piątek, 19 lipca 2019

gusto e sapori

Tradycyjnie, co roku, po powrocie z podróży, odbywam ją jeszcze raz. Wracam do miejsc, które mnie oczarowały, zaskoczyły, w których zaniemówiłam. Do momentów, których nie chciałam, żeby się kończyły. Zapraszam nad Jezioro Maggiore, do Włoch, do mnie.



Moje kolejne, włoskie, świadomie samotne popołudnie rozpoczynam od mocniejszej, niż zwykle kawy i wody mineralnej z plasterkiem cytryny. 15:30. Słyszę dzwony z wieży kościołą Sant'Agata, która góruje nad Cannobio, wygrywają melodię na kształt pieśni religijnej, choć zupełnie mi nieznanej. Na stole ułożyłam kolekcję kamieni, które Janek wyłowił z jeziora dwa dni temu. Do tego kawał drewna, również znaleziony przy brzegu, któremu dam szansę z czasem dobrze wyschnąć i który będzie przypominał mi o obecnej chwili. Żółta latarenka i dwa kwiaty chabrowej hortensji, obcięte nożyczkami z wielkiego krzewu, rosnącego przy naszym domku. Jest dobrze, już. Kawa zawsze smakuje mi lepiej w towarzystwie odpowiednio skomponowanych dekoracji, widzę je kątem oka, gdy czytam, piszę lub po prostu przechodzę obok. Jest dobrze.
Nie szkodzi, ze to camping, że tylko parę dni. Nowe miejsce dostrajam do siebie, światełka, świece, kwiaty, kamienie znajdą się wszędzie. Brakuje mi tylko obrusu, ale i tak z niewielu elementów da się wyczarować klimat.
Dziś znów jest gorąco, słońce pali, ale basen i drzewa przynoszą odpowiednią ulgę. Po każdym napisanym zdaniu robię przerwę, zamykam oczy, wsłuchuję się w wiatr, kłótnie ptaków, mam właściwie ochotę na krótką drzemkę, ale bardzo szkoda mi na nią czasu.





Niedługo wróci reszta Ekipy i wybierzemy się tradycyjnie na lody. Uwielbiam te nasze wakacyjne dylematy dotyczące smaku kolejnych porcji. Lody we Włoszech są grzechu warte, a z pewnością warte całej masy pieniędzy, jakie na nie wydajemy. Pistacja, cynamon, jogurt włoski, kokos, to tegoroczne hity. Plus jogurty o smaku cytryny i również kokosa. Plus połowa cudownie włoskich produktów z półek w pobliskim markecie, bo na każdej znajduję coś fascynującego. Zachwyca mnie imponujący wybór serów, od parmiggiano, przez gorgonzolę, pecorino po całe mnóstwo innych, bardziej miękkich lub twardszych, w cenach nieprzyzwoitych, choć to i tak tylko ceny marketowe! Już pierwszego dnia przemiły Włoch po drugiej stronie szeregu lodówek (za ladą stali wyłącznie mężczyźni), na słowo carbonara zareagował żywo i bez zastanowienia wskazał na trzydziestomiesięczny parmiggiano reggiano za 29EUR za kilogram. Wykonał przy tym jeden z moich ulubionych, typowo włoskich gestów, polegający na niemal słyszalnym cmoknięciu w trzy złączone palce i podniesieniu ich szybko do góry. Gest nad wyraz skuteczny, bo, choć nie dałam się namówić na tak drogi parmezan, to i tak kupiłam dwa spore kawałki nieco tańszego. Nieco. Pozorne zwycięstwo. 




Dzięki warsztatom kulinarnym z kuchni włoskiej, w których brałam udział w naszej lokalnej Toscanii, poznałam kilka sekretów, jak przygotować prawdziwy sos carbonara, co i jak zrobić, żeby był kremowy i podkreślał smak makaronu, a nie na odwrót. Już samo brzmienie nazw potraw i produktów wprowadza mnie w nastrój głębokiego usprawiedliwienia dla spożytych pod ich wpływem kalorii. Gdzie i kiedy, jak nie tu i teraz?
Pomału zaczynam podejrzewać siebie samą o to, że mogłabym jednak zdadzić Szwajcarię na rzecz Włoch. Szwajcarię kochamy od początku, czyli podróży poślubnej, ale mam wrażenie, że tutaj, w Italii, wiele się sobie wybacza. Sobie samemu, nie tylko nawzajem. I na wiele można sobie przez to pozwolić. Czuję, że w tym kraju mogłabym stać się odważniejsza. Tej odwagi właśnie przez ostatnie lata mi bardzo brakowało...









