piątek, 7 sierpnia 2020

lawendowe lato





O lawendzie piszę co roku.
Lawenda każdego roku z nami jest, wyrasta u naszych stóp, rozsiewa się w niespodziewanych miejscach, choć zdecydowanie nie lubi nadmiaru deszczu. Uwielbia słońce i dużo ciepła. Przyciąga do siebie trzmiele, drobne białe motylki i zaprzyjaźnionych ludzi, którzy zaglądają, odwiedzają i zachwycają się tak, jak i my.
Czuć ją z rana i gdy wracam z pracy w środku popołudnia, czuć ją wieczorami, gdy ogród ogarnia przyjemny powiew chłodu. Mamy jej tak dużo, że postanowiłam zrobić z niej prawdziwy użytek.
Bukiety lawendowe - nie zliczę, ile udało mi się ich w tym roku ściąć, związać i rozdać. Wieszałam je na klamkach furtek wzdłuż całej naszej drogi. Porozstawiałam w chłodnych zakątkach naszego domu, bez wody, bo lawenda wody w wazonie nie lubi, nie lubi też być zmuszona do zbyt szybkiego schnięcia. Traci wówczas aromat i kolor. Kruszy się i sypie, przez co traci część swojego wdzięku, nie jest więc, wbrew pozorom, łatwym kwiatem do suszenia, potrzeba troszkę wiedzy i szczęścia, żeby zaczarować ją z sukcesem i móc cieszyć się nią przez zimę. Ciągle się tego uczę, niestety w tym roku intensywne deszcze bardzo przyspieszyły moment kwitnienia, otwierania się główek i wręcz przekwitnięcia. Byłam wściekła, naprawdę wściekła i rozżalona, ponieważ nie zdążyłam ściąć jej w odpowiednim momencie...

Udało mi się jednak ocalić  i tak sporo lawendowych gałązek, które - ususzone i przechowywane w ażurowym, tkaninowym woreczku - będziemy dodawać do ognia w kominku w zimowe wieczory.
Przygotowałam też kilkadziesiąt słoiczków z miodem lawendowym, jest to, co prawda, zupełnie sztuczny miód, ale smak jest naprawdę zaskakujący, przyjemny i wyczekiwany co roku przez parę Osób:)








Na miodzie nie poprzestałam! Po raz pierwszy pokusiłam się o prawdziwe home made cudo - hydrolat lawendowy💜 czyli skroploną parę z wody lawendowej. Przepis znalazłam w internecie, specjalistyczny sprzęt zastąpiłam garnkiem z odwróconą pokrywką i cegłą. Uzyskałam całkiem zadowalającą ilość czarownie lawendowej wody, którą wzmocniłam naturalnym konserwantem z rzodkwi (Leucidal Eko), dla przedłużenia jej trwałości. Magiczny płyn trzymam w lodówce, używam zamiast wody termalnej na twarz i do spryskiwania pościeli przed snem. Cudowności!
Z przyszłych zbiorów otwieram małą manufakturę na szerszą skalę...:)













Lawenda zdobi nasz dom i nas. Dzięki niej udaje mi się sprawić innym radość, utrzymywać kontakt z rzadko widzianymi osobami, uwielbiam ją w naszym ogrodzie. Nie trwa, co prawda, wystarczająco długo. Co roku czuję niedosyt, ale ten lawendowy czas, latem, jest tak intensywny, a zapach krąży wokół na tyle zachwycająco, że udaje mi się ostatecznie pogodzić z cięciem i przekwitaniem. Z upływem lata udaje mi się pogodzić. Wiem, że w kolejnym roku znowu będzie jej wszędzie pełno, a moim dłoniom wystarczy praca przy lawendowych gałązkach, zamiast najdroższego balsamu, żebym poczuła się luksusowo, jak w podróży, jak w Prowansji...

