poniedziałek, 7 marca 2022

w marcu dwudziestego drugiego

 Marzec 2022 roku

Czy to są chwile, czy całe popołudnia... od dwunastu dni z trudem je rozróżniam. Niepokój i łzy, które nieraz nie zdążą wypłynąć na policzki, ale pod powiekami zbierają się cały czas. Układam sobie w głowie i sercu zasłyszane dobre rady, żeby teraz dobrze żyć, żeby zwracać na siebie nawzajem uwagę, doceniać każdy dzień i każdy okruszek na wspólnym kuchennym blacie. Nie uronić ani jednego. Za każdy dziękować. I o każdy kolejny się pomodlić.

Niedowierzam. Po trochu próbuję sobie wyobrazić, przez co przechodzą matki i dzieci, synowie, ojcowie i bracia. Ale po trochu nie jestem nawet w stanie. Pomagam i wzruszam się, gdy czytam i widzę, jak pomagają inni. Serce napusza się z radości, wypełnia przełyk i gardło. Nie potrzeba teraz wielu słów. I całe szczęście, bo niektóre tak trudno wypowiedzieć. Nawet w myślach pozostają zbyt delikatne. Lub zbyt niechciane...

Nie można zatrzymać świata, ale można się swoim podzielić. Trzeba wręcz i ta chęć każe wstać z krzesła, wyjść z domu, zawieźć, uchylić, wesprzeć tym, co człowiek najzwyklejszego ma. Ludzkim odruchem, emocją, empatią, współodczuciem i współczuciem. Najbardziej boli niemoc, paraliżuje świadomość. Ale i ulgę przynosi, gdy uda się zamknąć lub odsunąć od siebie błędne koło spraw bzdurnych i bzdurnych zmartwień.  

Człowiek pada na kolana i zaczyna lepiej widzieć. I ten obraz miejscami mnie przeraża. Co zrobiły z nami media, telefony, internety, jak nieumiejętnie z tego świata korzystamy, jacy jesteśmy zachłanni na łatwiej i szybciej, choć tak naprawdę ogromne kłody rzucamy sobie nawzajem pod nogi i palimy mosty kontaktu, rozmowy i bliskości. Odbieramy sobie prawdziwe życie, a karmimy wizerunkami i kreacjami. A tak niewiele wystarczy, żeby to życie poczuć na skórze, w zagłębieniach zmarszczek mimicznych od uśmiechu i po koniuszki palców u nóg. 

- Mamo, dziś, gdy byłem w szkole, to świeciło słońce. I jak ono tak świeciło, to moje buty bardzo ładnie wyglądały, wiesz, te nowe, zielone. 
- Mamo, moje zeszyty się pomoczyły. Bo w piątek dostałem 3 gruszki, jedną zjadłem, jedną dałem takiemu chłopakowi z ósmej klasy a ta trzecia pękła i wszystko jest mokre w moim plecaku. 

Wysuszymy. Owiniemy na nowo. Plecak wypierzemy. 

I cieszę się i wzruszam nad tym plecakiem mokrym od rozgniecionej gruszki. Bo mamy plecak i pralkę. I suszarkę i słońce. I dom mamy ze ścianami i dachem. I wodę w kranie. I spokojny sen. I spokojny poranek. I chleb i kawę i plaster. Szczęście mamy. Jakie my mamy szczęście! I nie prędko pomyślę, że mi źle. 

piątek, 25 lutego 2022

24 02 2022

 


Czytam i nasłuchuję. 

Każdy coś od siebie dodaje, nie chce tylko stać.

Choć świadomość jednych łamie, drugich paraliżuje.

Więc wstaję od razu i całuję Ich wszystkich po kolei.

Na końcu psa.

Potem zgarniam okruszki z blatu, o które zawsze zła jestem,

jeden po drugim, dokładnie,

niemal je liczę,

bezcenne. 

Z naszego dnia te okruszki.

Na każdy jeden będę się cieszyć, jak tylko oczy rano otworzę

i zobaczę, że ten jeden dostałam. 

To już coś

Tylko cicho teraz załkam.
Tak na krótko…

czwartek, 10 lutego 2022

w zasadzie



Zanika w nas radość życia. Zanika radość z podróży i spotkań. Boimy się rozmowy z dawno nie widzianą osobą w obawie przed ciężarem jej historii. Przeczuwamy gorzki smak opowieści o przebytej chorobie, o braku perspektyw, o braku zgody na obostrzenia lub o strachu, bo jest ich za mało. Unikamy kontaktu, tego bezpośredniego, ale i zwyczajnych rozmów przez telefon. Nie zwiedzamy nowych miejsc, dzieci nie występują na scenach i boiskach, bo większość imprez jest odwoływana, nie mamy o czym opowiadać, ani czym się chwalić. Nie chcemy się zarazić albo sami nie chcemy zarażać. Siedzimy w domu. 

