Ten wpis znalazłam w czeluściach moich roboczych i próbnych postów.
Nie miał ujrzeć światła dziennego. Ze wstydu. Za te niepopularne myśli, nieidealny obraz. Udało mu się przeleżeć po cichutku niemal cały rok.
I w tej cichości by pozostał, gdyby nie moja koleżanka, cudowna mama dwójki chłopców. Mama zapracowana i bardzo podobna do mnie. Idealnie, równo o 8:08 wjeżdżamy na pracowniczy parking.
A niedawno, spiesząc się do przedszkola, szkoły, pracy... wjechałaby samochodem pod koła ciężarówki.
Skąd ja to znam? Sama kiedyś nie zatrzymałam się na stopie.
Kochana - to, co czujesz, jest normalne. Nie jesteś sama.
Ja, na szczęście, takie skrajności mam już za sobą, ale różowo nie było mi wiele razy w poprzednich latach...
maj 2015
nie publikować!
Nie opublikuję tego.
Ale źle mi.
Smutno jakoś. Każdy ranek to koszmar Przebiegam między nimi półmaraton i mam dość już o 7:30.
Wtedy wychodzą a ja wpadam w panikę.
Co ubrać?
Dlaczego włosy znowu dziwne, a pryszcz widoczny jak u 15 latki??????????
Dlaczego codziennie to samo??????
Tak, tak, wszędzie przeczytam, że jak się chce, to można.
Kiedyś sama to głosiłam, jak orędzie noworoczne. Wszystkim, którzy przy mnie narzekali i chcieli się wyżalić.
Ale sama jakoś przestałam w to wierzyć.
Może i można, ale jakim nakładem sił. wysiłków, prób i starań? Czy to ja jestem leniwa? Czy za dużo mam lub szykuję sobie do zrobienia?
Nic mnie nie cieszy, zrzędzę, stękam, popłakuję. Nie ma we mnie tej Ani sprzed, tej optymistki, rozmarzonej, uśmiechniętej zawsze.
Beztroskiej.
Czasu mniej, lat więcej, dzieci małe.
Ja tak nie chcę.
A gdzie jakieś marzenia?
Nawet pisać już nie mam kiedy, bo nie mam o czym. To znaczy miałabym, gdybym zdążyła je zapisać albo chociażby przemyśleć temat do końca. Bez przerw o siusiu, rozlanym czymś, albo ogromnej komarzycy czyhającej w przedsionku (Marysia reaguje paniką).
A życie jest takie piękne. Uwielbiam tą przejmującą muzykę, nieważne, czy instrumentalną, czy popową. Ważne, że pozwala mi przenieść się ponad drzewa, poza gminę:)
Ponad i za.
Odrywam się i jestem nagle zupełnie inną osobą. Z otwartymi oczami i marzeniami. Z nadzieją ogromną, bo jakże to bez niej? Ale zaraz....przecież to nadal ja.
Więc dlaczego tak mogę się różnić?
Skąd ta zdolność do popadania w skrajności?
Od tamtego maja zrobiłam kilka rodzinnych narad, zmieniłam pewne codzienne rytuały, kupiłam kilka drobiazgów, które ułatwiły mi codzienność, zmniejszyłam ilość zabawek, zaangażowałam dzieci do pomocy w domowych obowiązkach. I kupiłam sobie kilka sukienek:)
Idealnie jeszcze nie jest i chyba nigdy nie będzie, ale najważniejsze, że zrozumiałam, że jestem fajna i normalna. A emocje, czasem skrajne - owszem, męczą - ale mam prawo je mieć. Nie muszę chować ich pod poduszkę, nie musze udawać, że ich nie ma lub mieć wyrzuty sumienia z powodu gorszego dnia. Gorszy dzień, tydzień, może mieć każdy. Również ja, mój Mąż i dzieci. Dobrze, że pomiędzy nimi przydarza nam się całe mnóstwo tych lepszych, radosnych, udanych. I to one dają mi siłę i uśmiech. Uczę się relaksować i wymagać. I oczekiwać. I pamiętać o tym, żeby co jakiś czas, na koniec dnia usiąść wygodnie w fotelu, zapalić świece i... nic nie robić.
Kochana E. - nie dedykuję Ci tego tekstu. W zamian za to dedykuję Ci zapewnienie, że nie jesteś sama w tym trudzie dobrego wychowania dzieci, ogarnięcia pracy, poranka i własnego dobrego samopoczucia. Jesteś świetna, jedyna taka i Twoi najbliżsi kochają Ciebie właśnie taką, jaka jesteś.
Będzie dobrze. Coraz lepiej.
