
- 100 g masła
- 45 g gorzkiej czekolady
- łyżka kakao
- aromat waniliowy lub migdałowy (lub pół na pół)
żółtka ubić z cukrem, dodać migdały i masło roztopione z czekoladą + 
pozostałe składniki; na koniec dodać ubite białko; delikatnie wymieszać
piec ok. 50 min w temp.180 st. w foremce do babek
 
Ja dodaję czasem zmielone otręby owsiane, zmielone pestki słonecznika lub dyni,
po prostu mielę w młynku do kawy

poniedziałek, 19 stycznia 2015

we właściwym czasie, na właściwym miejscu

19 stycznia. Urodziny mojej mamy, urodziny Piotra (brata B.). Budzik dzwoni o 5:55, 6:00 i 6:05. Wstaję, niedowierzając, że to już, o 6:15. Muszę jechać do sklepu, bo w lodówce nie ma ani mleka, ani masła. Poranna gonitwa trwa. Dzieci jedzą cinni minis, B. popija kawę, kot siedzi na parapecie kuchennego okna, czeka na śniadanie. Pamiętam, żeby spakować Jankowi nową szczoteczkę, pastę i kubeczek, bo od dziś nasz maluszek będzie mył w przedszkolu ząbki. I nowe paputki z autkiem. Marysia pięknie uczesana, warkoczyk, spineczki, kiteczki, okularki. 
Zapominam zabrać komórki z półki w przedsionku.
B. ma dziś dyżur przed lekcjami, więc ja zawożę dzieci do przedszkola. Marysia sama się rozbiera, Janek wchodzi do sali chętnie, ale gdy patrzę przez okno już z dworu, widzę w jego oczkach małe łzy. Widzę też, jak przytula go starsza ukochana siostrzyczka i nadziwić się nie mogę, i szczęśliwa jestem, bo ona taka opiekuńcza, troskliwa, Jan pewnie czuje się w jej ramionkach bezpieczniej. Moja mała kochana Marysia....
Do pracy wjeżdżam po ósmej. Jak zwykle. Jeszcze niedawno mnie to bolało, teraz przywykłam. Zanim podłączę laptopa już wiem, że ten dzwonił, tamten czeka, a kolejny wchodzi do pokoju z komentarzem pt. "coś ty namieszała znowu..." Oddzwonić nie mogę, bo komórki brak, koleżanka prosi o skorzystanie z komputera, bo potrzebuje wydrukować coś w kolorze. Zgadzam się, pomagam, ale poziom napięcia rośnie. Kolejny telefon, a ja jeszcze nie piłam kawy....
Kurczę, przecież mama na pewno czeka na życzenia. Do mnie zazwyczaj dzwoni jako pierwsza lub chociażby wysyła starannie ułożonego smsa. Komórki brak. Ale da się to jakoś obejść, mimo, że nie znam na pamięć jej numeru.  
Godzina za godziną mija za szybko. Choć z jednej strony cieszę się, bo czekam na moment wyjścia z pracy, ucieczkę, ale z drugiej...jest tyle do zrobienia! Maile wskakują uporczywie, reklamacje, zamówienia, bilanse. Lubię to wszystko ogarniać, zwłaszcza, gdy nadążam. Gdy nie nadążam, czuję się jak w tych reklamach o stresie, gdy dziurkacz cię przygniata, albo myszka jest wielkości szafy.
Przed końcem dnia okazuje się, że sąsiedni komputer atakuje wirus i rozpoczyna się żmudny proces blokowania czego się da i podnoszenia czego się da, żeby nie zniszczył za dużo. Koleżanka nie dowierza, to było/jest jej wszystko, a informatyk mówi, że ona nie ma już nic. Serwer stoi, wtajemniczeni biegają.
A potem on, pan P....
...sąsiad zza ściany, tej w pracy, energiczny, pomysłowy, guru excella i tabeli przestawnych. Pracouwielbiacz. Stąd nasze zdziwienie, gdy jego letni urlop wydłużał się w nienaturalną nieskończoność. Wraca już nie on, nie pytamy, bo wystarczy spojrzeć, raz i drugi dla pewności. Najtrudniej w te oczy smutne i przerażone. Chwila moment, dwa miesiące. Pół człowieka potrafi zniknąć. Dziś akurat przyjechał, i mówi: dziewczyny, są gorsze rzeczy, niż koń trojański. Naprawdę, są gorsze....
I czuję ścisk w gardle i wzruszenie. Żadne słowo nie nadaje się na komentarz. Jaka otucha? Jakie pytanie? Jak wyrazić...no co właściwie? Współczucie, współodczucie. Żal i chęć uściskania. I trochę złości na własne złości. I trochę radości i ulgi, że moi w domu są zdrowi.
Wyjeżdżam po szesnastej. Tory znowu zamknięte, więc wybieram inną, dłuższą drogę. Muszę dojechać do domu jak najszybciej, bo Marysia o wpół ma kółko plastyczne, więc od razu ją zawiozę. Obmyślam temat kolejnego posta, będzie o życiu i jego kruchości. O tym, że nie warto tak nerwowo i za każdą cenę. Że nie znamy dnia ani godziny, że każdy dzień, to przecież dar i od rana powinno się za niego dziękować. Jako dziecko dziwiłam się, gdy babcia uczyła mnie modlić się w podzięce za nowy dzień i prosić o to, żeby móc szczęśliwie przespać noc. Myślałam, przecież to oczywiste, że po nocy obudzimy się wszyscy razem, i tak w kółko, normalne. Potem zrozumiałam, więc i proszę, i dziękuję. I tak w kółko. Odruchowo zaczynam mówić "Ojcze nasz...". Za pana P.
Kurczę, już ta godzina. Wyprzedzam jadące przede mną auto. Prosta droga, zachwycająca wiosną i jesienią, gdy liście na setce chyba rosnących wzdłuż niej drzew mienią się kolorami i grają ze słońcem w chowanego. Dziś ponuro, ale nawet nie wiem... Widzę, że mogę wyprzedzić przy okazji jeszcze jedno auto, a w sumie dwa, zdążę, bo nic z na przeciwka nie jedzie.
Zaraz... ten biały hamuje...a ten... zaczyna go wyprzedzać... wjeżdża na mój pas! Na mnie! Nie zdążę...!


