piątek, 25 listopada 2016

"nie poddawać się w szukaniu tego czegoś..."

Dzień dobry:)
Taki zwyczajny... za oknem mglisty i szary.
Ale czasem, nawet mimo mgły i szarości, jest nam po prostu dobrze.
Zdarzają Wam się takie dni? Kiedy kąciki ust podnoszą się do góry same, na myśl o bliskich, o tym, że SĄ, że są zdrowi, że czekają w domu... że pomimo tego i tamtego, jest cudownie!
Zawsze przecież można wynaleźć sobie powody do narzekania, niezadowolenia, do ciężkich westchnień, bo w pracy konflikty, bo ludzie zawodzą, bo wszędzie biegiem...
A ja dziś, na przekór, zostawiam z boku pesymizm listopadowy. Chwytam telefon i spontanicznie piszę miłosną wiadomość do męża. Ściskam mocno dzieci i szepczę im do ucha zapewnienia o tym, że kocham zawsze, bezgranicznie i bezwarunkowo. Rozdaję tysiące całusów.
Reprymendy i kary konieczne są niestety, ale po pięciu minutach ściskamy się od nowa.
Taki dzień, jak co dzień, ale dziś, świadomy bardziej.


Kilka dni temu przeczytałam na Facebook'u pewne wyznanie. Bardzo odważne i bardzo pozytywne. Spadło mi jakby z nieba, bo ostatnie dni były dla nas dość trudne, pełne napięcia i olbrzymiej niepewności. Po przeczytaniu słów Basi - link tutaj - ogromnie mi ulżyło, niepewność zastąpiło przekonanie, że to, co robię, jest właściwe, że nie mogę przestać wierzyć, nie mogę się poddać. Wzruszyłam się oczywiście i pomyślałam... jakie to życie jest przewrotne i cudowne jednocześnie. W jednej chwili tracisz wiarę w ludzi, a w kolejnej trafiasz na Osoby silne i piękne.
Właśnie... na pewno i Wy znacie osoby, o których można powiedzieć, że są po prostu piękne, prawda? I nie chodzi tu tylko o powierzchowność, urodę, ale o to COŚ, co sprawia, że chce się przebywać w ich towarzystwie, są radosne, łagodne, ciepłe i już przy pierwszym spotkaniu znika dystans. Przy nich ma się wrażenie, że świat jest jaśniejszy i prostszy.
Taką osobą jest właśnie Basia Woźniak. Spotkałyśmy się tylko raz, przy okazji weselnego makijażu w lipcu, o którym pisałam tutaj (słynny toskański weekend:) ). Basia jest niesamowita, potrafi wydobyć z każdej dziewczyny, kobiety, prawdziwe piękno. Kiedy tylko poznałam datę wesela, od razu rezerwowałam termin właśnie w Studio Basi, wiedziałam, że jeśli makijaż, to tylko u niej!:)


Postem na fb Basia odpowiada na wyzwanie, dzieli się, chwali - jak o tym pisze - swoimi sukcesami i drogą, która ją do nich doprowadziła. Pisze o tym, za co jest wdzięczna. Jej słowa i sam fakt ich opublikowania (wyobrażam sobie, ile ją to kosztowało...) poruszyły mnie na tyle, że postanowiłam podzielić się nim i z Wami. Mnie zainspirowały, mi pomogły - może i Wy przeczytacie je w najlepszym momencie?


Barbara Woźniak:
https://www.facebook.com/BarbaraWozniakStudioWizerunku/photos/a.669577299773624.1073741828.669141349817219/1269179006480114/?type=3