Świat kazał nam zwolnić, zatrzymać się i rozejrzeć. Jeszcze dwa, trzy lata temu było to trend, zalecenie, dobry, nowy pomysł na zmianę w tym zagonionym życiu. Wtedy mogliśmy to jednak zrobić na własnych warunkach, wybierając dogodny dla siebie moment i dogodny dla siebie sposób na codzienność bez nadmiernego pośpiechu, w zgodzie z własnym rytmem, opuszczając ustaloną z samym sobą strefę komfortu dopiero wtedy, gdy byliśmy na to gotowi. Teraz... na nic się nie czeka. Teraz się stoi, ale wszelki widok zasłania mgła, szarość, nicość i niepewność. Niespieszność zastąpiło niemal uwięzienie. Wszędzie ograniczenia, zakazy, nakazy, słuszne i konieczne, ale w naszej głowie - choćby najbardziej racjonalnej i rozumnej - zagościł niepokój. 
Nie widzimy siebie nawzajem, bo twarze zasłaniają maski. Z ulic zniknęły uśmiechy i śmiech. Przemykamy na bezdechu, czując ulgę dopiero we własnym domu. Zamykamy się przed światem i szukamy sposobu na spokój. 

Ale...

Szukamy sposobu na spokój błądząc po internetowych stronach. A one oferują wszystko. Wszystko - oprócz spokoju. Oferują teorie, komentarze, grupy wsparcia, przewodników duchowych, nawet światło i nie-światłość (?!). Nie neguję, nie obrażam i nie krytykuję. Ja po prostu martwię się o to, co stało się i dzieje się ze światem. Co dzieje się z ludźmi? Tak bardzo pragnącymi wolności. Część wzbrania się przed jakąkolwiek formą zasad i reguł, ale mam wrażenie, że bez nich człowiek miota się i błądzi, jak ślepiec. I choćby miał emanować zewsząd nakazywaną akceptacją, musi jednak zgodzić się na akceptację pewnych zasad i reguł. To one mogą być i tak naprawdę są punktem zaczepienia, celem i środkiem. Mogą być wybawieniem od tej nicości i zarazem od wszystkości. A my tak strasznie bronimy się przed dekalogiem, konwenansami, tradycją i tym, co już ktoś wymyślił i co sprawdzało się zawsze lub choćby odkąd to wynaleziono. Mam na myśli umiarkowanie, nie skrajności, nie patologię. Komu przeszkadza Święty Mikołaj? Czy trzeba go unowocześniać i kazać mu całować się z dorosłym facetem? Albo ta "Ania z Zielonych Szczytów"... Lubię, gdy w domu mężem jest mąż, a ja jestem żoną. A teraz musi być po naszemu, choćby okazywało się absurdem. Trzeba lub wypada być trochę na przekór, trochę pod prąd. Inaczej, niż kiedyś. I to pod tytułem bądź sobą, możesz wszystko, walcz o siebie, znajdź swoje prawdziwe ja. Czyli kim byłeś wcześniej?

Być może jestem starej daty, może jestem trochę stara i wypadłam dawno z grupy docelowej aktualnych trendów, nie należę do grupy masowych odbiorców, jestem gdzieś w niszy. I całe szczęście! Niezmiernie mnie to cieszy, ale nadal martwi, że tak wielu masowo i hurtem wpada do tego worka nowych stereotypów.

Nie da się żyć w spokoju bez żadnych zasad, bez wyrzeczeń, w pogoni za wolnością i prawem do wyboru w każdym z elementów własnego życia. Ja nie dałabym rady bez Boga, bez zważania na własne sumienie, które ukształtowało się już w moim dzieciństwie. To wsłuchiwanie się w nie jest najlepszym drogowskazem i tego się trzymam, nie internetowych trendów i hitów. Nikt lepiej ode mnie nie wie, gdzie znajdę mój własny spokój, nikt go za mnie nie znajdzie. A najłatwiej słucha się w ciszy.

niedziela, 16 stycznia 2022

apple cider i czarna róża z paczulą


    