Tarcie... 


Dlaczego...?

Nie mam komórki. Nie usłyszę niczyjego głosu, ani rady, ani "czekaj, przyjadę".
Nic nikomu się nie stało, auta da się naprawić.
Stoję i drżę z zimna i strachu. Chwyciłabym się czegoś, ale...nic nie ma.
...
Jadę do domu. Wgniecenie, zarysowania, lusterko. Trzęsę się cała, teraz docierają do mnie pozostałe, wcześniej przygaszone przez adrenalinę emocje. Niewyleczony kaszel miesza się z płaczem, jadę 50 na godzinę, duszno mi, boję się wyprzedzić, boję się jechać...Wiem, że oni czekają i nie przypuszczają...
I przecież ktoś z ogłoszenia miał przyjechać kupić wózek po naszych dzieciach...
No i płaczę przy obcych, tych z ogłoszenia, bo nie jestem w stanie zahamować tego drżenia w środku. Uspokajam się z wierzchu przy dzieciach, na szczęście widzę, że nie zdążyły się wystraszyć. Patrzą na mnie i tulą się, ale pani z maleńkim brzuszkiem i jej mąż wzbudzają większe zainteresowanie. Tym bardziej, że chcą zabrać ICH wózek.
B, nie wierzy, zanim nie powiem, że to nie z mojej winy.
Dzwoni telefon, z pracy. Za nim sms z Anglii, "please call me". Wózek kupują. Szczęśliwi przyszli rodzice. Telefon znowu się odzywa. Dzieci jednocześnie śpiewają swoje piosenki na dzień babci. Janek oddaje mi skórki od kanapki z nutellą. "O! spadło...". Marysia trochę dąsa się, że nie zdąży na plastykę. No, nie zdąży. Telefon dzwoni, praca, odbieram, przyjechało auto po te tkaniny, które przez przypadek załadowaliśmy już przez weekendem. "Co mam powiedzieć kierowcy?"
"Please call me..."
Plastyka..
"Babciu, babciu...."
nutella...

