poniedziałek, 19 stycznia 2015

we właściwym czasie, na właściwym miejscu

19 stycznia. Urodziny mojej mamy, urodziny Piotra (brata B.). Budzik dzwoni o 5:55, 6:00 i 6:05. Wstaję, niedowierzając, że to już, o 6:15. Muszę jechać do sklepu, bo w lodówce nie ma ani mleka, ani masła. Poranna gonitwa trwa. Dzieci jedzą cinni minis, B. popija kawę, kot siedzi na parapecie kuchennego okna, czeka na śniadanie. Pamiętam, żeby spakować Jankowi nową szczoteczkę, pastę i kubeczek, bo od dziś nasz maluszek będzie mył w przedszkolu ząbki. I nowe paputki z autkiem. Marysia pięknie uczesana, warkoczyk, spineczki, kiteczki, okularki. 
Zapominam zabrać komórki z półki w przedsionku.
B. ma dziś dyżur przed lekcjami, więc ja zawożę dzieci do przedszkola. Marysia sama się rozbiera, Janek wchodzi do sali chętnie, ale gdy patrzę przez okno już z dworu, widzę w jego oczkach małe łzy. Widzę też, jak przytula go starsza ukochana siostrzyczka i nadziwić się nie mogę, i szczęśliwa jestem, bo ona taka opiekuńcza, troskliwa, Jan pewnie czuje się w jej ramionkach bezpieczniej. Moja mała kochana Marysia....
Do pracy wjeżdżam po ósmej. Jak zwykle. Jeszcze niedawno mnie to bolało, teraz przywykłam. Zanim podłączę laptopa już wiem, że ten dzwonił, tamten czeka, a kolejny wchodzi do pokoju z komentarzem pt. "coś ty namieszała znowu..." Oddzwonić nie mogę, bo komórki brak, koleżanka prosi o skorzystanie z komputera, bo potrzebuje wydrukować coś w kolorze. Zgadzam się, pomagam, ale poziom napięcia rośnie. Kolejny telefon, a ja jeszcze nie piłam kawy....
Kurczę, przecież mama na pewno czeka na życzenia. Do mnie zazwyczaj dzwoni jako pierwsza lub chociażby wysyła starannie ułożonego smsa. Komórki brak. Ale da się to jakoś obejść, mimo, że nie znam na pamięć jej numeru.  
Godzina za godziną mija za szybko. Choć z jednej strony cieszę się, bo czekam na moment wyjścia z pracy, ucieczkę, ale z drugiej...jest tyle do zrobienia! Maile wskakują uporczywie, reklamacje, zamówienia, bilanse. Lubię to wszystko ogarniać, zwłaszcza, gdy nadążam. Gdy nie nadążam, czuję się jak w tych reklamach o stresie, gdy dziurkacz cię przygniata, albo myszka jest wielkości szafy.
Przed końcem dnia okazuje się, że sąsiedni komputer atakuje wirus i rozpoczyna się żmudny proces blokowania czego się da i podnoszenia czego się da, żeby nie zniszczył za dużo. Koleżanka nie dowierza, to było/jest jej wszystko, a informatyk mówi, że ona nie ma już nic. Serwer stoi, wtajemniczeni biegają.
A potem on, pan P....
...sąsiad zza ściany, tej w pracy, energiczny, pomysłowy, guru excella i tabeli przestawnych. Pracouwielbiacz. Stąd nasze zdziwienie, gdy jego letni urlop wydłużał się w nienaturalną nieskończoność. Wraca już nie on, nie pytamy, bo wystarczy spojrzeć, raz i drugi dla pewności. Najtrudniej w te oczy smutne i przerażone. Chwila moment, dwa miesiące. Pół człowieka potrafi zniknąć. Dziś akurat przyjechał, i mówi: dziewczyny, są gorsze rzeczy, niż koń trojański. Naprawdę, są gorsze....
I czuję ścisk w gardle i wzruszenie. Żadne słowo nie nadaje się na komentarz. Jaka otucha? Jakie pytanie? Jak wyrazić...no co właściwie? Współczucie, współodczucie. Żal i chęć uściskania. I trochę złości na własne złości. I trochę radości i ulgi, że moi w domu są zdrowi.
Wyjeżdżam po szesnastej. Tory znowu zamknięte, więc wybieram inną, dłuższą drogę. Muszę dojechać do domu jak najszybciej, bo Marysia o wpół ma kółko plastyczne, więc od razu ją zawiozę. Obmyślam temat kolejnego posta, będzie o życiu i jego kruchości. O tym, że nie warto tak nerwowo i za każdą cenę. Że nie znamy dnia ani godziny, że każdy dzień, to przecież dar i od rana powinno się za niego dziękować. Jako dziecko dziwiłam się, gdy babcia uczyła mnie modlić się w podzięce za nowy dzień i prosić o to, żeby móc szczęśliwie przespać noc. Myślałam, przecież to oczywiste, że po nocy obudzimy się wszyscy razem, i tak w kółko, normalne. Potem zrozumiałam, więc i proszę, i dziękuję. I tak w kółko. Odruchowo zaczynam mówić "Ojcze nasz...". Za pana P.
Kurczę, już ta godzina. Wyprzedzam jadące przede mną auto. Prosta droga, zachwycająca wiosną i jesienią, gdy liście na setce chyba rosnących wzdłuż niej drzew mienią się kolorami i grają ze słońcem w chowanego. Dziś ponuro, ale nawet nie wiem... Widzę, że mogę wyprzedzić przy okazji jeszcze jedno auto, a w sumie dwa, zdążę, bo nic z na przeciwka nie jedzie.
Zaraz... ten biały hamuje...a ten... zaczyna go wyprzedzać... wjeżdża na mój pas! Na mnie! Nie zdążę...!