Mam tylko prośbę. Myśl o sobie. O tym, że Tobie się należy. Najbardziej!
piątek, 18 marca 2016
czwartek, 17 marca 2016
Riz de Camargue
impuls
czasem wystarczy, żebym mogła przenieść się w czasie i przestrzeni
w ogóle jestem podatna na podróże, na samą ich możliwość... nawet jeśli z czysto przyziemnych powodów mogą się odbyć tylko w mojej głowie
i sercu oczywiście
wystarczy obraz, parę dźwięków, jedno wspomnienie a moje kąciki ust znajomo podnoszą się do góry
nagle czuję powiew wiatru na policzku i ciepło słonecznych promieni
a nawet ziarenko piasku
nagle przenoszę się w inne miejsce, jestem kimś innym
nie!
jestem całkiem i zupełnie sobą
stoję przy regale z produktami z gazetki
tydzień francuski, włoski, śródziemnomorski
z pomiędzy oliwek, aromatycznych sosów i przypraw wzrokiem wyławiam - taki niby zwykły, a jednak niezwykły - czerwony ryż z Camargue
w życiu takiego nie jadłam... ale to nie szkodzi...
najważniejsze, że ja już w myślach jestem tam
wśród dzikich koni, różowych flamingów, z resztką poślubnych tipsów i prowansalską opalenizną
Camargue... południe Francji, początek lata 2008 i naszego wspólnego życia z B.
początek wielkiej wspólnej podróży i jednej z wielu tych mniejszych
za nami Mont Blanc i camping pod Chamonix
muzea w Arles i ta kawiarnia van Gogha, z żółtą ścianą, a ja na jej tle w czerwonej sukience w kwiatki
most w Avignion i Pont du Gard
a przede wszystkim najpiękniejszy na świecie Camping des Sources w sercu Prowansji
ta nasza Prowansja....
kolejnym celem był Park Regionalny Camargue, z mnóstwem jezior i bagien, ptaków, koni i flemingów na wyciągnięcie ręki
pamiętam, że przed gorącem słońca chowałam się pod pomarańczowym kapeluszem
nie nadążałam robić zdjęć, tak wiele widoków zasługiwało na uwiecznienie
bliskość ptaków i dzikiej natury zapierała dech w piersiach
już sam dojazd na południowy kraniec tej podmokłej krainy zachwycał pozornym spokojem i pustką
zostawiliśmy za sobą klimat małych francuskich miasteczek, kolorowych i gwarnych, pełnych ludzi, głównie mieszkańców zasiadających przy przydrożnych kawiarniach i pattiserie
Park Camargue to względna cisza, słychać tylko szum kołyszących się traw i świergot ptaków
wąska droga prowadzi wśród nielicznych domów i małych stajni, bo to właśnie białe konie są znakiem rozpoznawczym tego regionu, konie i flamingi, wcale nie czerwony ryż:)
gdy się coś kocha, pokocha, to zostaje to z tobą przez długi, długi czas, może nawet całe życie
my kochamy podróże, a ta, jedna z pierwszych, zawsze będzie dla nas szczególnym wspomnieniem
odkrywaliśmy nie tylko nowe miejsca, poznawaliśmy również siebie nawzajem, i z ogromną radością i szczęściem upewnialiśmy się, że TO jest właśnie TO, że pewna nasza droga, przez którą szliśmy osobno, dobiegła końca, ustępując miejsca nowej, od teraz już tylko wspólnej
teraz podróżujemy razem, nie dość, że za rękę, to jeszcze parami!:)
wspomnienie cudnych momentów może pojawić się w każdej chwili, nawet gdy stoi się przy regale w markecie
może poprawić humor, wprowadzić w dobry nastrój i popchnąć ku decyzji o kolejnej podróży
bo nas, z moim B. po prostu "nosi"
nie tak, jak prawdziwych podróżników, którzy potrafią rzucić wszystko, spakować się, ruszyć przed siebie i nie wracać przez rok
(choć tym i tak zazdroszczę...)
ale potrzeba bycia w nowym miejscu siedzi w nas mocno i ciągle o sobie przypomina
jedno spojrzenie wystarczy
albo westchnienie... mamy jakieś plany?
i B. sprawdza ceny lotów, terminy
co prawda dłuższe nieobecności nie sprzyjają naszym zawodom
ale są miejsca, do których chcemy koniecznie wrócić
jest też ciągle przed nami ta wielka, daleka podróż, daleka przede wszystkim dla mnie, bo nie dość, że trzeba będzie pokonać ocean, to jeszcze ogarnąć kilkanaście lat wstecz... zanim to wszystko
i tak właśnie wyglądała moja ostatnia podróż w czasie i przestrzeni
a zaczęło się od kolorowego pudełka z ryżem z Camargue na sklepowej półce...
mam nadzieję, że sporo jeszcze przed nami prawdziwych podróży, odkryć i chodzenia parami...
poniedziałek, 14 marca 2016
taniec albatrosów
Siedem lat temu zostałam mamą, zostaliśmy rodzicami.