...
Kładę się między nimi i układam do snu. Bardziej ja się układam, niż oni. Bo jeszcze siusiu, jeszcze tyle jest do powiedzenia. Janek zsuwa główkę do wysokości moich piersi i brzucha. "Tam byłem i wrócę!" "Tak, kochanie, byłeś, ale już nie wrócisz, jesteś duży:)". Trzyma mnie potem za rękę, ściska mocno całym sobą. 
Marysia z drugiej strony, pyta, czy nie będę się złościć w nocy, gdy będzie chciała ze mną spać i do mnie przyjść. "Mamusiu, będziesz taka spokojna, i wesoła, jak się obudzę? Nie będziesz zła?" Przytakuję i czuję, jak wielką sprawiam jej tym radość! Taką szczerą radość i spokój. Dzięki temu, że będę spokojna i wesoła, a nie zła i zdenerwowana. Takie to proste... "Mamusiu, kocham cię jak...z dołu do samej góry..." Marysia pokazuje na sufit i mocno przytula moją rękę do swojej twarzyczki. "Ja też cię tak kocham..." mówi Janek.
A potem mówię po swojemu paciorek, na głos dziękuję za ten dzień, i za to, że nic mi się nie stało, Marysia mówi, że to też pewnie dzięki niej, bo gdy przejeżdżali dziś z tatą obok kościółka, przeżegnała się, a Janek sam z siebie robi rączką znak krzyża, co wzrusza mnie już nie wiem, który raz przy tym zasypianiu. Bo on to robi raz na kwartał...

I czuję całą sobą, że jestem we właściwym czasie na bardzo właściwym miejscu.

Teraz siedzę na tej samej sofie, co wczoraj, w tych samych ciepłych skarpetkach, i nie mogę uwierzyć w to wszystko, co zdążyło się dzisiaj wydarzyć...

Pozdrawiam Was mocno, oddychajcie swoim Życiem pełną piersią, każdego danego dnia...

niedziela, 18 stycznia 2015

pokoik naszej przyszłej uczennicy - inspiracje

Czyli jeszcze raz...
wszystkie zdjęcia zaczerpnięte z internetu
pomysłów mnóstwo, mam nadzieję, że pomału zarysuje się bardziej konkretna wizja pokoju Marysi


www.silviabujanfotografia.es
nasza tablica jest w kiepskim stanie, tak pięknie można ją zmienić:)

 

 ciekawe zagłówki



dziewczęce kryjówki zawsze mile widziane:)





taki life

Do września jeszcze daleko, ale ja znam swoje tempo wprowadzania zmian,
dlatego już nastrajam się i poszukuję


nasza mała Córeczka będzie uczennicą!
Szkolna ławka, bo w te dywaniki i zabawę do końca nie wierzę,
tornister, zeszyty...
Nie martwię się o to, czy będzie gotowa mentalnie...

(tu nastąpiła... trzecia przerwa od początku pisania tego posta, przerwa na rozdzielanie dzieci,
pomimo wcześniejszego zapobiegawczego zapewnienia sobie potencjalnej ciszy, czyli Im interesującego zajęcia....rysowanie z szablonami, budowanie drogi z drewnianych klocków)


piiiii!!!!
no niestety, miał być piękny, bladoróżowy post, taki z szarościami,
z inspiracjami,
moją wizją przyszłego pokoju nauki i drugiego pokoju zabawy i spania,
ale nie, kolejny raz nie jest mi dane napisać choć paru spokojnych, ładnych zdań,
nie mogę spędzić kilkunastu minut bez konfliktu, krzyku, nerwów i kar (w zawiasach)

za moich czasów....
naprawdę, zero bojaźni Bożej u Nich, jak ja to mówię....

