środa, 19 listopada 2014

off line of mine


Z powodu pewnej awarii, nasz domek od kilku dni jest odcięty od świata.
Świata mediów.
Gra nam radio - poza nim ani internetu, ani telewizji. Termin zakończenia naprawy - być może piątek.
A my?
Układamy namiętnie puzzle. W głowie mnóstwo niezapisanych słów, niemal całych fragmentów potencjalnych postów. Nie zapisuję ich na kartce, bo...
...to czas dla Nich, tęsknimy, bo Tatuś w podróży już trzeci dzień i drugą noc. Przed nami jeszcze trzy noce i dwa dni:) Więc czekamy.

A ja piję kawę z cynamonem...i przesypiam Nieobecność...


piątek, 14 listopada 2014

Autumn

 

Dziś tylko zdjęcia. Bo chciałabym zatrzymać taką jesień na dłużej.
Zdjęcia są głównie z pamiętnej wizyty we wrocławskim zoo:) Pomijam ponad godzinne oczekiwanie na samo wejście do parku oraz to, że nie było większych szans na dostanie się do Afrykarium...
W każdym razie nam humory dopisywały, pogoda też, a mnie najbardziej zachwyciła właśnie jesień, jej nieco już gasnące barwy...
Całkiem mi dobrze z tą jesienią w tym roku...
















 

czwartek, 13 listopada 2014

like twenty-two girls in one


Ostatnio zbyt wiele dociera do mnie.
Z każdej strony, o niemal każdej porze, rozpędzony pociąg wiadomości.
Filtr opanowania i dystansu nie daje rady.
Przeciążony.
Udało mi się jednak zamknąć, odsunąć, wyjść.
Kilka dni fizycznie z dala od pracy i mediów...to naprawdę doskonały sposób na złapanie oddechu.
Leniwe poranki. W piżamach. Z dziećmi.
Spacery i rozmowy.
Powietrze! Otulam się nim stęskniona, z całych sił. W ciągu tygodnia mam go tak mało...
Udało mi się zwolnić. Myśli wyciszyć...
hmmm...:) no, może nie wyciszyć, ale okiełznać...
Myślę o sobie...o tym, co uwiera, co chcę zmienić, a czego nie muszę...
Z czym mi dobrze, a czemu warto nadać nowy wymiar.
Na spokojnie, ale konsekwentnie.

Uśmiechnęłam się słysząc piosenkę John'a Mayer'a "Paper doll"...
...you're like twenty-two girls in one...
czy to o mnie?:)
Ile jest we mnie odcieni?
Ile nastrojów...na ile potrafię się zmienić w krótkim czasie...




Zdarza mi się być furiatką. Zwłaszcza rano. Wstaję pierwsza, ogarniam się lub już nie zdążę, bo Janko postanawia do mnie dołączyć. I odtąd ganiam w mocno przyspieszonym tempie za ciuszkami, gotującym czajnikiem, skarpetkami, czapką, płatkami i śniadaniówkami. Gdyby tak spojrzeć na nas z góry, byłabym pędzącym punktem, miotającym się slalomem pomiędzy sunącymi z wolna Innymi, z okrzykami "szybciej! no dalej! obudź się! ja zaraz zwariuję!"

Jestem romantyczką. W tych cudownych chwilami, kiedy dźwięki dawno nie słyszanej piosenki wzruszają mnie do łez. Unoszę się wtedy lekko nad ziemią, pozostawiając w dole skarpetki, czajniki i frustracje.
Oddycham, uśmiecham się w środku, przymykam oczy i wracam do najpiękniejszych momentów z kiedyś.
Spacer po Rzymie, zima w Montanie, małe rączki na mojej szyi, wspólne "zdobywanie" tarasu na Aiguille du Midi. Szczęście. W powietrzu odsuwam obłok trosk. Jest pięknie!





Czasami jestem naprawdę ostra:) Zdecydowana, konkretna i wymagająca.
Od siebie, ale tak samo od innych. Zwłaszcza Tych, wśród których pracuję. Albo Tych, którzy sprzedali mi pralkę serwisowaną już pięć razy. Po tym, jak udało mi się pokonać kilka własnych słabości i przezwyciężeniu lęku, potrafię chwycić za telefon i jasno określić, czego oczekuję. Muszę się pilnować, żeby nie powiedzieć za dużo...

