wtorek, 22 listopada 2016

a dziś słuchałam muzyki...


moja Mama - której regularnie drukuję posty z tego bloga, bo sama nie ma ani komputera, ani internetu - twierdzi, że często wyczuwa w tych moich pisanych słowach tęsknotę
taką, która jest tłem, pojawia się czasem, jak cichy bohater drugiego planu
nie pcha się do pierwszego rzędu moich emocji
niby dotknąć jej nie można
ale czuć ją
słychać...


za czym tęsknię?
ja wiem, dobrze wiem za czym...


Montana... którą pokochałam, którą tak bardzo chciałabym Ci pokazać
"droga i rzeka (...) są jak rzucone z nieba dwie wstążki, które zsunęły się ze zboczy gór i przy tym lekko tylko poplątały..."
niedawno przeczytałam, że Montana to miejsce, które dociera tak głęboko do twojej duszy, że boli, gdy jesteś od niej daleko
ja z mojej wyjechałam, ale tak naprawdę nigdy do końca jej nie opuściłam
wraca do mnie jak bumerang
z pierwszym śniegiem
z każdym śniegiem
i z muzyką
Sarah Mclachlan, Tim McGraw, Faith Hill
z kawą z cynamonem
i "Zaklinaczem koni"
a czasem zupełnie znikąd


ale Ty musisz to zobaczyć...


gdy tak nad tym rozmyślam czasem, dochodzę do wniosku, że chyba w każdym z nas tlą się jakieś tęsknoty
właśnie za tym, co było
tęsknoty i z nich samych wspomnienia
te niby zapomniane i pogodzone uczucia
zagojone rozczarowania
uciszone żale
gdzieś tam zostawione - jak ja to mówię - w poprzednim życiu
ale... skoro nam się przydarzyły, to czy można je tak zupełnie z siebie wymazać?
usunąć, przełknąć?
czy raczej są jak małe mgnienia, ułamki, śpiące na dnie pamięci, na dnie serca?
okruszki, dzięki którym jesteśmy albo silniejsi - bo za nic nie chcielibyśmy ich w dłoniach trzymać ponownie, bo bolały za mocno, bo już wiemy, których drzwi nie należy otwierać, którą drogą nigdy więcej nie iść
albo wrażliwsi - dzięki nim widok, nie jest tylko widokiem, zapach tylko zapachem, a piosenka zwykłym utworem - jest bogatsza o nasze skojarzenia z czymś lub kimś szczególnym, z wyjątkowymi chwilami, emocjami
moje tęsknoty... to część mnie
mnie tworzą... kolorują...
to ja przecież


a dziś słuchałam muzyki...
i znowu przysiadła tu obok
tęsknota moja mała
a z niej ta myśl szalona... jeszcze zbyt..., żeby ją na głos wypowiadać
choć mam wrażenie, że od dawna we mnie siedzi
niby dotknąć jej nie można
ale czuć ją
to ja przecież...


Virginia City, MT, rok 2003



320 Guest Ranch, MT, rok 2001




poniedziałek, 14 listopada 2016

bilet w jedną stronę

Siedzę na drewnianym, dziecięcym krzesełku, przy kominku, ogrzana jego ciepłem. W dłoni piękna kryształowa szklanka, do połowy pełna... kilka łyków dobrego drinka i się włączają...
...te myśli...
...te moje myśli...
Oglądam film o pasji, o niemożliwym. Niemożliwym, które okazuje się możliwym. O szaleństwie. Sięganiu ponad. O trudzie próbowania, upadania i podnoszeniu się od nowa.
O nadziei, uporze, przekonaniu, że to niemożliwe musi się udać.


A może ten film jest całkiem zwyczajny, tylko moje myśli,  znane mi dobrze, schowane przede mną...ubarwiaja, dodają, nazywają... Może widzę w tym filmie siebie?


Zazdroszczę.
Innym.
Ich talentu. Świetnych pomysłów. Pomysłu na siebie. Konsekwencji. Organizacji.
Wydają się lepsi. Silniejsi. Zadbani. Poukładani.
Zazdroszczę, bo mam wrażenie, że im się udaje, a ja tkwię w jednym punkcie. Oni idą swoją drogą.
A ja?


