niedziela, 16 stycznia 2022

apple cider i czarna róża z paczulą


    

W życiu zdarzają się momenty tak niezwykłe i niespodziewane, wpadają nagle, jakby przelotem, a przynoszą obrazy sprzed lat, niemal dotykalne, niemal namacalne, czułe i pachnące tamtym dniem. Być może niewielu się to zdarza, a może każdemu. Mnie zawsze zachwycają, i choćby nawet wspomnienia z nimi związane nie miały być tymi najlepszymi, są to przecież moje wspomnienia, czyli część mnie. Z wiekiem człowiek uczy się nie wyrzekać się ich, a dzięki wielu może więcej zrozumieć z tego, jak się we własnym życiu odnalazł.
Ostatnio miałam okazję rozmawiać o sobie z obcym mi człowiekiem. Szybko nawiązana niezobowiązująca nić porozumienia, sympatia i nienazwane zaufanie. Być może wynikały z różnicy wieku, być może ze świadomości, że wymienione słowa pozostaną w nas bez ciągu dalszego. Pozostaną lekkie i nie wrócą obciążone oceną. Po prostu nie spotkamy się więcej. W ciągu godziny opowiedziałam mu o najważniejszych momentach mojego życia, wybierając dość spontanicznie i w ogóle nie chronologicznie obrazy z młodości, dzieciństwa i z minionego tygodnia. Starałam się być sprawiedliwa w opisie tego, co mnie spotkało, jak i tego, jak potrafię wspominać to dzisiaj. Oczywiście nie jest to do końca możliwe, ale starania przynoszą sporo frajdy, choć i niemało trudności. Gdy skończyłam, odetchnęłam, odkrywając w sobie i ulgę, i niedowierzanie, poczułam się jak autor, jak malarz, jak pisarz przypatrujący się temu, co sam stworzył. Usłyszałam swoją własną historię, wypowiedziałam ją na głos i przyznam, że wydała mi się niezwykła! - bardzo bogata, emocjonalna. Zdałam sobie sprawę, jak wiele już za mną, jak wiele już przeżyłam, nazwałam to, kim jestem. Na głos właśnie. To więcej, niż noszona w sobie świadomość. To budujące ćwiczenie, zwłaszcza dla tych, którzy zawsze mieli problem ze zdrowym chwaleniem się, mówieniem o sobie, dla tych, którym wydaje się, że nic takiego szczególnego w sobie nie mają. A mają. I to naprawdę niesamowicie szczególnego, jedynego w swoim rodzaju...

Od dziecka byłam chwalona. Za oceny, za grę na fortepianie, za cichą dziecięcą rozważność. Wstydziłam się tego chwalenia, policzki mnie piekły, nie przepadałam za tym, że ktoś zbyt długo zwraca na mnie uwagę. Później wstydziłam się chwalić tym, co udało mi się osiągnąć - uporem, pracą, wyrzeczeniem, zwłaszcza tą Ameryką nie potrafiłam się dzielić tak, jak na to zasługiwała. Na szczęście wraca do mnie w różnych momentach mojego życia, przytłumiona, zmieniona, niemal już zapomniana. Ale wystarczy świeca o zapachu czarnej róży i paczuli ustawiona w kuchni rodzinnej gdzieś między świątecznymi daniami i smak gorącego apple cider z dużą ilością goździków i cynamonu, bym mogła znów przenieść się do drewnianego wnętrza Willow Boutique w Montanie, gdzie pracowałam i o którym mogłabym opowiadać godzinami. Namacalne i niezwykłe. Moje momenty i miejsca. Moje zapachy i smaki. Moje emocje i życie. Cała ja. Ze wszystkim dobrym i tym mniej dobrym, ale dzięki któremu dotarłam do dziś z Ukochanymi mi Bliskimi Osobami. Przeczytałam gdzieś, że czasami nie cel jest najważniejszy, ale sama droga i to, co po drodze robisz, kogo spotykasz, czego się o sobie dowiadujesz. Ja swojej nie kończę, dalej nią podążam, ciesząc się na to, co może przynieść i pielęgnując to, gdzie już byłam.



czwartek, 13 stycznia 2022

spacerem po życiu


 Czasem do pisania zachęci człowieka moment, w którym zrobił już wszystko, pozamiatał, poodstawiał, porozwieszał i pozamykał. Zgasił światło i usiadł na drewnianym zydlu w kuchni. Bierze oddech, z wydechem wypuszcza napięcie. Spokój. Myśli. Piszą się...