W kolejnej części o popularnych, włoskich słowach i ich luźnej interpretacji, czyli przepis na dolce vita. I o uliczkach. I o niedzieli w Cannobio, a po niej poniedziałku. O Wyspach Boromejskich i Lago Maggiore.
Ale... pazienza... czas na prosecco i małą przerwę...:)



piątek, 12 lipca 2019

nie-nachalność



Schłodzony sok pomarańczowy w lampce z wysoką nóżką. Croissant z czekoladą. Z piekarni przy Viale Vittorio Veneto. Śniadanie, z westchnieniem wspomnień do zapomnienia. Tak zaczynam dzień. Piszę rano, w południe, na stojąco i na okładkach książek, które akurat czytam. Po kilka zdań, ile zdążę. Nie pisanie boli.

Mam taki zeszyt, w którym mieszczę więcej, niż myślałam, ze zdołam unieść. Jest piękny. Duży. Cierpliwy. Zapisuję w nim to, co dziś, historie, ołówkiem, czasem bardzo krótkie, widziane przez moment wyobrażenia, fragmenty emocji. Nie zostawiam w nim pustych stron. Tak, jak nie ma pustych dni. Każdy dany jest mi po coś. Nawet, jeśli ma by tylko drobnym argumentem za czymś, co wydarzy się w przyszłości. 
Za mną ostatni tydzień w „starej” pracy, w miejscu, które tak mnie zmęczyło... Już koniec. Wyszłam po raz ostatni, zamknęłam drzwi, oddałam klucz, wyłączyłam telefon.


Czasem trzeba niewiele więcej, niż po prostu się zatrzymać. Dosłownie. Zatrzymać tę aktualną chwilę i myśli, które nie powrócą, jeśli się ich nie uzmysłowi. Lub nie zapisze.
Siedzę na jednej z ławek przy promenadzie, w nowej włoskiej sukience w kolorze głębokiego granatu. Ławka jest stara, malowana dawno, na szczęście, stąd jej zapraszający urok, z drewnianymi deskami i zdobionymi końcami z mosiądzu. Pod bosymi stopami czuję ciepło kamiennych płyt, trochę piasku, kamyszków i mrówek. Wyrwałam, tak tylko dla siebie, całą godzinę, choć mogłabym tu zostać na całe życie. Słyszę język włoski, melodyjnie przeplatający się z muzyką z jednej z pobliskich tawern. Oklaski. Ach, to dla pary ubranej na biało, czarno i czerwono, która właśnie skończyła swój uliczny występ. Widzę Włoszki przechadzające się samotnie lub parami, zwracam uwagę zwłaszcza na te starsze, którym z wiekiem nie brak dbałości o wygląd, ani stanowczości w głosie. Zawsze obejrzę się na widok Włocha w każdym wieku i Włoszki po pięćdziesiątce.
Jest ciepło. Bardzo. Słońce pomału rozpoczyna swój wczesnowieczorny rytuał. Chowa się niespiesznie i rzuca ostatnie spojrzenie na jezioro, góry, wybrane przez siebie domy na przeciwległym brzegu, przyozdabiając je - i mnie - w najcudowniejszy odcień spokoju i obietnicy, rozmarzenia i zachwytu.






Udało nam się w tym roku znaleźć miejsce niezwykłe. Nienachalne. Jezioro Maggiore, otoczone górami, ale nie z tych majestatycznych, wysokich, niemal groźnych i ośnieżonych nawet w lipcu. Nie. Te tutaj są idealnie łagodne, jakby miały przytulnie oddzielić mnie i tych, którzy tu trafili, od trosk i konieczności, od przed i po, nawet od później. Od wszystkiego.
Woda leniwie uderza o kamienny brzeg, choć jeszcze dwa dni temu, jezioro było wzburzone i ciemne. Cannobio. Mała, ale trudna do objęcia pojedynczymi zmysłami miejscowość. Tym bardziej słowami. Idealna. Nie pamiętam nawet, jak tu trafiliśmy. Najpierw, oczywiście, palcem po mapie, bo zazwyczaj cel podróży i wakacji wybieramy po przestudiowaniu Google maps. Tym razem była to długa podróż, przez francuskie wysokie Alpy i włoską Gardę. Zaczęliśmy w marcu, wsłuchując się trudne do zaspokojenia, własne oczekiwania co do dwóch najprzyjemniejszych tygodni w roku, aż w końcu dotarł ten nasz palec właśnie do Cannobio. Idealne dla nas teraz. Pomimo sporej liczby turystów, starcza miejsca i dla nich i dla stałych mieszkańców. Dla każdego starcza miejsca na jego własny czas, na spacer wgłąb miasteczka, kolację w maleńkiej restauracji, z pięcioma zaledwie stolikami wciśniętymi w najwęższą z uliczek, na poszukiwanie kamieni na dnie jeziora, bo woda tak czysta, jak górski potok, na rozmowy lub tylko lekkie westchnienia, na czytanie książki na kamiennych schodach o siódmej rano i uśmiech na widok... na każdy tu widok. Nie ma tu wielu plaż, ani zbyt błękitnej wody. Nie ma wielu słynnych, historycznych, koniecznych do sfotografowania (się) miejsc i zaułków. A z drugiej strony, nie ma tu uliczki, której nie chciałoby się zabrać ze sobą do domu. Każdy obraz, ujęcie, każde spojrzenie jest wyjątkowe, idealne. Znalazłam słowo, które pasuje do tego miasteczka, do tego czasu i w nim samej mnie. Nie-nachalność. No tak, takie słowo nie istnieje, ale nie przeszkadza mu to w byciu idealnym. Właśnie tego szukam i dokładnie tę nie-nachalność odnajduję tu we wszystkim. Doskonałą synchronię ludzi, ich historii, ich przeszłości i momentu, w którym się teraz znajdują.
A może to ja? Może ludzie są tacy, jak zwykle. Ale to ja zmieniłam podejście, sposób patrzenia i potrafi zachwycić mnie właśnie ta ich, nasza zwyczajność?