Ostatnio wydaje mi się, że tuptam w tym samym miejscu. Po kroku do przodu, dwóch w bok jeden i kolejny, i znowu trafiam na to samo skrzyżowanie.
Bo czasu za mało. Bo dzieci wciąż nieduże. Bo praca, zadania domowe, zdrowe odżywianie, wkładanie naczyń do zmywarki, wyciąganie ich z powrotem.
I znowu korek. Codzienne dejavu.
Mam wrażenie, że powinno coś jeszcze się dziać. Siadam czasem w ciszy rzadkiej, z  muzyką w tle spokojną i rozmarzam się. Zastanawiam, dumam... czy jest coś jeszcze? i kiedy?
Do niektórych chwil tęsknię, o niektórych marzę.
Noszę je w sobie.
Są moje. I odzywają się czasem właśnie. Niezmiennie przypominają, szeptem niemal, że niemożliwe jest przecież możliwe. I ja to wiem.


Bo trzymam w rękach bilet w jedną stronę. Tę moją, tę jedyną.
Bilet na życie we dwoje, z dziećmi niedużymi, z porannym pośpiechem, z niedokończoną elewacją.
Na życie ze słabościami, które są tak moje, że aż trudno mi na nie narzekać i przyznawać się do nich.
Na życie z tuptaniem w jednym miejscu, tak długo, jak trzeba, zanim ruszę dalej.
Na życie niemożliwe, które dzieje się tu i teraz. Niemożliwe, bo jeszcze dziesięć lat temu nie wierzyłam, że w końcu się spełni. Nie mogłam słuchać, jak inni mówili o swoich... zadaniach domowych, wspólnym kredycie, wkładaniu naczyń do zmywarki i wyciąganiu ich z powrotem. Kompletów cztery. A ja marzyłam, pragnęłam, próbowałam. Bo sama nie miałam. A lata leciały. Choć nadzieję już wtedy traciłam na miłość, normalność, spokój serca. Na szczebiotanie, mruczenie, śpiewanie i kolejny klocek lego pod dużym palcem u nogi.


A przecież niemożliwe stało się możliwe. Odnalazłam Swoją Drogę. A na niej i Ciebie i Ich.
I dom. Z kominkiem, przy którym pomarzyć mogę o kolejnych stacjach. Z krzesełkami dziecięcymi w salonie.
I już nie martwię się o to, czy jest coś jeszcze. Przecież myśli krążą, marzenia szeptają. Nie odpuszczą. Ani ja im. Noszę w sobie jeszcze sporo niemożliwych.
I mam bilet w jedną stronę. Z takim się nie zawraca.










niedziela, 6 listopada 2016

pochmurność


Piękna jestem spragniona.
Szumu morza.
Zachodu słońca mglistego.
Ciepła na powiekach zamkniętych.
Zapachu bez słów.
Rozmów bez zegarków.
Ciszy i bezpieczeństwa.
Czasu jestem spragniona. Najbardziej tego czasu.

Powieki przymykam teraz w obawie. ...że oczy przeczytają, zobaczą, usłyszą kolejne powinnam, wypada, musisz.
Już nie tylko zawodowo. Bo z pracy trzeba się cieszyć dzisiaj.
Ale te wszystkie dobre rady, konieczności, listy nieskończenie długie, co muszę, motta i cytaty. Pełno ich wszędzie, po lewej i po prawej, na facebooku, w telewizji, czasopismach, radio.
Każdy radzi, specjalistą jest od trendów i tego, co lubić powinnam lub przynajmniej tak by wypadało.
Nawet od tych myśli złotych o zwyczajności niezwyczajności już za dużo poczytałam i żadna na dłużej nie zatrzymuje.
Wiem, wredna jestem, bo chyba tylko mi za dużo się tego wydaje.
A może nie rad ja potrzebuję? Skoro znane mi są. Skoro sama o nich pisałam...
Czego ja potrzebuję?
Czego ja chcę?


