Nie, nie, ja zdecydowanie nie. Wolę twardy sen na miękkim łóżkowym materacu. Ale dzieci są zachwycone. Marysia szczęśliwie "padła". Janko nadal się stara, pomimo skandalicznie późnej godziny, jak na niego. Dochodzi 22:00. Choinka stoi w salonie. Salon jest połączony z kuchnią. Intymnie, kameralnie, małodomkowo. My siedzimy cichutko, ale pod choinką z pewnością słychać każdy okruch na kuchennym blacie i szum termoobiegu.
Poleżałam trochę przy nich. Obowiązkowo pomiędzy. Twardo... Ale za to jakie widoki! Bąbelkowa lampa widziana od dołu, odbija światełka z choinki, czego normalnie bym nie zauważyła. Białe kule i gwiazdki wiszące na tle ciemnych drzwi tarasowych. Ciepło półmroku, magiczne chwile tuż przed Bożym Narodzeniem, czas na dostrzeżenie piękna naszego domku, na leżąco, z oddechem małej buźki na lewym policzku i uściskiem naszej dziewczynki, mówiącym "mamuś, nie idź, nie puszczę" w prawej dłoni. Magia. Cuda śpią pod choinką.
Oddycham tym wszystkim i cieszę się. Pomimo, że jeszcze sporo do zrobienia dzisiaj. Biała czekolada czeka na roztopienie, toblerone schowane, niby głęboko, ale i tak odkrywam, że otwarte i nadgryzione. W kwestii słodyczy dla mojego ukochanego nie ma rzeczy niemożliwych. Znajdzie, zje, nie żałuje. Bardzo nas to łączy. Nie ma to jak pełne zrozumienie wzajemnych słabości. A tym bardziej ich zaakceptowanie. Dlatego kupiłam o jedno opakowanie czekolady więcej.
Jest magicznie. Wigilia jutro, ale mnie już dziś spotkało mnóstwo niespodzianek. Podarunki od znajomych, bliskich mi Osób, głównie Pań Blogerek:) A świadomość, że ktoś o mnie pomyślał, specjalnie dla mnie przygotował, wiedział, że sprawi mi to radość - rozczula mnie. Za czasów "przed dziećmi", często zaskakiwałam najbliższych trafionymi prezentami, a moją mamę kwiatami bez okazji. Teraz mniej mam na to czasu (za co przepraszam Cię, Dorotko, ale nadrobię!) i poczta nasza czynna tylko do 14:00! Ale chyba wraca do mnie kiedyś dana serdeczność:)
I Ania :) O której pisałam w poprzednim poście. I której Maluszek czeka na wyzdrowienie w szpitalu!:( Mimo to, z koszyczkiem pełnym domowych konfitur i nalewek, ciasteczkami i maleńką stajenką, zapukała dziś do nas. Janek powitał Ją okrzykiem "cześć ciocia!", a Marysia rozgryzała, który to Kacper a który Melchior i od razu zarezerwowała ciastko w kształcie księżyca. Bo pozwoliłam zjeść po jednym dopiero po kolacji. Wiedziałam, ze Ania zadba o nas w imieniu Mikołaja, bo to nie pierwszy już raz:) Ale wzruszyłam się dziś. Oj, tak jakoś wzruszam się znowu ostatnio, przy po raz czwarty oglądanym Ekspresie Polarnym albo na wspomnienie o rybie po grecku i pierogach z grzybami mojej kochanej Babci...Których już nigdy nie zjemy....
Pierniczki od Doroty już zjedzone. Listonosza wyczułam z daleka. Dorota będzie miała w te Święta czkawkę co chwilę, bo pomyślę o Niej za każdym razem, gdy spojrzę na naszą choinkę:) Podarowała nam śliczne grubaśne własnoręcznie ozdobione bombki. Nasze małe drzewko w tym roku ma, co prawda, styl raczej awangardowy. Ale cały home made, no, school made:) Moja wizja minimalizmu i tylko bieli na choince, została wyprzedzona papierowymi ozdobami i bombkami, które dzieci same ozdabiały podczas wycieczek do fabryki bombek. Tak miało być. Prosto będzie jak pójdą do średniej szkoły. Choć pewnie tylko w kwestii choinki.
Planuję już jedno z postanowień noworocznych, związane z Dorotą:) Nie udało się w tym roku, więc trzeba zadziałać w tym nadchodzącym!:)
Nie wiem, czy mróz i śnieg zdecydują się odwiedzić nas te zimy, ale trunków na rozgrzewkę mamy coraz więcej:) Nalewka z pigwówki i aronii to kolejne niespodzianki. I kolejna Ania. Trzeba przyznać, że Anie to naprawdę świetne dziewczyny:)
Marysia chrapie. Biała czekolada rozpuszczona. Migdałowiec upieczony.
Pod choinką śpią nasze Cuda. Najlepsze prezenty. I - mimo, że podpuszczamy ich, że dostaną jutro od Gwiazdora tylko puste pudełka, że ich energia doprowadza mnie chwilami do rozpaczy - to dla nich i dzięki nim to wszystko. Dla nich i dzięki nim się chce. Więc może i położę się jeszcze na chwilę, na tej podłodze pomiędzy, wsłucham w ich śpiące oddechy, popatrzę na nasz dom z ich perspektywy. Z dołu, z - góra - metra trzydzieści. Wyrównam oddech. I poczekam na dwudziesty czwarty grudnia...