a planowaliśmy przemeblowanie w pokoju Janka i Marysi,
u Niego miał być długi blat z dwoma miejscami do nauki
wzdłuż ściany z oknem,
bo w pokoju Marysi za nic nie mogłam ustawić biurka tak, żeby jako leworęczna miała wystarczająco dużo światła dziennego
w drugim pokoju miało stanąć łóżku piętrowe
takie, które potem można rozstawić na dwa osobne
i tak zasypiają razem

ale po tej akcji dochodzę do wniosku, że trzeba Ich zdecydowanie rozdzielać



hmmm...teraz bawią się w przedszkole
Córcia sprawdza obecność, a Synek odpowiada "jest" po każdym imieniu
radosna, zgodna zabawa
posprzątane, ułożone, rogi na główkach się chowają

a mi jeszcze para z nosa ucieka
serce wraca do spacerowego rytmu
kolację trzeba, i kąpiel, póki woda gorąca po popołudniowym grzaniu pompy
rachunki podliczyć, bo cała sterta już się uzbierała
paznokcie chciałam pomalować
i usiąść z "Rokiem w Prowansji"

i figa z makiem, a nie post ze zdjęciami pokoi jest
taki life

a zanim skończę pisać, Janek bordowym pisakiem "udekorował" ścianę w swoimi pokoju
mało artystycznie

taki life


PS. :) Ciąg dalszy wieczoru. Woda na pół łazienki, wyciśnięta z dwóch gąbek, prosto na podłogę. Poślizgnęłam się wyciągając Małego z wanny, cudem łapiąc równowagę. Kolacja niezjedzona, moje próby zaserwowania  czegoś zdrowego i treściwego poszły na marne.
Wnioski: pakuję do kontenerka wszystkie autka, jutro zero słodyczy i bajek, minusy na tablicy, a od dziś na śniadania i kolacje kanapki z nutellą, do oporu, aż poproszą o coś zdrowego, aż Im się znudzi.
Kocham Was ponad wszystko, wybaczam i od nowa próbuję....

PS.2. Jak zwykle po tym, jak napiszę, co myślę, podczas akcji, mam wyrzuty sumienia. Blog nie jest jednak jak dziennik, nie można tak wszystkiego z siebie napisać. Chodzi mi to głowie tak długo, aż czegoś z tym nie zrobię. Jest 22:00, Oni śpią, z noskami suchymi, bo katar męczy. Nawilżam, rozszczelniam okno, kropię amolem kołderki. Podnoszę z podłogi kolorowe klocki, i uśmiecham się do siebie. Przecież to minie. To, bo przyjdą inne atrakcje. Ale jestem Ich mamą, którą kochają pomimo wszystko i za wszystko. I to mnie najbardziej rozbraja i rozczula. Ta Ich miłość bezgraniczna i najszczersza na świecie. To co, że podniosłam głos i zabroniłam jeść słodyczy. Jutro przytulą się do mnie jak gdyby nic, bo Ich świat, to cały czas Mama i Tata. A Oni i Bartek, to cały mój...
Ja też szybko zapominam. Zapominam, że miałam być twarda, nieustępliwa, stanowcza. Kocham i tulę i zapewniam, że zawsze, w każdej chwili, całym sercem, całą sobą....
 

piątek, 16 stycznia 2015

wolna chata, wolne myśli...



kiedy ma się zdecydowanie ponad trzydzieści lat
i dwoje dzieci

pojęcie "wolna chata" nabiera wyjątkowego znaczenia
fun ten sam
podekscytowanie to samo, co za czasów osiemnastek:)
przy tej specyficznej ciszy, mam nadzieję, usłyszeć co nieco
i zapisać...

a teraz wina, wina czas...


**********************************************************************
zdarza nam się zorganizować Wam mini wakacje u Babci
wieczór, nocka i przedpołudnie
jedziecie podekscytowani, pakujemy Wasze ulubione zabawki, gry, autka
obowiązkowo kredki i duuużo kartek papieru
piżamki, szczoteczki, papcie
i jeszcze nocnik
małe kubeczki, suszoną żurawinę, krakersiki
u Babci lekko się rozklejacie, przywieracie do naszych ud lub ramion
przyklejacie, jakbyśmy mieli wrócić za tydzień
tulimy mocno, zapewniając, że u Babci jest super, że zrobicie piżama party, Babcia zrobiła Wasz ulubiony torcik
że nocka minie szybko i już jutro się zobaczymy
że kochamy cały czas, ale lubimy razem i sami tylko chodzić do kina
albo restauracji
wychodzimy pospiesznie, bo zbyt długie pożegnania i tak Wam nie służą