Już jestem odważna. Już, bo jako dziecko i nastolatka bałam się skoku przez skrzynię na wuefie, bałam się spróbować... czy odezwać. Dwie amerykańskie sytuacje pomogły mi wyleczyć się z lęku, którego uparcie się trzymałam. Bo nie i koniec. A potem zawalczyłam sama ze sobą - na rollercoasterze w Las Vegas i czarnym stoku w Montanie. Udało się, pokonałam strach i właśnie wtedy przekonałam się, że mogę! Że już teraz nic nie będzie mi straszne:)

 No i jestem zakochana...monotematycznie, monogamicznie, tak na całkiem.
:)




 Mam nadzieję, że moi Kochani wytrzymają ze mną jakoś... długo....:)

PS. Bo teraz najbardziej to jednak jestem mamą. Janka i Marysi, dwóch najukochańszych na świecie Istot, ruchliwych, wrażliwych, moich. Patrzą na mnie i ściskają. Janek ostatnio całuje mnie we wszystkie dwa policzki i usta i robimy noski-noski-eskimoski. Jego "kocham cię!" rozczula mnie kilka razy w ciągu dnia.
Marysia ostrożnie, rzadziej, szepnie, że ładnie wyglądam, ale tym bardziej jest to szczere, przeze mnie docenione.
Ach, mogłabym pisać i pisać, i opowiadać o Nich...i o sobie.
Dla mnie.

czwartek, 6 listopada 2014

niemoc



Od kilku dni ogarnia mnie niemoc.
Nadmiar pracy w pracy i pracy przyniesionej do domu.
Nadmiar rzeczy do, w trakcie i po prasowaniu, leżących w każdym pokoju.
Niedosyt czasu na sen, rozmowę, zabawę, przyjemność.
Siedzę i mam zadyszkę.

Zachłyśnięta blogowaniem, obserwowaniem i komentowaniem, oderwałam się od ziemi.
Ale kula toczy się dalej. I to coraz szybciej.
Można zatrzymać czas wirtualny.
Nie.
Można zatrzymać się w czasie wirtualnym.
Ale ten namacalny, realny, obok, 
bezszelestnie mnie mija, ogląda się tylko za mną, czemu zostałam z tyłu.
Więc z zadyszką gonię.
Już prawie mam, namacam...
znów zasnęłam, poddałam się.

Niemoc.
Wszelka.
Emocjonalna.
Fizyczna.

Przeczekam.

poniedziałek, 3 listopada 2014

spóźniona biedronka, dedykacja z petardą i szklanki z uczuciami


Taki byłeś jeszcze całkiem niedawno:)

A dziś?
 
 

Jesteś z nami już 3 lata!
Radosny, baaardzo żywy, przytulanka, ale i złośnik!
Bezkompromisowy.
Trzeba się naprawdę napracować, żeby Cię podejść:)
Twoje "Mamusia jesteś piękna" połączone ze słodkim całusem jest jednym z najbardziej autentycznych i szczerych doznań, jakie mnie obecnie spotykają. 
Zaraz po tym - równie autentycznie - czuję Twoje małe paluszki w zagłębieniach moich policzków.
Dotkliwie, ale dzięki temu wiem, ile miłości przez nie dociera do mnie:)

Wczoraj mój Ukochany sprawił mi cudowny prezent - zostawił mnie samą w domu!
Razem z dziećmi wyjechali do Babci Janki, a ta już zadbała o ich podniebienia i mój święty spokój przez pół dnia:)
Cmentarz odwiedziliśmy już w sobotę.
Włączyłam ulubioną muzykę, odsłoniłam wszystkie okna, zaprosiłam przez nie ciepłe listopadowe powietrze.
Po zewnętrznej stronie kuchennego okna biegła biedronka.
Najwyraźniej spóźniona.
Miałam wrażenie, że pupę zostawiła gdzieś z tyłu, a broda pędziła wprost przed siebie znajomą jej tylko trasą. Musiała mieć zmarszczone czoło i zniecierpliwienie w oczkach.
Spóźniona na sto procent.
Ile ja wczoraj zdążyłam zrobić!
Przemeblowanie u dzieci. 
Przegląd sterty dokumentów, segregatorów, luźnych zabłąkanych kartek.
Znalazłam pięć małych autek za szafą - Johnny był zachwycony.
Usiadłam z kubkiem kawy, do tego cukierek czekoladowy.
Spokój i cisza.
I spokój, że Oni też zadbani.
Na obiad makaron z dużą ilością czosnku i ziół.
Zrobiony dla siebie samej.
I dedykacja od Ani Mamanki z piosenką Arki Noego z płyty "Petarda"...
"Taka jaka jesteś,
jesteś fajna,nie musisz być idealna"