Zapraszam Was wkrótce na śniadanie na tarasie, z lawendą w tle...









czwartek, 6 sierpnia 2020

stary kredens



W domu Dziadków, w piwnicy, pod schodami, stał stary kredens. Stał tam, odkąd pamiętam, pod grubą narzutą starości i zapachu kurzu, z pękniętą szybką w nadstawce. Styl i kolor z lat pięćdziesiątych, w zmęczonym odcieniu seledynu, choć może to był jaśmin . Jedne drzwiczki nie domykały się, innych za nic nie można było otworzyć, jakby kryły za sobą niezwykłe tajemnice sprzed lat. W lewej szufladzie leżało kilka zardzewiałych narzędzi i dwa niewielkie ciemnometalowe klucze, takie, jakich używa się do furtek, jeden z nich musiał leżeć tam, w nieprzerwanym oczekiwaniu, od wielu, wielu lat, zostawiając pod sobą jasny, wyraźny kształt, ślad, odbicie. Jak cień, bo nie dało się go rozmazać palcem. W prawej szufladzie leżały śrubki, chochelka do sosu i szklane wieka od słoików, z drucianymi obręczami. Środkowa szuflada podzielona była na dwie części: wysuwaną deskę do krojenia chleba, a pod nią trzy przegródki na sztućce. Stary kredens wydawał się być zupełnie nieciekawym. Miał święty spokój, bo, choć kurzu o dziwo za wiele nie było, to jednak nie zachęcał do zwrócenia na siebie uwagi. Stał niby to w przejściu, ale niemal pod schodami, w ponurym kącie, na zakręcie do dużo ciekawszego pomieszczenia, gdzie Babcia przechowywała przetwory: słoiki z najlepszymi na świecie kiszonymi ogórkami i kompoty wiśniowe. Okazał się jednak meblem nader niezbędnym, niewzruszenie przyjmował Babcine i Dziadkowe zbędności, te na później i na wieczne nigdy.


Czasem dopiero dotkliwa strata i śmierć zbyt bliskich nam Osób, uwalnia nieznane dotąd ciepło, to pod opuszkami palców, gdy przecieramy Ich mebel z kurzu, a zapach przeżytych lat staje się niemal wzruszający, ze swą zdolnością do przywołania najczulszych wspomnień. Ileż to razy przechodziłam obok tego kredensu, w drodze po słoik ogórków do obiadu lub dziesiątki innych przedmiotów, odłożonych tam przez Babcię, po które kazano mi zejść do piwnicy. Jakże ja nie cierpiałam tych wypraw, bo nigdy nie mogłam znaleźć tego dokładnie słoika za pierwszym razem, a potem okazywało się, że Babcia miała na myśli trzecią półkę od dołu w szafce przy drzwiach, a mi kazała szukać na drugiej przy oknie. Ot i tak było zawsze. 
Ile ja bym dała, by zejść po tych schodach jeszcze raz... I do Babci się przytulić i móc Dziadka posłuchać, jak opowiada o tym samym, o czym zawsze opowiadał...

Gdy nie pozostało nam nic innego, tylko sprzedać dom po Dziadkach, każde z nas po cichu płakało, a potem, cierpliwie dzieliliśmy się między sobą najdrobniejszymi przedmiotami. Od małych figurek z werandy, po kredens z piwnicy. Nie miałam wątpliwości, że musi on trafić pod nasz dach.
Po roku wietrzenia, zabraliśmy się za jego renowację. Zyskał nowe kolory, gałeczki i uchwyty, Bartek zadbał o to, żeby każde drzwiczki udało się otworzyć i zamknąć, nie zmieniliśmy szybek, ta jedna nadal jest pęknięta. Tego lata stary kredens jest głównym bohaterem naszych śniadań na tarasie i wieczorów ze znajomymi. Nie stoi już w kącie, pasuje idealnie do naszego domu, czasem przechodzę obok niego specjalnie, żeby pod opuszkami palców poczuć jego dawne ciepło...




















niedziela, 2 sierpnia 2020

home all included



W ciągu ostatnich kilku lat, zawsze po powrocie z wakacji, zostawiam na blogu wspomnienia i opisy naszych wyjazdów. Każdą z podróży odbywam ponownie, przygarniając do siebie, jeszcze raz, cudowne momenty, widoki, spotkanych ludzi, niespodzianki i zaskoczenia. Życie może być naprawdę przyjemne! Jak wiele zależy jednak od naszego nastawienia...