do kina dziś i tak nie idziemy
jedyny ciekawy film jest o 22:00
od kilku dni mam ochotę na upojny wieczór, może z kimś
może ze znajomymi, może z sąsiadami?
coś by się chciało, coś szalonego
ale i trochę posprzątać, porozmawiać ZE SOBĄ
pobyć ZE SOBĄ (czyt. z NIM:) )
na co dzień laptopy, praca, prace do poprawienia
tak rzadko mamy okazję po prostu posiedzieć, blisko, obejrzeć jakiś szwedzki, niemiecki lub serbski film
usłyszeć siebie i o sobie poopowiadać
a i tak odruchowo ściszam telewizor
nasłuchuję odgłosu małych stópek, mimo, że dom przecież pusty

butelka różowego wina
deska serów śmierduszków (niestety nie drewniana, już wiem, że taką chcę!)
dwie lampki
świece

tak niewiele czasem do szczęścia potrzeba
gdy na co dzień nawet to niewiele i tak wydaje się nieosiągalne
nie oczekuję wielkich wyjść, bali, szumnego towarzystwa
wystarczy piątek z Asią i Radkiem:)
albo piątek sam na sam
wyspać się, mimo telefonu z pracy o 8:10 w sobotę
mój zegar pozwala spać 6 godzin
a potem szkoda czasu, mamy kolejny dzień!

i dzieci od rana na nas czekają
uwielbiam ich stęsknione rączki i buźki, gdy widzimy się po kilkunastu godzinach rozłąki...
czas do nich jechać

poniedziałek, 12 stycznia 2015

mniej więcej od zaraz



niezupełnie noworoczne
spontaniczne
choć oparte na wnioskach z kilkunastu tygodni
a może nawet miesięcy?
ciągle aktualne
moje mocne
postanowienia poprawy:
1. mniej jeść
 2. więcej pić
 3. więcej spać, zasypiać najlepiej przed północą
4. więcej tulić, nawet trzeci raz w ciągu nocy, nawet o trzeciej w nocy, nawet noc w noc, kiedy Marysia popłakuje, nie może zasnąć już wieczorem, przebudza się, kiedy my gasimy światło w swojej sypialni i kiedy przebudzi się tak sama z siebie, jeszcze nie nad ranem
5. mniej pracy w domu, muszę podzielić się obowiązkami lub rozpracować excella, żeby szło szybciej
6. mniej komputera w domu, pochłaniacz czasu, da radę bez niego, trzeba tylko troch więcej samemu pokombinować
7. więcej czytać, już prawie połowa stycznia, a ja przeczytałam dopiero czternaście stron! bibliotekę mam pod ręką, a lista pozycji do koniecznego przeczytania baaardzo długa...
8. mniej jeść....było?

9. uzupełnić zdjęciami galerię na ścianie - część naszych znajomych myśli, że to tak ma być...ramki prosto ze sklepu...

10. mniej mówić, a przynajmniej ciszej
 liczyć do stu, tysiąca, miliona, ale niech mnie będzie mniej słychać, zresztą dokładnie tego samego wymagam od bliskich tych najmniejszych

11. więcej słuchać i zrozumieć, przykucnąć przy Niej lub Nim, przytulić znowu, choćby nie chcieli, konsekwentną cierpliwością uzbierać Ich interpretację trosk i problemów

12. więcej Chodakowskiej

13. mniej Nigelli:)

14. o dziwo, częściej przyglądać się sobie
w lustrze - chcę widzieć zadbaną, uczesaną, "dokończoną" i uśmiechniętą babkę

i poza lustrem
częściej zaglądać wgłąb samej siebie
łapać te chwile samotności, z nich zazwyczaj wynika coś twórczego:)

15. więcej pisać!

16. więcej podróżować
z dziećmi i bez
w przeszłość i przyszłość
kurczę, przecież świat nie jest wcale taki duży!