W życiu zdarzają się momenty tak niezwykłe i niespodziewane, wpadają nagle, jakby przelotem, a przynoszą obrazy sprzed lat, niemal dotykalne, niemal namacalne, czułe i pachnące tamtym dniem. Być może niewielu się to zdarza, a może każdemu. Mnie zawsze zachwycają, i choćby nawet wspomnienia z nimi związane nie miały być tymi najlepszymi, są to przecież moje wspomnienia, czyli część mnie. Z wiekiem człowiek uczy się nie wyrzekać się ich, a dzięki wielu może więcej zrozumieć z tego, jak się we własnym życiu odnalazł.
Ostatnio miałam okazję rozmawiać o sobie z obcym mi człowiekiem. Szybko nawiązana niezobowiązująca nić porozumienia, sympatia i nienazwane zaufanie. Być może wynikały z różnicy wieku, być może ze świadomości, że wymienione słowa pozostaną w nas bez ciągu dalszego. Pozostaną lekkie i nie wrócą obciążone oceną. Po prostu nie spotkamy się więcej. W ciągu godziny opowiedziałam mu o najważniejszych momentach mojego życia, wybierając dość spontanicznie i w ogóle nie chronologicznie obrazy z młodości, dzieciństwa i z minionego tygodnia. Starałam się być sprawiedliwa w opisie tego, co mnie spotkało, jak i tego, jak potrafię wspominać to dzisiaj. Oczywiście nie jest to do końca możliwe, ale starania przynoszą sporo frajdy, choć i niemało trudności. Gdy skończyłam, odetchnęłam, odkrywając w sobie i ulgę, i niedowierzanie, poczułam się jak autor, jak malarz, jak pisarz przypatrujący się temu, co sam stworzył. Usłyszałam swoją własną historię, wypowiedziałam ją na głos i przyznam, że wydała mi się niezwykła! - bardzo bogata, emocjonalna. Zdałam sobie sprawę, jak wiele już za mną, jak wiele już przeżyłam, nazwałam to, kim jestem. Na głos właśnie. To więcej, niż noszona w sobie świadomość. To budujące ćwiczenie, zwłaszcza dla tych, którzy zawsze mieli problem ze zdrowym chwaleniem się, mówieniem o sobie, dla tych, którym wydaje się, że nic takiego szczególnego w sobie nie mają. A mają. I to naprawdę niesamowicie szczególnego, jedynego w swoim rodzaju...

Od dziecka byłam chwalona. Za oceny, za grę na fortepianie, za cichą dziecięcą rozważność. Wstydziłam się tego chwalenia, policzki mnie piekły, nie przepadałam za tym, że ktoś zbyt długo zwraca na mnie uwagę. Później wstydziłam się chwalić tym, co udało mi się osiągnąć - uporem, pracą, wyrzeczeniem, zwłaszcza tą Ameryką nie potrafiłam się dzielić tak, jak na to zasługiwała. Na szczęście wraca do mnie w różnych momentach mojego życia, przytłumiona, zmieniona, niemal już zapomniana. Ale wystarczy świeca o zapachu czarnej róży i paczuli ustawiona w kuchni rodzinnej gdzieś między świątecznymi daniami i smak gorącego apple cider z dużą ilością goździków i cynamonu, bym mogła znów przenieść się do drewnianego wnętrza Willow Boutique w Montanie, gdzie pracowałam i o którym mogłabym opowiadać godzinami. Namacalne i niezwykłe. Moje momenty i miejsca. Moje zapachy i smaki. Moje emocje i życie. Cała ja. Ze wszystkim dobrym i tym mniej dobrym, ale dzięki któremu dotarłam do dziś z Ukochanymi mi Bliskimi Osobami. Przeczytałam gdzieś, że czasami nie cel jest najważniejszy, ale sama droga i to, co po drodze robisz, kogo spotykasz, czego się o sobie dowiadujesz. Ja swojej nie kończę, dalej nią podążam, ciesząc się na to, co może przynieść i pielęgnując to, gdzie już byłam.



czwartek, 13 stycznia 2022

spacerem po życiu


 Czasem do pisania zachęci człowieka moment, w którym zrobił już wszystko, pozamiatał, poodstawiał, porozwieszał i pozamykał. Zgasił światło i usiadł na drewnianym zydlu w kuchni. Bierze oddech, z wydechem wypuszcza napięcie. Spokój. Myśli. Piszą się...