"Nie jest mi lekko o tym pisać .. rzecz o sukcesach.. dostałam dziś takie zadanie i chcę je zrealizować, bo jest częścią mojej drogi rozwoju.. ale szczerze mówiąc w pierwszym momencie, jak je dostałam, może nawet jeszcze w drugim i trzecim też :) poczułam spory stres, wgniotło mnie w ścianę na samą myśl o tym, co Wy sobie pomyślicie , że głupio tak, że przecież „nie wypada” się chwalić, wiele z NAS tak myśli, więc gdy ktoś pisze wszem i wobec o sobie dobrze, może to zostać źle odebrane ..
w ogóle na słowo „sukces” w odniesieniu do mnie samej, mam takie „wzdrygnięcie” , bo przecież może mi się podwinąć noga, bo przecież tak łatwo coś „przechwalić”, strach, że jak powiem głośno, dlaczego jestem z siebie dumna i sobie wdzięczna, to NA PEWNO COŚ SIĘ SPIEPRZY. Też tak macie ?? No nic, zaryzykuję
Moim najbliższym tej chwili sukcesem jest to, że się nie wymigałam od tego zadania, od napisania tego. Wchodzę rano na fejsa i co widzę ? wczorajszy post Kuby B.Bączka #MentalPower 
 „sukces przychodzi w momencie, w którym po prostu się nie poddajesz” .. ha!
Za co jestem sobie wdzięczna? Co uważam za mój największy sukces ? Jakieś 4 lata temu powiedziałam dość! Miałam już męża (nadal mam , dom, byłam już mamą dwójki małych córeczek, w kieszeni dyplomy z wyróżnieniem ukończonych studiów ( w tym kosmetologii) i niezłe doświadczenie zawodowe. Byłam bez pracy. Głównie dlatego, że NIE CHCIAŁAM ROBIĆ dalej tego co do tej pory, a przynajmniej nie w takim kształcie, moja praca nie dawała mi satysfakcji, nie było to do końca „TO” co by mnie pozytywnie nakręcało. Czułam się z tym wszystkim delikatnie mówiąc do niczego. Po przerwie związanej z początkami bycia mamą, było coraz ciężej, bo coraz mocniej czułam, że MUSZĘ coś zmienić, że POTRZEBUJĘ tego, i coraz bardziej brnęłam na oślep w poszukiwaniu tego czegoś .. nie widząc, ze to co „coś” jest cały czas ze mną
Jestem sobie wdzięczna za ten upór i zaufanie do intuicji, żeby NIE PODDAWAĆ SIĘ W SZUKANIU TEGO CZEGOŚ.. za wewnętrzne przekonanie, że nie chcę robić „czegokolwiek” , tylko , że musi to być coś co lubię, co sprawia mi przyjemność, co ma jakieś większy sens, bo tylko wtedy będę to robić dobrze i tylko wtedy będę szczęśliwa CZY SZUKAŁAM SUKCESU? NIE!!! to słowo nie mieściło się nawet w kręgu moich bezpiecznych słów, miałam potrzebę po prostu odnalezienia siebie i swojego miejsca we wszechświecie   W momencie okropnej „doliny” z tym związanej przestałam nad tym rozmyślać, a zabrałam się do roboty. Bardzo jestem w tym miejscu wdzięczna mojemu mężowi, bo to on dawał ( i ciągle daje! ) mi dużo wsparcia w niepoddawaniu sie rzeczywistości i motywowal, wtedy wierzyl we mnie bardziej niż ja sama! dzieki Niemu zapisałam się na pierwsze warsztaty rozwojowe, w ich konsekwencji na kolejne, prowadzone przez wspaniałą trenerkę Hanię