Amen.


piątek, 9 stycznia 2015

tak na chwilę wpadłam...

calzone by Kamila w piekarniku
za oknem szalona pogoda, zawierucha, wiatr świszczy pod drzwiami
w telewizji Francja i aż nie chce się wierzyć


a nam ciepło, beztrosko, radośnie

ta beztroska dzieci jest tak niesamowita, ujmująca, czysta
a potem myślę, że Oni na ten świat okrutny
jak to będzie?
jak Ich przygotować?
pomału wtajemniczać
chronić, ale tylko tyle, ile trzeba
zadbać o kręgosłup i twardą skorupę
ale uwrażliwić serduszko i sumienie

kredki rozsypane zbieram ze stołu
dziś wszyscy jemy na dużych talerzach
calzone...czy to nie brzmi pięknie...?:)

wrócę...po kolacji...


jestem
znów wpadłam tylko na chwilę
calzone pyszne
troszkę za szybko pieczone
ale pyszne:)
będę do niego wracać


poniedziałek, 5 stycznia 2015

winter wonderland



mój grudzień już za nami
ale nie szkodzi zupełnie
bo dziś zrobiło się biało
posypało od rana
uciekłam z pracy, żeby odebrać dzieci wcześniej, niż zwykle
a jeszcze kilka dni temu myślałam o powrocie do pracy, jak o odpoczynku
czasem potrzeba czasu
żeby wszystko poukładać
z powrotem na swoim miejscu
   

lepiliśmy bałwana
takiego z marchewkowym nosem
rondlem na bałwankowej głowie
i patykami zamiast rąk
przydomowy kot wydrapywał guziki z rzodkiewki
bo ani kawałka węgla u nas się nie znajdzie


szaleństwo trwa 
nocki nadal z przerywnikami
rozpisać mogę się tylko wieczorami
meble wciąż nie do pary
góry do prasowania
tyle chciałabym zmienić
ale ostatnio docierają do mnie słowa 
jak znaki
uspokojenia
tłumaczenia
wyjaśnienia
"nie od razu Rzym zbudowano..."
"Kto czci ojca, radość mieć będzie z dzieci..."

obserwowałam
czytałam
wsłuchiwałam się

oddycham Ich tuptaniem
śmiechem i piskami
gardło mi czasem drapie
od głosu zdecydowanie podniesionego
ale płynność uczuć macierzyńskich
zadziwia
zniecierpliwienie przeplata się ze wzruszeniem
bezsilność z bezmiarem ciepła i chęci przytulenia
duma i niedowierzanie

uchwycone małe słówka
jak zaczarowany świat
a w nich wszystko...

Janek podbiegł właśnie do mnie: "jak Marysia mi kupi to wsystko...
to nie mogę...jak dostanę..."
czytaj: Marysia obiecała Jankowi, że kupi mu na urodziny samolot na baterie
w zamian za jego pół piernika
piernik już w ustach Marysi, a jej bujna wyobraźnia rozwinęła listę prezentów na całe trzy minuty słowotoku

to naprawdę długa lista



moje to wszystko...




zeszłoroczny Duży Nochalek zyskał małego towarzysza dzięki Asi - Asiu dziękuję:)












decoupage specjalnie dla mnie, zrobiony własnoręcznie przez B.:)


czwartek, 1 stycznia 2015

poszukiwanie radości

z rozpędu
bo nie ma lepszego dnia na mocne nowe 
lub nowe w tym roku
postanowienia
(jakoś to słowo wydaje mi się oklepane, ale cóż, skoro piszę w pierwszym dniu stycznia...)

z rozpędu
bo już 22:44
zdążę

w sumie mam jedno
poszukiwanie radości*

i wiem nawet, od czego zacznę!
książki
jedna w miesiącu
przecież jeszcze jako dziecko czytałam ponad normę
może nie z latarką pod kołdrą
ale obecne -5,5 dioptrii nie jest raczej kwestią genów
poczytam
uwielbiam przenosić się w ich świat
wczuć w emocje bohatera
uczyć nowych słów
mieć o czym później opowiadać

i mieć te kilka chwil dla siebie
uczyć dzieci że: "bo mama teraz czyta..."

