czwartek, 29 października 2020
dobrze
środa, 14 października 2020
sentimental
Zamykam śniadaniówki, przegarniam okruszki z kuchennego blatu i psa z Waszych łóżek. Zanim wyjadę do pracy po siódmej rano, zdążymy się uściskać, bo właśnie wstaliście lub siadacie do śniadania, myjecie zęby lub szukacie drugiej skarpetki. Przypominam o kurtce i worku na wf, o legitymacji, którą trzeba zanieść do podbicia i o trzymaniu się chodnika w drodze do szkoły. Trochę z konieczności - bo remontują przejazd kolejowy - ale i z wielką radością i podekscytowaniem codziennie maszerujecie do szkoły pieszo. Samodzielni, ale nie samotni - razem z czaderską bandą pierwszo-, trzecio-, czwarto - i szóstoklasistów. jakie to szczęście, że macie wokół siebie tylu kolegów i tyle koleżanek, w zbliżonym wieku. Żałuję, że tego nie widzę, nie widzę Was, gdy z plecakami i tornistrami ruszacie z co drugiego domu, witacie się na swój własny umówiony sposób (piona, żółwik, samolot, obrót...), rozmawiacie, śmiejecie się lub spieracie o własne racje. Pomachałabym Wam. Puściłabym całusa.
Rozmawiałam ostatnio z Sąsiadami z domu, który mijacie codziennie w drodze do szkoły i tej z powrotem. Przyznali, że serce im się raduje, gdy słyszą Wasze głosy i rozmowy. Słyszą je każdego dnia z rana i wczesnym popołudniem. Nadajecie rytm Ich dniom. Czują młodość i beztroskę, bo ich własna lekko już przyprószona jest siwizną. Jak mnie te Ich słowa ucieszyły!
Dzieci. Radość. Otwartość. Szczerość. Jak
ją w Was pielęgnować i podkreślać?
Dobrze, że każda część życia ma swoje przywileje, każda różni się marzeniami, potrzebami, oczekiwaniami. I trudnościami. Gdy kilka tych części ma się już za sobą, pięknie się na nie patrzy, podsumowuje, łączy ze sobą puzzle, które przez lata błąkały się pozornie bez pary.
Od zawsze chciałam mieć rodzinę. Tradycyjnie, choć po
mojemu. Mąż, partner, dzieci. Dom, nieważne ile miałby ścian. Ciepło i
normalność, nad którą nikt z mojego pokolenia się nie zastanawiał. Owszem,
wielu się burzyło, buntowało, ale był to ich wypracowany bunt, nie fala, czy
moda. Indywidualności. Wyraźności. Inności. Drugi człowiek. Oburzało chamstwo i
nieuczciwość. Owszem, obgadywało się i koleżanki i kolegów, szeptem, podśmiechiwaniem, i zawstydzeniem, gdy ktoś to odkrył. Nie pamiętam jednak nienawiści i akceptacji
dla okrucieństwa. Bo kiedyś trzeba było spojrzeć na siebie, nawet, gdy
niekoniecznie w oczy. Trzeba było mieć odwagę odezwać się w obecności drugiego
człowieka, na żywo. Nie tak wiele było smsów, aplikacji, komunikatorów, zamkniętych w komórkach grup. Anonimowe były zaledwie napisy na murach:) Krytyka nie przychodziła tak łatwo i bezkarnie, jak teraz, musiała być podparta prawdą, wymuszała dyskusję z żywą osobą, z zainteresowanym, z rzetelnym, a nie, jak teraz, z niewidzialnym gronem specjalistów, którzy jednak bardzo dotkliwie potrafią zranić i zniszczyć. Szkoda, że dziś tak wielu ludzi się nudzi, a z tych nudów wynikają straszne
słowa i zachowania...
Martwi mnie ten świat teraz. Ale potem
zaglądam do naszego salonu i znajduję dzieci moszczące się na sofie z nosami w
książkach. Janek czyta wszędzie. Pisze dziennik (po lekturze wszystkich możliwych części Cwaniaczka...). Uwielbiamy nasz rytuał zakupowy (jeszcze
sprzed wirusa): najpierw Empik, czyli książka dla niego, a dalej spokojne
dziewczyńskie zakupy z Marysią. Wszyscy szczęśliwi!