Cudownie jest móc przejść przez całe mnóstwo wąskich uliczek, zaniemówić, zatrzymać, zgubić się w nich, a potem zdziwić, że dom jest tak blisko. Cudownie jest przygarnąć do siebie wszystko to, co uda się po drodze i na ich końcu odnaleźć.









środa, 19 czerwca 2019

hush my dear, it's been a difficult year


hush my dear, it's  been a difficult year...

trudno mi powrócić do bloga, do pisania, po tak długiej przerwie
mając w sobie wszystkie uczucia, które pojawiły się po drodze
przez ostatnie miesiące, rok, a sumie przecież dłużej
po piętnastu latach pracy w tym samym miejscu - odchodzę
porzucam wydeptane ścieżki, te same widoki, które, być może, zmieniały się, ale ja nie potrafiłam już tych zmian zobaczyć
zapragnęłam swojej
zmiany i nowej ścieżki
tak często w przeszłości mówiłam i pisałam o tym, że wszystko jest możliwe
że trzeba w to wierzyć, że marzenia i te sprawy
a z czasem... sama odpuściłam, przestało mi zależeć...?
aż w końcu podjęłam tę tak ważną dla mnie decyzję
wyskoczyłam z pędzącego pociągu
prosto w dobry czas
w przestrzeń pachnącą lekkim wiatrem
pachnącą możliwością
wielką niewiadomą, podszytą zarówno spokojem, jak i ekscytacją
jeszcze nie wiem, czy wszystko jest możliwe
ale jestem dumna z siebie, z tego, że nie poddałam się zupełnie
nie poddawajcie się, próbujcie zmieniać, choćby małymi kroczkami
warto, trzeba, życie jest krótkie, jest przede wszystkim nasze
nie bójcie się chcieć
jeśli coś uwiera, coś nie daje spokoju
trzeba próbować:)


a wczoraj mój mąż Jedyny zaprosił mnie na koncert
wyciągnął mnie przed dom
na boso, na naszym ganku, zaraz po zachodzie słońca, staliśmy bez ruchu i nasłuchiwaliśmy śpiewu ptaków, które zadomowiły się gdzieś w tujach w ogrodzie
świergoliły, dyskutując o wielce ptasich sprawach
a ja byłam najszczęśliwsza na świecie!

wszystkiego dobrego dla Was:)

wtorek, 30 kwietnia 2019

wiatr

piątek. zwykły piątek
może też być i wtorek, przed weekendem trwającym pięć dni
komentarz niepotrzebny. wszyscy kochamy go tak samo
uwielbiam właśnie ten zwykły, bez wielkich planów, w domu

bo kiedy w pracy, przy wydruku faktury, zamiast "wyświetlić wygenerowany dokument" widzę na monitorze "wyświetlić zdenerwowany dokument"

a potem śni mi się tsunami we własnym salonie, wpadająca woda przez największe okno, a z nią poduszka siedziskowa w skórze CREAM i sofa, cała, w tej wodzie, zalewa nam dom

a potem martwię się o zamówienia na te sofy i przeliczam przez sen, ile będą miały kalorii


zaczynam wątpić we własne umiejętności pracy w stresie i pod presją czasu.
otwieram plik i za moment nie pamiętam, po co go otworzyłam.
tak, to właśnie tę formułkę wpisuje się w cv i ta umiejętność jest ceniona i podkreślana w ofertach pracy. to ona należy do tych najbardziej pożądanych przez pracodawcę.
stres i presja czasu. stres i presja czasu.


a jeszcze potem przychodzi wiatr

wiatr

przewraca
zmienia
przewiewa
miesza
zamyka
zabiera
przenosi
owiewa
burzy
oddaje
popycha
przynosi
otwiera
daje


niech wieje

piątek, 15 marca 2019

How to Loose a Guy... czyli mój własny New York City

Za każdym razem, gdy oglądam film How to Loose a Guy in Ten Days wracam tam na półtorej godziny. New York City. Spełnione marzenie. Jedno z największych, najbardziej nieosiągalnych, kiedyś. Tak wiele przeciwności pojawiało się po drodze. Ktoś powiedziałby - znaków - które ja jednak odrzucałam, jeden po drugim. Mój Nowy Jork jest dowodem na to, że jeśli czegoś bardzo się pragnie...