Na dobre i na złe.
Z ogromnymi pokładami szczęścia i miłości.
Cierpliwości i - czasem - jej zupełnego braku.
Siły i kompletnej bezsilności.
Ciągłej wiary, bo bez niej nie wyobrażam sobie budzić się i zasypiać.
Nadziei. Choć ta naprawdę wystawiana jest na szereg prób każdego dnia. I co którejś nocy.
Niepokoju, o to, żeby były zdrowe, żeby nikt im krzywdy nie zrobił i żeby same sobie dróg wyboistych na życie nie wybierały.
Dokładnie siedem lat temu, w marcowy czwartek nad ranem, urodziła się nam Marysia. Niespełna trzy lata później, również w czwartek, na świecie pojawił się Jan.
Od tych kilku lat szczęście czuje się w powietrzu, serce rośnie i aż trudno uwierzyć, że może takie pokłady miłości zmieścić. Patrzę na dzieci nasze i wzruszam się, bo one takie nasze, z nas, prawdziwe dwie kochane istotki...
I znowu ta niepewność, czy damy radę, czy zdążymy pokazać im, wytłumaczyć, nauczyć dobrze żyć. Okiełznać na czas jak dwa żywioły. Wyrzeźbić w nich, tą - z nas - miłością, odporne na wszystko kręgosłupy.
Bo trudno jest każdego dnia. W tej samej godzinie potrafimy tulić i po kątach rozstawiać. Po trzy razy.
Z tą wiarą codzienną czekamy na cudowne efekty naszych wyobrażeń o reformowalności dziecięcych przyzwyczajeń.
Zostawiając w kolejce oczekujących własne plany, pasje i sen. Rozmowę i relaks.
Nie jest łatwo. Jest najnormalniej trudno.
Choć oczekuję tego szczęścia i spokoju od każdego rana. Tak samo. Jakby to było oczywiste, że mi się należy...
Ale kto powiedział, że życie to pasmo nieustającego szczęścia? Że wszystko musi się udawać?
Że to powodzenie i spełnienie, zwane szczęściem, faktycznie należy nam się z góry? I w dodatku każdemu po równo? Czekamy na nie, czasem zresztą zupełnie go nie zauważając. Pożądamy, szukamy go, jakby było celem w samym sobie. I jedynym.
Naturalnie obrażamy się, jeśli szczęście się spóźnia lub pojawia nagle u sąsiada. Zamiast u nas.
A przecież nikt nie obiecywał, że będzie idealnie. Tak od A do Z. Może ta mieszanka radości i zmartwień - to jest właśnie idealnie?
Przecież i szczęść i nieszczęść może trafić nam się po równo. A brak nieszczęścia - choroby czy straty - można już traktować jak szczęście. Czym ono tak naprawdę jest?
Czemu ja smucę się i wkurzam, gdy dzień zaplanowany rozsypuje się nagle, przez usilne trzymanie się wyobrażeń o nim. Wizja leniwego niedzielnego przedpołudnia, bo sobocie pełnej sprzątania, gotowania i gości, wygina się we wszystkie strony. Zamiast samotnej godzinki, na leżąco, na sofie, z filmem dla dorosłych (czytaj nie animowanym i z ograniczeniem wiekowym - chociażby - jakimkolwiek) siedzimy na tej sofie we czwórkę, co przy ruchliwości Janka trzeba mnożyć razy trzy, i oglądamy program o Galapagos i tańcu albatrosów. Piękne te albatrosy, wabią się nawzajem tańcem, żeby potem trwać przy sobie do końca życia. Na dobre i na złe.
Uśmiecham się do siebie i już wiem. Wiem, że nadal drażnić mnie będzie brak czasu dla siebie samej, na relaks, sen i rozmowę z własnym Mężem. Ale jesteśmy zdrowi, jesteśmy razem, mamy pracę, mamy dom. Nie muszę na siłę udowadniać sobie, że należy mi się jakieś specjalne szczęście, że musze się realizować na wszystkich płaszczyznach jednakowo.
Może te właśnie niewygodne chwile na sofie, z łokciem Janka wbijającym mi się pod żebra i Marysią zadającą tyle pytań, zagłuszających telewizją fonię, że aż dziwne, że nie potrafię jeszcze czytać z ruchu warg... bo dialogów filmowych od dawna już nie słyszę... może to właśnie jest szczęście nasze. Zdrowe dzieci, gdy wokół tyle chorób, wypadków, prawdziwych dramatów. I my zdrowi, zgodni, trochę tylko niecierpliwi.