Sobkowska . Odważyłam się poprosić o pomoc ( to też uważam za mój sukces) , odważyłam się zawalczyć o moje marzenia ( a na tamtym etapie moim marzeniem było ich chociażby usłyszenie, odnalezienie.. ), poznałam wiele fantastycznych osób, które (w ogromnym skrócie pisząc) pomogły mi rozmową, własnym doświadczeniem, pracą oraz wsparciem mentalnym i wiarą we mnie.
Moim ogromnym sukcesem jest moja zmiana, proces który rozpoczął się wtedy a trwa dalej, ci którzy mi w tym towarzyszą wiedzą, jak duża to zmiana ( kiedyś za żadne skarby nie napisałabym tego posta..) Moim ogromnym sukcesem jest to , że potrafię mówić „nie” kiedy czegoś nie chcę, że potrafię zrezygnować czasem z takich rzeczy, które przyniosłyby mi może i rozgłos ( sukces medialny ), ale zabrałyby mi czas na ŻYCIE , czas który uwielbiam (i potrzebuję jak powietrza) spędzać ze swoją rodziną, znajomymi. Jestem z siebie mega dumna, że potrafię o to zadbać, a nie drżeć o to, ze to się na mnie zemści, że stracę życiową szansę na sukces. Mój sukces to to, że sama decyduję co chcę robić, że chcę być i jestem szczęśliwa na moich zasadach i w poszanowaniu zasad ludzi, z którymi żyję
Mój sukces to też oczywiście to czym zajmuję się ZAWODOWO, moja firma, to że ROBIĘ TO CO LUBIĘ i lubię to co robię, że moja praca przynosi mi radość, że na nie łatwej drodze rozwoju osobistego, podejmowałam takie, a nie inne decyzje , że przez moją pracę, przynoszę innym radość, dostaję od wielu z Was słowa wdzięczności i potwierdzenia , ze moja praca ma sens, że wracacie do mnie , że mam grono stałych klientów, firmy z którymi współpracuję.. tak, nawet mi się nie śniło, że tak będzie! Moim marzeniem było tylko to, żeby czuć radość i sens mojej pracy.. a teraz mogę spełniać inne moje marzenia, a także marzenia innych! To cudowne!
Mój sukces to też w olbrzymiej części moja RODZINA- spełnione marzenie, jedyne którego byłam pewna zawsze, pierwsze dojrzałe wielkie marzenie ! Mam cudowną rodzinę, a relacje które nas łączą to też nie wyłącznie cud z nieba, tylko efekt pracy i wspólnego dbania o nie, dlatego że ona jest dla mnie najważniejsza, pilnuję czasu który dla niej rezerwuję i żadne andrzejki, karnawał czy sezon ślubny nie będzie ważniejszy , ale żeby nie było wątpliwości, DROGIE KLIENTKI, jeśli doczytałyście do tego miejsca to wiedzcie, że JESTEŚCIE DLA MNIE WYJĄTKOWE I WAŻNE, i dlatego właśnie, czasem odmawiając Wam, nie poświęcając na prace więcej czasu ponad to ile fizycznie jestem w stanie, ile ustaliłam, dbam o Was! Bo dbając o siebie, i równowagę między życiem a pracą , chce mi się ciągle rozwijać, pracować i czerpię z tego radość i daję z siebie wszystko. . Amen
Gratuluję i dziękuję tym, którzy to przeczytali i nie oburzyli się na moje chwalenie się
Ps. Dziękuję Haniu za zadanie, na początku na chwilę wgniotło mnie w ścianę zmierzenie się z tym, co inni sobie pomyślą kiedy zacznę się „chwalić” i to napiszę , ale teraz jestem wdzięczna, bo fajnie było zdać sobie sprawę z tego, jak fajnie mi z tymi moimi „sukcesami” :)
podzielicie się swoimi sukcesami? zachęcam  #doceniajmysiebie "