W NYC byłam trzy dni, w październiku 2001 roku.
Emocje i wspomnienia spisywałam jeszcze będąc w Stanach, w 2001 i 2002, choć całość, na moim starym blogu niebieskieokiennice złożyłam prawie piętnaście lat później. I nie skończyłam.
Poniżej pierwsza i jedyna - do tej pory - część. Może uda mi się ją kiedyś dokończyć.

*************
Zapisane w 2001/2002
Początek października 2001 roku. Miesiąc po zamachach jedenastego września.
Nie mogłam tego odpuścić. Ani odłożyć. Moje największe wówczas marzenie.
Nowy Jork.

Od tygodni planowałam z najdrobniejszymi szczegółami każdą spędzoną tam minutę. Ile ja się naszukałam jakiegokolwiek hotelu, na który byłoby mnie stać, przecież to Manhattan! Trafił się chyba najgorszy z możliwych. Po latach przeczytam w sieci, że jest wręcz niebezpieczny, ma półtorej gwiazdki, a jeśli w ogóle ujęty jest na hotelowych portalach, opinie o nim balansują pomiędzy "horrible" a "worst ever". Handel narkotykami, smród, brud i karaluchy. Cóż, jakimś cudem przeżyłam tam dwie noce. Ale ważniejsze wtedy było to, co robiłam, co widziałam, gdzie byłam od poranków aż do zmierzchu.
Nowy Jork miał być przystankiem w drodze powrotnej do domu, do Polski, po niecałych czterech miesiącach spędzonych w Montanie. Drogę do Montany pokonywałam autobusami Greyhound - nieziemskie przeżycie, dalekie od komfortu, aczkolwiek niezapomniane. Po angielsku powiedziałabym once-in-a-lifetime experience. Wiedzą to ci, którzy mieli przyjemność. Moja trwała trzy doby. Miałam wtedy dwadzieścia cztery lata. I wcale nie z tego powodu powrót zaplanowany był już samolotem:)
Do Salt Lake City dojechałam wynajętym Chrysler’em Concorde z trzema kolegami. Samochód zajebisty, mały komputerek w środku pokazywał nawet ile w danej chwili auto pali, hmm... no niekoniecznie były to ilości, jakie byśmy sobie życzyli. W dniu wyjazdu z Big Sky, ranczo zasypane było wczesnym - nawet jak na tę część świata - śniegiem. Nikt mi nie wmówi, że świeżego śniegu nie czuje się w powietrzu zaraz po przebudzeniu, zanim się go zobaczy... Tego dnia po prostu wiedziałam, że ziemia jest przykryta taką lekką kołderką, cichą, białą kołderką.
Widok - mimo wszystko - zaskakujący:) Biało wszędzie! Normalnie jak w środku zimy. Chrysler, z letnimi jeszcze oponami, panika u znajomych, jak my sobie poradzimy?! Daliśmy radę. Im dalej na południe, tym było lepiej. Najważniejsze było wydostać się z Montany. Trasa znana. Montana, Idaho (boskie lody Moosetrack z kawałkami peanut butter na stacji przy wjeździe na Hwy 15), Utah.
Samochód – sama przyjemność. Lot o 11:50pm,  Jet Blue, z Salt Lake City Int. Airport do JFK Int. Airport. 
Przede mna trzy dni w New York City!
JFK  już znane, walizki zostały w przechowalni za skandaliczną cenę $42 za dwie doby! Plecaki były nabrzmiałe od rzeczy, pamiątek i prezentów, musiały więc zostać na lotnisku. Nie wyobrażam sobie jak mogłabym poradzić sobie z nimi w podróży na Manhattan i z powrotem. Ja ich nawet nie mogłam unieść! Sam bagaż podręczny – na te 3 dni – ważył spokojnie z dziesięć kilogramów. Plus kamera i cowboy hat:)
Shuttle z Terminalu do stacji metra.

Linia A blue » Port Authority Bus Terminal 42nd Str.  »  Aladdin Inn Hotel na W 45th Str and 8 Ave


Kiedy wyłaniam się z podziemi metra – jestem w centrum Manhattan’u. I, choć nie są to pierwsze chwile w NYC, spędziłam tu przecież - pośpiesznie i nerwowo - noc na początku lipca, na campusie Columbia University, właściwie dopiero teraz rozpoczynam poznawanie miasta marzeń.