A gdy wizja taka nadal pozostaje niedościgniona, gdy przez lata nie następuje, pozostaje tylko jedno... zachorować, opaść z sił i delegować innym ile tylko się da ze służbowych i domowych zajęć. Dopiero wtedy znajdzie się na to pisanie czas. Choć zachorować też trzeba umieć. To znaczy trzeba umieć przyznać się przed sobą samym i chorobę swoją uznać. Tak. Mogę nie pójść do pracy. Tak, potrzebuję odpocząć i zaopiekować się sobą i pozwolić innym w końcu zaopiekować się  mną. Świat na początku trochę się zawali. Ten widziany moimi oczami. Bo kanapki źle złożone, bo koszulka na wuef nie wyprasowana, bo mleko się skończyło i chleb. Wszystkich poniesie burza, ale po burzy zawsze w końcu wychodzi słońce. Choćby za oknem było nawet minus osiem.

Przechadzam się więc po naszym domu, między pokojami i kuchnią, między dniami i świętami, przysiądę na sofie, na krześle, na podłodze. Za oknami śnieg, biel na dachach i na czubkach iglaków. Mróz od rana czaruje malunkami na szybach od wschodniej części domu. Ledwo zdążę dotknąć palcami zimnej tafli, oszronionej kształtami gwieździstych płatków, a już promienie słońca ogrzewają je, ukazując pobliski lasek na tle jasnego nieba. Przed dziesiątą rano zdążę wyprawić rodzinkę do szkoły i pracy, potrzymać kciuki za sprawdzian z matematyki, popatrzeć, jak słońce przesuwa się po ogrodzie zimowym. Zdążę okruszki ze stołu zgarnąć i nasypać Trufli karmy, zdążymy pobawić się przez chwilę na podjeździe, zanim w ramiona chwycę drewna do kominka. Bardzo lubię ten moment. Drewna poukładane są przy szopie, jakieś czterdzieści kroków od domu. Dźwigam je dzielnie, drepcząc ostrożnie po śniegu, bo nie widzę, co mam pod nogami. Staram się iść po wydeptanych wcześniej śladach, które mają być gwarancją, że nie wdepnę w niesprzątnięte psie gówienko, schowane gdzieś pod śniegiem. I czuję się, jak mała Ania z Zielonego Wzgórza, z czapką niesfornie naciągniętą na głowę, w roboczych rękawiczkach, bez makijażu, z uśmiechem lekkim schowanym w szal idę w kierunku domu. Drewno mi ciąży cudownie, wokół mnie zima, całe dwa schodki na ganek obsypuję drobinkami kory, pies plącze się pod nogami. Uwielbiam!

Przed dziesiątą zdążę jeszcze zadzwonić do pracy, zaparzyć kawę i herbaty dwie na zapas. Miód, mleko i cynamon. Telefon do mamy. Książki czekające na ławie, aromat świecy o zapachu czarnej róży i paczuli. Dom pachnie resztkami grudnia i niechęcią do wypatrywania wiosny. Kocham Włochy latem, ale moja dusza jest zimą. 




Kilkanaście dni temu wylogowałam się z instagrama. Odcięłam kupon, dość spontanicznie tym razem, i poczułam się wolna. Okazało się, że pięknych obrazów mam wokół siebie mnóstwo. Jak dobrze jest zobaczyć je na żywo i porzucić mimowolne obserwowanie marnych i sztucznych kreacji wrzucanych do sieci przez obcych zupełnie ludzi. Internet jest i moją słabością, ale przeraża mnie coraz bardziej, przeraża mnie ilość głupot, jaka serwowana jest i konsumowana w świecie, którego nie można ani zweryfikować, ani dotknąć. Dzięki mediom mamy być bliżej, ale zdecydowanie oddalamy się od siebie samych i od siebie nawzajem. Czemu nie wystarczają już własne cztery kąty? Czemu potrzeba ich tysiące? Katalogi, zakładki, biblioteki, roomy, grupy. I to, co uderza mnie ostatnio najbardziej: udowodnij, że nie jesteś komputerem... 