Może więc nie trzeba martwić się aż tak bardzo?
Może zaufać lepiej i uwierzyć, że sił
wystarczy? I że uda się wychować dobrze i ustrzec na czas...
poniedziałek, 12 października 2020
the weather in a fall
niedziela, 13 września 2020
love, Nazha
Spodobały mi się te słowa, choć ja bardziej odniosłabym je do osób. Czasem najcenniejsze relacje zawiązują się, zanim zdamy sobie sprawę z ich wpływu na resztę naszego życia. Tak jest ze mną i Nazhą. Starsza o bliżej nieokreśloną liczbę lat, liczbę zupełnie bez znaczenia. Jest jedną z tych osób, o których mówi się, że bije od nich ciepło, a z twarzy niemal nie schodzi uśmiech. Prostolinijna, otwarta, z cudownie niedoskonałym akcentem - mieszanką marokańskiej kultury i zachodnio-amerykańskich możliwości. Moja Nazha. Poznałyśmy się w Montanie, osiemnaście lat temu. Każda z nas z innego zakątka świata, ona z Maroka, ja z Polski. I to chyba ta inność, nie amerykańskość, tak nas do siebie zbliżyła. A może to gwiazdy...?:) Nie pamiętam szczegółów tego pierwszego spotkania, dziś mam wrażenie, że od razu znałyśmy się jakby od lat. Serdeczność w każdym geście, szeroki uśmiech i zaraźliwy śmiech. Z Nazhą zawsze jest prosto, możemy nie rozmawiać przez rok, a nie ma mowy o kłopotliwej ciszy, czy skrępowaniu.
Do what is good for you - mówi mi zawsze, gdy wspominam o swoich rozterkach. You deserve it.
Z ogromnym żalem opuszczałam Montanę po kilkunastu miesiącach tam spędzonych. Montany tak naprawdę nigdy się nie opuszcza, tym bardziej boli ta fizyczna rozłąka. Najpierw czujesz pewność, że to nie mogło tak po prostu się skończyć. Nawiązane znajomości, zażyłości, spotkani ludzie, a przede wszystkim cudowna natura, bliskość dzikich zwierząt, świat, jak z filmów, katalogów, marzeń. Możliwości. Dostępność. Życzliwość. Stajesz się lepszym człowiekiem. Patrzysz na ludzi z uśmiechem. I nie możesz uwierzyć we własne szczęście. Zarabiasz, podróżujesz, poznajesz, rozmawiasz po angielsku, spełniasz. I wiesz, że inaczej już nie chcesz. Masz nadzieję, że inaczej już nie potrafisz.
How's it going?
Just fine!
Sercem nadal w Górach Skalistych. Ciałem wróciłam do kraju. Z planami powrotu, kiedyś, niedługo.
Jakoś musiało się udać. Z Nazhą pisałyśmy, rozmawiałyśmy przez Skype. Z zapewnieniem o tym, że zawsze już. I tak, jak z każdym miesiącem pewność, że wrócę, zastępowało niedowierzanie... to się jednak nie uda, wkradające się po cichu, rozgaszczające się coraz wygodniej, rozmazujące zarys gór, kształt rzeki... tak z nią do dziś nic nie zelżało. Tysiące kilometrów i mil nie ma znaczenia. Szesnaście lat rozmów, maili, wiadomości. Dziś jej twarz, z filtrem niedawnej ogromnej osobistej Straty, głos, który mam ochotę przytulić, radość z tego, że możemy mimo wszystko zobaczyć się na ekranie. Moja Nazha. Dear Nazha. Czekamy na ten dzień, gdy jedna odwiedzi drugą, gdy usiądziemy razem przy kawie mochaberry i przegadamy nasze życia lub przemilczymy to, czego wypowiedzieć nie trzeba będzie. Wierzymy, że się uda, że to tylko kwestia czasu. Tylko kwestia czasu.
Love you. Nazha.