Polska też mnie przygnębia. Dodatkowo i z dociskiem. Bo znowu te oczy moje patrzą, ale nie wierzą. Słucham i mi szczęka opada. No jak można? Jak tylu ludzi może tak bezczelnie nam w białe dnie, prosto w oczy wmawiać, kłamać, mącić i to jeszcze w imię Boże nazywać??
Obudzić by się chciało z tej jesieni, z tych relacji, rewelacji, przygnębienia.
Ale trzeba iść do przodu, dzień za dniem zdobywać, do dzieci się uśmiechać, nie płakać, nie krzyczeć, nie narzekać.
Modlić się trzeba. To jedyna taka bezpieczna ucieczka, która nawet domu opuszczać nie wymaga.


Ostatnio, w zeszłym tygodniu, patrząc przez kuchenne okno mojego dzieciństwa, w mieszkaniu mamy, z widokiem na nasz plac zabaw, wierzyć mi się nie chciało... jak bardzo te drzewa urosły jak plac zasłoniły!
Ile to lat już mają, a z nimi i ja.
Sąsiedzi się pozmieniali, ale na szczęście nie wszyscy jeszcze...
W moim pokoju nadal stoi stare pianino, i ta komoda ze skrzypiącymi drzwiami...
I mozaika parkietowa jest, z niejedną historią, trwale zapisaną na klepkach.
I z tego domu wyszłam. Wcale nie prosty mi się świat wydawał, gdy prze to okno patrzyłam mając lat szesnaście i dwadzieścia jeden. Ale dziś mam wrażenie, że i tak drogi wtedy mniej kręte były. Ograniczony wybór czynił człowieka szczęśliwszym.


Patrzę na ten dom, mieszkanie w bloku z wielkiej płyty, głaszczę moje mocno przeczytywane lektury i książki, z dedykacjami na pierwszej stronie, ręcznie pisanymi, za wzorowe wyniki w nauce i wysoką kulturę osobistą. Sama staram się jej teraz uczyć nasze dzieci. W świecie bez pardonu, bez skrupułów, kultura osobista przydarza się coraz rzadziej.


I gdy tak patrzę przez to okno mojego dzieciństwa, mam wrażenie, że tak wiele się zmieniło. A przy tym, tak szczęśliwie niewiele... Z tych rzeczy najważniejszych, najcenniejszych, mam je przy sobie niemal wszystkie. Mam Ich przy sobie niemal wszystkich. Więc musi udać się przetrwać ten czas trudny i pochmurny. Niech sobie narzucają, radzą i każą. Ja swoją, naszą drogą pójdę do przodu, dzień za dniem po kolei będę zdobywać, do dzieci się uśmiechać, pięknego dzień dobry i dziękuję będę uczyć, nie płakać, nie krzyczeć będę, nie narzekać.
Przeczekać.
Pochmurność przeczekać mi trzeba.





wtorek, 25 października 2016

bez wahań najmniejszych



mogłabym... tak od razu... bez wahań najmniejszych...tak marzy mi się
szaleństwo
jakiekolwiek


takie najzwyklejsze niby
przyziemne, takie fiu bździu...
zakupy, ciuchy, ale takie za milion dolarów
albo i za trzysta złotych
za sztukę
i tych sztuk całą szafę bym kupiła
a stare rozdała, wydała każdą jedną bordową i ciemnozieloną...
bo właśnie czerwieni mi brak, a w czerwieni mi ładnie
w szarościach też nieźle, takich z fakturą, z ciepłem, szorstkich i grubych
w kremie, ecru i taupe
nonszalancko i ekskluzywnie
to tak właśnie mogłabym od razu


albo do hotelu uciec, z cichym pokojem, białą pościelą i brakiem zasięgu na osiem godzin
z łóżkiem miękkim i pustym
i spać do szesnastej...



albo na spacer z Tobą polecieć gdzieś do Lizbony albo do Nowego Jorku
do parku
na ławce usiąść, zamknąć oczy i tak cieszyć się ze swojego wspólnego szaleństwa
moglibyśmy przecież urwać się na dwa, trzy dni
ja tak lubię z Tobą to wszystko.