Mogę to udowodnić tylko w jeden sposób.





środa, 22 grudnia 2021

magia




Niech mi te słowa pachną dziś pomarańczami, goździkami i cynamonem!

Tak bardzo magii mi trzeba w tych dniach. Wzruszenie z powodów wszelkich i nieoczywistych przeplata się z małymi katastrofami lub złośliwościami losu, które potrafią doprowadzić do weryfikacji własnego zdrowego rozsądku. A czasem i sensu życia! Na szczęście nigdy do myśli o rozwodzie. Bo tak naprawdę marzenia spełniają się nadal. Te stare i te zupełnie z wczoraj. Oprócz jednego, o smukłych ramionach i samej siebie sprzed dziesięciu kilogramów. Ale cóż. Co by to było, gdyby i to się spełniło? Może by mi szajba odbiła?

Tak mi magii bardzo trzeba w tych dniach. Telewizor wyłączyłam. W radio same reklamy. To, co dzieje się w naszym kraju przygnębia. W głowie przestało się mieścić już dawno temu. Wyrosłam w bezpiecznym świecie, pomimo rozwodu rodziców, stanu wojennego, pustych półek, kolejek, braku wszystkiego, nawet tego, o czym człowiek nie pomyślał, że mógłby chcieć. Nie przeszkadzały mi tradycje, przewidywalność, stałość. Cieszyły Święta w Święta, wakacje latem, a śnieg zimą. Cieszyło to, co się miało, co udało się zdobyć, wypracować lub zrobić samemu. Oj, jak to cieszyło! Drobne, zupełnie pojedyncze pragnienia, które czasem się spełniały, a czasem nie i żyło się dalej, bez dramatyzowania i traum. Tak mnie wychowano. 

A dziś? 

Dobrze, że mam płyty z Christmas carols, a dzieci wygrywają na cymbałkach Lulajże Jezuniu i Anioł Pasterzom, bo jedno po drugim zaliczają je na lekcji muzyki. Jak dobrze jest mieć dzieci! Średnio raz dziennie chce mi się, co prawda, przez nie płakać, bo mam wrażenie, że zbliżam się do milionowego powtórzenia większości z moich ponagleń i próśb. A za milionowym pierwszym miały zadziałać. Nie wydaje mi się, że się to stanie... Chyba, że stanie się... cud. 

Jak zwykle o tej porze roku przytłacza mnie nadmiar. Męczy roszczeniowość ludzi i ich skłonność do skrajności. Męczy mnie to przez cały rok, ale przed Świętami wyjątkowo oczekuję wyciszenia. Zamykam się więc w domu, zaraz po powrocie z pracy. Okien nie myję, nie lepię uszek, ale uwielbiam kręcić w kuchni niezwykłości, które potem rozdaję tym, którym czuję, że się przydadzą, że zrozumieją mój trud i choć w grudniu  nie liczą kalorii. Likier makowy, chocolate bars z białej czekolady, miętowych landrynek, żurawiny i precli, limoncello, pierniki z królewskim lukrem i wariacjami na temat posypki, sernik baskijski bijący się o swój number 1 z sernikiem z wrażeniem pomarańczy, cynamonu i goździków, na bazie ciasteczek korzennych, oprószonym orzeszkami, rozmarynem i czerwienią świeżej żurawiny. Nie zrobiłam jeszcze mini serowych pączków otulonych w cynamonowym cukrze, ale i za to się zabiorę. Uwielbiam. I nawet za bardzo nie wyszukuję, przepisy same do mnie zaglądają, zaczepiają, proszą o uwagę i wypróbowanie. Marzenie o smukłych ramionach czeka w kolejce, bo teraz spełniam to o piekarni, o zapachach ciepła i miłości roznoszących się po całym naszym domu, przed którymi nikt się nie chowa, nikt się nie broni. 