To wystarczy. A cała reszta trosk, nerwów, niepozbieranych zabawek i codziennego zgiełku - to jest nam dane. Na dobre i na złe. Niech ten taniec albatrosów się nie kończy. Niech będzie trudno. Niech brak prawdziwych nieszczęść będzie naszym największym szczęściem.
środa, 9 marca 2016
Zagroda Południowa
Może nie dziś powinnam o tym pisać, to znaczy o Nich.
Bo post miał być z tych raczej pogodnych.
Kolejny raz zaciskałam dziś zęby, pakując zakupy przy kasie, unikając wzroku Pani, która chyba jeszcze dzieci nie ma, choć nasze z takich akcji dobrze już zna. Ale ja wyjątkowo jakoś nie mogę do takich przywyknąć. Maria i Jan, dzieci moje, pękając ze śmiechu, bez żadnego właściwie powodu, czyli z każdego powodu, rozpracowywały ruchome drzwi w markecie. Drzwi reagowały na Marysię - otwierając się i zamykając, nie reagowały na Janka, bo wzrost widać ma dla nich nie wystarczający. Ale to oczywiście nie przeszkadzało mu dać się im "przyłapać", czyli dać się zamknąć. Czekałam, aż drzwi przyskrzynią mu rękę lub palce. Dwa razy odrywałam się od płacenia, żeby go ratować, zostawiając portfel, kartę w terminalu, kluczyki od auta na samym wierzchu. I resztki sił, bo rozpacz tuż tuż. Na szczęście zdążyliśmy wyjść ze sklepu zanim dzieci zaczęły tarzać się ze śmiechu po podłodze.
Za każdym razem podobnie. Ale ja przywyknąć nie mogę. Tym bardziej do przymykania oczu, moich, bo "przecież to dzieci jeszcze są", "w sumie nic złego nie robią", "się spinam za bardzo".
No nie. Nie spinam się. Tylko w głowie mi się mojej trzydziestoośmioletniej nie mieści, żeby dzieci - lat cztery i siedem - tak się zachowywały i odzywały. Ja w ich wieku.... A są to dzieci nasze, czytaj rodzina nie patologiczna, rodzice zgodni, pracujący za dnia, nie więcej, niż 8 godzin, nie kłócący się i rozumni. Spędzający z dziećmi czas, czytający bajki, układający puzzle i odpowiadający na naprawdę spory procent pytań w stylu "a którędy pani fryzjerka chodzi do pracy i po co ma niebieski sweter dzisiaj?". Czyli rodzice z gruntu normalni. Bardzo świadomi tego, co się dzieje, choć ciągle nie bardzo ogarniający jakim to się dzieje cudem.
No jakim cudem ONE te nasze najkochańsze są czasem aż tak nie do zniesienia??
Wpadają w głupawkę, śmiechu-chichu i zapowiedź najgorszej kary (no, powiedzcie mi czego to się teraz dzieci boją? no czego?) wywołuje u nich kolejną falę dzikiego śmiechu. Boki zrywają.
Do tego stopnia, że ja mam już na ustach pianę za złości, choć równie dobrze mogłabym się tak z nimi pośmiać do rozpuku. Serio.
Już PO wiem, że mój głos podniesiony nic nie daje w TAMTYM momencie. Ja się spalam, one dalej boki zrywają. Nic nie działa. Groźby, że bajek jutro nie będzie? Że słodyczy nie będzie? Telefonu ani tableta nie zabronię ani nie zabiorę, bo rzecz jasna takich nie mają, ani nie używają. To odpada. Na krótko działa akcja pt. zatrzymanie samochodu podczas jazdy - jeśli stan euforii dziecięcej osiąga szczyt naszej wytrzymałości - i groźba wysadzenia. Płacz się wtedy pojawia dramatyczny. Rozpacz w głosie i prawdziwe słone łzy. Zwłaszcza, gdy otwieram drzwi i zapraszam na zewnątrz. Oczywiście ostatecznie je zamykam, i zanim zrobię ćwierć kroku z powrotem do moich, zabawa wewnątrz auta rozkwita na nowo.
Wizja tegorocznych wakacji letnich zaczyna kojarzyć mi się z płatnym koszmarkiem.
Mam dość spore podejrzenia, że to my robimy coś nie tak. My, rodzice. Jesteśmy za mało konsekwentni, za bardzo pobłażamy, po prostu kochamy. Choć, gdy próbuję porównać siebie do innych mam, wydaje mi się, że jestem dość wymagająca i zasadnicza. Ale chyba ciągle za mało. A z punktu widzenia mojej mamy - jestem całkiem miękka:)
Właściwie miałam napisać słodki post o dzieciach z ...Bullerbyn.