A gdy wizja taka nadal pozostaje niedościgniona, gdy przez lata nie następuje, pozostaje tylko jedno... zachorować, opaść z sił i delegować innym ile tylko się da ze służbowych i domowych zajęć. Dopiero wtedy znajdzie się na to pisanie czas. Choć zachorować też trzeba umieć. To znaczy trzeba umieć przyznać się przed sobą samym i chorobę swoją uznać. Tak. Mogę nie pójść do pracy. Tak, potrzebuję odpocząć i zaopiekować się sobą i pozwolić innym w końcu zaopiekować się  mną. Świat na początku trochę się zawali. Ten widziany moimi oczami. Bo kanapki źle złożone, bo koszulka na wuef nie wyprasowana, bo mleko się skończyło i chleb. Wszystkich poniesie burza, ale po burzy zawsze w końcu wychodzi słońce. Choćby za oknem było nawet minus osiem.

Przechadzam się więc po naszym domu, między pokojami i kuchnią, między dniami i świętami, przysiądę na sofie, na krześle, na podłodze. Za oknami śnieg, biel na dachach i na czubkach iglaków. Mróz od rana czaruje malunkami na szybach od wschodniej części domu. Ledwo zdążę dotknąć palcami zimnej tafli, oszronionej kształtami gwieździstych płatków, a już promienie słońca ogrzewają je, ukazując pobliski lasek na tle jasnego nieba. Przed dziesiątą rano zdążę wyprawić rodzinkę do szkoły i pracy, potrzymać kciuki za sprawdzian z matematyki, popatrzeć, jak słońce przesuwa się po ogrodzie zimowym. Zdążę okruszki ze stołu zgarnąć i nasypać Trufli karmy, zdążymy pobawić się przez chwilę na podjeździe, zanim w ramiona chwycę drewna do kominka. Bardzo lubię ten moment. Drewna poukładane są przy szopie, jakieś czterdzieści kroków od domu. Dźwigam je dzielnie, drepcząc ostrożnie po śniegu, bo nie widzę, co mam pod nogami. Staram się iść po wydeptanych wcześniej śladach, które mają być gwarancją, że nie wdepnę w niesprzątnięte psie gówienko, schowane gdzieś pod śniegiem. I czuję się, jak mała Ania z Zielonego Wzgórza, z czapką niesfornie naciągniętą na głowę, w roboczych rękawiczkach, bez makijażu, z uśmiechem lekkim schowanym w szal idę w kierunku domu. Drewno mi ciąży cudownie, wokół mnie zima, całe dwa schodki na ganek obsypuję drobinkami kory, pies plącze się pod nogami. Uwielbiam!

Przed dziesiątą zdążę jeszcze zadzwonić do pracy, zaparzyć kawę i herbaty dwie na zapas. Miód, mleko i cynamon. Telefon do mamy. Książki czekające na ławie, aromat świecy o zapachu czarnej róży i paczuli. Dom pachnie resztkami grudnia i niechęcią do wypatrywania wiosny. Kocham Włochy latem, ale moja dusza jest zimą. 




Kilkanaście dni temu wylogowałam się z instagrama. Odcięłam kupon, dość spontanicznie tym razem, i poczułam się wolna. Okazało się, że pięknych obrazów mam wokół siebie mnóstwo. Jak dobrze jest zobaczyć je na żywo i porzucić mimowolne obserwowanie marnych i sztucznych kreacji wrzucanych do sieci przez obcych zupełnie ludzi. Internet jest i moją słabością, ale przeraża mnie coraz bardziej, przeraża mnie ilość głupot, jaka serwowana jest i konsumowana w świecie, którego nie można ani zweryfikować, ani dotknąć. Dzięki mediom mamy być bliżej, ale zdecydowanie oddalamy się od siebie samych i od siebie nawzajem. Czemu nie wystarczają już własne cztery kąty? Czemu potrzeba ich tysiące? Katalogi, zakładki, biblioteki, roomy, grupy. I to, co uderza mnie ostatnio najbardziej: udowodnij, że nie jesteś komputerem... 

Mogę to udowodnić tylko w jeden sposób.





środa, 22 grudnia 2021

magia




Niech mi te słowa pachną dziś pomarańczami, goździkami i cynamonem!