Wystarczy, że wyłączę komputer, zapomnę, gdzie odłożyłam telefon, a otwierają się przede mną drzwi do innego świata. Zmywam makijaż z brody i policzków, siadam na brązowym fotelu na naszym ganku. Stary ten fotel, w stylu lat siedemdziesiątych, jeszcze z mieszkania cioci Lusi i Krysi. Obity skórą w odcieniu mid brown, z drewnianymi podłokietnikami. Mamy takie dwa. Niemal identyczne widziałam ostatnio na stronie Williams Sonoma...
Ptaki świergoczą niemiłosiernie, pospiesznie, wręcz niecierpliwie, a ja mam wrażenie, że od zeszłego roku minęły lata. Znowu śmieję się głośno, zwłaszcza, gdy porzucam media i wiadomości. Kot bawi się u moich stóp, niezauważony przez naszego psa. Choć tylko chwilowo. Zeszłego lata nie miałam ani kota, ani psa, ani czasu. Ani koronawirusa. Wiele się zmieniło, bardzo. Zmieniliśmy się my, nasze relacje z częścią znajomych, nasze plany na wakacje, podróże, przyjemności. Początkowy strach, związany z wirusem, stopniowo przegrywał z odruchową i wpisaną w każde, przecież, lato, potrzebą wyrwania się z domu na tydzień lub dwa. Potrzebą wyjazdu, podróży, nowych ścieżek, bocznych uliczek, nieznanego. Rozsądek wygrywał jednak każdą z naszych małych i większych bitew z sercem i dusznością. Zaplanowane na lipiec Domaso nad jeziorem Como, pomimo wszystko, spakowaliśmy do papierowej łódeczki i pozwoliliśmy odpłynąć w bliżej nieokreślone może kiedyś. Dwudniowy smuteczek przyniósł jednak ulgę z powodu wreszcie podjętej decyzji co do naszych wakacji. Czasem chodzi własnie o tą decyzję, kończącą męki wahań i wątpliwości. To lato postanowiliśmy spędzić w cudownym domu, pełnym i Prowansji, i włoskich smaków, wygody, dobrej kawy, pysznych śniadań i romantycznych wieczorów. A, i co ważne dla nas w tym roku, właściciele ukochali naszą Truflę:)




Nasz dom jest cudowny, z każdym krokiem, który pokonuję od drzwi do bramy, pomiędzy drzewami, krzewami lawendy, z Truflą plączącą się nieodzownie, napawam się spokojem, który mi daje. Ułożyłam sobie w głowie, że włoskie westchnienia przy wschodach i zachodach słońca, spędzone nad brzegiem jeziora lub widok na góry podczas śniadania, kawy i kąpieli w basenie - musi poczekać. I, w sumie, jedynie tego jeziora mi brak i gór na horyzoncie każdego dnia, bo wszystko pozostałe mam przecież. W zasięgu ramion i kilkunastu kroków do furtki.


O śniadaniach i pełnej ofercie cudownego domu - w kolejnych postach:)



















niedziela, 26 lipca 2020

appassionato




Przez dwanaście lat, równolegle ze szkołą podstawową i liceum, chodziłam do szkoły muzycznej, głównie na lekcje fortepianu. Grałam z nut i na pamięć. Najpierw gamy i pasaże, potem etiudy, sonaty, preludia. Bacha, Chopina, Rachmaninowa, Clementiego, Debussy'ego. Przy tej samej Pani Gniazdowskiej.
Miałam też lekcje umuzykalnienia, harmonii, historii muzyki, kształcenia słuchu. Akompaniament i chór. Rozmów tysiące na każdy temat i wsłuchiwanie się w czarowną grę kolegów podczas przerw między zajęciami. Siedzenie na podłodze, wyłożonej wykładziną na szkolnym korytarzu, dużo śmiechu i fantastyczni ludzie. Nie zdążyłam zbyt długo posiedzieć na placu zabaw, bo z jednej szkoły szłam do drugiej. Popołudniami zachwycałam, bardziej lub mniej, moich blokowych Sąsiadów, grą na pianinie. A oni, ani razu przez te dwanaście lat, nie mieli mi za złe całej gamy prób i błędów, fałszów i brzdękolenia, za co jestem im niezmiernie wdzięczna.





Czerń i biel klawiszy śniły mi się przez długi czas po skończeniu szkoły, ale nigdy (do niedawna) na poważnie nie wróciłam do samego grania. Jeszcze przez kilka lat po dyplomie zdarzało mi się, odruchowo, ustalać w myślach który to interwał wygrywa, gwiżdżąc, przejeżdżający pociąg. Widziałam zarys melodii na pięciolinii każdej piosenki. Łapałam się na tym, że czegoś mi brakuje, że przecież pani czeka w pustej sali z czarnym fortepianem, a ja nie przycięłam paznokci i nie poszłam na lekcję...


