piątek, 19 maja 2017

między ziemią a chmurami







Po cudownym, pełnym słońca weekendzie, po gruntownym odgruzowaniu pokoju Janka, przejrzeniu około setki bluzeczek, spodenek, odłożeniu tych za małych, poukładaniu tych akurat, po przejechaniu 40 kilometrów na rowerze, ze średnią (rosnącą!) 19,2 km/h, upieczeniu dwunastu czekoladowych babeczek i ośmiu kawałków karkówki, nieprzeczytaniu ani jednej strony ani jednej książki... mimo wszystko wypoczęłam.
Nabrałam mocy, nadziei, nabrałam słońca, wiary, ochoty na wszystko!
Odespałam połowę ostatnich sennych zaległości.
Zapisałam się na Leszczyński Maraton Rowerowy - kategoria MINI BIKEFUN:) 30 km ścigania:)
Postanowiłam zacisnąć zęby i poodchudzać się do wakacji. To przecież ostatni dzwonek, ostatnie 6 tygodni, a wiem, że tyle wystarczy, przy nieoszukiwaniu i wykrzesaniu z siebie choć części silnej woli. Gdzieś tam przecież ona musi być. Wiem, że można, bo już dwa razy mi się to udało.
Ktoś dołączy?:)
Postanowiłam też przesiąść się z auta na rower i tak dojeżdżać do pracy. Pół godziny rano i drugie tyle popołudniu.


I tak przyszedł poniedziałek.
Poniedziałek koszmarek. Nie zdążyłam wsiąść na rower, wyszłam po prostu za późno. Jak w reklamie, za późno, żeby wyjść wcześniej. Niby się przygotowałam, sportowe ciuchy, plecak, buty ok, ale w ostatniej chwili szukałam czegoś na przebranie. Ciężko było. W głowie już miałam "jak żyć? jak żyć? jeśli z szafy ciuchy się wysypują?? i zawsze te niewłaściwe!"
Bo do swojej w miniony weekend nie doszłam, żeby odgruzować.
Marysia pobrudziła świeżą bluzeczkę sokiem z truskawki. W Jej przypadku odgruzowywanie nie ma większego znaczenia.
W pracy gorączka, wszystko naraz.
Choć jeden duży sukces był - dietka. Wytrzymałam z pomarańczą na drugie śniadanie, ograniczaniem, lekką kolacją, czyli według rozpiski dietetyczki.
Tylko w tej głowie ciągle gorzko jakoś, no bo jak to? Ładować baterie przez weekend i żeby starczyły tylko na jedną noc?
I z tymi myślami poszłam spać o 21:30.


I tak przyszedł wtorek.
Nowe szanse. Tym razem zdążyłam się ubrać, przebrać, dojechać na rowerze.
Na nowo wstąpiła we mnie nadzieja. Zdyszana dotarłam do pracy, wyzwania kolejne, ale ten rower to jednak świetna sprawa, bo mi jeszcze bzem i trawą zieloną pachniało w głowie przez dwie godziny. I barwy twarzy wracały do ludzkich:) A gdy z pracy wyszłam, tzn. wyjechałam, na nowo mi bzy w głowie były i ten rzepak żółty że aż. Cały stres został z laptopem na firmowym biurku.


I tak przyszła środa. A z nią, co za nowość, kulminacja poziomu służbowego stresu. Nie tylko u mnie. Armaggedon. Whatever. A potem znowu wiatr we włosach pod kaskiem rowerowym, zieloność, żółtość, podmuch, wolność. Te 10 km, 30 minut i wszystko ze mnie schodzi. Uwalniam się. To widać, Bartek aż zwrócił na to uwagę. Pod czerwonością mojej zmachanej twarzy był uśmiech, gadulstwo, ale to pozytywne, o bzdetach, nie o pracy!


:)


I ta rozmowa z Nią - urodzoną w grudniu - Asią, która rozumie mnie bez słów, a gdy i tak te słowa się zdarzą, to jakby z mojej głowy były. Pomiędzy machaniem do naszych dzieci, ich rowerkami, świecącym prosto w oczy słońcem, resztą dzieci wdrapujących się na kamienny murek - dokładnie przy kuble na śmieci - my rozmawiałyśmy o życiu. Siedząc na rozgrzanych schodach, na naszym ganku. Bez narzekania, bo mamy przecież pełne, zdrowe Rodzinki. Ale niemal każdego dnia mamy jeszcze w sobie tą tęsknotę, za czymś więcej...
Same siebie pytamy, czy jest coś jeszcze i czy to źle, że o tym więcej myślimy? Że chcemy? No oczywiście, że nie! Jesteśmy zajebiste. A to poszukiwanie czegoś, co odróżni nasze poniedziałki od wtorków, świadczy o tym, że nie stoimy, że się rozwijamy, że jesteśmy tam, że oprócz bycia mamą, jesteśmy cudownymi kobietami:)
I po tak wdzięcznym podsumowaniu, wróciłyśmy do naszych tu i teraz. Ot tak.


Całe życie o takiej bliskiej mi dziewczynie marzyłam, po cichu, już jako dziecko, nastolatka, kobieta. Ale chyba sama nie pozwalałam sobie na taką bliskość, zamykałam się w swoim świecie. Tak trochę chciałam i nie chciałam. A potem "wszystkie klocki mi się ułożyły". Mąż, dom, dzieci, stabilizacja, szczęście. No i Przyjaciółka!


Ja przecież wszystko mam!


W poniedziałek i wtorek, i każdy inny dzień tygodnia. Przy wzlotach i upadkach. Ze stresem, który w końcu mija. Między ziemię a chmury jestem włożona i pomiędzy ziemią a chmurami rozciągają się moje dni i emocje.
Z ziemi na te chmury patrzę, na niebo całe, z tęsknieniem, do nich ręce wyciągam. Ale gdyby nie ziemia, nie widać by było, że one takie piękne są.
A z chmur, to wszystko na ziemi nie tak straszne się już wydaje, jakby mniejsze, mniej groźne, nawet zabawne po czasie. Jak klocki, które w końcu muszą się w mój własny wzór ułożyć.



















1 komentarz:

speak softly love

PONIEDZIAŁEK 20 listopada Myślałam, że napiszę książkę. Wierzyłam w to, miałam nadzieję, czułam wręcz. Bzdury jakieś. Ani czasu...