czwartek, 10 grudnia 2015

szczyt sezonu, szczyt!



Mogłabym zrobić listę przebojów moich ostatnich wpadek, głupot, śmiesznostek.
Toplistę gaf i pomyłek.
Niewyłączone żelazko. Przez osiem godzin.
Mięso na obiad posypane gałką muszkatołową zamiast curry.
Auto zostawione na parkingu siedem kilometrów od domu (zostawione, żeby dwoma po mieście nie jeździć, paliwo zaoszczędzić... i tak zamiast kilku, czternaście kilometrów zrobiliśmy, żeby po nie wrócić....) - ale tą akcję na dwa dzielę, po pół na mnie i B.:)
Żel pod prysznic na włosach. Zamiast szamponu. Przed wyjściem na Andrzejki.
I zbiłam śliczną białą porcelanową choinkę, którą przywiozłam trzy dni wcześniej z Warszawy:(

Lista cały czas się powiększa.
Jak to w sezonie.
Sezon jest co prawda na meble. Nie na wpadki.
Ale ja "w meblach" robię, mówiąc prosto. Bo meble na Święta kupuje się na potęgę. Nasze meble zagranicą. Albo przynajmniej nowości na ekspozycjach prezentuje, żeby klienci mogli drzwiami i oknami między świątecznymi posiłkami zamówić. Tak więc shopfloory i preXmas orders - tym żyję od tygodni.
Na siedząco, przy laptopie, z mailami, telefonami, zamówieniami, sprawami ważnymi i upierdliwymi. tych upierdliwych oczywiście jest najwięcej. I tych, co drugi raz trzeba napisać, poprosić, wyjaśnić. W dodatku mam"pecha" znać język, co oznacza, że wszystkie drogi prowadzą do mnie, napisz, zapytaj, przetłumacz. Wydawało mi się, że angielski na dzień dobry to teraz standard! Choćby taki komunikatywny!
Ale skoro z komunikacją po polsku mamy spore problemy i braki, to gdzie mi marzyć o po angielsku...
I do dziś nie mam pojęcia jak przy tak siedzącej pracy można mieć zadyszkę.
A ja mam. Od rana. I tak przez osiem godzin. Tych służbowych.
Potem to już normalna, oczywista zadyszka w samochodzie, wracam do domu i pędzę, jakbym była spóźniona. Cisnę na pedał gazu, pod uchem telefon, bo bezczynnie tyle minut spędzić nie wypada. I cały czas to wrażenie, że jestem spóźniona. Nie wiem w sumie na co...na obiad, którego nie zjem, bo nie dadzą mi usiąść? Bo nowy rysunek, nowy podskok i prawie-gwiazda na zajęcia taneczne. Całusy i opowieści i koniecznie przytulaski.
Na to zawsze zdążę.
To mnie nie omija. Na to zawsze mam czas.
Potem znowu szybkim krokiem, bo COŚ trzeba z tym długim godzinnym popołudniem zrobić!
Może do sklepu pieszo. Albo na spacer odnieść książki do biblioteki - choć wiem, że zanim dzieci oderwą się od swoich zabaw i bajek, dotrą po trzecim wezwaniu do przedsionka, przypomną sobie o siku, kupie, piciu, dokończą wzajemne przepychanki, wychichotają lub wypłaczą ogrom emocji, znajdziemy czapki i szaliki do pary (często ten punkt pomijam, pary nie są konieczne) i ubiorą się z moją zadyszaną pomocą... nadejdzie godzina zamknięcia biblioteki.
Więc nastawiam się od razu na miauczenie Jej: "ale ja chciałam..." i płacz Jego: "nie lubię cię! nie chcę pod domem, chcę iść do biblioteki!" i idę sama w....ciemność. Słysząc za sobą tuptanie, a częściej szuranie małych butów. Dwieście metrów wyganiania smutasów i osuszania łez. Do końca drogi. I drugie dwieście z powrotem. Ja się już nie przejmuję. Moja oschłość i obojętność na ich buczenie i jęki działa świetnie:) Oczywiście ta oschłość jest pozorna, kosztuje sporo mojej powściągliwości i zaciskania zębów.
Ale działa.
A może to po prostu świeża dawka tlenu?
Potrzebna i im i mnie.
Oddycham...

W podobnych rozedrganiach docieramy do końca wieczoru. Do końca ich dnia. A gdy tylko raczą zasnąć, rozpoczynamy nasz wieczór. Mój i B. Nasz czas. Podsumowania, rozmowy, przemyślenia.
W szczycie sezonu mam w głowie listy. Listy wysyłkowe. Listy zakupów. Rzeczy do zrobienia i zobaczenia. Listy filmów do obejrzenia i znajomych do odwiedzenia. Bo Święta. Magiczny czas.
Jaki magiczny, skoro taki zdyszany?
Gdzie ta sofa, na której się siada, wśród świec i zapachów pomarańczy? Gdzie ten film familijny, romantyczny, świąteczny? Wizja błogiego zimowego popołudnia przy kominku przewija się przez reklamy, telewizję, blogi i moją wyobraźnię. Już, już prawie mam na takie popołudnie szansę przecież.
Wystarczy tylko to, to i tamto...
Nieprawda! Nie zdążam nigdy! Jak usiądę już, w końcu, nawet z tym kocem miękkim, to okazuje się, że właśnie dobiegła północ. Minuty skurczone mijają nieubłaganie, nie zważając na moje starania zatrzymania ich. A ja tak się staram i spieszę przecież wciąż. Z tą zadyszką. Bo przecież miałam zrobić tylko to i tamto. Musiałam tylko podsumować zawartość lodówki pod kątem jutrzejszego obiadu. Porozmawiać z B. o kosztach zakupu bramy do kanciapy....żeby stwierdzić, że na przemyślenia wszelakie, o Świętach, życiu, spokoju, to jest już trochę za późno, że o tej porze szczytem marzeń moich jest już jedynie sen...

Sen...
W szczycie sezonu marzę o nim, wyobrażam sobie jego cudowne właściwości.
I to, że trwa...że zdarza się każdego dnia...to znaczy nocy... że budzę się sama, bez budzika w telefonie, ustawionego na trzy razy...
Marzę o śnie bez zadyszki. Bez pośpiechu. W szczycie sezonu, to szczyt moich marzeń...


1 komentarz:

  1. O, rany- aż ja się zdyszałam czytając Twój tekst! I, o rany- doszłam do konkluzji, że mam i ja. Tą zadyszkę na codzień. Mnie się nawet w tym roku o dekoracjach nie chce mysleć. Ani o myciu okien i całej reszcie. Chyba nastąpiło " zmęczenie materiału".

    OdpowiedzUsuń

"wyjdź ze mną na deszcz"

"wyjdź ze mną na deszcz" z płyty "Mój dom", Kortez Od kilku dni chodzę, jak zaczarowana. Zresztą, nie tylko ja.....