śmiałam się na głos:) Dziękuję Aniu!
No i dalej frunęłam przez dom, nie zmęczona, zadowolona i...już trochę stęskniona za Nimi:)

Dziękuję Kochanie:)

A dzisiaj rano Marysia strapiona lekko zapytała, czy "te szklanki w buzi mają uczucia?".
Szukałam długo w historii przetwarzania moich weekendowych myśli skąd te szklanki w buzi...
a! tak! przecież...
w sobotę opowiadałam dzieciom o kubkach smakowych...:)

wtorek, 28 października 2014

okienne zamieszania



Obiecałam - nasze okienne zamieszania - z różnych pór roku, okazji, nastrojów.
Uwielbiam czystość tafli szyb - dlatego cierpię, bo u nas często nie są idealne. 
Dlatego nie lubię zasłaniać okien. Nasz dom stoi prawie 40 metrów od drogi, co mnie bardzo cieszy.
Dużą frajdę sprawia mi spontaniczna zmiana tego, co na oknach, jeśli tylko pojawi się wena.
Wtedy muszę już, teraz, od razu.
Nie ma mowy o wyjeździe do sklepu z firanami, dokładnym pomiarze, a już zupełnie o szyciu gdzieś u kogoś, u krawcowej.
Cierpliwość nie jest moją mocną stroną, a w przypadku dekorowania okien śmiem stwierdzić, że w ogóle nie ma o niej mowy.

Kule na gałęzi - inspirowane oczywiście cotton ball lights'ami.
U mnie w wersji unplugged:)
Zimą białe. W październiku tego roku - pomarańczowe.
Kule są ze steropianu, kupione za grosze przez internet.
Otulone wełną.
Gałązka wisi na sznurku, a tegoroczna na skrawkach materiału, który został po wykrojeniu zasłon.
Można na szerokich wstążkach lub taśmach.
Zawieszam po prostu na karniszach.
Trochę idę po bandzie, ale...bardzo lubię nasze okienne próby.














A to na Wielkanoc:)




poniedziałek, 27 października 2014

w okna jesień zagląda...



To niesamowite.
Od kilku dni przymierzałam się do zmiany dekoracji w naszych oknach.
A kiedy w nich trochę namieszałam, okazało się, że nie tylko mi to po głowie chodziło:)
Na kilku blogach, które obserwuję temat okien i ich wystroju pojawił się po minionym weekendzie.

Nie przepadam za firankami, w tym tradycyjnym stylu.
Wolę widzieć, co jest za oknem.
Po trochu jest to wina moich nieumiejętności szycia i braku nawet wyobraźni w tym kierunku.
Nie mogę się zmusić do obliczenia ile tkaniny byłoby potrzebne, jaka długość, jaka szerokość...
Raz spróbowałam, ale mina Pani w sklepie pt. świat firan, w momencie, gdy tłumaczyłam jej, że tak bym chciała i tak trochę wyżej/niżej/bardziej/albo lepiej mniej, była jednoznaczna. To nie moja bajka.
Zlecenie całej zabawy Pani projektantce za kilkaset lub tysięcy złotych w ogóle nie wchodzi w grę.
Dlatego w naszych oknach wisiały już różne dekoracje, puste ramki do zdjęć, ażurowy bieżnik...
Październik kojarzy mi się z kolorem pomarańczowym. Jest wyraźny i ostry.
Odbija ostatnie promienie słońca.
Zanim zgaśnie stłumiony zimnem.
Ten właśnie kolor rozbawił mnie i przyciągnął w tym roku najmocniej.







Gałęzie plątają się po naszym domu od dawna, choć najpiękniejsze - w naszych oczach - przyjechały z nami w tym roku znad Jeziora Bodeńskiego.







Firankowe akcenty również się zdarzają, a przelotki skutecznie zastępują zwykłe żabki :)





Tylko z wiankiem na drzwi mam ciągle problem - podskakuje i odbija się z łoskotem przy każdym zamykaniu...
 ehhh...przydałoby się również dokończyć elewację, tęsknię już za butelkowym głębokim odcieniem zieleni...
kiedyś...:)