wtorek, 9 września 2014

nieładny post

To nie będzie ładny post.
Przystrojony w akuratne słowa.
Nie będzie o zachwytach, pięknym widoku, optymizmie.

Bo wzdycham ciężko, marszczę czoło, na czole robią mi się zmarszczki.
Dzieci zdrowe, On tylko z katarem.
Ale trudno jakoś tak rękami odgonić strapienia, bo gestykulują o tym, co niezrozumiałe.
Z jednej strony obłuda, której zawsze się dziwiłam.
Jestem z innej bajki, nie potrafię się dopasować jeśli mnie coś gryzie. Ze zdumieniem obserwuję jak płynnie wychodzi to innym.


 
A oni albo w milczeniu  przyjmują, nawet nie przytakując. Biorą ze sobą i idą bez słowa.
A inni krzykiem i śmiechem zagłuszają wątpliwość.
Za głośno.

I martwię się Jankiem. Mała nasza ukochana przytulanka.
Chwilami drapieżny terrorysta.
Nie słucha, wierci się, ucieka.
Z miłości i nadmiaru emocji szczypnie dotkliwie w policzki.
Uwielbiam Jego niebieskie wyraźne oczka.
Uwielbiam, gdy robi coś wolno, gdy jest w jednej pozycji dłużej, niż minutkę.
Choć zdarza się to rzadko. 
Dlatego celebruję:)
Małe rączki i stópki. Nadal około 10 centyla.
Miesza pokrojoną parówkę z sokiem pomarańczowym. Tą małą rączką.
 Oblizuje gąbkę do mycia naczyń.
Szczoteczką do zębów regularnie czyści wannę.
Zagląda do akwarium z tym samym: "a co tam lybka?".
I uwierzył w magiczne żelki, po których przedszkolaki nie płaczą.
Żelki sprzedała nam wczoraj pani w aptece.  
Janek po pierwszym wszedł rano do przedszkola z uśmiechem:)
Zero bojaźni Bożej, jak ja to nazywam. 
Sporadycznie zdziwienie moim podniesionym głosem.
Śmiech i uśmiech.
Przechodzący w pisk i krzyki.
Wymuszanie.


A tak bym chciała to wszystko ogarnąć.
Ułożyć. Zapanować. Uspokoić.
Usiąść w fotelu i wiedzieć, że zdążę.
Rozmawiać spokojnie.
Prowadzić, ale też dać się wciągnąć w Ich dziecięcy świat.
Mieć na to czas i siły.
Najgorzej z tym czasem. Ogromny deficyt i już na starcie wiem, że nie zdążę.
I czasem już nie chce mi się przyspieszyć, bo nie wiem, od której strony zacząć.
Patrzę jak minuty uciekają i tkwię.
A kiedyś dawno temu w domu mojej mamy.
Sobotnie popołudnie, wszystko zrobione, kawa na stole, film familijny.
Żadnych zaległości.
Można?


2 komentarze:

  1. Trafiłam tu przypadkiem, z forum muratora, bo też budujemy nasz wymarzony domek (a raczej mamy nadzieję, że zaczniemy już niebawem). Trafiłam przypadkiem? No w sumie, to się zastanawiam, bo po przeczytaniu kilku Twoich postów widzę, czuję i wiem, że bardzo jesteśmy podobne ;-) choć nie wiem, czy Ciebie to ucieszy, ale mnie ucieszyło. Piszesz tak pięknie, obrazowo, uczuciowo. Pisz dalej, może coś więcej, jakbyś znalazła nieco czasu, a może więcej niż nieco natchnienia. To już zależy od Ciebie. Ale piszesz pięknie i naprawdę oddajesz chyba całość moich odczuć, myśli, wątpliwości, smutków, pragnień i marzeń. Z przyjemnością będę Ciebie czytać. A jeśli los tak się ułoży, to może i Ty mnie poczytasz ;-)
    pozdrawiam Cię serdecznie :)
    pokrewna mama, żona zakochana i spełniająca się ... ja

    OdpowiedzUsuń
  2. Witaj u mnie:) Ogromnie cieszy mnie każdy komentarz, a za Twój szczególnie dziękuję.
    Chciałam być anonimowa, pisać głównie dla siebie, ale każda obecność Czytelnika lub Nowego Obserwatora sprawia mi ogromną radość:) Człowiek z natury lubi jednak być chwalony:)
    Pisać będę, słowa nieraz nie ułożą się zgrabnie, ale potrzeba wyrażania myśli jest nie do poskromienia.
    I każdy dzień, wydarzenie, a nawet uchwycenie myśli czy obrazu...ten dany moment, gdy zapach, dźwięk, widok, emocje połączą się w jedno...można to nazwać, utrwalić, opisać. A za jakiś czas przeczytać i wrócić, wspomnieć, poczuć tą chwilę raz jeszcze.
    Zapraszam częściej, a ze swojej strony postaram się pisać, pisać...:)

    OdpowiedzUsuń

that's all...

Wracałam dziś z pracy do domu całe pięćdziesiąt minut. Zazwyczaj wystarczy piętnaście. Korki, zamknięte przejazdy kolejowe, żużel, piąt...