"Dzieci z Bullerbyn" to hit ostatnich tygodni. Książka czytana niemal co wieczór przez B., rytuał pożądany i uwielbiany. Historia Lasse, Bosse i Olle, Lisy, Anny i Britty. Bullerbyn podzielone na Zagrody. Do dziś pamiętam wybrane fragmenty i mnie samą, kiedy w wieku lat sześciu czy siedmiu marzyłam o przyjaciółce, do której przeciągałabym liściki po sznurku, z mojego okna do jej. O gałgankach i szmacianej lalce w mini kołysce. Cieszy mnie ogromnie, że nasze dzieci nie mają na półkach pięciu lalek Barbie i transformersów. Czy jak to tam się mówi.
I że potrafią cudownie śmiać się przy "Dzieciach z Bullerbyn". Utożsamiają się z bohaterami, porównywały książkę z filmem o tym samym tytule, który leciał akurat w telewizji, Janek siedział przed ekranem trzymając ją w rączkach, co wyglądało przekomicznie. Jakby potrafił czytać i śledził rozdział za rozdziałem rozliczając wersję filmową z każdego dialogu w książce.
Podpowiedziałam im, że my również mamy swoje Bullerbyn. Nasz dom, to zagroda południowa, zaraz obok - w środkowej i północnej, mieszkają ich ukochani sąsiedzi - dwie pary rodzeństw, którzy idealnie wpasowują się w klimat przygód dzieci z książki. Jedna wielka banda ciekawych osobowości, przyjaźnie, spory i wspólne przygody.
Wiem, że nie tylko my borykamy się z trudami wychowywania. Dużo rozmawiam z innymi mamami, rodzicami, ich relacje są niemal identyczne. Czyli jesteśmy normalną rodziną. Mamy normalne dzieci. A czas zakupów w stresie, kłótni o wszystko i głupawek w końcu minie. I zrobi się cicho i pusto. I tęskno za tym hałasem dzieciństwa własnych dzieci. Tak mówią.
Więc staram się. Oj staram, naprawdę, być świadomą mamą, łapać te przysłowiowe chwile i przywyknąć do dziecięcych wygłupów (choć w domu nazywam to durnieniem). I gdy tak o tym piszę, zaczynam wierzyć, że właściwie, to jest cudownie, a wspomnienie dzisiejszych zakupów za chwilę okaże się tylko zabawną historią.
I znowu będę cieszyć się na wakacje pod namiotem, nad jeziorem w górach:)
To moje matczyne rozrzewnienie potrwa do jutra rana.
Bo każdy ranek to nowe wyzwanie. Nowy rozdział. Emocje sypią się garściami. Znane dotąd dziecięce fochy zmienią barwy na intensywniejsze. Jak w "Dzieciach z Bullerbyn". W wersji live.
Aniu pozdrawiam:)
Asiu ściskam:)
Bo post miał być z tych raczej pogodnych.
Kolejny raz zaciskałam dziś zęby, pakując zakupy przy kasie, unikając wzroku Pani, która chyba jeszcze dzieci nie ma, choć nasze z takich akcji dobrze już zna. Ale ja wyjątkowo jakoś nie mogę do takich przywyknąć. Maria i Jan, dzieci moje, pękając ze śmiechu, bez żadnego właściwie powodu, czyli z każdego powodu, rozpracowywały ruchome drzwi w markecie. Drzwi reagowały na Marysię - otwierając się i zamykając, nie reagowały na Janka, bo wzrost widać ma dla nich nie wystarczający. Ale to oczywiście nie przeszkadzało mu dać się im "przyłapać", czyli dać się zamknąć. Czekałam, aż drzwi przyskrzynią mu rękę lub palce. Dwa razy odrywałam się od płacenia, żeby go ratować, zostawiając portfel, kartę w terminalu, kluczyki od auta na samym wierzchu. I resztki sił, bo rozpacz tuż tuż. Na szczęście zdążyliśmy wyjść ze sklepu zanim dzieci zaczęły tarzać się ze śmiechu po podłodze.
Za każdym razem podobnie. Ale ja przywyknąć nie mogę. Tym bardziej do przymykania oczu, moich, bo "przecież to dzieci jeszcze są", "w sumie nic złego nie robią", "się spinam za bardzo".