środa, 9 września 2020
szal
Wiatr wieje dziś zachęcająco, rozwiewa włosy i myśli brzuchate od zmartwień. Przez okno widzę piękne drzewo, pełne zieleni, ale miejscami śmiało przebarwiające się na jesień. Liście ozłacają się niemal na moich oczach, na gałęziach pląsają jeszcze bladozielone, po czym, tańcząc, niejednoznacznie opadają coraz to niżej, zachwycając swoją lekkością. Na ziemi leżą już żółte, słoneczne, podskakując nadal, w rytm podmuchów wiatru, bez cienia melancholii, zadziornie raczej.
Znalazłam dziś rodzeństwa kasztanów. Bliźniaki i trojaczki. Wcześniaki, ale przetrwają. Pierwsze oznaki zbliżającej się jesieni. Nasza kolejna, szkolna, ciepła i pełna spokoju, mam nadzieję. Bez nadmuchanych planów, bez rewolucji.
Może uda się przejść z nią na piechotę? W podskokach i z radosną zadyszką, tą, która zachęca, żeby podskakiwać wyżej, a nie każe podeprzeć się z wysiłkiem. Na piechotę jednak, pieszo, trochę boso, jedynie z szalem owiniętym wokół szyi, tym, pod którym zmieszczą się całe nasze dni.
I miłość. I pies. I każdy, kto akurat przejdzie obok, z uśmiechem i życzliwością...
czwartek, 3 września 2020
"Be strong you never know who you are inspiring .." - z archiwum bloga
Trafiłam na ten post właśnie dziś. Pisałam go we wrześniu, ale sześć lat temu!
piątek, 28 sierpnia 2020
życie ołówkiem pisane
Jak kiedyś, jak dawniej. Prosto, bez nadmiernych poszukiwań, bez nadmiernej potrzeby poklasku i bez rozpaczy z powodu jego braku.
Żyć, jakby to życie ołówkiem było pisane.
Takim, co szura po kartce, a słowa niemal słychać. A w nich - nasze dni, pisane wolno i uważnie, a czy starannie, to już później oceniać.
Każdy błąd można skreślić, myśl naprowadzić jeszcze raz, nie bać się poprawek i odruchów. Nie potrzeba korektorów, które zmyją nieidealności, nie potrzeba liter stawiać bardziej do pionu, jakby słowa miały wtedy zmienić swoje znaczenie. Nie o ich wygląd chodzi, tylko treść, o to, co zawierają, co przekazują.
Można tym ołówkiem naszkicować każdy dzień i człowieka. Raz szorstko, a raz miękko, do jasności, przejrzyście niemal. Lub zarys lekki zostawić, do dokończenia, gdy upewnię się co do dalszego kształtu.
Nawet stare zapiski mądrych ludzi, notatki na brzegach wielkich ksiąg pisane, myśli z ostatniej chwili między wierszami wciśnięte, to one czasem ubarwią najpełniej. Ubarwiają ułomnością.
Czy życie z tymi ułomnościami i odruchami nie jest pełniejsze i bardziej prawdziwe? Bardziej szczere, nie pozostawiające za dużo miejsca na osądy i oceny, na domysły.
I żyjmy swoim życiem od dziś, od już. Swoim. Z dala od kolorowych ekranów, urządzeń i ulepszaczy. Z dala od wyprasowanych twarzy. Bez prądu i zasięgu. Ołówkiem i z kubkiem kawy zbożowej albo herbaty bez cukru. Z muzyką graną na wiolonczeli lub fortepianie. Ze słuchaniem drugiego głosu na żywo. Bez powiadomień. Bez ikonek. Bez aplikacji.
Amen.
Odwyku od mediów dzień trzeci.
-
1 Słowo za słowem wlecze się czasem, zupełnie w myślach jeszcze. Marzy się. Płynnie błądzi między kolejnymi dniami, miesiącami i latami. D...
-
każdy mój dzień, to nowy smak zaczyna się niby przewidywalnie, podobnie, jak wiele poprzednich a potem... szczypta muzyki w radio, garść r...
-
Nie ma na mnie bata. Starałam się nazwać to inaczej. Trochę łagodniej, nie wprost. Tłumaczyłam sobie, że dzieci małe, że pracy dużo, że do...












