środa, 3 maja 2017

jaka jestem




Przychodzi taki czas w życiu... piszącej blog:) - nadal trudno mi poczuć się i nazwać blogerką -
no więc przychodzi taki czas w życiu, który nazwałabym - czasem pokus.
Tak, właśnie pokus.
Sam blog kusi. Kusi potencjalność jego popularności. A przez to połechtania własnego ego.
Kusi potencjalność wykwintności tekstu, który ma wyjść spod własnych palców, który pcha się na ekran, którym zwyczajnie trzeba się podzielić. Kusi możliwa popularność, łaskawe komentarze, w ogóle komentarze:)
Dzięki blogowi trafiam do przeróżnych Osób, na ich strony, do ich domów, życia, wizji i kreacji.
I zaczynam porównywać. Naprawdę nie chcąc. Naprawdę niechcący.
Ale jest to silniejsze ode mnie. Potencjalność, która pozostaje potencjalnością, zaczyna zastanawiać. Zaczyna zadawać pytania: co mogę robić lepiej? dlaczego u mnie coś się nie udaje? co mogę robić inaczej? dlaczego musiałabym inaczej? czy ja tego chcę? czy to ja?
Mój blog nie zostanie nigdy blogiem roku, nie zarobię, nie będą mnie cytować.
Ale i tak męczy, kusi, domaga się.


Ale to nie blog kusi mnie ostatnio najbardziej. To nie o nim dziś.
Przyszedł czas, kiedy zwalniam bieg. A przynajmniej mam na to wielką ochotę. Doszłam do momentu, kiedy presja umieszczania odpowiedniej ilości postów na tydzień, dla zachowania życia i poczytności samego bloga, schodzi na plan drugi, dalszy. I pomału wręcz znika. Nie znika sama chęć dzielenia się, nie znika tysiąc myśli przed snem, nagłówki i tematy.
Nie da się zagłuszyć emocji, bo ich starczyłoby na dwa posty dziennie:)



Ale ostatnio zdecydowanie i na nowo pochłania mnie codzienność. Kusi mnie... samo życie. Coraz częściej szkoda mi czasu na opisywanie go. Coraz częściej wydaje mi się, że opisywanie i pisanie jest bez sensu, że wszystko zostało już opisane lub można o tym poczytać u innych. Że lepiej smakuje przeżywanie, niż emocjonowanie się tym później, przy ubieraniu w słowa, przy klikaniu "opublikuj".
Być może ten stan nie potrwa wiecznie, ale zupełnie się nad tym nie zastanawiam.


Kilka dni temu, jadąc na rowerze, w obcym kraju, pełnym cudownych zakątków, miejsc, kadrów, przez pierwsze kilometry gryzłam się niemal w język, zaciskałam palce na kierownicy, żałując, że nie uwiecznię tysiąca cudownych miejsc w pamięci aparatu fotograficznego. Musiałabym zatrzymywać się co sto  metrów, przy co drugiej furtce, mijanym ganku, widoku na. Już niemal widziałam jak opisuję te doniczki z kolorowymi kwiatami na blogu:) Wierzcie mi, zachwycały!
Ale szybko uzmysłowiłam sobie, że tego dnia najpiękniejszym widokiem były...plecy mojego męża:) Jego bliskość i obecność, nasz wspólny czas, jazda przed siebie i dla siebie zachowywanie przyszłych wspomnień, te same zachwyty, pokazywanie sobie nawzajem ciekawostek, wymienianie spojrzeń, uśmiechów, żarty i to samo zmęczenie. Byliśmy tylko my. I reszta świata. Radość z weekendu we dwoje. My i nasze niewypowiadane zbyt głośno tęsknienie za dziećmi. Bo przecież w niemal każdej ośmiolatce "widzieliśmy" naszą Marysię, niemal każdy zakręt braliśmy myśląc o tym, czy poradziłby sobie z nim Janek.


Przyszedł czas, kiedy największą pokusą okazuje się po prostu życie.
Po tylu przeczytanych złotych blogowych myślach, podręcznikach o świadomości, uważności, samorealizacji, olewaniu, po tylu podglądniętych życiach innych, z głową pełną inspiracji, zazdrości, motywacji i rezygnacji, mam ochotę już tylko na jedno.
Na siebie. Własną intuicję. Na moje błędy i po mojemu sukcesy. Na przeżywanie dni tu i teraz. Niekoniecznie w zgodności z tym, co trzeba, co byłoby lepsze, poprawniejsze. Tylko w zgodności z samą sobą. I swoją Rodzinką.
Życie jest piękne. Ale nie wiadomo, jak długie przecież. Dlatego po swojemu chcę je przeźywać. Po swojemu. Zwalniam bieg i wrzucam na luz. Choćby i pod górkę miało być.







PS. A o tych furtkach i o wykwintnym smalcu w saksońskiej winnicy (haha!) napiszę. Kiedyś niedługo. Na pamiątkę i... zachętę:)






4 komentarze:

  1. Anonimowy06 maja, 2017

    Mam nadzieje ze ten stan szybko minie...zyj ale pamietaj o czytelnikach))) p.s.czekam na przepis na smalec.pozdrawiam.Ewelina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będzie, będzie o tym smalcu. Zaskoczę Cię:)
      pozdrawiam:)

      Usuń
  2. Czasami lepiej zachowywać niektóre przeżycia dla siebie, innym nie pokażesz tego jak to czułaś a i te chwile we wspomnieniach będą bardzo wyjątkowe bo tylko Twoje, niektóre rzeczy trzeba po prostu przeżyć i żadnymi zdjęciami i opisami nie oddamy tych emocji :) Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie. Czasami nie odda się słowami, tekstem, emocji i uczuć. Tym bardziej, że wcale nie ma takiej potrzeby. Sama staram się oduczyc siebie ciągłej "potrzeby" dzielenia się.
      Pozdrawiam Cię serdecznie:-)

      Usuń

speak softly love

PONIEDZIAŁEK 20 listopada Myślałam, że napiszę książkę. Wierzyłam w to, miałam nadzieję, czułam wręcz. Bzdury jakieś. Ani czasu...