Tak bardzo magii mi trzeba w tych dniach. Wzruszenie z powodów wszelkich i nieoczywistych przeplata się z małymi katastrofami lub złośliwościami losu, które potrafią doprowadzić do weryfikacji własnego zdrowego rozsądku. A czasem i sensu życia! Na szczęście nigdy do myśli o rozwodzie. Bo tak naprawdę marzenia spełniają się nadal. Te stare i te zupełnie z wczoraj. Oprócz jednego, o smukłych ramionach i samej siebie sprzed dziesięciu kilogramów. Ale cóż. Co by to było, gdyby i to się spełniło? Może by mi szajba odbiła?

Tak mi magii bardzo trzeba w tych dniach. Telewizor wyłączyłam. W radio same reklamy. To, co dzieje się w naszym kraju przygnębia. W głowie przestało się mieścić już dawno temu. Wyrosłam w bezpiecznym świecie, pomimo rozwodu rodziców, stanu wojennego, pustych półek, kolejek, braku wszystkiego, nawet tego, o czym człowiek nie pomyślał, że mógłby chcieć. Nie przeszkadzały mi tradycje, przewidywalność, stałość. Cieszyły Święta w Święta, wakacje latem, a śnieg zimą. Cieszyło to, co się miało, co udało się zdobyć, wypracować lub zrobić samemu. Oj, jak to cieszyło! Drobne, zupełnie pojedyncze pragnienia, które czasem się spełniały, a czasem nie i żyło się dalej, bez dramatyzowania i traum. Tak mnie wychowano. 

A dziś? 

Dobrze, że mam płyty z Christmas carols, a dzieci wygrywają na cymbałkach Lulajże Jezuniu i Anioł Pasterzom, bo jedno po drugim zaliczają je na lekcji muzyki. Jak dobrze jest mieć dzieci! Średnio raz dziennie chce mi się, co prawda, przez nie płakać, bo mam wrażenie, że zbliżam się do milionowego powtórzenia większości z moich ponagleń i próśb. A za milionowym pierwszym miały zadziałać. Nie wydaje mi się, że się to stanie... Chyba, że stanie się... cud. 

Jak zwykle o tej porze roku przytłacza mnie nadmiar. Męczy roszczeniowość ludzi i ich skłonność do skrajności. Męczy mnie to przez cały rok, ale przed Świętami wyjątkowo oczekuję wyciszenia. Zamykam się więc w domu, zaraz po powrocie z pracy. Okien nie myję, nie lepię uszek, ale uwielbiam kręcić w kuchni niezwykłości, które potem rozdaję tym, którym czuję, że się przydadzą, że zrozumieją mój trud i choć w grudniu  nie liczą kalorii. Likier makowy, chocolate bars z białej czekolady, miętowych landrynek, żurawiny i precli, limoncello, pierniki z królewskim lukrem i wariacjami na temat posypki, sernik baskijski bijący się o swój number 1 z sernikiem z wrażeniem pomarańczy, cynamonu i goździków, na bazie ciasteczek korzennych, oprószonym orzeszkami, rozmarynem i czerwienią świeżej żurawiny. Nie zrobiłam jeszcze mini serowych pączków otulonych w cynamonowym cukrze, ale i za to się zabiorę. Uwielbiam. I nawet za bardzo nie wyszukuję, przepisy same do mnie zaglądają, zaczepiają, proszą o uwagę i wypróbowanie. Marzenie o smukłych ramionach czeka w kolejce, bo teraz spełniam to o piekarni, o zapachach ciepła i miłości roznoszących się po całym naszym domu, przed którymi nikt się nie chowa, nikt się nie broni. 

Tak bardzo magii mi trzeba w tych dniach. Wzruszenie z powodu Nieobecności i nieuchronności upływającego czasu przeplata się ze szczęściem, którego dotykam każdego dnia, uzmysławiam je sobie i delektuję się nim. Nimi. Magią otaczam, jak ramionami, przygarniam do siebie blisko. A za chwilę... stanie się Cud.








piątek, 3 grudnia 2021

woodge - kulturalnie



Pozostawiam dziś na blogu, na pamiątkę.


Łódź. Jedni mówią, że to tylko Piotrkowska, ale właśnie Łódź (woodge!) znalazła się na liście 25 najbardziej atrakcyjnych miejsc wartych odwiedzenia w 2022 roku, polecanych przez National Geographic Traveler. I to w kategorii Zrównoważony Rozwój. Wyczuliśmy pismo nosem, wybierając się tu na koncert muzyki filmowej Tribute to Hans Zimmer, Ennio Morricone, John Williams i odwiedzając - bardziej i mniej przypadkowo - kilka fantastycznych kulinarnych zakątków na Śródmieściu. Trudno mi stwierdzić, że Łódź mnie zachwyciła, spędziliśmy tu tylko dwadzieścia cztery godziny, co w żaden sposób nie czyni mnie opiniotwórcą. Wiem jednak, że dzięki spotkanym w ciągu tej doby Osobom oraz tajemnicom, o których skrywanie podejrzewam słabo oświetlone ulice Starego Polesia, którymi przeszliśmy szybko i o dość nocnej porze, już chcę do Łodzi wrócić.