No nie. Nie spinam się. Tylko w głowie mi się mojej trzydziestoośmioletniej nie mieści, żeby dzieci - lat cztery i siedem - tak się zachowywały i odzywały. Ja w ich wieku.... A są to dzieci nasze, czytaj rodzina nie patologiczna, rodzice zgodni, pracujący za dnia, nie więcej, niż 8 godzin, nie kłócący się i rozumni. Spędzający z dziećmi czas, czytający bajki, układający puzzle i odpowiadający na naprawdę spory procent pytań w stylu "a którędy pani fryzjerka chodzi do pracy i po co ma niebieski sweter dzisiaj?". Czyli rodzice z gruntu normalni. Bardzo świadomi tego, co się dzieje, choć ciągle nie bardzo ogarniający jakim to się dzieje cudem.
No jakim cudem ONE te nasze najkochańsze są czasem aż tak nie do zniesienia??
Wpadają w głupawkę, śmiechu-chichu i zapowiedź najgorszej kary (no, powiedzcie mi czego to się teraz dzieci boją? no czego?) wywołuje u nich kolejną falę dzikiego śmiechu. Boki zrywają.
Do tego stopnia, że ja mam już na ustach pianę za złości, choć równie dobrze mogłabym się tak z nimi pośmiać do rozpuku. Serio.
Już PO wiem, że mój głos podniesiony nic nie daje w TAMTYM momencie. Ja się spalam, one dalej boki zrywają. Nic nie działa. Groźby, że bajek jutro nie będzie? Że słodyczy nie będzie? Telefonu ani tableta nie zabronię ani nie zabiorę, bo rzecz jasna takich nie mają, ani nie używają. To odpada. Na krótko działa akcja pt. zatrzymanie samochodu podczas jazdy - jeśli stan euforii dziecięcej osiąga szczyt naszej wytrzymałości - i groźba wysadzenia. Płacz się wtedy pojawia dramatyczny. Rozpacz w głosie i prawdziwe słone łzy. Zwłaszcza, gdy otwieram drzwi i zapraszam na zewnątrz. Oczywiście ostatecznie je zamykam, i zanim zrobię ćwierć kroku z powrotem do moich, zabawa wewnątrz auta rozkwita na nowo.
Wizja tegorocznych wakacji letnich zaczyna kojarzyć mi się z płatnym koszmarkiem.
Mam dość spore podejrzenia, że to my robimy coś nie tak. My, rodzice. Jesteśmy za mało konsekwentni, za bardzo pobłażamy, po prostu kochamy. Choć, gdy próbuję porównać siebie do innych mam, wydaje mi się, że jestem dość wymagająca i zasadnicza. Ale chyba ciągle za mało. A z punktu widzenia mojej mamy - jestem całkiem miękka:)
Właściwie miałam napisać słodki post o dzieciach z ...Bullerbyn.
"Dzieci z Bullerbyn" to hit ostatnich tygodni. Książka czytana niemal co wieczór przez B., rytuał pożądany i uwielbiany. Historia Lasse, Bosse i Olle, Lisy, Anny i Britty. Bullerbyn podzielone na Zagrody. Do dziś pamiętam wybrane fragmenty i mnie samą, kiedy w wieku lat sześciu czy siedmiu marzyłam o przyjaciółce, do której przeciągałabym liściki po sznurku, z mojego okna do jej. O gałgankach i szmacianej lalce w mini kołysce. Cieszy mnie ogromnie, że nasze dzieci nie mają na półkach pięciu lalek Barbie i transformersów. Czy jak to tam się mówi.
I że potrafią cudownie śmiać się przy "Dzieciach z Bullerbyn". Utożsamiają się z bohaterami, porównywały książkę z filmem o tym samym tytule, który leciał akurat w telewizji, Janek siedział przed ekranem trzymając ją w rączkach, co wyglądało przekomicznie. Jakby potrafił czytać i śledził rozdział za rozdziałem rozliczając wersję filmową z każdego dialogu w książce.
Podpowiedziałam im, że my również mamy swoje Bullerbyn. Nasz dom, to zagroda południowa, zaraz obok - w środkowej i północnej, mieszkają ich ukochani sąsiedzi - dwie pary rodzeństw, którzy idealnie wpasowują się w klimat przygód dzieci z książki. Jedna wielka banda ciekawych osobowości, przyjaźnie, spory i wspólne przygody.
Wiem, że nie tylko my borykamy się z trudami wychowywania. Dużo rozmawiam z innymi mamami, rodzicami, ich relacje są niemal identyczne. Czyli jesteśmy normalną rodziną. Mamy normalne dzieci. A czas zakupów w stresie, kłótni o wszystko i głupawek w końcu minie. I zrobi się cicho i pusto. I tęskno za tym hałasem dzieciństwa własnych dzieci. Tak mówią.