Tarcie... 


Dlaczego...?

Nie mam komórki. Nie usłyszę niczyjego głosu, ani rady, ani "czekaj, przyjadę".
Nic nikomu się nie stało, auta da się naprawić.
Stoję i drżę z zimna i strachu. Chwyciłabym się czegoś, ale...nic nie ma.
...
Jadę do domu. Wgniecenie, zarysowania, lusterko. Trzęsę się cała, teraz docierają do mnie pozostałe, wcześniej przygaszone przez adrenalinę emocje. Niewyleczony kaszel miesza się z płaczem, jadę 50 na godzinę, duszno mi, boję się wyprzedzić, boję się jechać...Wiem, że oni czekają i nie przypuszczają...
I przecież ktoś z ogłoszenia miał przyjechać kupić wózek po naszych dzieciach...
No i płaczę przy obcych, tych z ogłoszenia, bo nie jestem w stanie zahamować tego drżenia w środku. Uspokajam się z wierzchu przy dzieciach, na szczęście widzę, że nie zdążyły się wystraszyć. Patrzą na mnie i tulą się, ale pani z maleńkim brzuszkiem i jej mąż wzbudzają większe zainteresowanie. Tym bardziej, że chcą zabrać ICH wózek.
B, nie wierzy, zanim nie powiem, że to nie z mojej winy.
Dzwoni telefon, z pracy. Za nim sms z Anglii, "please call me". Wózek kupują. Szczęśliwi przyszli rodzice. Telefon znowu się odzywa. Dzieci jednocześnie śpiewają swoje piosenki na dzień babci. Janek oddaje mi skórki od kanapki z nutellą. "O! spadło...". Marysia trochę dąsa się, że nie zdąży na plastykę. No, nie zdąży. Telefon dzwoni, praca, odbieram, przyjechało auto po te tkaniny, które przez przypadek załadowaliśmy już przez weekendem. "Co mam powiedzieć kierowcy?"
"Please call me..."
Plastyka..
"Babciu, babciu...."
nutella...