Tak bardzo magii mi trzeba w tych dniach. Wzruszenie z powodu Nieobecności i nieuchronności upływającego czasu przeplata się ze szczęściem, którego dotykam każdego dnia, uzmysławiam je sobie i delektuję się nim. Nimi. Magią otaczam, jak ramionami, przygarniam do siebie blisko. A za chwilę... stanie się Cud.








piątek, 3 grudnia 2021

woodge - kulturalnie



Pozostawiam dziś na blogu, na pamiątkę.


Łódź. Jedni mówią, że to tylko Piotrkowska, ale właśnie Łódź (woodge!) znalazła się na liście 25 najbardziej atrakcyjnych miejsc wartych odwiedzenia w 2022 roku, polecanych przez National Geographic Traveler. I to w kategorii Zrównoważony Rozwój. Wyczuliśmy pismo nosem, wybierając się tu na koncert muzyki filmowej Tribute to Hans Zimmer, Ennio Morricone, John Williams i odwiedzając - bardziej i mniej przypadkowo - kilka fantastycznych kulinarnych zakątków na Śródmieściu. Trudno mi stwierdzić, że Łódź mnie zachwyciła, spędziliśmy tu tylko dwadzieścia cztery godziny, co w żaden sposób nie czyni mnie opiniotwórcą. Wiem jednak, że dzięki spotkanym w ciągu tej doby Osobom oraz tajemnicom, o których skrywanie podejrzewam słabo oświetlone ulice Starego Polesia, którymi przeszliśmy szybko i o dość nocnej porze, już chcę do Łodzi wrócić.

Od dawna wzdychamy na widok informacji o pojawiającym się kilka razy w roku, w różnych miastach w Polsce, Royal Concert z muzyką filmową. Oboje z Bartkiem uwielbiamy utwory Hansa Zimmera i Ennio Morricone, Johna Williamsa kocham za motyw z Listy Schindlera, za Wyznania Gejszy i Sabrinę. Dźwięki Hansa Zimmera poznaję "z daleka", a niektóre ścieżki dźwiękowe znamy lepiej, niż same filmy. Kto zna, ten wie. Parę miesięcy temu udało się wreszcie zarezerwować bilety na Tribute to... odbywający się w Łodzi. Po raz pierwszy byłam na koncercie w wielkiej hali, więc na początku musiałam się przyzwyczaić do odsłuchu z głośników, do zdecydowanie mieszanej i zmieszanej publiczności, paradującej z popcornem i piwem w plastikowych kubkach nawet kilkanaście minut po planowanej godzinie rozpoczęcia! Dla mnie nie do pojęcia. Pogodziłam się jednak z tym, że nie znajdujemy się w kameralnej sali, wypełnionej dostojnością spodziewanych za moment wrażeń, dyskretnym szeptem w razie potrzeby podzielenia się nimi z ukochanym i wykładziną pod stopami. Cóż. Światła zgasły o 19:20. 

Dziękuję Bogu za to, że obdarzył mnie ogromną wrażliwością na dźwięki i muzykę, za to, że odbieram całą sobą nie tylko to, co słyszę. Tak naprawdę niemal czuję, jak melodie są grane, wyobrażam sobie emocje wypełniające muzyków, ich palce, płuca i serce. Pociągnięcia smyczkiem z nadzieją na autentyczność i harmonię z pozostałymi instrumentami. Głębokie barwy kontrabasu, odpowiedzialność pierwszych skrzypiec. Opowieść waltorni, rożka angielskiego, czy delikatność fletu, mgłę muskanych strun harfy, której brzmienie bardziej czuć pod skórą i przymkniętymi odruchowo powiekami, niż da się je usłyszeć. Bezwzrokowa synchronia instrumentalistów i świadomość pomyłek, gdy dźwięki zgubią się w nieuchwytnym dla publiczności ułamku sekundy. Lekki uśmiech między frazami i szczegółowe omawianie sukcesów i porażek po zakończeniu koncertu, złożeniu pulpitów i zdjęciu marynarek. Muzyka. Wzruszam się nawet siedząc na plastikowym krzesełku w Atlas Arena. Doskonały dyrygent Jose Maria Florencio, o którym poczytam później, ponieważ nie udało nam się dotrzeć do żadnych szczegółów odnośnie dokładnego repertuaru, czy nazwisk występujących tego wieczoru Osób przed koncertem. Bardzo mi tego zabrakło. Na szczęście sam dyrygent przedstawił się piękną łamaną polszczyzną, a jego opowieść o tym, jak bardzo życie związało go z Łodzią okazała się wisienką na torcie.