niezmienne jest moje mocne postanowienie sprzed roku
pozbyć się paru kilogramów
dobrze mi szło
niemal udało mi się w pewnej części je zrealizować
mogłabym nawet mówić o sukcesie, gdyby Wigilia i Święta  przypadały przed Nowym Rokiem:)
jeszcze dwa tygodnie temu było dobrze
no, powiedzmy całkiem nieźle
ale wróciłam do punktu wyjścia
widoczne minus kilka centymetrów w pasie pozostaje wspomnieniem
i mobilizacją! bo mogę przecież
tylko muszę znaleźć magiczny przycisk "SILNA WOLA"
i korzystać z niego w każdej sposobnej chwili
podobno najlepiej, gdy ćwiczenia stają się nawykiem...
w każdym razie mówię A...
czarno na białym

garderoba
a dokładnie jej zawartość
konieczny gruntowny remont
wyrzucam pięć ciuchów - kupuję za to nowe
i tak dalej:)
bardzo od tego odwykłam
bo "przecież niedługo schudnę"
a ja niewiele chudłam i.... minęło już kilka sezonów!
konieczne nowości
myślę, że ze znalezieniem w tym radości nie będzie żadnego problemu

...
poprzestanę, bo teraz przyjemność 
jednak Diane Keaton:)
 i "Lepiej późno, niż później":)

 ha!
udało się post nie o dzieciach napisać:)
zdążyłam:)


* nie przypadkowo na lawendowo..kto wie, kto wie?:)

gdybym wiedziała, że nikt nie przeczyta...

...napisałabym, że nie jest lekko
wiele bym napisała, ale od nadmiaru poplątanych myśli
czuję pustkę
więc będzie poplątanie
bo jak nie napiszę dziś
to już nie wiem

podchodzę - kolejna próba - do laptopa
pierwszy krok... to ochota
tak, teraz, teraz i tu muszę napisać spisać
zapisać, bo umknie
(...jak może umknąć coś, co cały czas siedzi w głowie, w sercu, w zmysłach wszystkich...?)
drugi krok...
Mały oplata moją nogę "Mamusiu chcę się psytulić"
"dass mi coś słodkiego?" szeptem, niemal nie poruszając ustami
pytanie jak lekki podmuch bardziej czuję na moim uchu, niż je słyszę:)
Mała podbiega z kartką "w którą stronę jest dziesięć? a lewa to chłopiec czy dziewczynka?"

****************************************************************

nie lubię Sylwestra
z roku na rok jest mi coraz bardziej obojętny
ot taki kolejny dzień
a po nim następny
ale o północy oczekuję magii
szczególnych słów
czułego szeptu
ckliwości
oczekuję, że wskazówka na parę ułamków sekundy zatrzyma się
tak jak Jego spojrzenie utknie w moich oczach...

ale zanim zdążę westchnąć jest już po północy
Mały nawet nie słyszy fajerwerków
śpi mocno z otwartą buźką
Mała już duża, więc staczam z nią spór o to, czy ma wyjść na dwór
bo chce
bo w końcu dotrwała do północy
i zamiast oglądać w cieple barwne gwiazdki na niebie
przez nasze ogromne okna
toczymy jedną z miliona maleńkich bitew
uparta jak osioł
jak ja...
wychodzi na 10 minut, żeby wrócić obrażona, bo okazało się głośniej, niż powinno
 miota się moja Mała codziennie o takie właśnie małe wielkie rzeczy
wszystko, nawet najmniejsze, okazuje się przedmiotem poważnych rozterek
a za nimi ciągną się próby podjęcia strategicznych decyzji
"nie wiem, którą ubiorę, ale możesz (mamuś - przypis redakcji) przygotować i jedną i drugą, w razie czego"

 i tak, jak w tą Sylwestrową noc, ja i MOJE wszystko skutecznie przyjmują rolę
ganiania
wyciągania naczyń ze zmywarki
i dzieci z ich codziennych konfliktów
obmyślania co na obiad
i co na kolację, bo przecież uczciwie podchodzę do wychowywania
więc brak warzyw uważam za...zauważam

i czuję się coraz gorzej
bo absolutnie nie mam prawa narzekać
jesteśmy zdrowi i razem
i starcza do pierwszego
i mamy pracę i dom i ogród
i nawet kota
i plany na wakacje
i siebie
i MY
i Je, kochane, wyjątkowe, mądre dzieci

a ja szukam radości
już samo szukanie martwi mnie
bo dlaczego nie cieszy mnie to wszystko?
nie cieszy tak, jak powinno?
za to, że jest
jest!