Docieram do zarezerwowanego hotelu. Aladdin Inn na rogu 8 Ave i W45 Str., blisko do metra, dosłownie w sercu Manhattan’u. To ten hotel od karaluchów. Pamiętam jeszcze wnętrze, recepcja z dwuznaczną przewagą czerwieni, ciemne fotele i sofa. I pomalowany na bordowo żeberkowy kaloryfer. Klimat jak z „Miasteczka Twin Peaks”. Winda w głębi, jedziemy na szóste piętro, wąski korytarz, ciasna łazienka, ze śladami zbyt wielu użytkowników. Naprzeciw - mój pokój. Single room. A raczej mała klitka z closet’em (szafa wnękowa), pojedynczym łóżkiem i oknem, dokładnie takim, jakie sobie wcześniej wyobrażałam. Wąskie, z mocno zużytymi żaluzjami, nie domykające się, z widokiem na nic, czyli na ściany zbyt blisko stojących budynków. „Okno z odgłosami Manhattanu”, mój kontakt z miastem, cudowny hałas nocnego życia, działający jak uszczypnięcie, potwierdzenie, że właśnie tu jestem. Nocowałam na Manhattanie! Aż dziwne, że wtedy zasnęłam...

Najpierw prysznic i choć odrobina snu, lot z Salt Lake City trwał raptem 4 godziny, ale zabrał mi dwie strefy czasowe. Teraz zaczęłam to odczuwać. Niewyobrażalne wydaje się tak po prostu robić sobie drzemkę zaraz po przylocie do Nowego Jorku, ale to było silniejsze ode mnie. Za to druga część dnia była już drobiazgowo zaplanowana.

Zaprzyjaźnianie się z  NYC rozpoczęłam już duuużo, dużo wcześniej, spędzałam całe godziny w internecie, więc na miejscu znałam już na pamięć wszelkie wskazówki, must-seen places i wszelkie ułatwienia dla turystów. NYC było dla mnie jak wyzwanie, które okazało się w ogóle nietrudne do ogarnięcia. Chciałam zobaczyć wszystkie znane mi z ekranu telewizora miejsca na Manhattanie. Nie sądziłam, że będzie to rzeczywiście możliwe w ciągu niespełna trzech dni. Faktycznie, nie udało się dotrzeć do Flatiron Building, do gmachu sądu, nie zdążyłam zapuścić się w głąb Brooklyn’u czy na północny kraniec Central Park. Ale i tak uważam, że zobaczyłam wiele w ciągu tak krótkiego czasu. Oczywiście późny wieczór i noc spędzałam grzecznie w hotelu, no ale przez trzy doby byłam mieszkanka Big Apple! Spełniało się moje największe wówczas marzenie. Żyłam mocno, intensywnie, wdychałam to wielkomiejskie spalinowe powietrze i chłonęłam każdą spędzona tam chwilę. Czułam się jak w swoim żywiole, poruszałam się po Manhattanie, jakby to była moja kolejna tam wizyta. Wiedziałam, z której stacji metra i linią jakiego koloru najszybciej dostanę się na południe, na wschód, do Central Parku, ile kosztuje bilet wstępu na szczyt Empire State Building, ile pięter pokonamy windą, z jaką predkością i że kiedy tam dotrzemy, będzie dokladnie po zmierzchu, więc uda nam się zobaczyć panoramę miasta nocą. NYC zawsze będzie mi pachniał białym HUGO BOSS WOMAN, zaczęłam go wtedy używać. Nigdy nie zapomnę śniadania w barze round the corner, wysokie stołki, niewybrednie wąski blat przy szybie…tak po prostu, przecież nie mieliśmy nic na śniadanie. Kto szykuje sobie kanapki w domu, gdy mieszka na Manhattanie?

Z mapą, małym przewodnikiem – czyli mną:) i aparatem fotograficznym (nie braliśmy kamery video w obawie przed kradzieżą:)) – teraz oczywiście tego żałuję, ale same emocje z tym związane wspominam jako nieodłączny element tej podróży:)) – rozpoczynam big day in the big city.


Times Square – pierwszy cel, TEN Times Square, dokładnie TEN, prawdziwy, pełen ludzi, neonów, ruchomych reklam, indeksy giełdowe, czas w innych rejonach świata, ludzie kolorowi, pędzący, niewzruszeni, zajęci... gdzie ja byłam wcześniej?:) Na samym środku placu jakaś gigantyczna kolejka, pewnie po bilety na koncert czy wystawę. Oczywiście mnóstwo yellow cabs, normalnie New York City!  Centrum świata! Dokładnie to czułam, gdy stanęłam na środku Times Square - to było centrum świata. I ja tam byłam.