Ennio Morricone, Hans Zimmer i John Williams po mistrzowsku zabierają mnie w podróż. Za każdym razem. Bardzo trafnie określiła to Ania Wendzikowska, konferansjer koncertu, mówiąc, że muzyka poradzi sobie bez filmu, ale film bez muzyki - niekoniecznie. Muzyka zawsze się obroni. Przynosi moc wzruszeń, nagłych skojarzeń i wspomnień, emocji, czasem żalu, czasem radości. Uczta dla duszy i serca i dla rodziców, którzy wybrali się na trwającą całą dobę randkę, bez dzieci i bez budzika.

Po koncercie rozpoczęła się nasza łódzka podróż po mieście, trafiliśmy do miejsca, gdzie zakochałam się w puree z selera i piklowanych śliwkach w cynamonie i w Szefie Pewnej Kuchni. Skłonna byłabym przeprowadzić się dla nich do Łodzi lub co najmniej przebranżowić... Opowiem o tym w kolejnym odcinku, po śniadaniu Przy Ulicy....







piątek, 26 listopada 2021

jesienny ogród

Każdego ranka któreś z nas wychodzi z domu, ledwie w piżamie i kurtce, żeby wypuścić Truflę z kojca. Trawa pokryta jest rosą lub coraz częściej szronem. Zdarza się uchwycić klucz dzikich gęsi nad głową i dachami domów. Jest cicho i rześko. Trufla czeka cierpliwie, od pierwszego zapalonego w domu światła, zdradzając jednak swoje podekscytowanie radosnym szuraniem ogonem po deskach psiego tarasu, zanim metalowy zatrzask uwolni ją i pozwoli na szybkie siku i szaloną pogoń po całym ogrodzie. Pędzi wtedy wokół domu jak rączy koń, popiskując i pomrukując z nieodkrytych przez nas dotąd powodów, choć zakładamy, że jest po prostu przeszczęśliwa i ten pęcherz mogła w końcu uwolnić od nadmiaru. Emocji.

Zdarza się, że obserwuję to wszystko z kuchennego okna, wychodzącego na zachodnią część naszego ogrodu. Dom stoi z dala od furtki i drogi, trochę przewrotnie, ale dzięki temu zachowujemy przynajmniej wizualną intymność. 

Zdarza się, że to ja ubieram ciemnozielone gumowce, narzucam niedbale kurtkę i szal i wypuszczam Truflę. A gdy wracam, otwiera się przede mną widok ukochany, wzruszliwy o każdej porze roku, o każdej porze dnia. Nasz dom, a przy nim mieszkające w ogrodzie drzewa i krzewy, dobierane z najwyższą dbałością i pasją. Czuję wtedy niesamowitą dumę z tego, że ten dom stworzyliśmy i tworzymy nadal, z miłością, wiarą, ze spokojem, o którym zawsze marzyłam. Dom pachnący kawą i cynamonem, a potem czosnkiem i ziołami. Otacza go ogród pełen klonów i lawendy, rosną nam młode i nieco już starsze drzewa i krzewy, których dogląda głównie Bartek. Ja przechadzam się, dotykam, robię zdjęcia, zbieram liście, suszę lawendę. Zatrzymuję kolory i wrażenia. Delektuję się tym wszystkim, co mamy...




