*******************************************************************
zamieniłam swoje JA na odpowiedź na Ich wszelkie potrzeby
bo Tą chciałam być
marzyłam, tęskniłam i płakałam do tego przez kilka lat
ściskałam poduszkę, wyobrażając sobie, że tak kiedyś będzie, że tak będę kiedyś przytulana
bo niemożliwe, żeby nie miało się to ziścić
i ziściło się
tak bardzo dokładnie
tak zupełnie i całkiem

a ja
szukam siebie w sobie
nie pamiętam już, w którym kolorze mi do twarzy
nie wiem, co by tu zjeść, żeby na trochę przeszło
więc profilaktycznie podjadam czekoladę
przegryzając krokietami mamy
a każdy kolejny centymetr w pasie wita się ze starymi znajomymi z ogromnym zadowoleniem
swoim
bo u mnie wywołuje falę dodatkowej załamki
i nie wiem, jaki film chciałabym obejrzeć, bo ten wyjątkowy chodzi za mną od kilku dni
nastrojowy lekki odrywający
ale nie wiem, który to
może z Diane Lane
albo Diane Keaton?

a potem patrzę na Jego kochane oczka
i po prostu kocham niezmiernie
całym sercem całą sobą
do wzruszenia
i to jest jeden z tych ułamków sekundy
jak ten kadr z filmu, kiedy czas na myśl, refleksję
w tle tylko muzyka...
mówi coraz więcej
śpiewa, kiwa rytmicznie główką przy bardzo rockowych kawałkach
jedną nóżkę wystawia wtedy do przodu, jak gitarzysta podczas solówki
podbiega znienacka chwytając moją twarz w swe ciągle małe rączki
zaciska z emocji szczękę i tą moją twarz
a potem... "mamusiu bądź zdrowa"
dla mnie najczulsza z wersji "kocham cię..."
i tak cały czas

a Ona taka doskonała
zawzięta uparta ambitna
zaskakuje nas swoimi zdolnościami
potencjałem
co podkreśliły już dwie znające się na rzeczy Osoby
piękne mądre oczy zza szkiełek w czerwonej oprawce
patrzy i wiem, że teraz myśli, analizuje, przypomina, kojarzy
mówi bardziej non stop, niż jestem w stanie przetworzyć
dzięki temu wiem, co ją zajmuje, bo każdą niemal myślą dzieli się z nami niechcący
mruczy, śpiewa, opowiada, pyta

zdarza się, że nadają w tej samej tonacji
zawsze fortissimo na maxa
ale gdy rytmem się rozminą
rozpędzą
trudno złapać własne opanowanie i spokój

i ten Ich utwór trwa i trwa
płyta nie do zdarcia
pauza tylko na kilka godzin snu
Ich snu
bo nasz mocno krótszy i przerywany
szkoda czasu na sześć godzin nieświadomości
bo kiedy czytać, myśleć, słyszeć ciszę?
i słyszeć siebie
i być siebie świadomym
twórczym chętnym otwartym
niezaspokojonym
być razem?

razem i owszem, słuchamy Ich utworów
razem klaszczemy
razem interpretujemy
niewidzialnie trzymamy się za ręce
wymieniamy porozumiewawczo spojrzenia
wystarczy ruch brwi
na zmianę gonimy za własnym opanowaniem i spokojem
nie dowierzając, że tak łatwo, że znowu
nie da się choć ściszyć płyty

**********************************************************

i żal mi tych uczuć i emocji
bo ich nie chcę, ale przycupnęły i chyba im dobrze?
czytam odwiedzam inne blogi
zaprzyjaźnione, bo codzienne
zachwycam się treścią i formą
czytam ze zrozumieniem i wzruszeniem
bo u mnie niemoc
niemoc czasu na taką formę i treść
treść z dobrym podsumowaniem i zakończeniem
duszę w sobie długo
moją treść

za długo
i napisałabym o tym wszystkim
gdybym wiedziała, że nikt nie przeczyta...

"wyjdź ze mną na deszcz"

"wyjdź ze mną na deszcz" z płyty "Mój dom", Kortez Od kilku dni chodzę, jak zaczarowana. Zresztą, nie tylko ja.....