 
Myślę, że komentarz jest zbędny:)
Basiu - dziękuję!



PS. Z Basią "łączą" mnie jeszcze dwie rzeczy - obie urodziłyśmy się 4 grudnia (choć ja kilka lat wcześniej:) ) i obie uwielbiamy lawendę...

"Nie poddawać się w szukaniu tego czegoś..." - powodzenia!:)




wtorek, 22 listopada 2016

a dziś słuchałam muzyki...


moja Mama - której regularnie drukuję posty z tego bloga, bo sama nie ma ani komputera, ani internetu - twierdzi, że często wyczuwa w tych moich pisanych słowach tęsknotę
taką, która jest tłem, pojawia się czasem, jak cichy bohater drugiego planu
nie pcha się do pierwszego rzędu moich emocji
niby dotknąć jej nie można
ale czuć ją
słychać...


za czym tęsknię?
ja wiem, dobrze wiem za czym...


Montana... którą pokochałam, którą tak bardzo chciałabym Ci pokazać
"droga i rzeka (...) są jak rzucone z nieba dwie wstążki, które zsunęły się ze zboczy gór i przy tym lekko tylko poplątały..."
niedawno przeczytałam, że Montana to miejsce, które dociera tak głęboko do twojej duszy, że boli, gdy jesteś od niej daleko
ja z mojej wyjechałam, ale tak naprawdę nigdy do końca jej nie opuściłam
wraca do mnie jak bumerang
z pierwszym śniegiem
z każdym śniegiem
i z muzyką
Sarah Mclachlan, Tim McGraw, Faith Hill
z kawą z cynamonem
i "Zaklinaczem koni"
a czasem zupełnie znikąd


ale Ty musisz to zobaczyć...


gdy tak nad tym rozmyślam czasem, dochodzę do wniosku, że chyba w każdym z nas tlą się jakieś tęsknoty
właśnie za tym, co było
tęsknoty i z nich samych wspomnienia
te niby zapomniane i pogodzone uczucia
zagojone rozczarowania
uciszone żale
gdzieś tam zostawione - jak ja to mówię - w poprzednim życiu
ale... skoro nam się przydarzyły, to czy można je tak zupełnie z siebie wymazać?
usunąć, przełknąć?
czy raczej są jak małe mgnienia, ułamki, śpiące na dnie pamięci, na dnie serca?
okruszki, dzięki którym jesteśmy albo silniejsi - bo za nic nie chcielibyśmy ich w dłoniach trzymać ponownie, bo bolały za mocno, bo już wiemy, których drzwi nie należy otwierać, którą drogą nigdy więcej nie iść
albo wrażliwsi - dzięki nim widok, nie jest tylko widokiem, zapach tylko zapachem, a piosenka zwykłym utworem - jest bogatsza o nasze skojarzenia z czymś lub kimś szczególnym, z wyjątkowymi chwilami, emocjami
moje tęsknoty... to część mnie
mnie tworzą... kolorują...
to ja przecież


a dziś słuchałam muzyki...
i znowu przysiadła tu obok
tęsknota moja mała
a z niej ta myśl szalona... jeszcze zbyt..., żeby ją na głos wypowiadać
choć mam wrażenie, że od dawna we mnie siedzi
niby dotknąć jej nie można
ale czuć ją
to ja przecież...


Virginia City, MT, rok 2003



320 Guest Ranch, MT, rok 2001




poniedziałek, 14 listopada 2016

bilet w jedną stronę

Siedzę na drewnianym, dziecięcym krzesełku, przy kominku, ogrzana jego ciepłem. W dłoni piękna kryształowa szklanka, do połowy pełna... kilka łyków dobrego drinka i się włączają...
...te myśli...
...te moje myśli...
Oglądam film o pasji, o niemożliwym. Niemożliwym, które okazuje się możliwym. O szaleństwie. Sięganiu ponad. O trudzie próbowania, upadania i podnoszeniu się od nowa.
O nadziei, uporze, przekonaniu, że to niemożliwe musi się udać.


A może ten film jest całkiem zwyczajny, tylko moje myśli,  znane mi dobrze, schowane przede mną...ubarwiaja, dodają, nazywają... Może widzę w tym filmie siebie?


Zazdroszczę.
Innym.
Ich talentu. Świetnych pomysłów. Pomysłu na siebie. Konsekwencji. Organizacji.
Wydają się lepsi. Silniejsi. Zadbani. Poukładani.
Zazdroszczę, bo mam wrażenie, że im się udaje, a ja tkwię w jednym punkcie. Oni idą swoją drogą.
A ja?


