sobota, 16 czerwca 2018

wiatr we włosach



Jadąc na rowerze, zawsze można na niego liczyć.
Zdarzają się, oczywiście, spokojniejsze dni, gdy wydaje się, że powietrze stoi.
Ale gdy jedzie się na rowerze, i tak zawsze go czuć, na każdym kilometrze.
Z wiatrem, czy pod wiatr, wieje. Gdy trafię na naprawdę wietrzny dzień, nie mam siły zjechać z górki. Wtedy nawet z górki, jest pod wiatr.
Ale najważniejsze, że go czuję, nawet pod kaskiem.
Wiatr we włosach.




Kto raz wsiadł na porządny rower, tak, jak ja, prawie trzy lata temu, o czym pisałam w tym miętowym poście, ten wie i odróżnia. Wsiadasz - i jest moc. Jedziesz  - i nagle słyszysz. Siebie i swoje myśli. Naprawdę. Ja tak mam.




Dzięki rowerowi poznaję nasze okolice. Najczęściej pokonuję 20-30km. Jeśli mam więcej czasu, pozwalam sobie na 30-40km. Zataczam pętle, w różnych kierunkach, a wiatr skręca ze mną, żebym nie miała zbyt łatwo:)
A nasze okolice to naprawdę cudowne zakątki. W czerwcu - dodatkowo pachnące. Pachnące! Akacja, yyy ...(tutaj powinnam wymienić kilka nazw drzew, krzewów itp., dzięki którym moje przejażdżki są tak aromatyczne, ale zwyczajnie się nie znam, bardzo się nie znam...). Wystarczy pięć kilometrów, droga pędzi mocno w dół, a przede mną odsłania się zieleń, pola i niebo, jak z włoskiej Toskanii...









Oj, wiem, na zdjęciach nie wieje Wam Toskanią, ale wierzcie mi... gdy słońce gra z drzewami w chowanego, gdy wiatr owiewa moją twarz i ramiona, usta same układają się do zadowolenia. Do szczęścia się układają. To właśnie wtedy chwytam chwile.


Kolejne kilometry prowadzą prosto nad jezioro. Mamy szczęście mieszkać w pobliżu wielu jezior. Woda zawsze kojarzy mi się z latem, wakacjami, rozmarzeniem. A wieczorami - tajemnicą. Niestety, czasy przesiadywania na pomoście ze szkolną miłością i rozmów o wszystkim już dawno za mną. Ale to jezioro, parę kilometrów od naszego domu, to miejsce pierwszych spacerów z moim Mężem. A w alejce poniżej, mieliśmy naszą poślubną sesję fotograficzną. I to z rowerem!:)






Wiatr we włosach. Dosłownie i w każdej możliwej przenośni. Jakbym włączała magiczny przycisk pod tytułem reset. Działa fenomenalnie. Do tych chwil na rowerze, bardzo pasuje też słowo radocha.
Bo wtedy nic nie muszę. Oprócz wysiłku fizycznego. Zapominam o pracy, obowiązkach, a przynajmniej nabierają one lekkości, nieważności. No i te spalone kalorie!
Wielu z nas ma szansę znaleźć dla siebie idealną formę aktywności, ruchu i sportu. Dla mnie najlepszym sposobem na relaks, pomimo zmęczenia (!), jest właśnie rower.
I ten wiatr we włosach...








2 komentarze:

jedna wizyta, dwa ostatnie spojrzenia...

Pod powiekami mam nadal włoskie widoki. I żal mały i niedowierzanie, że to już, że to już po. Cudowny czas urlopu mija, szybciej, niż ...