na szaleństwo mam ochotę
takie od razu, od ręki, już
zanim zacznę rozmyślać, przeliczać i zdam sobie sprawę, że paszport nieważny już dawno
zanim rozsądek wygra
mogłabym


bo przecież zdolna bywałam do niejednego szalonego wyjazdu
odruchu, decyzji...


przecież do Hiszpanii stopem dojechałam
na całe lato studenckie


a w Nowym Jorku, w tym sklepie, gdzie buty czerwone cudne kupiłam
mój pierścionek z cyrkonią tak bardzo spodobał się ekspedientce,
że z palca zdjęłam i jej go dałam
bo u nich to ona takiego ładnego nie widziała...


a ostatnio na kawę do Warszawy pociągiem...
i z powrotem


hmm... bywałam?:)


jak dobrze jest sobie czasem te szaleństwa przypomnieć
siedząc obok sterty ciuchów czekających na poukładanie
obok służbowego segregatora
odrywam się od nich z uśmiechem i myślę sobie
do czego ja jestem zdolna?
gdzieś tam to we mnie siedzi
czeka i cieszy się na samą możliwość i prawdopodobieństwo
a, co ważniejsze, wiem, ze się doczeka
może nie tak od razu, nie dziś, nie jutro


ale zdjęcie do paszportu trzeba by zrobić w tym tygodniu
w razie jakiegokolwiek
bez wahań najmniejszych
szaleństwa






czwartek, 20 października 2016

co to jest ja się pytam???





za dużo
za mocno
za intensywnie
tchu nie mogąc złapać
na czas
zachłystuję się
brakiem


za dużo
za mocno
a brak...?


jak może mi teraz czegoś brakować, skoro mam wrażenie, że więcej już nie udźwignę
nie złapię więcej na raz ani drugi
dzień za krótki, a niesie ze sobą wszystko
a chciałabym jeszcze coś do niego wcisnąć
jakiś oddech lekki
promyk uśmiech ciepło iskrę


co to jest???
taka mądra, wyczytana jestem i świadoma w zeszłym miesiącu
że życie
że chwila
że rodzina
że najważniejsze
że tak na krótko dane


i nagle wszystko w kąt rzucone
to mądre i to świadome?
dlaczego zatrzymać nie mogę?
dlaczego tchu nie mogę złapać?
już nawet marzyć mi się nie chce
dzień nawet nie zdąży do drugiego być podobnym, bo ginie w niepamięci poprzedniego tygodnia
dni
tygodnie
miesiąc
pstryknięcie palcami


gdzie ten hamulec?
gdzie stop
zaduma
nostalgia
złota jesień ta cudowna co ją kocham


co to jest???
bo praca
bo ja sama muszę
bo się nie da inaczej


w jednej chwili tylko spać chcę
a w drugiej koniecznie już się z tego koszmaru obudzić
szkoda, że nie lubię przeklinać...


i znów już jutro
a ja jeszcze przedwczoraj




niedziela, 9 października 2016

so autumn

Dziś, wczoraj... jakoś tak bardziej chce mi się do domu. Zamknąć, trochę schować przed rozdmuchem świata. Przed dzieleniem na kolory.
Chciałabym tak normalnie. Zwyczajnie. Bezpiecznie.


Za szybko znów pracuję, żyję, chłonę.
Jesień zapowiadała się ciepła i sucha.
I nagle, jakby obraziła się.
Trudno. I tak ją lubię. Z ciepłym szalem, nowymi butami i zapasem czosnku.
Zawieruchę zostawiam za oknem.
Do domu, do wnętrza, zapraszam nostalgię, pięć piosenek Sara Bareilles, drzewo do kominka i ochotę na zupę z dyni.
Śmiech nie cichnie. Codzienność i macierzyństwo nie ma przerw, urlopów.
Nie zważa na brak energii.
Skreślamy dni w kalendarzu.
Ale nie przepuszczamy ich przez palce.
Wyczerpują nas do zmierzchu, do cna.
I tak jest dobrze. Tak ma być.
Jak to jesienią, co się z liśćmi spadającymi i deszczem zawierusza.
Byle za oknem. Byle za szybą.


