Od dawna wzdychamy na widok informacji o pojawiającym się kilka razy w roku, w różnych miastach w Polsce, Royal Concert z muzyką filmową. Oboje z Bartkiem uwielbiamy utwory Hansa Zimmera i Ennio Morricone, Johna Williamsa kocham za motyw z Listy Schindlera, za Wyznania Gejszy i Sabrinę. Dźwięki Hansa Zimmera poznaję "z daleka", a niektóre ścieżki dźwiękowe znamy lepiej, niż same filmy. Kto zna, ten wie. Parę miesięcy temu udało się wreszcie zarezerwować bilety na Tribute to... odbywający się w Łodzi. Po raz pierwszy byłam na koncercie w wielkiej hali, więc na początku musiałam się przyzwyczaić do odsłuchu z głośników, do zdecydowanie mieszanej i zmieszanej publiczności, paradującej z popcornem i piwem w plastikowych kubkach nawet kilkanaście minut po planowanej godzinie rozpoczęcia! Dla mnie nie do pojęcia. Pogodziłam się jednak z tym, że nie znajdujemy się w kameralnej sali, wypełnionej dostojnością spodziewanych za moment wrażeń, dyskretnym szeptem w razie potrzeby podzielenia się nimi z ukochanym i wykładziną pod stopami. Cóż. Światła zgasły o 19:20. 

Dziękuję Bogu za to, że obdarzył mnie ogromną wrażliwością na dźwięki i muzykę, za to, że odbieram całą sobą nie tylko to, co słyszę. Tak naprawdę niemal czuję, jak melodie są grane, wyobrażam sobie emocje wypełniające muzyków, ich palce, płuca i serce. Pociągnięcia smyczkiem z nadzieją na autentyczność i harmonię z pozostałymi instrumentami. Głębokie barwy kontrabasu, odpowiedzialność pierwszych skrzypiec. Opowieść waltorni, rożka angielskiego, czy delikatność fletu, mgłę muskanych strun harfy, której brzmienie bardziej czuć pod skórą i przymkniętymi odruchowo powiekami, niż da się je usłyszeć. Bezwzrokowa synchronia instrumentalistów i świadomość pomyłek, gdy dźwięki zgubią się w nieuchwytnym dla publiczności ułamku sekundy. Lekki uśmiech między frazami i szczegółowe omawianie sukcesów i porażek po zakończeniu koncertu, złożeniu pulpitów i zdjęciu marynarek. Muzyka. Wzruszam się nawet siedząc na plastikowym krzesełku w Atlas Arena. Doskonały dyrygent Jose Maria Florencio, o którym poczytam później, ponieważ nie udało nam się dotrzeć do żadnych szczegółów odnośnie dokładnego repertuaru, czy nazwisk występujących tego wieczoru Osób przed koncertem. Bardzo mi tego zabrakło. Na szczęście sam dyrygent przedstawił się piękną łamaną polszczyzną, a jego opowieść o tym, jak bardzo życie związało go z Łodzią okazała się wisienką na torcie.

Ennio Morricone, Hans Zimmer i John Williams po mistrzowsku zabierają mnie w podróż. Za każdym razem. Bardzo trafnie określiła to Ania Wendzikowska, konferansjer koncertu, mówiąc, że muzyka poradzi sobie bez filmu, ale film bez muzyki - niekoniecznie. Muzyka zawsze się obroni. Przynosi moc wzruszeń, nagłych skojarzeń i wspomnień, emocji, czasem żalu, czasem radości. Uczta dla duszy i serca i dla rodziców, którzy wybrali się na trwającą całą dobę randkę, bez dzieci i bez budzika.

Po koncercie rozpoczęła się nasza łódzka podróż po mieście, trafiliśmy do miejsca, gdzie zakochałam się w puree z selera i piklowanych śliwkach w cynamonie i w Szefie Pewnej Kuchni. Skłonna byłabym przeprowadzić się dla nich do Łodzi lub co najmniej przebranżowić... Opowiem o tym w kolejnym odcinku, po śniadaniu Przy Ulicy....