niedziela, 14 listopada 2021

jesień




    Jesień to czas ogromu bogactwa. Nie jest ani gorsza, ani brzydsza od pozostałych pór roku. Tegoroczna wyjątkowo dała się lubić chyba nawet tym, którzy wolą zasnąć pod koniec lata i obudzić się zimą. Jaka to byłaby strata! Zazwyczaj jeździliśmy po jej niesamowite barwy w Karkonosze, w okolicy połowy października. Tak było i w tym roku, choć tak naprawdę pięknie było do ostatnich wiatrów wszędzie, za najbliższym zakrętem, a nawet bez wychodzenia z domu. Przeczytałam u kogoś na IG idealny zestaw jesiennych barw, bez użycia tych podstawowych określeń, za to owianych skojarzeniami i niezwykłością. Gama. Feeria. Jesień, czyli ochra, siena, burgund, terakota, rdzawa czerwień, umbra, żółć wenecka, palony brąz, cynober, karmin, zieleń oliwna, czerwień Veronese i dalej cała paleta ich obcojęzycznych odpowiedników. Cudowne.

    Jesień to dla mnie zapachy, aromaty, przede wszystkim cynamon i goździki, pomarańcze, niby to typowe dla grudnia i Świąt Bożego Narodzenia, ale przecież ja już od jesieni wpadam w ten rodzaj nastroju, który jest świętowaniem. Może ma to związek z wiekiem? Może piękna jesień życia, w którą wchodzę lub nawet weszłam, sprzyja ukochaniu tej jesiennej pory roku? Przytula i otula, ogrzewa i pozwala z uśmiechem wspominać dobre chwile z wcześniejszych lat i dobrze i z pogodzeniem przeżywać te aktualne, te teraz.
    
Zwykle jesienią towarzyszy mi muzyka, Sara Bareilles, ścieżki dźwiękowe, utwory fortepianowe. Przynosi ze sobą obrazy sprzed dwudziestu lat, gdy wczesną jesienią spacerowałam ulicami Nowego Jorku. Te zimowe, jak już kiedyś pisałam, kojarzą się z zimami w Montanie. Odkąd w domu stoi pianino, łapię uchwycone w ciągu dnia melodie i wyszukuję ich zapisu nutowego w sieci. Jak wiele udaje się znaleźć i kupić za parę groszy lub dolarów:) Drukuję Yanna Tiersena, Adele, Sarę i gram tła do nuconych pod nosem słów. Tiersen ma słowa ukryte w dźwiękach, nie trzeba ich wypowiadać, ani śpiewać. Lubuje się w wymagających, bemolowych tonacjach, więc najczulej, jak potrafię, naciskam opuszkami palców czarne klawisze, które - mam zawsze wrażenie - mają w sobie dużo więcej głębi i smutku, niż białe... Tak. Czarne klawisze i bemole są żalem, tęsknotą, oddają smutek lub zadumę bardziej autentycznie, tak je czuję. 

    Jesień owiewa jednak i chłodem z zewnątrz. Przynosi dreszcz, troskę, niepokój. Dzisiejsza jesień martwi, bo dramatyczne historie dzieją się bliżej, nie sposób nie zauważać ich i o nich nie mówić. Nagła śmierć Znajomej Osoby, choroby, pandemia, kłótnie, polityka, roszczeniowość, nieżyczliwość. 
Nie wiem, czy to ludzie się zmienili, czy cały świat? Wszystko to wchodzi w nasze życie, czy tego chcemy, czy nie. Łatwo jest poddać się nastrojowi przygnębienia. Dużo trudniej, niż zwykle, udaje się znaleźć pozytywy. Ale udaje się. Nie jestem ekspertem, ani nie próbuję być mądralą. Nie znam najtrafniejszych rad, ale sama łapię się na tym, że gdy wyżej podniosę głowę, robi się jaśniej. I gdy uświadamiam sobie kwintesencję dobra we wszystkim, co wokół, bogactwo barw i emocji, jakie wypełniają (zazwyczaj) nasz dom, ciepło, które ja sama mam w sobie i którym mogę dzielić się, póki mogę... Wzruszam się momentalnie. Po trochu ze szczęścia, a po trochu ze strachu, że to tak cenne, a tak łatwo to stracić. Ale nie u nas, zaklinam własne nadzieje szeptanymi prośbami. Czasem wystarczy dobrze i szeroko te swoje oczy otworzyć, żeby zobaczyć naprawdę. I uszu nastawić i wziąć głęboki oddech, a za nim oczyszczający wydech. I uśmiechnąć się, bo czemu nie...? Nie tracić nadziei. Nie tracić nigdy nadziei.