poniedziałek, 3 października 2016

pociąg relacji





1 października
Lubię październik. Tak, jak i całą jesień.
A tego dnia właśnie wybrałam się, sama zupełnie, do stolicy, pociągiem, na kawę.
Szalone trochę. I kosztowne. Ale czasem jest tak, że nie wycenia się czasu, okoliczności, spotkań.
Bo one warte są nawet większego wysiłku i ceny. I wczesnej pobudki.
Tego właśnie mi było trzeba. Kilku godzin z widokiem na... i możliwością pomyślenia.
Na czytanie i gapienie się przez okno. I na pisanie. Wiecie, że zapisałam dziewięć stron zeszytu w kratkę? Długopisem. Ręcznie. Leniwie a niecierpliwie....
Przepisuję je tutaj, dla Was. Z pociągu relacji.


"Poznań. Widziany zza szyby pociągu.
Mój? Kiedyś może i był. Znany, wcale nie duży. Był. Trochę jak dom, a trochę, jak z niego ucieczka. Na czas studiów, nowego. Na czas początków. I niektórych przecież końców.
Z czym kojarzy mi się...?
Z odwagą, różnorodnością, celem. Z młodością. Z możliwością.


Ruszamy. Przedział jasny i ciepły. W sumie nie przedział, tylko jeden wspólny wagon, pierwsza klasa, bilet kupiony miesiąc wcześniej.
Siadam, bilet nakazuje tyłem do kierunku jazdy. Na przeciw mnie przystojny Pan, szarmancki, można powiedzieć starszy, z pewnością od dawna już nie podróżuje klasą drugą. Trudno mi określić jego wiek, łatwiej zauważyć, że jest z pokolenia, które ze zdumieniem przygląda się i dziwi. Komu i czemu?
Butom, opaleniźnie, tematom rozmów, językowi, barwie głosu.
Równolegle do nas, po drugiej stronie wąskiego przejścia, siedzą trzy Dziewczyny. Nie są ode mnie jakoś drastycznie młodsze. Może jakieś dziesięć lat. Rozmawiają o dziewczyńskich sprawach. Nie, nie o dzieciach i mężach. Są piękne, dodatkowo ubrane w paznokcie, rzęsy, dopasowane ciuchy, niskie, lekko zachrypnięte głosy. Nie przestają mówić o butach. O tych, które widziały, które kupiły, a które jeszcze nie. Mówią o butach, które je rozczarowały. O których marzą lub muszą mieć koniecznie. Mówią i mówią o tych butach, aż trudno uwierzyć, że tyle i z takim zaangażowaniem można...
A ja tak myślę sobie... może kiedyś, zanim zostałam mamą, właśnie za czasów mojego Poznania, chowałabym swoje dłonie, żeby nikt nie zobaczył, że niepomalowane. Odrobinę zazdrościłabym takich ciuchów, tak równo opalonego ciała, odwagi, nieskrępowania i mówienia głośno. A teraz, mając 40-, uśmiecham się tylko lekko. Czuję się lekko. Już mnie to nie dotyczy. Nauczyłam się nie porównywać i nie czuć gorzej. Lakier do paznokci, a właściwie jego brak, przestał być aż tak ważny. Nigdy nie byłam i nigdy nie będę "wysoką, szczupłą blondynką". Nie muszę podobać się wszystkim, a to, co i jak robię, nie musi wszystkim odpowiadać. Jestem, jaka jestem, i to mi wystarczy.


Dziewczyny zasnęły. Nastała cisza. Cudowna. Niczym nieprzerywana.


