środa, 27 czerwca 2018

chcę, potrzebuję, biorę, jestem



Podróżować uwielbiam.
Zwłaszcza ołówkiem, w zachęcająco dużym zeszycie i po wysokim drinku z martini i limonką.
Mamy pierwszy dzień po zakończeniu roku szkolno - przedszkolnego, co dla mnie oznacza tak głębokie westchnienie ulgi, niedowierzania, że to już... że aż to westchnienie słychać niemal. Uśmiech mi z twarzy nie schodzi, gdy chowam do szafki - na długo przecież - śniadaniówki i plecaczki.
Usiadłam na tarasie, żeby zrobić kolejną ostatnią  mega listę spraw do załatwienia, spakowania, kupienia na nasz wakacyjny wyjazd w tym roku. Czekam i odliczam tygodnie i dni. Piszę szybko, ołówkiem, literki mocno niewyraźne, ale to przez nadmiar myśli i obawę, że za chwilę drzwi tarasu otworzą się i naruszą bezpowrotnie mój nastrój. Drzewa szumią głośno, tuje kołyszą się od wiatru, piję kawę, a do mojego drinka dobierają się trzy muchy. Przeganiam je i sączę z półuśmiechem.
Nareszcie siedzę i mogę pisać. Pisać! Muszę po prostu, wypisać z siebie wszystko. To szczęście, potrzebę urlopu, radość, że to już. Pisać!
Szybki w drewnianej latarence... słyszę, ruszają się przez to, że piszę ręcznie, a cały stół drży, nie do końca dzwonią, raczej przypominają, że w kieszeni przyniosłam zapałki. Miałam zapalić wszystkie możliwe świece i tea-lighty, czynić nastrój.




Już. Świece palą się na stole, na podłodze i przy drzwiach.
Siadam i wracam do mojej listy, ale myśli, jak zwykle w boczną uliczkę zabłądziły...
Jakbym już w podróży była.
Wakacje w naszym domu mam nawet ja. Pozostała Trójka mocno związana jest z trybem szkolnym, Bartek uczy, więc nie musimy organizować opieki nad dziećmi. Tata jest w domu, mogę zaczynać pracę wcześniej i wcześniej wracać do domu. Nie zaczynam dnia od szykowania trzech śniadaniówek, kanapek i zdrowych przekąsek. Naliczyłam, że w minionym roku szkolnym zrobiłam ich niemal 600! Jaśko zabierał po dwie: drugie śniadania i "obiad", bo przedszkolna wersja obiadu od lat mi nie odpowiadała.
A od dziś nareszcie koniec. Cieszę się bardzo. Bardzo, bardzo!
Wizja urlopu i wyrwania się z domowych zobowiązań i przede wszystkim z pracy - jest już całkiem wyraźna. Niemal na wyciągnięcie ręki.


Uwielbiam podróżować. Ostatnio nawet uczę się patrzeć na naszą okolicę, na te pola piękne, ścieżki, wioseczki, elewacje domów, przystrojone ze smakiem kwiatami i zielenią, jak na identyczne zagraniczne. Żeby móc poczuć się lżej, jak podczas wakacji, żeby móc dojrzeć w nich cały urok, bo przecież tego im nie brakuje. Ale - to jednak nie to samo. Dlaczego? Bo wyjeżdżając zagranicę, ja sama pewne przekraczam. Zostawiam za sobą spięcie i wszystkie te słowa pt. muszę, powinnam, trzeba. A uwalniam moje własne chcę, potrzebuję, biorę, jestem. Z tak uwolnioną sobą, widzę świat pełniej, staję się bohaterką swojej opowieści, która dzieje się tu i teraz, za granicą wszystkiego.



Pisałam kiedyś, całkiem niedawno zresztą, że wszystko mogę, nic nie muszę.
Ale, jak jest w praktyce, każdy wie. Trzeba się jednak starać i nie przestawać patrzeć w dobrym kierunku. Również w swoim. Nie zapominać o tym. Zwłaszcza w wakacje. Czeka się na nie cały rok. Na lato i ciepło. Nawet, gdy zimno:)




Listy - tej ostatniej z listą co zabrać, a czego nie - nie skończyłam. Choć całą i tak mam już w głowie.
Post - rozpoczęty w sobotę, kończę we wtorek przed północą.

Życie. Lato. Luz. I nastrój, który o tej porze roku trwa cała dobę, nie dam go sobie naruszyć:)







2 komentarze:

  1. Jak ja sie ciesze zkońca szkoły :-) Bardziej sto razy niż jak sama chodziłam. Kierat trochę zelżał :-)
    Też pise listę i powoli się pakuję na coroczne szaleństwo bez dzieci cały tydzień tylko my muzyka i morze!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Brzmi fantastycznie:) Czekam na relację po powrocie:) uściski!

      Usuń

jedna wizyta, dwa ostatnie spojrzenia...

Pod powiekami mam nadal włoskie widoki. I żal mały i niedowierzanie, że to już, że to już po. Cudowny czas urlopu mija, szybciej, niż ...