...
Kładę się między nimi i układam do snu. Bardziej ja się układam, niż oni. Bo jeszcze siusiu, jeszcze tyle jest do powiedzenia. Janek zsuwa główkę do wysokości moich piersi i brzucha. "Tam byłem i wrócę!" "Tak, kochanie, byłeś, ale już nie wrócisz, jesteś duży:)". Trzyma mnie potem za rękę, ściska mocno całym sobą. 
Marysia z drugiej strony, pyta, czy nie będę się złościć w nocy, gdy będzie chciała ze mną spać i do mnie przyjść. "Mamusiu, będziesz taka spokojna, i wesoła, jak się obudzę? Nie będziesz zła?" Przytakuję i czuję, jak wielką sprawiam jej tym radość! Taką szczerą radość i spokój. Dzięki temu, że będę spokojna i wesoła, a nie zła i zdenerwowana. Takie to proste... "Mamusiu, kocham cię jak...z dołu do samej góry..." Marysia pokazuje na sufit i mocno przytula moją rękę do swojej twarzyczki. "Ja też cię tak kocham..." mówi Janek.
A potem mówię po swojemu paciorek, na głos dziękuję za ten dzień, i za to, że nic mi się nie stało, Marysia mówi, że to też pewnie dzięki niej, bo gdy przejeżdżali dziś z tatą obok kościółka, przeżegnała się, a Janek sam z siebie robi rączką znak krzyża, co wzrusza mnie już nie wiem, który raz przy tym zasypianiu. Bo on to robi raz na kwartał...

I czuję całą sobą, że jestem we właściwym czasie na bardzo właściwym miejscu.

Teraz siedzę na tej samej sofie, co wczoraj, w tych samych ciepłych skarpetkach, i nie mogę uwierzyć w to wszystko, co zdążyło się dzisiaj wydarzyć...

Pozdrawiam Was mocno, oddychajcie swoim Życiem pełną piersią, każdego danego dnia...

10 komentarzy:

  1. Oj to rzeczywiscie byl dzien. Macie dobrego Aniola Stroza Dbajcie o Niego.
    p.s. w taki piekny dzien nie moglo sie nic stac , bo to rowniez moj dzien urodzin :-)
    Ach te Koziorożce otaczają Cię

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystkiego najlepszego Dorotko! Zdrówka i możliwości spełnienia jak najwięcej planów i marzeń - dziś będzie lepszy dzień:) pozdrawiam!

      Usuń
  2. dłuuugi dzień, ale jak sama stwierdzasz - wszystko ma swój kres i przychodzi czas ukojenia, czas sofy i ciepłych skarpet, serdeczności :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję:) to ukojenie mi teraz najbardziej potrzebne...

      Usuń
  3. Aniu, kiedy chorował mój tato zaczęłam doceniać wszystkie te chwile , które kiedyś przelatywały przez palce...
    Śmierć, chorobę bliskich traktuję jak drogowskaz.

    A Babcinych słów należy uważnie słuchać, moja zwykła mawiać ,,Pan Bóg dał siły , trzeba je wykorzystać,, - ot, prosta mądrość życiowa!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, każde z takich wydarzeń to ostrzeżenie, znak - szkoda, że nie dość długo się o tym pamięta. A te mądrości życiowe...ciągle aktualne:)

      Usuń
  4. U dzień długi, ale jakże przyjemny, rodzinny i pełen serdeczności :) Aniu to się Wam zbiegło!
    Ale przecież najbliżsi to rodzina i wspólnie spędzone chwile :), a wieczorem zapada spokój we własnym kącie.
    Miłego wieczoru!
    Marta :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję i Tobie również życzę rodzinnego spokoju na wieczór...

      Usuń
  5. Ja to dobrze, że Tobie nic się nie stało! Wiedziałam już o Twoim kiepskim dniu od męża (tak, tak - właśnie od niego, zagląda tu regularnie), ale i tak czytałam z zapartym tchem. Chyba zareagowałabym podobnie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Aniu (i Ani Mężu), na szczęście nic się nie stało. Tylko stres i strach. Ale za to jutro będzie miło - dwie Babcie w naszym jednym domu. Szykuję pyszności:) Ściskam mocno!

      Usuń

that's all...

Wracałam dziś z pracy do domu całe pięćdziesiąt minut. Zazwyczaj wystarczy piętnaście. Korki, zamknięte przejazdy kolejowe, żużel, piąt...