czwartek, 4 listopada 2021

rozmowa bezwarunkowa, 2018

Zajrzałam wczoraj do zapisanych kiedyś na blogu postów.

Lubię do nich wracać. Przy niektórych nie chce mi się wierzyć, że to już tyle czasu, że tyle się działo.

Przy innych wspominam, ale i cieszę się, że są już za mną.

A jeszcze inne nadal są aktualne, trafnie ujmują moje myśli, mogłabym napisać je dziś.

 

Jak ten, o pewnej rozmowie. Rozmowie bezwarunkowej.

 

rozmowa bezwarunkowa

Nie to, co mam, ale z kim rozmawiam, jest mym największym bogactwem.

 

Rozmowa. Dialog, jak wyrwany z tu i teraz, spontaniczne i prawdziwe zainteresowanie.

Dziesięć minut.

Piątkowy, słoneczny poranek. Mróz szorstki i dotkliwy. Biegamy z mamą między budynkami kliniki na Przybyszewskiego, zaliczając połowę alfabetu, bo każde skrzydło, oddział, gmach ma tu przyporządkowaną literę. Dla wątpliwego ułatwienia. Służba zdrowia nie zaskakuje. Miłych niespodzianek brak. Mama zostaje w długaśnej kolejce do laboratorium, ja w międzyczasie wyskakuję do budynku na przeciwko, który okazuje się dwupiętrowym ciągiem cegieł z wielkimi oknami i wejściami F, D, E... Wybieram F, pokonuję labirynt korytarzy, schody w górę i w dół, kilka zniecierpliwionych pań w białych fartuchach, wskazujących mi dalszy kierunek, z pomrukiem poczucia wyższości nad upierdliwością szarego pacjenta. Pod pachą torebka, w drugiej ręce służbowy laptop (piii$#@&^!!). Gorąco. Zdejmuję czapkę, rozpinam kurtkę.

Jest! Gabinet USG. Korytarz z długim rzędem zajętych krzeseł. Nieruchoma gałka zamiast klamki. Proszę czekać. Czekam. Ustalam, że dobrze trafiłam, dziś tylko rejestracja, chcę umówić mamę na drugą połowę marca.

Rozglądam się dyskretnie, widzę znudzone twarze, obojętne i pogodzone z losem. Z nosami w telefonach komórkowych, z obojętnym spojrzeniami rzucanymi beznamiętnie...

I wtedy przydarza mi się ta jedna z najmilszych i prawdziwych rozmów, ta, którą zapamiętam na dłużej.