Ostatnio wydaje mi się, że tuptam w tym samym miejscu. Po kroku do przodu, dwóch w bok jeden i kolejny, i znowu trafiam na to samo skrzyżowanie.
Bo czasu za mało. Bo dzieci wciąż nieduże. Bo praca, zadania domowe, zdrowe odżywianie, wkładanie naczyń do zmywarki, wyciąganie ich z powrotem.
I znowu korek. Codzienne dejavu.
Mam wrażenie, że powinno coś jeszcze się dziać. Siadam czasem w ciszy rzadkiej, z  muzyką w tle spokojną i rozmarzam się. Zastanawiam, dumam... czy jest coś jeszcze? i kiedy?
Do niektórych chwil tęsknię, o niektórych marzę.
Noszę je w sobie.
Są moje. I odzywają się czasem właśnie. Niezmiennie przypominają, szeptem niemal, że niemożliwe jest przecież możliwe. I ja to wiem.


Bo trzymam w rękach bilet w jedną stronę. Tę moją, tę jedyną.
Bilet na życie we dwoje, z dziećmi niedużymi, z porannym pośpiechem, z niedokończoną elewacją.
Na życie ze słabościami, które są tak moje, że aż trudno mi na nie narzekać i przyznawać się do nich.
Na życie z tuptaniem w jednym miejscu, tak długo, jak trzeba, zanim ruszę dalej.
Na życie niemożliwe, które dzieje się tu i teraz. Niemożliwe, bo jeszcze dziesięć lat temu nie wierzyłam, że w końcu się spełni. Nie mogłam słuchać, jak inni mówili o swoich... zadaniach domowych, wspólnym kredycie, wkładaniu naczyń do zmywarki i wyciąganiu ich z powrotem. Kompletów cztery. A ja marzyłam, pragnęłam, próbowałam. Bo sama nie miałam. A lata leciały. Choć nadzieję już wtedy traciłam na miłość, normalność, spokój serca. Na szczebiotanie, mruczenie, śpiewanie i kolejny klocek lego pod dużym palcem u nogi.


A przecież niemożliwe stało się możliwe. Odnalazłam Swoją Drogę. A na niej i Ciebie i Ich.
I dom. Z kominkiem, przy którym pomarzyć mogę o kolejnych stacjach. Z krzesełkami dziecięcymi w salonie.
I już nie martwię się o to, czy jest coś jeszcze. Przecież myśli krążą, marzenia szeptają. Nie odpuszczą. Ani ja im. Noszę w sobie jeszcze sporo niemożliwych.
I mam bilet w jedną stronę. Z takim się nie zawraca.










niedziela, 6 listopada 2016

pochmurność


Piękna jestem spragniona.
Szumu morza.
Zachodu słońca mglistego.
Ciepła na powiekach zamkniętych.
Zapachu bez słów.
Rozmów bez zegarków.
Ciszy i bezpieczeństwa.
Czasu jestem spragniona. Najbardziej tego czasu.

Powieki przymykam teraz w obawie. ...że oczy przeczytają, zobaczą, usłyszą kolejne powinnam, wypada, musisz.
Już nie tylko zawodowo. Bo z pracy trzeba się cieszyć dzisiaj.
Ale te wszystkie dobre rady, konieczności, listy nieskończenie długie, co muszę, motta i cytaty. Pełno ich wszędzie, po lewej i po prawej, na facebooku, w telewizji, czasopismach, radio.
Każdy radzi, specjalistą jest od trendów i tego, co lubić powinnam lub przynajmniej tak by wypadało.
Nawet od tych myśli złotych o zwyczajności niezwyczajności już za dużo poczytałam i żadna na dłużej nie zatrzymuje.
Wiem, wredna jestem, bo chyba tylko mi za dużo się tego wydaje.
A może nie rad ja potrzebuję? Skoro znane mi są. Skoro sama o nich pisałam...
Czego ja potrzebuję?
Czego ja chcę?