Chyba zacznę częściej jeździć pociągiem. Możliwość wyłączenia zmysłu słuchu na trzy godziny, i na rzecz wyostrzenia wzroku i myślitoku, uważam za pomysł genialny. Wart każdej ceny biletu w IC. Luksus.
Brakuje mi tylko... kawy. Ale tą wypiję dziś w wyśmienitym towarzystwie, z Magdą z bloga All Things Pretty & Simple i z Dorotą, prowadzącą blog Dorota na przedmieściach. W sumie właśnie na tą kawę tylko dziś do stolicy jadę...


Brudna szyba. To znaczy... taka zmęczona już. Za nią pola i lasy, domki, jesień. Ta jesień jeszcze jakby początkująca, niedojrzała. Jeszcze zielona i żółta. Bez czerwieni, rudości i brązów.
Widok na wsie i miasteczka z perspektywy torów i stacji kolejowych wydaje się zwykle do zniesienia. Ulice Dworcowe, alejki z krawężnikami pokrytymi już opadłymi liśćmi.
Gorzej w miastach. Za progiem dworców głównych można już tylko zobaczyć tyły, zaplecza, magazyny, rupiecie i złom. Pomazane sprayem wspomnienia świetności szarych budynków...


Ale mi jest teraz bardzo dobrze. Cichy wagon, Dziewczyny śpią. Przedział jest niemal pusty, więc przesiadłam się, opuściłam Towarzystwo, wybrałam miejsce przodem do kierunku jazdy, wolne i zachęcające. Siedzę przy stoliku. Siedzę i jestem. Nie robię nic, oprócz pisania. Przerywam je raz po raz, a wtedy czytam "Ona ma siłę". Tym razem dokładnie. Gapię się i lenię. Za oknem budzi się sobota. Mglista jeszcze i zaspana. Słońce ma dziś chyba wolne, może wstanie na drugą zmianę. Widzę Panią w krótkich białych włosach, która pcha pod górkę rower. Romantyczną uliczkę między sosnami zdążę uchwycić wzrokiem przez pół sekundy, ale tyle wystarczy, żeby ten romantyzm właśnie dostrzec, żeby na chwilę dłuższą mnie rozanielił.
Cofam słowa o niedojrzałości jesiennych barw. Teraz je widzę, zachwycające, rude i purpurowe. Soczyście żółte i pomarańczowe. Jest tych kolorów nieskończenie wiele, wzajemnie przeplecionych, niechcąco pięknych. Uwielbiam jesień. A ona tak często jest niecierpiana. Mam wrażenie, że to wręcz modne, żeby na nią narzekać. A ja ją uwielbiam. Roztkliwia mnie i rozmiękcza. Staję się rozmarzona, zadumana, sentymentalna, pod wpływem. Energia zakłada bordowe rajtuzy i siada obok mnie na ławce na ganku. Nawet ona musi w końcu odpuścić. A zwłaszcza jej wakacyjny nadmiar. Rozpierała mnie przez całe lato. Teraz, na jesień, naturalnie się wycisza. Otula mgłą i tak sobie siedzimy razem.


Słońce, jakby wyrwane do odpowiedzi, patrzy mi nagle prosto w oczy, resztki mgły opadły i czają się tuż nad trawami i ziemią. Już po dziewiątej, ale ja mam wrażenie, że wszyscy jeszcze śpią, że tak naprawdę jest dużo, dużo, wcześniej. Traktory stoją nieruchome i puste, na podwórkach nie widać ani psów, ani kur.
I znowu te drzewa. Stoi ich obok siebie chyba z siedem tysięcy i każde ma inną barwę. Stoją tak, na baczność na skraju pola. Nie wiadomo dlaczego jedno jest bardziej żółte od sąsiedniego. Niby takie same, w tą samą stronę pochylone, ale każde na swój - bardziej lub mniej - zielonożółty sposób.