Czułam coś jeszcze… głód! No tak, przecież to już południe, lunch time:) A skoro jestem w centrum świata – musiał i być MacDonald’s, piętrowy, z klimatyzacją, mnóstwem stolików i wyjątkowo bogatym menu. Już podczas podróży Greyhound’em zauważyłam, że menu MacDonald’s jest różne w różnych stanach. No, na Manhattanie było imponujące, bardzo podobały mi się dozowniki na ketchup i musztardę, ze specjalną pompką. hmm… teraz brzmi to może śmiesznie, o tej klimatyzacji i pompkach....ale wtedy wydawało mi się to wszystko takie.. miejskie, nuworyszowskie:) Zajadałam więc frytki z mild ketchup i kanapkę, patrząc z wysokości pierwszego piętra na ruchliwe Times Square. Nie zapomina się takich momentów....

Właśnie, momentów, plan zwiedzania był bardzo bogaty i nie dopuszczał żadnych zmian, przesunięć, a tym bardziej rezygnacji z któregoś z punktów, dlatego chwilki takie jak ta musiałam zamknąć sobie w sercu… i gnać dalej:)





42nd Str na wschód w kierunku przepięknego Chrysler Building – ogromniasty, srebrzysty...nie wierzę, że tu jestem! Jest jednym z tych budynków, o których obowiązkowo wspomina się we wszelkich przewodnikach i albumach o NYC. A także jednym z symboli Manhattanu, jego znaków rozpoznawczych. W telewizji i na zdjęciach tak naprawdę widać głównie sam szczyt Chrysler Building, czyli wierzchołek wzorowany na lśniącej pokrywie silnika czy chłodnicy,  Chrysler’a własnie. Tymczasem, stojąc przed budynkiem, na chodniku, na dole, obraz wierzchołka wyciąga się gdzieś z wyobraźni i pamięci, bo on sam jest po prostu zbyt wysoko:) Dziesiątki metrów nad głową. Otoczony innymi drapaczami.

Generalnie cała ta część ulicy, praktycznie większości Manhattan’u, to głównie stal i szkło, np. Trump Building, którego dolna część całkowicie pokryta szklanymi płytami, cudownie odbija przeciwległe budynki, zwłaszcza w słoneczny dzień, tworząc niesamowite wrażenie. Obok stali i szkła, reszta Manhattan’u wydaje się być... stale w remoncie, rusztowania, metry rozciągniętej na ścianach budynków folii, robotnicy na wysokości i oczywiście rozkopane ulice. 

Dalej, przy 42nd i Park Avenue, ciasno, między strzelistymi sąsiadami, jakby nieśmiało, stoi Grand Central Station. Zabawne… i jednocześnie ekscytujące, poznać  i dotknąć miejsca, które zna się ze zdjęć i z obrazów w telewizji. Okazuje się nieraz, że przypisywana im świetność i niezwykły czar jest chwytem komercyjnym, w rzeczywistości budynek jest sztuczny, jest tylko murem. Na szczęście w przypadku takich miejsc jak Grand Central, jest zupełnie odwrotnie. Dworzec jest … jakby to powiedzieć … mniej… dostojny(?), niż mi się wydawało, że będzie, w sumie przecież - nazwano go grand, ale ma w sobie duszę, ma życie, uśmiecha się poczciwie i zapraszająco do podróżnych, oferując w swoich podziemiach przepustkę do początku przygody, nowej podróży. Grand Central Terminal, bo tak brzmi jego właściwa, aktualna nazwa, to największy dworzec kolejowy na świecie - pod względem liczby peronów. Ma ich czterdzieści cztery.
 


 
 
 Grand Central Station jest starym, niewysokim, szarym budynkiem, z kolumnami, figurkami i nieodzownym (znanym z każdego zdjęcia) zegarem z XIII w. Pamiętam, że zawsze bardzo chciałam zobaczyć wnętrze stacji. Okazało się - mimo wszystko - bardzo dostojne:) Hala nic a nic nie przypomina typowego wnętrza dworca PKP:) Stylowa, ozłocona promieniami słońca oryginalnie mieszającymi się ze sztucznym oświetleniem. Pełna spieszących się podróżnych, ginących w jasnych tunelach prowadzących na perony. Pomiędzy nimi leniwie rozglądający się i pstrykający zdjęcia turyści.
Podobało mi się, zaliczone. Zaliczone - brzydko mówiąc, ale zegar tyka…Dokąd dalej?