Polska też mnie przygnębia. Dodatkowo i z dociskiem. Bo znowu te oczy moje patrzą, ale nie wierzą. Słucham i mi szczęka opada. No jak można? Jak tylu ludzi może tak bezczelnie nam w białe dnie, prosto w oczy wmawiać, kłamać, mącić i to jeszcze w imię Boże nazywać??
Obudzić by się chciało z tej jesieni, z tych relacji, rewelacji, przygnębienia.
Ale trzeba iść do przodu, dzień za dniem zdobywać, do dzieci się uśmiechać, nie płakać, nie krzyczeć, nie narzekać.
Modlić się trzeba. To jedyna taka bezpieczna ucieczka, która nawet domu opuszczać nie wymaga.


Ostatnio, w zeszłym tygodniu, patrząc przez kuchenne okno mojego dzieciństwa, w mieszkaniu mamy, z widokiem na nasz plac zabaw, wierzyć mi się nie chciało... jak bardzo te drzewa urosły jak plac zasłoniły!
Ile to lat już mają, a z nimi i ja.
Sąsiedzi się pozmieniali, ale na szczęście nie wszyscy jeszcze...
W moim pokoju nadal stoi stare pianino, i ta komoda ze skrzypiącymi drzwiami...
I mozaika parkietowa jest, z niejedną historią, trwale zapisaną na klepkach.
I z tego domu wyszłam. Wcale nie prosty mi się świat wydawał, gdy prze to okno patrzyłam mając lat szesnaście i dwadzieścia jeden. Ale dziś mam wrażenie, że i tak drogi wtedy mniej kręte były. Ograniczony wybór czynił człowieka szczęśliwszym.


Patrzę na ten dom, mieszkanie w bloku z wielkiej płyty, głaszczę moje mocno przeczytywane lektury i książki, z dedykacjami na pierwszej stronie, ręcznie pisanymi, za wzorowe wyniki w nauce i wysoką kulturę osobistą. Sama staram się jej teraz uczyć nasze dzieci. W świecie bez pardonu, bez skrupułów, kultura osobista przydarza się coraz rzadziej.


I gdy tak patrzę przez to okno mojego dzieciństwa, mam wrażenie, że tak wiele się zmieniło. A przy tym, tak szczęśliwie niewiele... Z tych rzeczy najważniejszych, najcenniejszych, mam je przy sobie niemal wszystkie. Mam Ich przy sobie niemal wszystkich. Więc musi udać się przetrwać ten czas trudny i pochmurny. Niech sobie narzucają, radzą i każą. Ja swoją, naszą drogą pójdę do przodu, dzień za dniem po kolei będę zdobywać, do dzieci się uśmiechać, pięknego dzień dobry i dziękuję będę uczyć, nie płakać, nie krzyczeć będę, nie narzekać.
Przeczekać.
Pochmurność przeczekać mi trzeba.





wtorek, 25 października 2016

bez wahań najmniejszych



mogłabym... tak od razu... bez wahań najmniejszych...tak marzy mi się
szaleństwo
jakiekolwiek


takie najzwyklejsze niby
przyziemne, takie fiu bździu...
zakupy, ciuchy, ale takie za milion dolarów
albo i za trzysta złotych
za sztukę
i tych sztuk całą szafę bym kupiła
a stare rozdała, wydała każdą jedną bordową i ciemnozieloną...
bo właśnie czerwieni mi brak, a w czerwieni mi ładnie
w szarościach też nieźle, takich z fakturą, z ciepłem, szorstkich i grubych
w kremie, ecru i taupe
nonszalancko i ekskluzywnie
to tak właśnie mogłabym od razu


albo do hotelu uciec, z cichym pokojem, białą pościelą i brakiem zasięgu na osiem godzin
z łóżkiem miękkim i pustym
i spać do szesnastej...



albo na spacer z Tobą polecieć gdzieś do Lizbony albo do Nowego Jorku
do parku
na ławce usiąść, zamknąć oczy i tak cieszyć się ze swojego wspólnego szaleństwa
moglibyśmy przecież urwać się na dwa, trzy dni
ja tak lubię z Tobą to wszystko.