Nigdy jednak nie byłam wirtuozem. Raczej odtwórcą. Czerwieniłam się już podczas otwierania klapy klawiatury. Moje stare pianino, z pękniętą płytą, z nigdy nie dostrojonymi klawiszami F i h2.  Miało niemal sto lat, gdy trafiło do naszej rodziny i czekało, aż ktoś na nowo wydobędzie z niego coś więcej, niż W las kotek na płotek, czy Dla Elizy. Okazało się, że tym kimś będę ja. 
Jednak po po dwunastu latach ponownego życia, znowu stało się meblem. Nie grałam ani podczas studiów, ani w Stanach. Nie zabrałam go ze sobą z mieszkania mamy. Po wybudowaniu naszego domu, nie potrafiłam znaleźć miejsca na to pianino. Teraz wiem, że nie była to kwestia fizycznej przestrzeni. Musiałam je znaleźć w sobie.

Pewnego dnia, zupełnie przypadkiem, spotkałam dawnego Sąsiada z piętra wyżej, kolegę z dzieciństwa, który mieszkał nad nami w bloku. Po wstępnych uprzejmościach zapytał wprost, jak potoczyła się moja kariera związana z graniem na pianinie? Na szczęście nie czekał długo na moją przykrą odpowiedź, bo sam roztoczył przede mną wspomnienia dźwięków pięknych utworów, które słyszał przez całe dzieciństwo, zupełnie pomijając początkowe lata etiud i pasaży, które po prostu MUSIAŁY go wkurzać. Nie, nie wkurzały. A kumple, którzy go odwiedzali, z którymi grał na komputerze, dopytywali go o tą laskę od Szopena... Mówił do mnie z podziwem i szczerym westchnieniem, jakie robi się wspominając coś naprawdę miłego... 
Po tej krótkiej, zaskakującej rozmowie, wracało do mnie pytanie: co ja zrobiłam z moim talentem? z umiejętnością? z muzyką?
??

Któregoś kolejnego dnia, tak zwyczajnie niezwykłego, jakie uwielbiam sobie uświadamiać od parunastu lat życia z moim Bartkiem, oglądając razem film, usłyszałam Światło księżyca Claude'a Debussy. Przepiękny, bardzo znany utwór, często wykorzystywany, grałam go na dyplomie, znałam na pamięć tonację, pierwsze dźwięki, przypomniałam sobie emocje, w które wchodziłam podczas gry, konieczne do wiarygodnej interpretacji. Muzyka zawsze przecież o czymś mówi, nie jest wystukaną palcami melodią, a raczej opowieścią, pełną piano i mezzoforte, largo lub vivace (tak, tak, wszystkie one zapisane są zawsze po włosku!). Siedząc tak na kanapie, wzruszyłam się, jak zawsze, gdy uświadamiam sobie te dwanaście lat i gdy pod palcami czuję niewidzialne białe i czarne klawisze, a z nich melodię każdą, moją. Palce same układają się do gry.
Szepnęłam, że to umiem, że grałam, że to mój utwór... a Bartek jakby na to czekał. Z ulgą niemal wskazał miejsce w naszym salonie, gdzie już widzi moje stare pianino, cierpliwie czekające na ten moment w mieszkaniu mamy. Miesiąc później stanęło w idealnym kącie przy wyjściu na taras. Idealne. Doczekane.




Do dziś zagram to, co zobaczę w nutach. Wystarczy rozgrzać palce, ustawić kartki z pięcioliniami zapisanymi muzyką. I grać. Bartek poprosił mnie o swoje ulubione utwory, które dotąd słyszał na youtube. Fortepianowe. Wyszukuję zapisanych nut ukochanych fragmentów soundtracków. Wracam do mnóstwa własnych starych nut, pożółkłych, podartych, ale bezcennych, bo z ręcznie zapisanymi uwagami mojej Pani Gniazdowskiej. 

Udało się nastroić F i h2. Udało się zaprosić na właściwe miejsce większość dźwięków. Z radością odkrywam, że moja gra nikomu nie przeszkadza, a po podniesieniu rąk znad klawiatury, słyszę oklaski:)
Gram. Gram na moim starym pianinie. W naszym domu słychać muzykę na żywo. Uwielbiam...