Więc staram się. Oj staram, naprawdę, być świadomą mamą, łapać te przysłowiowe chwile i przywyknąć do dziecięcych wygłupów (choć w domu nazywam to durnieniem). I gdy tak o tym piszę, zaczynam wierzyć, że właściwie, to jest cudownie, a wspomnienie dzisiejszych zakupów za chwilę okaże się tylko zabawną historią.
I znowu będę cieszyć się na wakacje pod namiotem, nad jeziorem w górach:)
To moje matczyne rozrzewnienie potrwa do jutra rana.
Bo każdy ranek to nowe wyzwanie. Nowy rozdział. Emocje sypią się garściami. Znane dotąd dziecięce fochy zmienią barwy na intensywniejsze. Jak w "Dzieciach z Bullerbyn". W wersji live.
Aniu pozdrawiam:)
Asiu ściskam:)
wtorek, 8 marca 2016
kobieta
jestem kobietą
pełną życia i emocji, często skrajnych, nad którymi trudno zapanować
pełną lęków i wątpliwości, pojawiających się wbrew i pomimo
marzeń małych, dziennych i tych, po które trzeba sięgnąć aż do gwiazd
tak więc sięgam, stając na palcach, na ich czubkach, lub wzrokiem, dalej, niż by wypadało
mam w sobie siłę, nawet wtedy, gdy wolałabym paść na kolana i o niej na trochę zapomnieć
i kruchość kobiecej intuicji, przepełnionej nadzieją i wiarą
mam słuch dobry, pewnie aż za dobry
bo słyszy wołanie zanim inni otworzą usta
serce wielkie i pojemne, słoneczne
choć w jego najniższej szufladzie, tej, która najciężej się otwiera, sporo schowanych dramatów i pęknięć
to nic, pozostałe wystarczy lekko pociągnąć, pełne są uśmiechów, moich ciepłych i dobrych spojrzeń
jestem idealna chwilami, dokładnie wtedy, gdy tak się czuję
przy tobie, w zakochaniu, podróży, na wietrze
wtedy wiem, że mogę wszystko
bo mogę, bo czemu nie
jestem zagadką i odpowiedzią
potrafię nagle zatrzymać się na widok cudnej zwyczajności, nawet gdy biegnę bez tchu
zapominam obrazić się i pogniewać
potrafię czarować, czasem zupełnie nieświadomie i niechcący
rzucam sobie kłody pod nogi, żeby potem zbudować z nich most
tęsknię i wzdycham
czuję mocno, nawet gdy tego po mnie nie widać
choć po mnie zawsze widać
mówię głośno, żeby w ciszy spokojnej móc iść spać
nie zostawiam na jutro żalu i niedomówienia
ani ostatniej kostki czekolady
i dumna jestem i nic bym nie zmieniła
pomimo wielu błędnych decyzji, kiepskich wyborów, niewykorzystanych szans
wszystkie one, plus zbiór tych dobrych tu i teraz
bycia w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie
to właśnie ja
moje ja
a gdyby nie to wszystko, co za mną, nie byłabym tu, gdzie jestem teraz
i - co wzrusza mnie zawsze, gdy o tym pomyślę - z Tymi, co teraz
jestem kobietą
ciąg dalszy z pewnością nastąpi
i do niego puszczam teraz moje piękne oko:)
niedziela, 6 marca 2016
po ciszę, po winnam
po ciszę do lasu pojechałam
strzepnąć z siebie wszystko to, co muszę, co mi każą, co radzą i bez czego niby ani rusz
mam wrażenie, że z każdej strony, gdziekolwiek nie zajrzę, jakiej stacji nie słucham... ktoś ciągle mówi mi, że powinnam, jak powinnam i kiedy
wyjątkowo męczą mnie ostatnio media, telewizja, czasopisma, radio
odkrywcze teorie na temat starych, jak świat prawd, mącą i rozrzedzają rzeczywistość
szeleszczą wkurzająco
co parę lat się zmieniają, ba, czasem co sezon
zaskakują i niepokoją, sieją wątpliwość - to jak to jest właściwie?
na wszystko istnieje przepis, szkoła, po czym kolejna grupa specjalistów udowadnia, że właściwa odpowiedź jest zupełnie odwrotna
mam ochotę uciec i uciekam
nie słucham i nie oglądam
nie chcę nowych wersji klasyki
wybieram ciszę i to, co dobrze znam, od zawsze
niezmiennie
po ciszę do lasu pojechaliśmy
tą dosłowną mogłam sobie jedynie wyobrazić
bo nasze Smarki dwa nie dały nam jej zaznać, pomimo tłumaczenia, że po to właśnie jest las
po szelest gałązek pod stopami, śpiew ptaków, po nic, po ciszę:)
ich potrzeba omówienia z nami każdej myśli, która zabłądziła w ich główkach była nieubłagana
Marysia zatargała ze sobą pięć mega (jak na nią) gałęzi, które ostatecznie dojechały z nami do domu
jaka matka, taka córka...
