Aż mi się buzia śmieje:)
Trudne to dla nas dni, bo potencjalna, choć podejrzana Janka szkarlatyna okazała się jednak wirusem opryszczki lub bostońskim. A Marysia krok w krok za Jankiem z podobnymi objawami. U mnie w pracy najgorętszy tydzień w roku, Bartek przez cały rok ma bardzo ograniczone możliwości wolnego.
Ale dajemy radę. Spędziłam z dziećmi więcej czasu, niż zwykle i sprawiło mi to - mimo poczucia, że MUSZĘ przecież być w pracy - ogromną i spokojną radość:) W dodatku moje urodziny, o których miałam napisać specjalny post.
Nie udało się, ale jednak i tak się udało!
Kalendarz adwentowy codziennie przysparza nam emocji i frajdy. Janek co prawda ma okres śmiechu chichu na wszystko wkoło, łącznie z moim podniesionym głosem i nakazami.
Ale Marysia zaczarowała mnie dziś swoim zaangażowaniem, przejęciem i wiarą w Mikołaja.
Znowu podkreślę, że to dzięki
Dorocie udało mi się stworzyć niezbyt słodki, a wymagający czas adwentowych przygotowań. Dzisiejsze zadanie brzmiało tak:
"Dziś w nocy do grzecznych dzieci przyjdzie Święty Mikołaj.
Przygotujcie szklankę mleka i ciastko dla Świętego, a dla reniferów obierzcie jabłka.
Postawmy latarenkę w oknie - to ułatwi reniferom znalezienie naszego domku w ciemnościach zimowej nocy."
Córeńka nasza przygotowała wszystko z wielką starannością i dokładnością.
Orzechy, mleko, pierniczek, jabłka i sucharki.
Do tego latarenka i świece.
I kiedy tak pięknie ustawiła te mikołajowe przysmaki na parapecie zaczęły się pytania...
"Mamuś, a gdzie Mikołaj położy prezenty dla nas? Przecież na parapecie nie ma już miejsca?
A jak on w ogóle wejdzie do środka?"
(nie wystawialiśmy mleka, ciastek na zewnątrz, ze względu na naszego kotka, i jego przypuszczalnie chętnych kumpli, choć biorąc pod uwagę to, że mleko musimy teraz sami wypić, udawać, że ups, jednak znalazł się jeszcze jeden piernik, i ma tyle lukru, co ten Mikołajowy - dzieci o dziwo są bardzo drobiazgowe, jeśli chodzi o takie szczegóły... - nie byłby to w sumie taki zły pomysł)
Tłumaczenie i nie bajerowanie wymaga nie lada umiejętności, ale się opłaca. Jeden błąd pociągnąłby za sobą lawinę kolejnych pytań i mocno nadszarpnął rodzicielską wiarygodność.
W każdym razie zaangażowanie Marysi przeszło moje oczekiwania, widać, że to jest ten czas, Jej czas na rozbujanie wyobraźni, na tworzenie świata, który po latach będzie z nostalgią wspominać.
Janek...no cóż...coś tam łapie, ale Jego czas jest nadal w budowie:) Ważne, żeby na końcu dostał mu się żelek lub coś słodkiego...byle na skróty:) Ale puzzle przykleja dzielnie!
Dzięki dłuższym porankom z dziećmi, nieobecności w pracy, nie czuję się mniej zmęczona.
Ale zdałam sobie sprawę, przez te i tak ciągle za krótkie rodzinne chwile, że oddycham jak mama niepracująca. I że to jest naprawdę wspaniałe uczucie:)
Byłam trochę więcej mamą domową, a mniej pracującą.
I tak, jak bardzo jest to potrzebne dzieciom, tak samo i mnie...
Kocham Was Skarby moje Trzy!