niedziela, 4 czerwca 2017

Saksoński Szlak Winny








Życie jest piękne.
Jest po to, żeby je czuć, nim oddychać, czerpać radości, przyjemności, wszystkie kolory, smaki i towarzyszący im przy tym czasem ból.
Życie jest dniem powszednim i przeplecionym przez nie raz po raz świętem.
My życie nasze posypujemy garściami najwyśmienitszych przypraw, gdy pozwalamy sobie na podróże. Zwiedzamy, poznajemy, odkrywamy. Jesteśmy wtedy bardzo razem, krzyżujemy własne i wspólne marzenia i zachcianki. Odpoczywamy i męczymy jednocześnie. Ale tak właśnie bardziej czujemy, że życie jest cudowne, dla tych chwil, dni, nocy i widoków.


Kilkanaście lat temu nie przyszłoby  mi do głowy, że Niemcy mogą być atrakcyjnym celem podróży. Właściwie w ogóle nie brałam tego kraju pod uwagę, błądząc palcem po mapie. Ale - co powtarzam już w kółko - ja i Szczęście mamy ten sam adres;) Mój Mąż uwielbia podróże, mapy, nieznane, uwielbia to, co ja. Wystarczy kilka wieczorów w internecie i wizja udanego weekendu zamienia się w szczegółowy plan, podparty opiniami, zdjęciami, noclegami i siatką najciekawszych, wartych zobaczenia miejsc.
Niemcy zaskoczyły nas już 3 lata temu, o cudownym wypadzie we dwoje na camping w Wasserburgu nad Jeziorem Bodeńskim pisałam tutaj. W tym roku mamy za sobą kolejne niemieckie wspomnienia. Długi weekend majowy, dwa rowery i Saksoński Szlak Winny. Było bardzo rowerowo, o czym pisałam już zaraz po powrocie, tutaj.
Dziś chciałam zamknąć te trzy dni i dwie noce w smakowitą opowieść, ubarwioną zdjęciami i śmiesznostkami, bo to one najbardziej zapisują się w pamięci, zwanej wspomnieniami.


Saksoński Szlak Winny wyszukał Bartek, bo tym razem chcieliśmy połączyć wspólny czas we dwoje z naszą ostatnio pasją (u mnie kiełkującą) - rowerami. Strzał w dziesiątkę. Nawet, jeśli okupiony bólem tu i tam:) Szlak ciągnie się wzdłuż rzeki Łaby, rozciąga się od granicy z Czechami, gdzie czuliśmy się trochę, jak w Szwajcarii, rejon ten zresztą nosi nazwę Szwajcarii Saksońskiej, do Mińska, stolicy porcelany. Idealnym miejscem na nocleg okazało się Drezno, a właściwie jego okolice. A na rowerach zrobiliśmy dwie pętle, pierwszego dnia kierując się na południe, 27km do Rathen, drugiego krążąc wśród winnic, pół drogi z wiatrem, pół pod wiatr, do Mińska i z powrotem.


Dzień pierwszy, ciekawość i sprawdzian własnych możliwości (czytaj moich). Zaparkowaliśmy na obrzeżach Drezna, po wschodniej stronie Łaby. Bez trudu trafiliśmy na ścieżkę rowerową. Przejechaliśmy przez Pirnę, aż do Rathen. Tam promem przepłynęliśmy na drugi brzeg rzeki i ruszyliśmy z powrotem. Zaskakująca liczba turystów, głównie rowerzystów. Skały i wilgoć zieleni. Zapach kwitnącego bzu. Wolność. Radocha:)













Było pięknie i zimno. Przeziębiłam sobie kolana! :) Pokonaliśmy 57 km, co było moim dziennym rekordem, i co "wyszło" wieczorem. Nie pomógł gorący prysznic, ani poszukiwanie otwartej restauracji w pobliskim miasteczku. Jakiejkolwiek! A miasteczko to nosiło wdzięczną nazwę Dippoldiswalde (haha!). Puste ulice, zadbane kamieniczki, bogato wyposażony posterunek policji i straży pożarnej i żywej duszy. A my głodni! Trafił się nam w końcu bar na zakręcie, gorące chrupiące frytki i niemieckie wydanie cordon bleu.
Szczęśliwie kolejny dzień okazał się ciepły i słoneczny. Raj na ziemi. Obawiałam się swojej kondycji, czy dam radę przejechać kolejne dzieścia kilometrów. Ale z rowerem jest tak, jak pewnie z każdą aktywnością fizyczną, wystarczyło kilka pierwszych kilometrów rozgrzewki, a ból i dyskomfort minął. Ale nie piszę o najważniejszym - okolice Drezna, cały ten szlak rowerowy wśród budynków z cegły, a dalej przez mosty, łąki, wtopione w krajobraz, w najbardziej odpowiednim miejscu i czasie dla każdego cyklisty zajazdy, kafejki i toalety, to był prawdziwy rowerowy raj. Drogowskazy, gładziutki asfalt, przerywany na rowerowych skrzyżowaniach i ostrych zakrętach kostką brukową (odruchowo na takiej zwalniasz, czyli cel osiągnięty), zapach akacji, słońca i czego tam jeszcze, cud miód:)