Janek pokonywał na swoim zdezelowanym jeździku trasę godną mtb, a ja dostawałam zawału
ale udało nam się z B. pospacerować trzymając za ręce, wzdychając nad tymi samymi brakami
popatrzeć i przez chwilę nic nie musieć
taką krótką tą chwilę
czy my tam jeszcze gdzieś w środku jesteśmy...my - sami?
PS. Post powstawał przez tydzień, przez tydzień już prawie miałam go napisać. Ostatecznie skróciłam, spłaszczyłam i nie jestem z niego zadowolona.
czwartek, 3 marca 2016
odrywam cię od ziemi a z tobą cała ja
weszłam tylko na chwilę
bo zapomniałaś śniadaniówki
spóźniona już byłam
zaparkowałam w błocie
przez błoto przebiegałam, na obcasach i w jasnym płaszczu
pasy obok, radiowóz obok, a ja tak przez środek ulicy przed szkołą
biegnę
zwalniam przy drzwiach, żeby malca z tornistrem nie popchnąć przez mój pośpiech
jak trudno jest ten pośpiech zdążyć na czas stłamsić, wyhamować
i krztę stoickiego uśmiechu zaserwować dla niepoznaki
przecież i tak już jestem spóźniona
ale tym razem to siła wyższa, to nie zabrane śniadanie znaczy
no nic
weszłam tylko na chwilę
świetlica, duże okna, i ty
i wtedy widzę twoje oczka zaskoczone i szczęśliwe
moja córeńka...biegniesz do mnie, buzia ci się nie zamyka
cała ty
a pani za tobą kiwała dobrotliwie głową
jakby takich zapomnianych kanapek widziała już całe mnóstwo
i takich mam, co przeciąg robią
ale te oczka twoje i jak mi się na szyję rzuciłaś z radością szczerą
jakbyśmy się tydzień nie widziały, a nie piętnaście minut
mamusiu... wołasz i już cała jesteś moja
przytulam i tulę całą sobą
odrywam cię od ziemi a z tobą cała ja
jak ja cię kocham mocno i jaki dziś dzień miałam dobry
to nic, że spóźnienie, że błoto, że znowu
ja z tego dnia zapamiętam tylko ciebie
tylko ciebie zapamiętam z tego dnia
jak dobrze, że zapomniałaś śniadaniówki...
bo zapomniałaś śniadaniówki
spóźniona już byłam
zaparkowałam w błocie
przez błoto przebiegałam, na obcasach i w jasnym płaszczu
pasy obok, radiowóz obok, a ja tak przez środek ulicy przed szkołą
biegnę
zwalniam przy drzwiach, żeby malca z tornistrem nie popchnąć przez mój pośpiech
jak trudno jest ten pośpiech zdążyć na czas stłamsić, wyhamować
i krztę stoickiego uśmiechu zaserwować dla niepoznaki
przecież i tak już jestem spóźniona
ale tym razem to siła wyższa, to nie zabrane śniadanie znaczy
no nic
weszłam tylko na chwilę
świetlica, duże okna, i ty
i wtedy widzę twoje oczka zaskoczone i szczęśliwe
moja córeńka...biegniesz do mnie, buzia ci się nie zamyka
cała ty
a pani za tobą kiwała dobrotliwie głową
jakby takich zapomnianych kanapek widziała już całe mnóstwo
i takich mam, co przeciąg robią
ale te oczka twoje i jak mi się na szyję rzuciłaś z radością szczerą
jakbyśmy się tydzień nie widziały, a nie piętnaście minut
mamusiu... wołasz i już cała jesteś moja
przytulam i tulę całą sobą
odrywam cię od ziemi a z tobą cała ja
jak ja cię kocham mocno i jaki dziś dzień miałam dobry
to nic, że spóźnienie, że błoto, że znowu
ja z tego dnia zapamiętam tylko ciebie
tylko ciebie zapamiętam z tego dnia
jak dobrze, że zapomniałaś śniadaniówki...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
-
1 Słowo za słowem wlecze się czasem, zupełnie w myślach jeszcze. Marzy się. Płynnie błądzi między kolejnymi dniami, miesiącami i latami. D...
-
każdy mój dzień, to nowy smak zaczyna się niby przewidywalnie, podobnie, jak wiele poprzednich a potem... szczypta muzyki w radio, garść r...
-
wtorek. to ten dzień, kiedy mogłam wstać ostatnia za oknem było jeszcze całkiem ciepło choć wiedziałam już, że tutaj pogoda potrafiła ...