Dalej na wschód w kierunku East River. Dotarliśmy niemal nad brzeg rzeki – w okolice gmachu United Nations. Nie pamiętam już nawet, czy było to jedno z miejsc, które trzeba koniecznie zobaczyć w NYC, czy też byłam go bardzo ciekawa. W sumie, przyciągnęła mnie tam ponad normalna ilość wozów policyjnych i strażackich, czujnie zaparkowanych wokół UN Park, na kóry od miesiąca (9/11) nie było wstępu. Docieranie do takich miejsc i ich ciche odwiedzanie miało być wyrazem przyłączenia się do żałoby po ofiarach WTC, znakiem, że przeżywamy i pamiętamy. Całe miasto przecież znowu gna, pędzi, ale są miejsca, gdzie każdy się zatrzyma i podziękuje, że żyje. Podobnie było na Wall Street.
Ale to jutro...

Od brzegu East River, rozpoczyna się „odliczanie” nazw alei na Manhattanie. Aleje – o kierunku północ-południe – mają swój numer, począwszy właśnie od 1st Ave przy East River, im dalej na zachód, tym numer większy. Natomiast ze wschodu na zachód ciągną się ulice ze swoimi numerami, od 1 – na południu do ponad 140 – na północy.

Z United Nations Park ruszyliśmy więc na zachód mijając kolejno 1st, 2nd, 3rd, Lexington, Park i Madison Ave, aż do 5th Ave – tej szczególnej:) Przy 5th Ave mieści się największa w Ameryce Północnej katolicka katedra – St. Patrick Catedral. Hmm…jeśli ma być odzwierciedleniem liczby katolików...(...)
Katedra jest piękna zarówno wewnątrz jak i z zewnątrz, ginie między nowoczesnymi, wysokimi budynkami, wydaje się krucha i niewielka, jak kościółek. Wnętrze pełne ludzi, ale ludzi – turystów, którzy – miałam wrażenie, że skłonni byli prawie poprosić księdza, aby rozpoczął mszę później, bo nie zdążą zrobić zdjęcia albo przesunął się trochę w lewo, bo zasłania ołtarz. Mało kto usiądzie w ławce, uklęknie. Rozpoczęła się wieczorna msza, zostaliśmy chwilkę. Na ławkach porozkładane były ulotki z krótkm opisem historii katedry, planem mszy i słowami pieśni. Kościół św. Patryka w tym momencie sprawiał wrażenie obiektu muzealnego, kolejnego punktu z planu zwiedzania, o którym czyta się z przewodnika lub z uwagą słucha oprowadzającego, który tłumaczy który to wiek, jaki styl i jakie wyznanie. Dla mnie to przecież w pierwszej kolejności kościół. Wyjątkowy, bo na piątej alei w sercu Manhattan’u, wyjątkowy również, bo katolicki:) Pewne moje dotychczasowe oczywistości, w Stanach Zjednoczonych Ameryki okazywały się zupełnie nieoczywiste.

Zbliża się wieczór, jest ciepło, mimo, że to przecież połowa października. Większość dnia spędziłam na nogach, tyle ulic, alei i parków, i tyle jeszcze przede mną…

Uderzamy wprost na Rockefeller Center z GE Building, Radio City Music Hall, studiem NBC i .. odkrytym lodowiskiem.

 
to be continued...





Tak. Zawsze bardzo chciałam - marzyłam o tym - żeby po prostu BYĆ  w New York City. Być, stanąć na jednej z ulic tego miasta, oddychać jego powietrzem, dotknąć i uwierzyć, że nie jest tak zupełnie nieosiągalne. Przekonać się, że – jeśli bardzo się tego pragnie, tak bardzo, jak ja – można znaleźć się we wszystkich tych miejscach, które „przed” – z westchnieniem zazdrości, zmieszanej z pożądaniem – chłonie się z przekazów telewizyjnych i fascynujących opowieści sławnych ludzi. „Potem”, ze spokojem w sercu, można przypomnieć sobie siebie tam. Teraz, moje „po” niezmiennie mnie wzrusza, a uczucie zazdrości wróciło, spotęgowane jeszcze chęcią powrotu.





Kiedyś przeczytałam, ze jeśli czegoś pragniemy i naprawdę o tym marzymy, to cały wszechświat stara się ułatwić nam zdobycie tych marzeń, pomaga nam w tym.


Obym o tym nie zapomniała!>

Zapisane dawno temu, tekst zebrany w 2015

wtorek, 5 marca 2019

my life is today

Wczoraj zrobiło mi się bardzo smutno. Bardzo. Późnym popołudniem, gdzieś na instagramie, mignęło mi zdjęcie aktora Luke'a Perry. Jak zwykle (znowu...) szybko przerzuciłam kilka zdjęć i nie zastanowiłam się dłużej nad tym, że było czarno białe. Jednak w pewnym momencie zwolniłam, zatrzymałam się i przeczytałam o jego odejściu...
Massive stroke, age 52 biło z każdego zdjęcia. A potem beautiful person, kind and inspiring human being.
Luke Perry. Dylan. Beverly Hills 90210. Był starszy ode mnie o dziesięć lat. Idol. Obiekt nastoletnich westchnień. Wspomnienie z dzieciństwa. Zmarł.
Na IG pojawiły się pierwsze piękne wspomnienia o nim, spontaniczne, odruchowe. A mi zrobiło się smutno. Bo to trochę tak, jakbym go znała. Jakby był moim dawnym kolegą.