 

Po drodze widziałam rowerzystów każdej maści, od dzieci, dzielnie podążających przed lub za własnymi rodzicami, po - przepraszam, ale w moim mniemaniu - kwintesencja Niemek na emeryturze, czyli coztegożemamsiedemdziesiątlatlubięjeździćnarowerzezmojąkumą. Cudowna infrastruktura, oczywiste znaki drogowe, bezpiecznie, równo, pięknie. Pod Miśnią ogromny parking, pełen aut z bagażnikami na rowery. W mieście równorzędne drogi dla samochodów rowerów i pieszych. I wszyscy mają się dobrze. Nikt nie wymusza, nie czuje się ważniejszy, polecam, polecam:)







Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy wracali tą samą drogą. Oboje po prostu uwielbiamy skoki w bok:) Czytamy w swoich myślach (szkoda, że nie przekłada się to tak idealnie na obowiązki domowe, no ale czymś trzeba się różnić:) ). Postanowiliśmy odnaleźć słynne Wackerbarth oraz zajrzeć do choć jednej prawdziwej winnicy. Byliśmy przecież na Saksońskim Szlaku Winnym!







Urocze uliczki małych miasteczek, wyraźna radość mieszkańców z pierwszego ciepłego dnia. Wybraliśmy winnicę Weinhaus Shuh, szeroko otwarta brama, a za nią cichy dziedziniec, kilka stolików, idealnie. Zamówiliśmy dwa rodzaje wina, do skromnej degustacji, jak na rowerzystów przystało. Oślepieni słońcem i miłością, wybraliśmy niemiecko brzmiące przystawki do win, pierwsze dwie z karty menu, ciekawi, co dokładnie zostanie nam za chwilę podane....





Schmalztöpfchen mit frische Brot und Gewurzgurke 5,20 EUR
Käsewürfel vom Gouda mit hausmarinierten Oliven 4,80 EUR
czyli chleb ze smalcem i koreczki z żółtego sera za 40zł


No wiem, wiem, wystarczyło przeczytać ze zrozumieniem:) haha:)
Widok rozbawił nas baaardzo:) Ale wierzcie mi, w towarzystwie Miłości mojego życia, był to jeden z najcudowniejszych wspólnych posiłków:) No i jak podany!


Nabyliśmy butelkę jednego z win pochodzących właśnie z tej winnicy i ruszyliśmy dalej. A dalej było tylko lepiej. Odnaleźliśmy to niesamowite miejsce, które widziałam wcześniej na jednym z rowerowych blogów, zamek w Radebeul, czyli Schloss Wackerbarth.










Muzyka na żywo, idealnie przycięta zieleń, zrelaksowani turyści przy stolikach z winoroślami w tle.
Wein, bier und bratwurst. Żyć nie umierać. Tak właśnie widzę siebie na emeryturze!:)


Tamtego wieczora już nic mnie nie bolało. Degustowaliśmy dalej, tym razem lokalne piwo. Degustowaliśmy życie, ze wszystkim, co nam daje. Z każdym dniem, trudem i radością.
Wiemy, że dzięki podróżom odrywamy się od ziemi, ale tak samo, jak kochamy to odrywanie się, tak samo bardzo kochamy na tą ziemię wracać. Zwłaszcza do Nich. Do naszych Skarbów dwóch największych. Bo dzięki Nim to życie nasze jest piękne.

Kolejna podróż rowerowa już razem, z bagażnikiem na cztery rowery:)







2 komentarze:

  1. Boskie miejsce. Mam nadzieję, że kiedyś i ja je odwiedzę. Kocham takie klimaty. Kocham jazdę rowerową. Cudo dla mnie. Pięknie uchwyciłaś to miejsce. Podróże to coś, co pozwala nam poczuć, że żyjemy pełną parą i bardziej poznajemy siebie, jak i innych.
    Pomysł na emeryturę, świetny. :)
    Świetny post.
    Pozdrawiam Cię serdecznie. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo Ci dziękuję za komentarze:) Cieszę się, że czytasz i że potrafię wywołać u Ciebie uśmiech i pozytywne emocje:)
      Zapraszam i równie serdecznie ściskam:)

      Usuń