czwartek, 16 lipca 2020

szuflady



Pośród domowych planów na uporządkowania i odkurzania, zaglądam do dawno nie otwieranych szuflad.
W jednej z nich znajduję nie odkładane na później wspomnienia. Dzieje się tak za każdym razem, gdy, niby niechcący, ją otwieram. Nie odkładane, bo nie miałam o nich zapomnieć. Gdy były całkiem świeże, wystarczały mi do oddychania. Tak naprawdę wspomnieniami nie miały nigdy się stać. Ziszczone do połowy marzenia o życiu w Ameryce, pośród koni, kowbojów i Gór Skalistych. I stare uczucie, które miałam nazywać miłością. Z biegiem lat nabrało jednak konturów niespełnionego, młodzieńczego zauroczenia, a wspomnienia wyblakły i ucichły. Ale szuflada pełna jest starych listów, które słałam do domu, map, biletów i zapachu orzechowej kawy. Otwieram to stare, puste już opakowanie, zaciągam się resztą aromatu i widzę siebie tam. Tak dawno. Zamykam jednak tą szufladę, jakbym miała nie unieść ogromu tych nie zapisanych wspomnień, jakby nie dość jeszcze czekały lub miały na zawsze pozostać tymi, z poprzedniego, niepowracalnego życia.

Jest też szuflada z odręcznie wykaligrafowanym napisem tata. Miał takie piękne pismo, jedno z bardzo niewielu moich z nim skojarzeń. Pisał listy. Tylko z czasem było u niego gorzej.
I ta szuflada, która potencjalnie miała szansę pozostać pusta, po czym wypełnić się traumą, uprzedzeniami, oziębłością, pełna jest matczynej miłości, która zajęła się nami tak mocno, że aż trudno tu mówić o "zastąpieniu". Życie z odrobiną taty płynnie przeszło w życie bez niego. Brak odczuliśmy kilka dobrych lat później, gdy, jako młodzi już ludzie uświadomiliśmy sobie potęgę decyzji, którą niegdyś podjął nasz ojciec. Trudno mi powiedzieć, czy i jaki faktycznie miało to na mnie wpływ. Nie zauważyłam traumy, jednoznacznych zachowań, typu odrzucam facetów, przyciągam tych złych. Nigdy tego nie analizowałam, ani nie próbowałam wpasować się w którąś ze standardowych ramek, serwowanych w internecie. Uznaję, że jestem sobą, indywidualnym przypadkiem, albo i nie przypadkiem, lecz jedną z milionów osób, które nie czepiają się swojego wychowania bez ojca, jako wymówki, usprawiedliwienia, czy powodu do czegokolwiek.
Choć... jest jedno małe coś - wzruszenie moje, gdy widzę, jak oczywista jest obecność taty w życiu naszych dzieci, jak wielkie mają szczęście. Wzruszenie, gdy odkrywam, z czym zwraca się do swojego taty kilkuletni chłopiec i wchodząca w nastoletniość dziewczynka. Ciekawa jestem i tych przyszłych odkryć, zachowań i relacji między nimi, bo my nie mieliśmy szansy ich poznać.

Jest jeszcze i ta jedna szuflada, pusta, bo jej zawartość noszę pod pachą przez cały dzień:)
Moje myśli i historie, które potrafią zaplątać się wokół najzwyklejszych sytuacji lub momentów. W sumie, ciężko się otwiera, więc nigdy nie domykam jej z powrotem. Dziwne to, bo jest pusta, bo nie zapełniam jej zapisanymi historiami, one ciągle ze mną chodzą, takie fruwające, choć nie mniej piękne... choćby to życie przy naszej ulicy, pełnej niezwykłych ludzi, tworzących fascynujący organizm, dzieci i ich przygody, których nazbierałoby się nie mniej, niż w Bullerbyn. Mały, biały domek, tajemniczy ogród, parę konfliktów, wspólni wrogowie, a na końcu nienazwane, ciche przyjaźnie, relacje splecione ze sobą przez lata, życie, pełniejsze, niż można by sobie wymarzyć.
Lawendowy kram, spanie pod namiotem we własnym ogrodzie, spotkania przy płotach, szczekanie psów i szum przejeżdżających przez naszą wieś pociągów. Szeleszczące na drodze kamienie, ciepły wiatr w koronach coraz to wyższych drzew,
Wieczorami wkładam te historie do niedomkniętej do końca szuflady, siadam na schodkach na ganku, żeby za chwilę zabrać się za przycinanie lawendy, przed kolejnym deszczem. Usiedzieć nie mogę, nie potrafię. Obiecuję sobie zająć się i wspomnieniami i historiami, zapisywać choć skrawki, choć parę okruchów każdego dnia zapisać, bo pod tą pachą w końcu się nie zmieszczą. Tym bardziej, że jutro nowa myśl się pojawi, nowy widok lub rozmowa. Jutro! O tak, to plan na jutro. Szuflady uporządkować, wspomnień nie odkładać na później. Historie zapisać. Jutro. Jak tylko się z tą lawendą uporam...