na szaleństwo mam ochotę
takie od razu, od ręki, już
zanim zacznę rozmyślać, przeliczać i zdam sobie sprawę, że paszport nieważny już dawno
zanim rozsądek wygra
mogłabym


bo przecież zdolna bywałam do niejednego szalonego wyjazdu
odruchu, decyzji...


przecież do Hiszpanii stopem dojechałam
na całe lato studenckie


a w Nowym Jorku, w tym sklepie, gdzie buty czerwone cudne kupiłam
mój pierścionek z cyrkonią tak bardzo spodobał się ekspedientce,
że z palca zdjęłam i jej go dałam
bo u nich to ona takiego ładnego nie widziała...


a ostatnio na kawę do Warszawy pociągiem...
i z powrotem


hmm... bywałam?:)


jak dobrze jest sobie czasem te szaleństwa przypomnieć
siedząc obok sterty ciuchów czekających na poukładanie
obok służbowego segregatora
odrywam się od nich z uśmiechem i myślę sobie
do czego ja jestem zdolna?
gdzieś tam to we mnie siedzi
czeka i cieszy się na samą możliwość i prawdopodobieństwo
a, co ważniejsze, wiem, ze się doczeka
może nie tak od razu, nie dziś, nie jutro


ale zdjęcie do paszportu trzeba by zrobić w tym tygodniu
w razie jakiegokolwiek
bez wahań najmniejszych
szaleństwa






czwartek, 20 października 2016

co to jest ja się pytam???





za dużo
za mocno
za intensywnie
tchu nie mogąc złapać
na czas
zachłystuję się
brakiem


za dużo
za mocno
a brak...?


jak może mi teraz czegoś brakować, skoro mam wrażenie, że więcej już nie udźwignę
nie złapię więcej na raz ani drugi
dzień za krótki, a niesie ze sobą wszystko
a chciałabym jeszcze coś do niego wcisnąć
jakiś oddech lekki
promyk uśmiech ciepło iskrę


co to jest???
taka mądra, wyczytana jestem i świadoma w zeszłym miesiącu
że życie
że chwila
że rodzina
że najważniejsze
że tak na krótko dane


i nagle wszystko w kąt rzucone
to mądre i to świadome?
dlaczego zatrzymać nie mogę?
dlaczego tchu nie mogę złapać?
już nawet marzyć mi się nie chce
dzień nawet nie zdąży do drugiego być podobnym, bo ginie w niepamięci poprzedniego tygodnia
dni
tygodnie
miesiąc
pstryknięcie palcami


gdzie ten hamulec?
gdzie stop
zaduma
nostalgia
złota jesień ta cudowna co ją kocham


co to jest???
bo praca
bo ja sama muszę
bo się nie da inaczej


w jednej chwili tylko spać chcę
a w drugiej koniecznie już się z tego koszmaru obudzić
szkoda, że nie lubię przeklinać...


i znów już jutro
a ja jeszcze przedwczoraj




niedziela, 9 października 2016

so autumn

Dziś, wczoraj... jakoś tak bardziej chce mi się do domu. Zamknąć, trochę schować przed rozdmuchem świata. Przed dzieleniem na kolory.
Chciałabym tak normalnie. Zwyczajnie. Bezpiecznie.


Za szybko znów pracuję, żyję, chłonę.
Jesień zapowiadała się ciepła i sucha.
I nagle, jakby obraziła się.
Trudno. I tak ją lubię. Z ciepłym szalem, nowymi butami i zapasem czosnku.
Zawieruchę zostawiam za oknem.
Do domu, do wnętrza, zapraszam nostalgię, pięć piosenek Sara Bareilles, drzewo do kominka i ochotę na zupę z dyni.
Śmiech nie cichnie. Codzienność i macierzyństwo nie ma przerw, urlopów.
Nie zważa na brak energii.
Skreślamy dni w kalendarzu.
Ale nie przepuszczamy ich przez palce.
Wyczerpują nas do zmierzchu, do cna.
I tak jest dobrze. Tak ma być.
Jak to jesienią, co się z liśćmi spadającymi i deszczem zawierusza.
Byle za oknem. Byle za szybą.