Jakby ktoś zapukał do drzwi mojego pokolenia i powiedział: dobra, teraz wasza kolej.

Wpatrywałam się w ten serial z otwartą buzią. Pilnowałam każdego odcinka. Nie mogłam się zdecydować, którą postać lubię najbardziej, z którą łatwiej mi było się zidentyfikować. Miałam kilkanaście lat, piętnaście, może szesnaście, chłonęłam nowości z telewizji, inny, amerykański, odważny świat.  Tak, dwadzieścia pięć lat temu, przepaść między nami a Ameryką była naprawdę spora. Wszyscy go oglądali, a w pokojach wieszało się plakaty z całą paczką z 90210.
Ja wiem, że to "tylko" serial, że kolejna postać z wielkiego świata, że Dylan właściwie wcale mi się wtedy tak bardzo nie podobał... Ale ta śmierć, wstrząsnęła mną, zasmuciła i kazała otworzyć szerzej oczy.

Ja. Lat 41. Nadal wszystko odkładam na później. Czekam na weekend, na wieczór. W poniedziałek wstrzymuję oddech i przeczekuję do piątku. Nauczyłam się żyć od - do, tylko w weekendy, a właściwie ich małą część. Nakładam sobie tak wiele zadań, że zanim zdążę je wszystkie ogarnąć, jest niedziela 22:00.
A co z resztą tygodnia? Co z dniem dzisiejszym? Z ostatnim ... pół-rokiem?

Odszukałam w moich wersjach roboczych szkic potencjalnego kolejnego posta. Jednego z serii tych, które czekają na dokończenie, czasem zbyt długo i emocje stają się nieaktualne. Pamiętam, że zapisałam w nim , w nim pewną wielce odkrywczą myśl, wyjątkowo po angielsku, bo tak mocniej mi brzmiała: my life is today. My life is today. Nie od jutra, ani od weekendu. Od dzisiaj, od teraz, od razu. Nie ma co odwlekać. Czas przestać zaciskać zęby i wzdychać byle do wiosny. Czas wypuścić powietrze, odpuścić wszystko, co męczy, przestać udawać. I zacząć żyć.
Mam 41 lat. On miał 52.

środa, 6 lutego 2019

mapa marzeń



Mapa marzeń... Podobno staje się bardziej prawdziwa z każdym kolejnym razem, gdy się na nią spojrzy. Pod warunkiem, że spojrzy się na nią życzliwie. Sporządzana intuicyjnie, koniecznie ze szczyptą niemalże dziecięcej nadziei i naiwności.
Powinna wisieć w widocznym miejscu w domu, żeby móc przystanąć i dać jej szansę stania się bardziej czytelną i oczywistą. Dać szansę sobie...
Mapa marzeń, planów i wyobrażeń. Tych z wielkiego świata i tych dotyczących nowej pary skórzanych kowbojek..
Mapa spraw osiągalnych i osiągalnych nieco później.
Mapa marzeń. Moja, teraz, zawęża się do najbliższych mi Osób. Niekoniecznie miejsc, ale właśnie do ludzi.
Dziś.
Szczerze mówiąc, tę moją wydobyłam spod sterty czekających do posegregowania papierów i książek. Nie leżała na wierzchu, nie patrzyłam na nią często... Była jak... wyklejanka... w chwilach słabości, rezygnacji i gniewu. Zła byłam na nią, a właściwie przecież na siebie, że nie wierzę w to wszystko tego lub tamtego dnia. Bo mapa przypomina o tym, żeby chcieć, nie poddawać się, żeby się starać. Kiedyś tak pięknie sama pisałam, myślałam i tak żyłam: wszystko jest możliwe! A ja wcale nie chcę, ani przypomnieć, ani możliwe!

Tak łatwo jest się poddać.
Na szczęście coś jednak męczy w środku. Nie pozwala do końca być głuchym.
Na szczęście są Ci bliscy, którzy podszepną, spojrzą, pomartwią się. Są.

Pewnego dnia, pewnie tak... znów wyruszę dalej, spojrzę na mapę i na siebie bardziej życzliwie, poprawię o parę szczegółów, coś dołożę, uaktualnię...





Powinnam spędzić ze sobą trochę czasu, pozadawać ważne pytania, żeby nie zapomnieć, dlaczego tak pragnęłam zmiany.
Przyzwyczajenie stoi zaraz obok wygody, a ta już blisko lenistwa...

Ale dam radę.
Dam radę.




Asiu - dziękuję :)