Trudno mi określić jego wiek, siedzi na pierwszym z brzegu krześle, zauważa mnie i uśmiecha się i od razu, z odruchowym zaciekawieniem zadaje kolejne pytania. O to, czy znam doktora R...., czy leczę się u endokrynologa, czy to moja pierwsza wizyta tutaj. Opowiada małe szczegóły również o sobie, używając zaskakująco trafnych słów, mobilizuje mnie do spokojnych odpowiedzi, co robię z przyjemnością. Kolejny raz pyta, czy znam doktora R...., pomaga mi przypomnieć sobie nazwę ulicy w Poznaniu i z troską pyta, czy wtedy rozpoznano u mnie nowotwór. Autentycznie cieszy się, że nie. I kolejny już raz - pozornie nerwowo - przeczesuje obiema rękami swoje włosy. Już wiem, że to gest ulgi, radości, zadowolenia. Wie, że z Leszna musiałam tu jechać 80km i tak rozmawiamy sobie przez kilka dobrych minut. Po prostu, odruchowo, oczywiście. Na początku pomyślałam, to tylko pytania, jest ich całe mnóstwo. Zauważam oczywiście, że jego fizyczna sprawność, sposób poruszania nie jest sprawnością zdrowej - fizycznie właśnie - osoby, ale słownictwo, empatia, sposób, w jaki reaguje na moje słowa, jak prowadzi dalszy ciąg rozmowy, wtrącając swoje refleksje i wręcz rady: nie można się poddawać, to najważniejsze, żeby w chorobie się nie poddawać... Nawet nie wiem, kiedy te minuty mijają... Nie ma zdawkowych odpowiedzi, nie ma natręctwa pytań. Słyszy nas cały rząd zajętych krzeseł. Tym bardziej cieszy mnie naturalność tej sytuacji, czysta rozmowa, przyjemność, uśmiech na naszych twarzach.

Drzwi gabinetu otwierają się i szybko załatwiam rejestrację. Żegnam się z chłopakiem, uśmiecham się do jego mamy, która przez cały czas przysłuchiwała się naszej rozmowie bez cienia chęci czy też potrzeby ingerencji. Jakby to była najbardziej naturalna rzecz, taka rozmowa dwojga nieznajomych, którzy spotkali się na tym samym korytarzu, którzy znaleźli się tu i teraz w zbliżonych okolicznościach. Którzy czekają tak samo długo na swoją kolej, mają być może podobne doświadczenia, a być może któremuś potrzebne jest zwyczajne ludzkie zainteresowanie.

Jak bardzo my jesteśmy ułomni, pomyślałam, skoro naszym odruchem jest spuszczenie głowy i obojętność. Skoro chowamy głęboko potrzebę komunikacji, uprzejmości i współodczuwania. Gasimy ją w sobie, zastępując lenistwem lub obawą.

A ten chłopak, który sam borykał się z nieidealną umiejętnością panowania nad własnym ciałem, był najbardziej prawdziwym i ludzkim z ludzi, których spotkałam tego dnia. Otwartym na drugą osobę, szczerym tak ujmująco. Dlaczego szczerość i autentyczność jest nam teraz wyjątkowa, zamiast być najnormalniejsza na świecie? Dlaczego w oczy rzuca nam się czyjaś fizyczna ułomność, a nie własna - emocjonalna i kulturalna? Do tej się przyzwyczailiśmy.

I nauczyliśmy się panować nad odruchami bezwarunkowymi.

Tak często sympatia, empatia, bezinteresowność, czy zwyczajny uśmiech odbierany jest ze zdziwieniem lub oceniany jako żenujący. Nie może po prostu być. Czy naprawdę częściej te zachowania są fałszywe, niż zwyczajnie spontaniczne? Czy zazwyczaj są jednak podstępem i dlatego bronimy się przed reagowaniem na nie, wybieramy niewidzenie, obojętność?

Sama jestem odruchem. Nie zastanawiam się, zanim podam komuś rękę, gdy jej potrzebuje lub gdy ktoś rozpocznie ze mną rozmowę na jakimkolwiek korytarzu. Po prostu odpowiadam.

Czasem sama z tym odruchem wyskoczę. Ileż to razy sparzyłam się, poczułam najpierw głupio, bo moja spontaniczność, zagadanie, zapytanie, wyjście na przeciw napotkało na ... nic. Brak odbioru. Albo też i nadinterpretację, poszukiwanie drugiego dna mojego uśmiechu, bo przecież coś musiało się za nim kryć. Interes znaczy.

Szkoda.

Nie potrafimy się ze sobą komunikować, czytać samych siebie i siebie nawzajem. Po prostu.

A to mógłby być nowy przedmiot w edukacji szkolnej dzieci. I starszych dzieci. I zwłaszcza dorosłych.

Umiejętność komunikowania się, dialogu, rozmowy. Zwyczajnie i prosto. Jak kiedyś.