Dziewczyny podrywają się po informacji z głośnika, zbierają telefony, poprawiają makijaż, gładkość spodni, lotność grzywek i loków. Tak sobie wyobrażam, tyle niemal słyszę, nie widzę ich przecież, bo siedzą za mną. Szczebiocą pewnością siebie.
Pan odzywa się nagle, prawdziwie wyrywa mnie z zaczytania. Niezwykle uprzejmie układa słowa, zagaduje Dziewczyny, niby nie chciałby się wtrącać... ale niechcący usłyszał, że One do Warszawy Wschodniej, a to dopiero Zachodnia przecież, więc nie powinny jeszcze wysiadać... W oczach mojej wyobraźni niemal widzę, jak zdaje się cieszyć, że doczekał się sposobności na rozpoczęcie rozmowy, na relację, na kontakt. Nieśmiało, ale niemal opiekuńczo tłumaczy, że Zachodnia, to jeszcze nie Wschodnia. Dziewczyny z ulgą i równą Panu uprzejmością dziękują za pomoc, są uroczo zakłopotane i wdzięczne. I najnormalniej na świecie, wdają się z Panem w rozmowę o Warszawie, celu podróży, planach na weekend, pochodzeniu i wykonywanych zawodach.


Uśmiecham się do siebie. Jakże ja się pomyliłam! I to podwójnie! Niesłusznie uznałam, sądząc po powierzchowności, że Pana gorszyć musi niemal specyficzny język Dziewczyn, ich wygląd, zachowanie, choćby to, że do toalety chodziły parami. Pan mógł być - przypuśćmy - prezesem własnej firmy, zbliżającym się do emerytury. Człowiekiem inteligentnym, z zasady zatrzymującym dla siebie opinie i sądy.
Dziewczyny, nadal w wieku niedrastycznie odbiegającym od mojego, nie do końca zadawały się pasować do ramki, w którą chciałam je włożyć. Ich niskie, zachrypnięte głosy, ze szczerą niepewnością i zaciekawieniem zaczęły poddawać się wskazówkom Pana. Niesłusznie uznałam, że to przysłowiowe (!) blondynki, oceniłam po paznokciach i opaleniźnie. Niesłusznie uznałam, że Panu bliżej byłoby do mojego świata, niż do ich rozterek nad kolorem butów w kolekcji jesień-zima 2016. Panu nie wydało się śmieszne, że wschód można pomylić z zachodem. Nie było w jego tonie ani kpiny, ani osądu.
Zaskoczona nagłym zwrotem akcji, nadal uśmiechałam się do siebie. Mam za swoje. Jak dobrze!"





...........................................................................................................................................

W pociągu do Warszawy przeczytałam całą książkę Iwony.
Iwona, to co, że te osiem tysięcy kilometrów.
Wczoraj byłaś ze mną w tym pociągu, relacji Poznań -Warszawa.
Dziękuję Ci za Twoją książkę. Za to, że ją napisałaś i wydałaś. I że mogłam ją kupić, przejrzeć zachłannie i za szybko. I odłożyć na półkę, w pierwszym rzędzie.

I tak na tej półce stała i czekała, aż skończę wieszać pranie, gotować ogórkową, suszyć córeczce włosy, bo długie, aż podleję kwiaty, spojrzę na różowe od zachodu słońca chmury. I się wyśpię.
Wzięłam tę książkę ze sobą wczoraj, w ostatniej chwili, na czternaście minut przed odjazdem pociągu, w moją jednodniową single trip.
Jechałam pociągiem, patrzyłam na jesień i czytałam. I na niebo patrzyłam i widziałam więcej. I szerzej jakoś.
Zeszyt też ze sobą wzięłam, z nadzieją na to, że tę ciszę w podróży uda mi się wykorzystać. Bez "mamoooo....!" za lewym i prawym moim uchem. Czytałam Cię i czułam, jak moje własne marzenie o pisaniu uśmiecha się do mnie. Dziewięć stron zapisałam, nierównymi od pędu pociągu literkami. A może to  moje myśli tak pędziły...
Dziękuję.
Pozdrawiam z pociągu relacji.
Ania


................................................................................................................................................
relacja (wg Słownika PWN)
1. «opowiadanie naocznego świadka o przebiegu jakiegoś zdarzenia»
2.  «stosunek lub zależność między przedmiotami, pojęciami, wielkościami itp.»
3. «związek zachodzący między ludźmi lub grupami społecznymi»
4. «trasa przejazdu pociągu od stacji początkowej do końcowej»